Słabość ciała nie była przerażająca, była niewygodna. Męczące były limity organizmu, kruchość skóry i kości, odkładające się zmęczenie i czające się w komórkach choroby. To jednak coś, do czego można było się przyzwyczaić, zrozumieć mechanizmy rządzące fizyczną powłoką, znieść ból i zszyć rany. Ciało dało się wyleczyć – nie zawsze, ale
wystarczająco często – dało się też poznać jego granice i wykorzystać je w odpowiedni sposób. Przycisnąć je na tyle mocno, by zaczęło się łamać, a później znów regenerować, aż nauczy się znosić więcej i sięgać dalej, poza wcześniejsze limity. W ich świecie ciało nie było aż tak istotne. Często stanowiło jedynie towar, czasami dawało przyjemność, innym razem zawodziło, ale najczęściej stanowiło po prostu nośnik. To umysł stanowił broń, bardziej niebezpieczną niż jakiekolwiek inne narzędzie, ale znacznie trudniejszą do opanowania. Okazywało się, że pomimo lat doświadczeń, które z pewnością można było uznać za ekstremalne, Carlos nie poznał samego siebie w pełni. Docierał do granic innych ludzi bez zawahania, ale kiedy stanął przed własnymi, zaczynał tracić rezon. Nie sądził, że cokolwiek jest w stanie naruszyć stabilność, którą tak skrupulatnie budował, a jednak nie mógł mylić się bardziej. Był tak samo niestabilny i zniszczony jak wszyscy inni,
oni oboje tacy byli, po prostu nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Nie byli bogami, ale nie do końca chcieli być też ludźmi, nie podobała im się ta bezbronność i przesadna emocjonalność. To, że dało się ich zranić i to, że ranili innych. Czy mieliby więc się stać? Nie wiedział co będzie na nich czekać, jeśli zdecydują się odrzucić ten ludzki pierwiastek, który pragnął bliskości i komfortu. Może staną się czarnymi owcami, ale przecież nienawiść – do samego siebie, do innych, wobec nas – jest prostsza do nawigowania niż miłość.
Jeśli jednak pozwolą sobie na pewną wrażliwość, będą musieli zmierzyć się z własnymi słabościami. Na to na pewno nie byli przygotowani.
Widział w jej oczach ten sam strach, który wylewał się przez jego własne źrenice. Ile bólu mogą w sobie zmieść te dwa niewielkie punkty? Wystarczająco dużo, by móc się nim wysycić i zbyt mało, by to ukryć. Chciał odwrócić spojrzenie, Boże, jak bardzo chciał udawać, że nie widzi jej wzbierającego żalu. To byłoby takie proste – zignorować nagły spazm szarpiący jej ciałem, wpatrywać się w deszcz za oknem, zamiast na drżące kąciki ust Palomy, wygodnie podsunąć kolejną szklankę z alkoholem, a później zamknąć w bezpiecznej bańce wyparcia. Nie potrafił jednak tego zrobić. Nie, gdy faktycznie przyznała, tym zduszonym i słabym głosem, że czuje się źle. Victoria, którą znał przez te wszystkie lata, nigdy nie wypowiedziała podobnych słów na głos. Właśnie dlatego, z pewnym wahaniem, położył dłoń na jej plecach. Delikatny dotyk, którym chciał zakotwiczyć ją w rzeczywistości i pokazać, że po prostu jest gdzieś obok. To prostsze i bezpieczniejsze niż werbalne pocieszenie – z fizycznego kontaktu można się wycofać, ale raz wypowiedziane słowa pozostają w pamięci na zawsze.
—
Wie — stwierdził, w jego głosie zabrzmiała dziwna gorycz. —
Od funkcjonariuszy. — Nie od niego. Nie było go tam, gdy dowiadywała się, że jej ojciec został zamordowany. Nie potrafił zapukać w drzwi i spojrzeć jej w oczy, bo był pieprzonym tchórzem. —
Nie chce mnie widzieć, ale zupełnie jej się nie dziwię. Spierdoliłem to wszystko. — Wziął głęboki, drżący oddech i przez chwilę wydawało się, że znów się złamie. Nie pozwolił sobie jednak na kolejną falę samoużalania. Zrobił już wystarczająco, upijając się w domu i przyjeżdżając tutaj, z nadzieją, że Poloma zatrzyma upadek. Ból to całkiem słuszna kara za brak odwagi, będzie więc rył kolanami w ziemię tak długo, póki nie znajdzie w sobie wystarczająco siły, by znowu się podnieść. —
Naprawię to — obiecał. Nie miał oznaczenia komu – jej, sobie, Martinowi. Zrobi
wszystko, by wyprostować błędy, które popełnił. Nie tej nocy, nie teraz, gdy był rozedrgany i niestabilny, nie kiedy mógł przynieść jeszcze więcej krzywd, ale w końcu na powrót stanie się tym samym Carlosem, który opiekował się matką po śmierci ojca. Jeśli będzie trzeba, znów zapali czarną świecę dla Santa Muerte i pociągnie za spust. —
Nie pozwolę im skrzywdzić Cassandry jeszcze bardziej. — Zupełnie tak, jakby sam tego nie zrobił, uciekając przed jej smutkiem. —
Nie pozwolę im skrzywdzić ciebie. Ktokolwiek zabił Martina, będzie musiał za to zapłacić. — Zacisnął palce mocnej na materiale koszuli Palomy. Mimowolny skurcz mięśni, spowodowany nagłym buntem wobec tego co się stało. Wpadał z jednej skrajności w drugą; z palącego żalu w trawiący gniew. Ze złością było jednak prościej sobie poradzić, ukierunkować ją na tych, którzy na to zasługiwali. Bo zasługiwali, prawda? Wszyscy ci, którzy celowali w jego bliskich, powinni odczuć konsekwencje. Zaciągnie ich do piekła, jeśli będzie musiał. Ogień wyapla, ale to ten rodzaj bólu, na który był gotowy.
—
Może to zawsze już tak będzie się kończyć. Oko za oko. Ostrze noża albo lufa pistoletu. To życie, które wybraliśmy. Ale nie Cassandra. Nie będzie płacić za nasze błędy. — Chciałby w to wierzyć. Życie jednak było przewrotne. I może nie miał racji, może żadne z nich tak naprawdę nie zdecydowało się na taki los – zostali rzuceni na pożarcie, gdy ich ojcowie zdecydowali się na ten pierwszy, fatalny w skutkach krok.
Przeklęte pokolenie Kaina, które dąży do samozagłady.
Paloma Cortés