ODPOWIEDZ
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

underneath it all I know it's not your fault
that you don't understand; I blame myself;
how could you know what it feels like
to fight the hounds of hell?

Kwietniowy wieczór nie wyróżniał się niczym szczególnym.
Ulice lśniły po deszczu w świetle samochodowych reflektorów. Tam, gdzie powierzchnia drogi była wyjątkowo równa, dało się nawet zaobserwować nieco rozmazane odbicia budynków; starych apartamentowców, ciasnych restauracji, klimatycznych barów, z których co rusz wytaczali się ludzie w różnych fazach upojenia. Krzyczeli coś, śmiali się, żyli w swoich małych bańkach, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego, co dzieje się poza nimi.
Wzrok Palomy Cortés prześlizgiwał się gładko z obiektu na obiekt, obojętny i na urok, i na brzydotę rodzinnego miasta. Taksówka sunęła niespiesznie ulicami Parkdale, a im bliżej celu, tym dalej odpływały myśli kobiety — i tym bardziej malała pewność wobec własnej decyzji, podjętej spontanicznie pod wpływem mocnego drinka.
Nadszedł czas, by się ujawnić, zanim będzie za późno.
Kiedy przed laty opuszczała Toronto, zostawiając za sobą pustą trumnę i prosty nagrobek z nazwiskiem Victorii Sánchez, nie brała pod uwagę powrotu. Jej zniknięcie miało być końcem pewnej ery, miało zapewnić bezpieczeństwo tym, których zostawiła za sobą, a jej — świeży start na ścieżce, która nie była naznaczona nocnymi negocjacjami, plamami krwi zmywanymi z drogiej marynarki i zapachem kadzidełek z jej ulubionego motelu w Missisaudze.
Wiedziała, że jej nie wyszło, kiedy ktoś dobrze poinformowany polecił jej usługi Vincentowi Dubois.
Wiedziała, że jej nie wyszło, kiedy jej Smith&Wesson ponownie wylądował na ciasnym zapleczu antykwariatu, starannie schowany w szafce katalogowej pomiędzy stertami papierów.
Wiedziała, że jej nie wyszło, kiedy poprosiła taksówkarza o zawiezienie jej do The Painted Lady.
Proszę pani?
Śpiewny akcent zwrócił jej uwagę dopiero za którymś razem. Drgnęła, odrywając wzrok od zaparowanej szyby.
Jesteśmy na miejscu. Czy jakoś pomóc…?
Nie, nie trzeba. Dziękuję. — Pobieżnie przeliczyła banknoty i wcisnęła je w dłonie taksówkarza.
Szpilki stuknęły o wilgotny asfalt, a señora Cortés stanęła pod dobrze znanym lokalem. Nie był przesadnie krzykliwy, raczej nie przyciągał przypadkowych przechodniów, chociaż z pewnością kusił dyskrecją i ukryciem nieco w głębi ulicy. Sprawiał wrażenie miejsca, do którego szło się tylko celowo — bez względu na to, czy chciało się popatrzeć na pełne kobiece kształty, napić dobrego drinka czy…
…znaleźć w środku właściciela i oświadczyć mu, że jego dawna przyjaciółka zmartwychwstała.
Wnętrze było dokładnie takie, jakim Paloma je zapamiętała — eklektyczne, w specyficzny sposób duszne, ale nie nadmiernie przytłaczające. Eleganckie żyrandole spotykały się z neonami za staromodnym barem, pióra i perły tancerek kontrastowały z niemal wyzywającą skórą kanap, drobiny kurzu tańczące w świetle reflektorów skierowanych na niewielkie podwyższenie dla chanteuse i słodki zapach perfum.
Ciemne spojrzenie Palomy lustrowało wnętrze. Wciąż było wcześnie, nieliczni goście dopiero się gromadzili, a główny występ wieczoru miał odbyć się dopiero za godzinę. Szansa na to, że trafi tu dzisiaj na Carlosa, była niewielka… ale Cortés odczuwała pewną ulgę, zostawiając to spotkanie w rękach losu. Zupełnie jakby podjęła decyzję, ale cieszyła się z braku ostateczności własnego wyboru — i z idącego za nim braku odpowiedzialności.
Podwójny gin z tonikiem — rzuciła do ładnej barmanki, na moment skupiając na niej uwagę. Nie znała jej, ale to akurat nic dziwnego. Obsada w takich miejscach zmieniała się bardzo często i nawet przy regularnych wizytach Paloma miała trudności z zapamiętaniem wielu twarzy; zwłaszcza gdy interesowała ją głównie jedna konkretna, na której obserwowała tylko pojawianie się kolejnych drobnych odcisków czasu.
Powinna o niego spytać, czy pozwolić się znaleźć? Pomóc nieco przewrotnej Fortunie, czy wszystko zostawić w rękach losu? Jej pojawienie się w Toronto powinno być wystarczającym ułatwieniem; jej pojawienie się w The Painted Lady — podaniem się na srebrnej tacy. Była gotowa na wyrzuty, na gniew, na ulgę, nawet na rozczarowanie, zdawała się być gotowa na wszystko…
B y ł a gotowa na wszystko — prócz ciężkiego jak ołów spojrzenia, które z drugiego końca sali wbijała w nią młoda, ciemnowłosa kobieta, której nie spodziewała się spotkać.
Jeszcze nie dzisiaj.
Jeszcze nie teraz.


Cassandra Layton
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Martwi powinni pozostać martwi.
W The Painted Lady powietrze było gęste. Mimo nielicznej obecności, gwar rozmów wystarczał, by zagłuszyć natrętne myśli. Cassandra kochała występować, być w centrum uwagi. Na scenie, oświetlona reflektorami, zdawała się być najszczęśliwszą wersją siebie. Lubiła to miejsce. Znała każdy jego zakamarek, wiedziała nawet, którą whisky mogłaby wypić tak, żeby nikt nie zauważył braku pół litra. Nie mogła być teraz sama. Za bardzo bała się tego, co mogłaby sobie zrobić. Ostatnie wydarzenia obudziły zjawy z przeszłości, widma, których istnienie spychała w najgłębsze czeluści własnej podświadomości.
Martwi nie powinni nawiedzać żywych.
W głowie układała słowa, które powiedziałaby kobiecie, gdyby jeszcze kiedykolwiek miały okazję porozmawiać. Rzeczy, których nigdy nie miała odwagi wypowiedzieć na głos. Chciała przeprosić za swój niewyparzony język, za to, że tak bardzo się buntowała, zamiast od razu posłuchać tego, co tamta próbowała jej przekazać. Miała nawet oddać szminkę, którą kiedyś pożyczyła i której nigdy nie zwróciła, a po jej śmierci ani razu nie pomalowała nią ust. Musiała też podziękować za każdą radę, której wtedy nie słuchała, a którymi c z a s a m i kierowała się teraz, pamiętając, że tamta zawsze chciała dla niej jak najlepiej.
Zamiast tego mówiła do kamiennego nagrobka, bo tyle właśnie po sobie zostawiła. Kamień był zimny, szary, niedostępny — zupełnie jak myśli o niej. Nigdy nie odpowiedział, a Cassandra nie potrafiła już nawet wyobrazić sobie, co mogłaby od niej usłyszeć. Powoli zapominała, jak brzmiał jej głos. Jak głośno potrafiła na nią krzyczeć. Jak pomysłowo umiała wytykać jej wszystkie głupoty, które robiła.
Powinna tu być z nią. Nie miała prawa odejść. A skoro już odeszła, to przynajmniej powinna była obiecać, że zaopiekuje się nim. Cassandra jej potrzebowała, ale nie chciała też, żeby ojciec błąkał się samotnie po zaświatach. Skoro odeszła razem z nim, skoro miała czelność ją opuścić, to jej zadaniem było się nim zająć. Dopilnować, by ponownie nie zboczył na złą ścieżkę, a jeśli już zboczy — przeprowadzić go przez mrok. Uchronić go przed złem, tak jak przed laty chroniła ją. Cassandra miała jeszcze Carlosa, ale i on ostatnio próbował odejść, a ona musiała go zatrzymać pośród żywych.
Martwi wcale nie byli mile widziani.
Otarła nos, ścierając resztki białych drobinek osadzonych przy nozdrzach niczym kurz. Uniosła głowę — i tam była ona, pochylona nad kieliszkiem, jak gdyby nic się nie stało. Cassandra widywała ją już wiele razy, ale to były tylko obrazy podsuwane przez stęsknione serce, które nie potrafiło pogodzić się ze stratą. Była przekonana, że to kolejna halucynacja. Może diler ją oszukał. Może podmienił towar. Widziała, jak barmanka coś do niej mówi, więc przetarła oczy, bo może ona też była tylko wytworem jej wyobraźni.
Podeszła bliżej, a serce zaczęło wyrywać się z piersi. Ściany sali zdawały się poruszać. Nagle nie było tu już dla niej miejsca, choć większość krzeseł wciąż stała pusta. Nie mogła nabrać powietrza. Stawiała ostrożne kroki, tracąc czucie w nogach, które uginały się pod nią coraz bardziej. Walczyła z własnym ciałem, odmawiającym posłuszeństwa, jakby za wszelką cenę nie chciało dopuścić jej bliżej.
Mogła powiedzieć tak wiele, a jednak z jej ust nie wydobyło się ani jedno słowo. Zamiast tego ogarnęła ją złość. Nie chciała jej tutaj. Tamta wtargnęła w jej przestrzeń, w jej bezpieczne miejsce, kompletnie nieproszona. Jej miejsce było sześć metrów pod ziemią — i tam powinna była zostać. Skoro teraz stała przed nią, to znaczyło, że mogła pojawić się w każdej chwili, ale czekała. A jeśli czekała, to znaczyło, że ją opuściła, a nie dlatego, że piekło się po nią upomniało. Cassandra zawsze to czuła. Zdradziła ją. Po prostu. Czy on o tym wiedział i jej nie powiedział? Jeśli tak, będzie tak samo winny, zrobił coś czego nie będzie mogła mu wybaczyć.
Opętało ją. Siła wyższa przejęła nad nią kontrolę tak, że rzuciła się na kobietę, powalając ją na ziemię i przewracając krzesło, na którym jeszcze przed chwilą siedziała. Dopiero wtedy się odezwała, wykrzykując po hiszpańsku wyzwiska, których najpewniej nauczyła ją właśnie ona. Nikt nie wydawał się szczególnie poruszony jej wybuchem. Nikt nie oczekiwał już od Cassandry normalności. Uderzała na oślep, wkładając w to całą swoją siłę, której miała zdecydowanie więcej, niż można było przypuszczać. Chyba zadrapała ją ostrym brziegiem paznokcia, bo polała się krew — choć równie dobrze mogła to być jej własna. I nikt się nie spieszył, żeby je rozdzielić, bo wszyscy wiedzieli, że próba interwencji mogłaby skończyć się źle także dla nich.

Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Nie zdążyła nawet zareagować.
W normalnych warunkach jej instynkt działał sprawniej; ramiona same podnosiły się do szczelnej gardy, ciało napinało do granic możliwości, by każda kończyna była gotowa do ciosu, który mógłby położyć nawet dwukrotnie większego od niej mężczyznę. Celne uderzenie w szczękę, gardło czy splot słoneczny było uniwersalnym wyjściem z tego typu sytuacji, ale z jakiegoś powodu nie zadziałało to z Cassandrą Layton. Zupełnie jakby ciało Palomy po prostu zamarło przy spotkaniu z dziewczyną — z kobietą — która miała wszelkie prawo poczuć się przez nią oszukana, zdradzona, porzucona…
Nie poczuła bólu, kiedy gruchnęły z impetem na ziemię. Nic nie widziała — niepewna, czy to zamroczenie uderzeniem, czy po prostu zaczęła w pewnym momencie zaciskać powieki; tak jak wtedy, gdy była mała i bała się nieokreślonych kształtów kryjących się w mroku. Wystarczyło zamknąć oczy i zmówić pod nosem paciorek, a nocne mary znikały. Tylko że Cassie nie była zjawą, a żywą, ogarniętą furią istotą, której pięści uderzały na oślep, paznokcie darły skórę w przypadkowych miejscach, a to wszystko przy akompaniamencie hipnotycznego, sensualnego jazzu, płynącego aktualnie z głośników.
To Paloma musiała być teraz nocną marą dla niej.
Początkowo zupełnie się nie broniła. Ciosy z pewnością zostawiły już siniaki na jej ramionach i torsie, ale nie docierało to do Palomy, jakby jej zakończenia nerwowe zamarzły, a jej ciało i duch wcale nie przebywały tu i teraz. Wciąż była w zbyt głębokim szoku, chociaż było to głupie, tak kurewsko głupie z jej strony, że nie spodziewała się spotkać Cassandry w tym miejscu. Przecież to oczywiste, że gdy zabrakło Martina, gdy zabrakło jej, na świecie pozostał tylko jeden człowiek, który mógł zapewnić jej jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa czy stabilności, a to w jego królestwie teraz się znajdowały.
Miała wrażenie, że znajduje się pod wodą; dźwięki otoczenia i światło zdawały się rozmyte, przytłumione, ruchy — spowolnione, a ciało przedziwnie lekkie, nawet mimo tego, że Cassie, niesiona na skrzydłach nieokiełznanej wściekłości, właśnie nad nią górowała. Była drobna, ale jej ciężar powinien przecież być w jakiś sposób odczuwalny — a jednak dla Palomy była w tej chwili tylko abstrakcyjną figurą, zawieszoną gdzieś w przestrzeni z zupełnie niezrozumiałych powodów.
Czuła się tak, jakby jej głowę wypełniała miękka, bezkształtna gąbka, ani jedna trzeźwa myśl nie była w stanie się przebić. Słowa padające naokoło brzmiały jak wypowiadane w nieznanych jej językach, ludzkie głosy były zniekształcone, świat wirował…
Dopiero nagły, ostry ból przywrócił Cortés względnie zdrowe zmysły. Ostry paznokieć rozorał jej prawy policzek, coś ciepłego popłynęło w dół twarzy i szyi, ginąc za kołnierzem. Paloma zamrugała i nagle gwar lokalu oraz rzucane wciąż przez Cassandrę najgorsze przekleństwa wróciły do niej z pełną mocą. Poczuła twardość posadzki pod plecami, pulsowanie zranionej skóry na twarzy i przedramionach, które zdążyła już unieść, by wściekła dziewczyna nie wydrapała jej oczu.
Porozmawiajmy... — zdołała wymamrotać gdzieś między falami wyzwisk, ale jej głos nie wybrzmiał. Skorzystała więc z tego, że ciało znów zaczęło jej słuchać. Adrenalina i wściekłość robiły swoje, a Cassandra — chociaż mniejsza i słabsza — dysponowała w tym momencie ogromną siłą. To jednak Paloma spędziła pół swojego życia w dojo, więc nic dziwnego, że wystarczyło kilka sprawnych ruchów, by się oswobodzić i ostatecznie spacyfikować dziewczynę.
Żadnych ciosów, żadnej „zemsty” za to, co zrobiła. Po prostu pewne odwrócenie sytuacji na swoją korzyść, żelazny uchwyt dłoni na szczupłych nadgarstkach i spojrzenie, które dla kogoś z zewnątrz mogło wydawać się chłodne i pozbawione wszelkich emocji.
Paloma jednak wpatrywała się w Cassandrę tak, jakby chciała dotrzeć prosto do jej duszy i odnaleźć ten fragment, który nie znienawidził jej jeszcze do reszty. Im dłużej jednak patrzyła w rozbiegane, przydymione gniewem, niemal czarne oczy tym bardziej była przekonana, że takiej cząstki już po prostu w niej nie ma.
Uspokój się, Cassie. Nie chciałabym zrobić ci krzywdy.


Cassandra Layton
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Painted Lady”