ODPOWIEDZ
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

what have I become?
my sweetest friend, everyone I know goes away in the end

Dzięki Bogu za deszcz…
Olbrzymie krople zdawały się zmywać dziwną duchotę popołudnia z przykurzonych fasad budynków, z odjeżdżających w stronę przedmieść samochodów i z przemykających gdzieniegdzie przechodniów, kryjących się pod kapturem lub wbijających głowy głębiej w kołnierz, jakby miało to uchronić ich przed tym nieplanowanym prysznicem. Osiadająca na oknie wilgoć rozpraszała zapalające się powoli światła miasta, przygotowującego się spokojnie do kolejnego wieczoru. Mroczne wnętrze apartamentu rozświetlały tylko reflektory przejeżdżających na zewnątrz samochodów i kilka chybotliwych płomieni świec; to jednak wystarczało, by wydobyć z ciemności pomniejsze szczegóły.
Zwykle uporządkowana przestrzeń tonęła w kompletnym nieładzie. Zmięta pościel kłębiła się w nogach łóżka, a centralne miejsce na nim zajmowała walizka, do połowy wypełniona wrzuconymi byle jak ubraniami. Szklanka z resztką czystego ginu jakimś cudem utrzymywała równowagę na samej krawędzi etażerki, grożąc jednak w każdej chwili rozlaniem alkoholu na panele. Wieże usypane z książek, które nigdy nie doczekały się swojego miejsca na półce w salonie, chybotały się niebezpiecznie, gdy Paloma krążyła między otwartymi drzwiami niewielkiej garderoby, staromodnym sekretarzykiem a fotelem w rogu pokoju, zawalonym jakimiś papierami.
Wciąż było wcześnie, ale czas ją gonił. W ciszy zapadającej między kolejnymi utworami, nienachalnie płynącymi z dyskretnie rozmieszczonych głośników, głowę kobiety zaczynały ponownie wypełniać urywki z przeprowadzonej wcześniej rozmowy. Zimna krew, którą zazwyczaj się cechowała, w tym momencie bulgotała wściekle gdzieś pod czaszką, zagłuszając zdrowy rozsądek i opanowanie, szarpiąc za dawno zapomniane struny i uświadamiając coraz skuteczniej, co się z nią działo. Paloma się bała.
Była cholernie przerażona.
Zaciśnięte w wąską linię usta nie były w stanie przestać drżeć, gdy dorzucała kolejne niezwiązane ze sobą przedmioty do walizki. Dłonie nie odnajdywały należytego celu od razu, a dopiero po kilku próbach, wzrok był zbyt rozbiegany by uznać, że wszystko jest tak, jak zazwyczaj.
Nie było.
Paloma sięgnęła niezgrabnie po szklankę i spłukała zgęstniałą ślinę resztką alkoholu. Skrzywiła się lekko, odstawiając szkło z hukiem na sekretarzyk. Gin był już ciepły, a nierozcieńczony niemal parzył wyschnięte gardło. Przydałby jej się prawdziwy drink.
Przypadkiem napotkała swoje spojrzenie w jednym z luster, których kilka rozstawionych było w całej sypialni. Syknęła z irytacją. Bogato zdobiona, pozłacana rama tylko podkreślała obraz nędzy i rozpaczy, jakim w aktualnym stanie była kobieta; włosy w nieładzie, zmięta koszula wypuszczona ze spodni, rozmazany makijaż — miała skłonność do machinalnego pocierania oczu, kiedy te stawały się zbyt suche. W niczym nie przypominała zwykłej siebie, dla której prezencja była wartością nadrzędną, wszelkie słabości należało dobrze ukryć za dopasowanym ubraniem i perfekcyjnie dobraną biżuterią, a smród strachu przykryć nutami migdałów i tuberozy.
O ileż łatwiej by było, gdyby po prostu była w stanie usiąść i zapłakać — nad losem swoim i tych, którzy ją otaczali, nad szeregiem błędów, które popełniła od momentu, gdy przez laty wkroczyła w ten świat. Nie było to dobre miejsce, a mroczna jama pełna wygłodniałych potworów. Świadomość bycia jednym z nich jednocześnie rozczarowywała i pocieszała; przynajmniej nie była tak zupełnie bezbronna.
Nagłe łomotanie w drzwi wejściowe zagłuszyło ciche dźwięki Thank God for the Rain, płynące właśnie z głośnika.
Sánchez zjeżyła się jak pies postawiony w stan gotowości. Spod wysuniętej szuflady sekretarzyka wydobyła krótki nóż. Bose stopy nie wydały żadnego dźwięku, gdy przemknęła po panelach do salonu, bezszelestnie przymykając za sobą drzwi do sypialni. Czyżby jednak… w końcu…? Przyłożyła ucho do drzwi, bojąc się odsunąć zasłonkę wizjera, by nie ujawnić swojej obecności. Palce zaciśnięte na drewnianej rękojeści wilgotniały, knykcie — pobielały.
Łomotanie powtórzyło się, tym razem okraszone kilkoma wydyszanymi po hiszpańsku przekleństwami. Ciasno przywierała do drzwi, więc spowodowane uderzeniem wibracje rozeszły się echem po jej ciele — wraz z falą ulgi, gdy bez trudu rozpoznała dobiegający z drugiej strony głos.
Otworzyła, zanim zdążył uderzyć w drzwi po raz trzeci.
Cordero...?
Przydomek Salazara zabrzmiał w jej ustach jednocześnie jak pieszczota i pytanie zbyt straszne, by ośmielić się wypowiedzieć je na głos. Wystarczył jednak rzut oka na twarz mężczyzny, by wiedziała, że przynoszone przez niego wieści nie pozostawią ich tymi samymi ludźmi, jakimi obudzili się tego ranka.
Pleciona mata pod drzwiami stłumiła brzęk noża, wypadającego z bezwładnej dłoni.


Carlos Salazar
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

everyone I know goes away in the end
don't lie to me if you're putting the dog to sleep

To był ból, jakiego nie potrafił znieść. Taki rodzaj cierpienia, który wrzucał go w delirium, a jemu chciało się wyć. Jeszcze przed kilkoma godzinami klęczał na zimnych płytkach łazienki i targany torsjami wyrzygiwał żółć, alkohol i cały ten nagromadzony strach. Chciał rozbić sobie głowę o klozetową muszlę. Chciał położyć się na podłodze i łkać jak dziecko, trzęsąc się w gorączce – może nawet to zrobił? Nie pamiętał. Pamiętał za to jak odzyskał panowanie nad swoim ciałem, przepłukał gardło kolejną dawką whisky, a później wsiadł w samochód. Może miał nadzieję, że zanim dotrze tam, gdziekolwiek zmierzał, po prostu umrze, wpadając w poślizg i wbijając się w najbliższe drzewo. Jak tchórz, zostawiając ich wszystkich, bo nikt go kurwa nie obchodził, tylko jego własne cierpienie. Martin też miał ich wszystkich w dupie, bo gdyby tak nie było to przecież…
To był ból, jakiego nie potrafił znieść. Czuł go już wcześniej – pierwszy raz, gdy umarł ojciec, ale wtedy jego młody umysł wyparł traumę. Nie pozwolił, by stracił ufność do świata na samym początku jego odkrywania. Drugi raz poznał jego smak, gdy odeszła matka. Było to druzgocące, jednak po części zdążył się na to przygotować. Wiedział, że Sofía trafiła do miejsca, w którym w końcu mogła odpocząć; przy odrobinie szczęścia spotkała tam swojego męża, przecież Bóg nie mógł być tak nieczuły, by odmówić tej dobrodusznej kobiecie ostatecznego połączenia z miłością jej życia. W końcu przyszedł trzeci raz (czy nie tyle razy Jezus upadał niosąc krzyż?) i Carlos nie był ani młody, ani gotowy, nie było też żadnej obietnicy zbawienia. Czuł się bezsilny, gniewny i tak bardzo przerażony, że niemal zapominał jak oddychać. Powinien być razem z Cassandrą, zapewnić jej wsparcie, ale nie potrafił na nią spojrzeć, bo od razu widział Martina – wykrwawiającego się na bruk, łapiącego mętnym spojrzeniem ostatnie strzępki rzeczywistości, powtarzającego wciąż ‘Cassie’, jakby miała przyjść i złapać go za rękę, ale nie... tam był tylko Salazar.
Nie mógł być też sam. Bał się zostać w domu, bo wiedział, że pod wpływem emocji mógłby zrobić rzeczy nieodwracalne i przynoszące jeszcze więcej cierpienia. Może on na to zasługiwał, ale nie Cassandra. Nauczy się żyć i z tym rodzajem bólu, bo czym może się różnić od fizycznego cierpienia? Musiał jedynie przesunąć próg wytrzymałości, docisnąć ranę mocniej, zagryźć zęby i poczekać aż rwące szarpanie zamieni się w tępe pulsowanie. Był ktoś, kto mógłby mu w tym pomóc – przynajmniej tak mu się wydawało, gdy przejeżdżał przez kolejne skrzyżowanie, a deszcz zalewał przednią szybę samochodu.

Nawet na nią nie patrzył, gdy otworzyła drzwi. Zerkał gdzieś ponad jej ramię, w głąb pokoju, tym mętnym i zagubionym spojrzeniem. Był przemoczony, wyraźnie roztrzęsiony, pachniał jak alkohol i paczka fajek. Paloma z pewnością widziała Carlosa w wielu wydaniach, ale po raz pierwszy wydawał się tak mały i zupełnie bezsilny. Był mężczyzną, który doskonale maskował swoje emocje, samokontrolę opanowując niemal do perfekcji – tego wymagał od nich świat, w którym oboje żyli. Tym razem jednak każdy drgający mięsień działał przeciwko niemu, a łamiący się głos, gdy zwrócił się do niej po dłuższym milczeniu, zdradzał jeszcze więcej.
On… — Nie zauważył noża, który bezdźwięcznie upadł na matę przed drzwiami. Nie widział tego, że sama wyglądała inaczej, jakby również była poza kontrolą. Przełknął gorycz, która zebrała się w gardle, zacisnął palce i wbił paznokcie w skórę, skupiając się na tym rodzaju bólu; znajomym i bezpiecznym. — On nie żyje. — Jego głowa zawirowała. Chciał oprzeć się o framugę, bo to jedno zdanie całkowicie zburzyło jego równowagę, ale ciało nie poruszyło się, zesztywniałe i napięte. Stał więc w progu, jak bezpański pies, z podkulonym ogonem i wzbierającym żalem. Powoli przeniósł spojrzenie na twarz kobiety – szukał jej oczu, jakby miały odpowiedzieć na pytanie – dlaczego? I kolejne, które pojawiało się później – co zrobić, by ta realizacja przestała tak bardzo palić? Oczywiście, że nie znała odpowiedzi, ale może mogli udawać, przecież zawsze byli w tym dobrzy. To tylko kolejny zły dzień, zła noc, kaskada fatalnych wyborów i dotkliwych konsekwencji.


Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Przywykła do jego ściągniętych poważnie rysów i zdecydowanego spojrzenia, bez trudu odnajdującego najważniejsze detale, do ledwie zauważalnego śladu melancholii w liniach drobnych zmarszczek, które zaczęły pokrywać męską twarz, ale to był Carlos Salazar, jakiego mało kto miał okazję oglądać. I choć Paloma mogła myśleć o sobie jako o kimś, kogo Cordero dopuścił kiedyś wyjątkowo blisko, to nawet dla niej widok ten był niemal bardziej szokujący niż słowa, które w pierwszej chwili w ogóle do niej nie dotarły. Choć wypowiedział je tylko raz — krótko, drżąco, cicho; tak, że nawet głośniejszy oddech mógłby je zagłuszyć — rozchodziły się po umyśle kobiety echem, które zamiast cichnąć, stopniowo urastało do przejmującego wrzasku.
On nie żyje — nie musiała pytać, kto.
Była tylko jedna osoba, której śmierć mogłaby wstrząsnąć nim tak bardzo. W świecie, w którym koneksje liczyły się bardziej niż prawdziwe ludzkie więzi, a lojalność zdawała się być upadającym konceptem, przyjaźń Carlosa i Martina zdawała się niemal odrealniona. Chwilami wydawało się, że to ona była kotwicą, która nie pozwalała Palomie całkowicie odpłynąć na głębokie, mroczne wody całkowitego cynizmu.
A teraz ktoś pozbawił tego i ją, i Carlosa, który na oczach Sánchez rozpadał się na kawałki.
To Layton wciąż uparcie nazywał ją Victorią, nawet gdy to zwycięskie miano nadane przez ojca brzmiało w jej uszach już jedynie jak kpina, a wszyscy wokół przywykli do zwracania się do niej drugim imieniem, bardziej neutralnym i — według niej — poważniejszym, bardziej przystającym kobiecie, która nie waha się przed sięgnięciem po broń. To on widział w niej młodą, niedoświadczoną dziewczynę sprzed lat tam, gdzie w oczach innych urastała do rangi autorytetu w kwestiach negocjacji. To jego traktowała może nie jak drugiego ojca, a raczej jak surowego starszego brata, który pokładał w niej nadzieje, ale i wymagał więcej, niż sama potrafiłaby od siebie wymagać.
A teraz… tak po prostu zniknął? Wiadomość, choć oczywista, nie mogła przebić się do jej świadomości. Wiedziała, że Carlos musiał mieć pewność, by w takim stanie pojawić się na jej progu. Niemożliwe, by był to tylko okrutny żart, chociaż z każdą sekundą właśnie na to coraz bardziej liczyła.
Strach o samą siebie na moment się wyciszył.
Chciała coś powiedzieć, zapytać, upewnić się, ale żadne sensowne słowa nie chciały ułożyć się na jej języku. Czuła na nim tylko przejmującą gorycz, posmak żółci i wypitego przed chwilą alkoholu; nagle poczuła się niemal zbrukana tym buchającym od mężczyzny żalem, zapragnęła spłukać gardło wrzątkiem, wcisnąć pulsujące gałki oczne w czaszkę, która zaczynała być zbyt ciasna, by pomieścić kaskadę katastrofalnych myśli.
Chciała coś zrobić, pocieszyć go jakoś, ukoić ten ból, który zdawał się długimi cierniami sięgać również po jej ciało i umysł, ale przez dłuższą chwilę stała bez ruchu, napięta do granic możliwości, niezdolna do najdrobniejszego gestu czy grymasu. Poruszały się tylko jej oczy — szeroko otwarte, pociemniałe, o niemal czarnych tęczówkach, wodziły po męskiej twarzy wyrażającej nic innego, jak rozpacz. Otumaniającą, przytłaczającą, nieznaną dotychczas. Rozpacz owa sprawiała, że Carlos wydał się Palomie niemal kruchy. Bezbronny jak mały chłopiec, którego po raz pierwszy w życiu zaskoczyła bezlitosna rzeczywistość i potrzebował prostego pocieszenia.
Jakieś drżenie jego mięśni mimicznych, wychwycone czujnym, choć zamglonym spojrzeniem Palomy w końcu wyrwało ją z tego stanu otępienia. Nie powiedziała ani słowa; chwyciła go pewnie za przemoczone ubranie i nie bez trudności wciągnęła do środka. Trzasnęły drzwi, zachrobotał klucz w zamku, a gdy światło z korytarza zniknęło, pokój znów pogrążył się w miękkim półmroku; łaskawszym dla nich obojga, maskującym grymas bólu odbity w męskich rysach i szok, obejmujący w posiadanie twarz Sánchez.
Usiądź — chciała powiedzieć, lecz droga stąd do skórzanej sofy wydawała się niemożliwa do pokonania dla nich obojga.
Opowiedz, co się stało — domagała się ta logiczna część jej jestestwa, ale była pewna, że wystarczą dwa słowa, a te silne męskie ramiona, sztywno opuszczone wzdłuż boków ciała, zaczną niekontrolowanie drżeć.
Co z Cassandrą? — krzyczał niemal matczyny pierwiastek, który budziła w niej ta zbuntowana pannica od momentu, gdy pierwszy raz miała ją pod swoją opieką.
Usta odmówiły jej posłuszeństwa; nie powiedziała więc nic.
Ignorując przejmujący chłód i warstwy mokrego materiału, które oddzielały ją od zmarzniętej skóry i twardych mięśni Carlosa, ignorując niepewność — bo takie gesty były obce i zdawały się naruszać granicę na jakimś głębszym poziomie, niż ten, na który kiedykolwiek sobie wzajemnie pozwolili — powoli objęła go ramionami.
Smukłe dłonie spoczęły miękko na lędźwiach, pobladły policzek oparł się o męską pierś i chociaż to ona wydawała się przy nim drobna i mała, chociaż to ona zaczęła niekontrolowanie drżeć, zanim pojedyncza łza stoczyła się w dół jej twarzy — nie było teraz wątpliwości, kto kogo trzyma w jednym kawałku.


Carlos Salazar
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oboje zdążyli przywyknąć do pewnych wersji siebie. Do masek, które tak skrupulatnie dopasowywali do twarzy, że ciężko było je odróżnić od rzeczywistości. Utrzymywali kontrolę bardzo długo, nie poddając się emocjom – były zbędne, problematyczne, stanowiły słaby punkt, który łatwo wykorzystać. Kiedy więc oboje zamarli, stojąc przed sobą jak dwa posągi, pełni napięcia i zawahania, wszystko wydawało się tak nowe i delikatne, zupełnie niepoprawne. Stali się transparentni, obnażeni w całkowicie inny sposób niż dotychczas. Carlos przez moment faktycznie wydawał się jawić jako zagubiony chłopiec i to przeświadczenie paliło, ale nie potrafił temu zapobiec. Nie potrafił unieść gardy, wybudować kolejnej linii obrony, bo był tak bardzo zmęczony i przerażony. Pozwolił, by Paloma rozbierała kolejne warstwy jego powierzchowności, zakradając się coraz głębiej, sięgając poza warstwę drżących mięśni i ukradkowych spojrzeń. Powoli jednak sama odkrywała siebie, bo nie potrafiła pozostać obojętną, nie na te słowa, które padły z jego ust. Martin był bliski dla nich wszystkim, był spoiwem, kotwicą, mentorem, bratem i ojcem. Sputnikiem, towarzyszem podróży, który choć krążył po własnej orbicie, w końcu przecinał się z innymi trajektoriami, na zawsze zmieniając pojmowanie świata i przestrzeni. Zabrakło go, a wszystkie zasady rządzące wszechświatem nagle stały się trywialne i niepoprawne. Oni, oboje, znaleźli się w punkcie, w którym brakowało czegoś istotnego, a tęsknota i żal były tak wielkie, że nie potrafili sobie poradzić z jego okiełznaniem.
Nie musiała mówić zupełnie nic, bo doskonale wiedział jakie pytania chciała zadać. Nie miał jednak żadnych odpowiedzi, żadne słowa nie potrafiły przejść przez zaciśnięte gardło. Pozwolił się zaciągnąć w głąb mieszkania, bezwiedny jak szmaciana lalka. Wszystko wydawało się wyalienowane i niemal nierealne, sam fakt, że w ogóle przyjechał do niej, szukając jakiegokolwiek komfortu, nie powinien mieć miejsca. Nie zmieniało to jednak rzeczywistości - był tam, ciało i kości zamknięte w niewielkiej przestrzeni, spazmatycznie drżące pod wpływem siły, której nie mógł opanować. Duch jednak wędrował, meandrując po urywanych klatkach przeszłych wydarzeń, zabarwionych na brunatną czerwień i głęboką czerń. Miał wrażenie, że wilgoć na jego palcach to wciąż uciekająca krew, a nie ściekający z ubrań deszcz. Czuł jej zapach.
Spiął się jeszcze bardziej, gdy poczuł jak Paloma obejmuje go ramionami. Jakże prosty i ludzki odruch, tak zupełnie naturalny, gdy pragniesz przynieść drugiej osobie komfort, a taki dziwny dla nich obojga. Bywali ze sobą blisko, ale na zupełnie innych zasadach, kierowały nimi zupełnie inne uczucia. Tym razem było trudniej, przynajmniej na początku, bo z każdą mijającą sekundą jego ciało coraz bardziej ulegało. Położył dłonie na jej plecach, mimowolnie przyciągając ją bliżej. Wydawała się drżeć, a może to on wciąż niekontrolowanie dygotał? Schował twarz w kobiecych włosach, chłonąc ich zapach, napawając się chwilą bliskości – ciepła skóra, palce zaciskające się na materiale ubrań, wyczuwalne bicie serca. Potrzebował tego, być przy kimś, kto jest żywy i znajomy, kto na chwilę odciągał jego myśli od zamglonych oczu Martina, które gasły, tak jak gasną małe gwiazdy – gwałtownie i cicho.
Moment bliskości trwał, choć niezbyt długo. Rozumiał, że nie mógł zostać w tym stanie zawieszenia, bo rozsypie się w jej ramionach na dobre, a to coś, czego nie chciał robić. Wymknął się więc z uścisku, przełykając napływające łzy i ruszył do stolika, na którym stała butelka ginu. Nalał alkohol do szklanki, z której Paloma jeszcze niedawno sama korzystała i wypił zawartość jednym haustem, odczuwając niepokojącą ulgę, gdy gardło znów zapłonęło.
Musiałem ci powiedzieć. — Nie odwrócił się w jej stronę. Głos miał przytłumiony, słaby, choć już nie drżał przy każdym wypowiadanym słowie. — Nie wiedziałem do kogo pojechać. Ja… — zawahał się, ale w końcu zerknął w jej stronę, zastanawiając się jak beznadziejnie brzmią te wszystkie tłumaczenia. Nie potrafił powiedzieć wprost tego, że najzwyczajniej w świecie jej potrzebował, bo jako jedna z niewielu osób mogła zrozumieć ten ból, nie próbując go oceniać. — Chyba po prostu nie chciałem być sam. — Odwrócił się w jej stronę już w pełni, opierając się biodrami o sekretarzyk. Odważył się odszukać jej spojrzenie, chcąc zrozumieć, co kryje się za jej źrenicami. Ten sam strach? — Powinienem być przy Cassie, ale nie wiem jak. Jak mam to zrobić? Jak patrzeć na córkę, która straciła ojca? Wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby tylko to Carlos dotarł na miejsce szybciej niż Martin. Jeśli to boski plan, był on okrutny. Jeśli to zrządzenie losu, było zupełnie niesprawiedliwe. Jeśli to celowe działanie, zasługiwało na zemstę. Nie będzie słodka i nie przyniesie odkupienia, ale może choć na chwilę uciszy wyrzuty sumienia.
Wyciągnął przemokniętą paczkę Du Maurier z kurtki. Jego palce wciąż drżały, gdy niesprawnie próbował wyciągnąć jednego papierosa.


Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Bliskość między dwojgiem ludzi mogła mieć wiele wymiarów; część z nich zgłębili wspólnie, a do części — tej prawdziwie intymnej, dopuszczającej drugą osobę do realnych emocji czy przeżyć, zrywającej nie ubrania, a maskę pozornej obojętności i chłodu — nigdy nie dotarli, w porę kryjąc się w swoich skorupach na długo przed nadejściem poranka.
I może tak było najlepiej.
Tak było prościej, bo po raz kolejny świat udowadniał im, że głębokie więzi dotykające ludzkiej duszy nie niosły ze sobą nic poza bólem po stracie. Po co pozwalać komuś na wkroczenie do swojego życia, jeśli było więcej niż pewne, że niemożliwa do zatrzymania siła prędzej czy później tę osobę zabierze? Bez względu na to, czy miało to być nieporozumienie, choroba, ucieczka czy śmierć, ludzie po prostu odchodzili. Cały czas odchodzili, a czasami ktoś im w tym pomagał.
Paloma była bliska osunięcia się na podłogę, gdy po chwili słabości Carlos łagodnie wyplątał się z jej objęć. Uświadomiło jej to, że nie tylko ona trzymała jego w jednym kawałku; męskie ciało działało dla niej jak uziemienie, jak przypomnienie, że ona sama ciągle tutaj jest i musi zmierzyć się z konsekwencjami decyzji — zarówno swoich, jak i tych należących do całej ich trójki oraz bezimiennych oprawców.
Stali objęci wystarczająco długo, by przód jej koszuli zwilgotniał w kontakcie z przemoczoną kurtką, ale dopiero teraz poczuła chłód. Objęła się ramionami, ale to nie zapewniło ani grama komfortu. Nie śledziła Carlosa wzrokiem, gdy odchodził; pozwoliła mu ten na krótki moment samotności bez obserwacji, ale brzęknięcie szkła nie pozostawiało wątpliwości, co postanowił zrobić. Sama miała ochotę przytknąć butelkę do ust i pić tak długo, aż pieczenie w gardle, ciepło w żołądku i mgła obejmująca umysł przyćmią ten tępy, pulsujący ból. Oczy szczypały ją niemiłosiernie, ale łzy wcale nie chciały płynąć — poza tą jedną samotną, po której ślad zdążył już wyschnąć na kobiecym policzku.
Jej ciało podążyło automatycznie za męskim głosem. Odwróciła się powoli, a jego widok — wciąż zwróconego do niej plecami, niepewnego, pokonanego — znów przez moment poruszył jakąś czułą strunę. Nie chodziło nawet o niego — chodziło o ból, który dzielili, a którego manifestacją była ta widoczna słabość mężczyzny. Carlos był dla niej lustrem, w którym widziała własne emocje i to ją tak przerażało, bo to nie był moment na bycie słabą, kruchą czy przestraszoną, nie było na to czasu, kiedy gdzieś tam w mroku deszczowego wieczoru morderca Martina cieszył się z sukcesu. Nie było na to czasu, kiedy Cassandra Layton po raz kolejny straciła ojca, tym razem już na zawsze.
Dla Palomy zawsze łatwiejsze były gesty, spojrzenia i dotyk, niewerbalne znaki mówiące jestem tutaj, bo deklaracje i pocieszenia brzmiały w jej mniemaniu pusto i sztucznie. I teraz, kiedy Cordero próbował się przed nią wytłumaczyć, jakoś usprawiedliwić to, że zamiast pocieszać Cassie sam chciał najpierw znaleźć komfort lub jego złudzenie, było to po prostu… nienaturalne. Nie w odpychający sposób, nie posądzała go wszak o puste wymówki, po prostu w takim wydaniu jeszcze go nie widziała i nie wiedziała, jak zareagować.
Wybrała więc starannie jedną z masek. Nie mogli przecież rozsypać się oboje.
Pozwoliła mu na chwilę zmagań z papierosami, obserwując tę batalię bez grama oceny. W końcu zbliżyła się o te kilka kroków i łagodnie a stanowczo wyjęła przemoczoną paczkę z dłoni Carlosa. Jeden papieros wylądował między jej wargami, drugiego podała mu bez słowa. Pstryknęła zapalniczka. Gilzy odrobinę zwilgotniały, ale tytoń wciąż był wystarczająco suchy, by ogień chwycił.
Pierwsze zaciągnięcie się dymem przypomniało jej ciału, jak się poruszać. Opadła na sofę, odrywając w końcu wzrok od Carlosa i skupiając go na rozdygotanym płomieniu jednej ze świec, tańczącym w lekkim przeciągu.
Nie pomożesz jej, jeśli zobaczy cię w tym stanie — oświadczyła w końcu, wydmuchując dym w kierunku sufitu. — Jak chcesz przy niej być, skoro w ogóle nie jesteś teraz obecny?
Słowa Palomy brzmiały… surowo. Nie było w nich przygany, politowania ani drwiny, po prostu chłodne stwierdzenie faktów, chociaż ktoś uważny dosłyszałby echo drżenia, które jeszcze przed chwilą miało jej ciało w posiadaniu.
Dobrze zrobiłeś — dodała po chwili, wyraźnie bardziej miękko. Wiedziała, że nie potrzebował od niej zapewnień czy pocieszenia; potrzebował przestrzeni, w której ktoś podzieli jego ból i pozwoli mu spokojnie dojść do siebie. Dała mu więc jeszcze chwilę, w której cisza wybrzmiewała tylko miarowym uderzaniem deszczu o szyby, posykiwaniem płonących knotów świec i dłuższymi, rozedrganymi wydechami, kiedy ból i szok stopniowo ulatywały z ich piersi wraz z dymem.
Co dokładnie się wydarzyło?


Carlos Salazar
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Niechętnie pozwolił, by przejęła paczkę papierosów z jego drżących dłoni. Przyszedł po pomoc – tak ciężko było to przyznać przed kimkolwiek, szczególnie przed samym sobą – a kiedy już ją dostawał, w postaci prostych gestów, czuł się z tym absolutnie niezręcznie i podle. Wystarczyła jedna noc, by stał się słabszy niż kiedykolwiek. Jedna noc i zmienił się w zagubionego chłopca, szukającego komfortu i bliskości, bo bał zostać się sam, w tych czterech ścianach, które zamykały się coraz bardziej. Carlos lubił kontrolę. Życie w przestępczym półświatku rzadko trzymało się określonych granic, niejednokrotnie rzucając mu wzywania, ale za każdym razem wychodził z tego obronną ręką, bo potrafił działać pod presją. Nawet gdy wszystko wydawało się nieodpowiednie i przegrane, on odzyskiwał władzę, bo doskonale wiedział jak się dostosować. Nie uginał się łatwo, a im silniejszy wywierano na niego nacisk, tym mocniej kąsał. Cordero to nie baranek prowadzony na rzeź, a wilk w owczej skórze. Takim znała go Paloma, przynajmniej aż do tamtego momentu.
Martin n i e ż y ł i to coś, czego nie dało się cofnąć. Śmierć jest poza kontrolą i właśnie to było przerażające. Nie samo odejście przyjaciela, nie bolesna nieobecność. To konsekwencje tych wydarzeń napawały Salazara lękiem. Wszystkie niezałatwione sprawy i pozostawieni ludzie, każda trudna rozmowa, na którą nie potrafił się przygotować. Wielkie, smutne oczy Cassandry, urywany szloch, zamknięte wieko trumny, słodkie wspomnienia dawnych czasów i gorzka realizacja, że nie było już żadnych szans na wspólną przyszłość. Żadnego imperium na Ziemi i obiecanego królestwa w Niebie.
Zapalniczka błysnęła. Zaciągnął się nikotyną, obserwując jak Paloma siada na kanapie. Oboje oddychali dymem, jakby miał przynieść im oświecenie. Kryli się w gęstych chmurach, nie wiedząc jak powinni się zachować. Żadne słowa nie były dobre i wystarczające – może ich nie potrzebowali? Wystarczyła ta przestrzeń, którą dzielili. Ciężkie powietrze, zapach palonego tytoniu, smak alkoholu na języku i deszcz uderzający o szybę.
Nie. To wystarczyłoby, gdyby faktycznie się tam znajdował.
Paloma miała rację – nie był tak naprawdę obecny. Ciało trzymało się wyuczonych gestów. Papieros między wargami, głęboki wdech i wolny wydech. Drewno wbijające się w biodra, chłód wilgotnych ubrań, które kleiły się do skóry. Wydawało się, że czuł to wszystko, ale zaraz przyłapywał się na tym, że odpływał gdzieś daleko, a popiół piętrzył się na końcu fajki, w końcu załamując się pod własnym ciężarem. Nawet wtedy, gdy zastanawiał się jak odpowiedzieć na pytanie co się wydarzyło, uciekał gdzieś daleko, zawieszając się w chłodnej pustce.
Był zły. Nie wiem o co dokładnie chodziło. Chciał się z kimś spotkać, więc wsiadł w samochód i odjechał. Powinienem nalegać żeby pojechać razem z nim, ruszyć szybciej, dogonić go zanim… — urwał i zaciągnął się papierosem, jakby udawał, że przerwał swoją wypowiedź tylko dlatego. — Jak dojechałem na miejsce już było za późno. Próbowałem coś zrobić, ale podziurawili go jak sito. To nie wypadek. Tak strzelają ludzie, którym zależy na tym, by zadać komuś ból. — Gwałtownie zgasił niedopałek w najbliższej popielniczce i zaśmiał się gorzko. W źrenicach błysnęła iskra gniewu, która znów szybko ustąpiła smutkowi. — To mogłem być ja. To powinienem być ja. Taką pustkę da się zapełnić, ale on…


Twój ojciec byłby zawiedziony Carlos. Nie dlatego, że okazałeś się słaby. Świat nie kręci się wokół ciebie i twojego cierpienia. Ludzie nie będą cię podnosić, bo potknąłeś się w drodze na wzniesienie, które sam sobie wybrałeś. W czym twój ból jest ważniejszy od cudzego? Miałeś być podporą i ostoją, bezpiecznym miejscem i stałym punktem. Czy nie tego cię uczył? Otwórz oczy i zobacz co masz przed sobą. Nad przeszłością możesz wyć w samotności, może Bóg usłyszy to żałosne skomlenie i pochyli się nad swoim marnotrawnym synem. Ale ty, Carlos, nie możesz się litować nad sobą.

Paloma świetnie dobierała maski. Była chłodna i opanowana, starała się trzymać za ich oboje. Martin był dla niej jednak równie bliski. Przyjął ją do swojego domu, tak jak przyjął Salazara, traktując jak kolejnego członka tej dysfunkcyjnej rodziny. Miała takie samo prawo do żałoby, o ile nie większe, a Carlos nawet nie widział, by uroniła choć jedną łzę, zbyt zaślepiony własnym bólem.
Przepraszam — wybrzmiało cicho i słabo, ale pierwszy raz naprawdę świadomie, jakby w końcu zdał sobie sprawę gdzie i dlaczego się znalazł. Ponownie złapał za butelkę alkoholu i nalał gin do szklanki. Z pewnym wahaniem usiadł obok kobiety, zachowując minimalną odległość, jakby byli dla siebie nie do końca znajomi, ale również niezupełnie obcy. — Powinienem spytać jak się czujesz. Kurwa. — Wyciągnął szklankę, oferując jej kolejną dawkę trucizny, którą oboje tak często dozowali przez lata, by jakoś poradzić sobie z własnymi emocjami. — Przyjechałem tu, bo jest mi źle, ale chyba zapomniałem o tym, że… — zerknął na jej twarz, na dym uciekający spomiędzy rozwartych ust i osiadający na wilgotnych rzęsach. Chyba szukał w niej tego samego pęknięcia, które znajdował w sobie. Niektórzy ludzie faktycznie wydają się lustrami, w których możemy się przejrzeć. Najczęściej to, co znajdujemy w tym odbiciu, napawa nas jeszcze większym niepokojem. — Ty też możesz czuć się źle.

Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Spędziwszy większość życia w świecie, w którym pokazywanie prawdziwych emocji było niepożądane, oboje przyzwyczaili się do krycia twarzy pod dobranymi starannie do sytuacji maskami. Okazywanie słabości było dziwne, zdawało się w pewien sposób niezręczne, a trzymanie w ramionach zagubionego chłopca Carlosa, nawet przez krótką chwilę, łamało wszelkie zasady, które sami sobie kiedyś narzucili. Jednak nawet po latach wygaszania takich odruchów to właśnie ten gest wydawał się najodpowiedniejszy; zwykłe objęcie, chwilowe złączenie ciał, podzielenie się ciepłem… i urwanie tego; trochę niezgrabne, trochę przy okazji, jakby zwiększenie odległości mogło wymazać z ich pamięci ten moment, w którym przypomnieli sobie, że są ludźmi.
Bycie ludźmi… mogłoby się zdawać, że to właśnie swojego człowieczeństwa wstydzili się (a może obawiali) najbardziej. Nie świstu kul nad głową, nie błysku ostrza w mroku, a tych krótkich momentów słabości, które odsłaniały ich kruchość, wystawiały na ciosy sięgające głębiej niż mięśnie i kości, bo to okazanie jakichkolwiek uczuć było dla nich prawdziwym opuszczeniem gardy.
Paloma prędko pozbierała swoją skruszałą tarczę — zlepiła ją naprędce, trochę pobieżnie; słabe punkty wciąż były dobrze widoczne i gdyby ktoś chciał w nią uderzyć, nie miałaby sił się bronić. Być może łzy popłynęłyby strumieniem niemożliwym do zatrzymania, a może to gniew i niezrozumienie pierwsze wzięłyby kobietę w posiadanie. Carlos jednak nie zamierzał w nią celować, a nikogo innego tu nie było, więc… chyba jedyny powód, dla którego próbowała być silna, to bycie oparciem dla mężczyzny.
Gdyby rozsypali się oboje…
Nie zamierzała go oceniać ani pospieszać, nie chciała głosić żadnych kazań w kwestii wylewającej się wraz ze słowami goryczy i złości na samego siebie, na swoją bierność i bezsilność; i tylko coś drgnęło w jej duszy i w jej twarzy, gdy powiedział to powinienem być ja.
Chciała się odezwać, ale… nie wiedziała, jak odpowiada się na takie słowa.
Patrzyła więc tylko poprzez półmrok i dym, chłonąc rozgoryczenie i uświadamiając sobie coraz mocniej, że ich obojętność zawsze była tylko maską. W jej mieszkaniu znajdowały się teraz przecież dwie osoby, które chętnie oddałyby własne życie, gdyby miało to odwrócić los Martina. Tak nie objawiał się cynizm i brak ludzkich uczuć; tak objawiała się lojalność i przywiązanie do drugiego człowieka, których nikt z nich nie musiał wyrażać w podniosłych słowach.
Oszczędna historia Carlosa tak naprawdę niczego nie wyjaśniła; wszyscy troje mieli wrogów, niektórych wspólnych, innych — każdy z osobna. Mordercą Laytona mógł być każdy z niezadowolonych klientów, każdy z wydymanych wspólników… po prostu każdy. Mógł to być ktoś, z kim Martin zadarł przed dziesięciu laty, a mógł być to ktoś, kto tydzień wcześniej zdecydował, że ma dosyć konkurencji. Takie rzeczy po prostu się działy ludziom ich pokroju; tylko że w ich wersji historii Martin był ofiarą, nie oprawcą, i to bez względu na to, co sam w życiu zrobił.
W ich wersji historii Martin Layton był wiernym przyjacielem i oddanym ojcem, którego ktoś podziurawił na lśniącym od deszczu chodniku.
Ból był tępy, pulsujący; rozlewał się falami od klatki piersiowej po brzuchu, wędrował powoli również do głowy, dziwnie lekkiej od wypitego wcześniej alkoholu i wdychanej teraz nikotyny. I chociaż Paloma trzymała się sztywno, a jej twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji, to ciemne oczy, które powędrowały najpierw ku wyciągniętej w jej kierunku szklance, a później zmierzyły twarz Carlosa — wpatrywała się w niego tak uważnie, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu naprawdę — nie były w stanie kłamać.
Była przerażona.
Była na skraju przepaści, w którą bardzo chciała się rzucić, bo może niekontrolowany szloch ująłby jej odrobinę bólu i odrobinę wstydu. Może gdyby sama schowała się w czyichś ramionach i przez moment pozwoliła sobie na bycie słabą, to ten okropny ciężar w piersi by zmalał. Potrzebowała tylko przyzwolenia, ale tego nikt poza nią samą nie mógł jej dać.
Ty też możesz czuć się źle wybrzmiało jednak jak dokładnie takie przyzwolenie.
Być może dlatego niekontrolowany spazm przemknął przez jej ciało, a szklanka z ginem, którą po chwili wahania przejęła od Carlosa, zatrzęsła się niebezpiecznie. Uroniła kilka kropli na i tak wilgotną koszulę, zanim uniosła naczynie do ust i wypiła ciepławy alkohol jednym haustem. Zapiekło, ale była do tego przyzwyczajona. Chciała tylko przytępić zmysły, ale te jak na złość pozostawały sprawne.
Czuję się… — odezwała się w końcu, a jej głos zabrzmiał zupełnie inaczej niż przed chwilą. Nie było w nim pewności, nie było w nim spokoju, które jeszcze minutę temu potrafiła w sobie odnaleźć. Miała ochotę zrzucić tę nagłą słabość i drżenie na gin, na palonego w pośpiechu papierosa, na chłód wilgotnego ubrania, spotykającego się z przeczuloną skórą. — Czuję się źle — przyznała krótko, ale dobitnie. Wyglądała tak, jakby wykrztuszenie tych słów kosztowało ją ogrom wysiłku; jej szyja wyraźnie się napięła, podobnie zresztą mięśnie mimiczne.
Paloma wyglądała tak, jakby jedno słowo więcej mogło przechylić szalę. Jedną dłoń zacisnęła na grubym szkle, aż zbielały jej knykcie; druga drżała niekontrolowanie, a popiół z resztki papierosa osypywał się wolno na jej ubranie.
Ale to, jak ja… jak my się czujemy nie jest teraz najważniejsze — wykrztusiła po przedłużającej się ciszy. Uciekała wzrokiem od jego spojrzenia, jakby bała się, że ponowne popatrzenie prosto w oczy odbierze jej te resztki sił, które utrzymywały ją w całości. — Najważniejsze jest to, czy… Cassandra już wie?
Imię dziewczyny z niewyobrażalnym trudem przeszło jej przez usta. Gardło piekło — bynajmniej od alkoholu.
Sypała się na jego oczach, chociaż jeszcze przed chwilą to ona trzymała ich oboje w ryzach.
Łzy jeszcze nie popłynęły. Ciało jeszcze się nie poddało. Jeszcze.


Carlos Salazar
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Słabość ciała nie była przerażająca, była niewygodna. Męczące były limity organizmu, kruchość skóry i kości, odkładające się zmęczenie i czające się w komórkach choroby. To jednak coś, do czego można było się przyzwyczaić, zrozumieć mechanizmy rządzące fizyczną powłoką, znieść ból i zszyć rany. Ciało dało się wyleczyć – nie zawsze, ale wystarczająco często – dało się też poznać jego granice i wykorzystać je w odpowiedni sposób. Przycisnąć je na tyle mocno, by zaczęło się łamać, a później znów regenerować, aż nauczy się znosić więcej i sięgać dalej, poza wcześniejsze limity. W ich świecie ciało nie było aż tak istotne. Często stanowiło jedynie towar, czasami dawało przyjemność, innym razem zawodziło, ale najczęściej stanowiło po prostu nośnik. To umysł stanowił broń, bardziej niebezpieczną niż jakiekolwiek inne narzędzie, ale znacznie trudniejszą do opanowania. Okazywało się, że pomimo lat doświadczeń, które z pewnością można było uznać za ekstremalne, Carlos nie poznał samego siebie w pełni. Docierał do granic innych ludzi bez zawahania, ale kiedy stanął przed własnymi, zaczynał tracić rezon. Nie sądził, że cokolwiek jest w stanie naruszyć stabilność, którą tak skrupulatnie budował, a jednak nie mógł mylić się bardziej. Był tak samo niestabilny i zniszczony jak wszyscy inni, oni oboje tacy byli, po prostu nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Nie byli bogami, ale nie do końca chcieli być też ludźmi, nie podobała im się ta bezbronność i przesadna emocjonalność. To, że dało się ich zranić i to, że ranili innych. Czy mieliby więc się stać? Nie wiedział co będzie na nich czekać, jeśli zdecydują się odrzucić ten ludzki pierwiastek, który pragnął bliskości i komfortu. Może staną się czarnymi owcami, ale przecież nienawiść – do samego siebie, do innych, wobec nas – jest prostsza do nawigowania niż miłość.
Jeśli jednak pozwolą sobie na pewną wrażliwość, będą musieli zmierzyć się z własnymi słabościami. Na to na pewno nie byli przygotowani.
Widział w jej oczach ten sam strach, który wylewał się przez jego własne źrenice. Ile bólu mogą w sobie zmieść te dwa niewielkie punkty? Wystarczająco dużo, by móc się nim wysycić i zbyt mało, by to ukryć. Chciał odwrócić spojrzenie, Boże, jak bardzo chciał udawać, że nie widzi jej wzbierającego żalu. To byłoby takie proste – zignorować nagły spazm szarpiący jej ciałem, wpatrywać się w deszcz za oknem, zamiast na drżące kąciki ust Palomy, wygodnie podsunąć kolejną szklankę z alkoholem, a później zamknąć w bezpiecznej bańce wyparcia. Nie potrafił jednak tego zrobić. Nie, gdy faktycznie przyznała, tym zduszonym i słabym głosem, że czuje się źle. Victoria, którą znał przez te wszystkie lata, nigdy nie wypowiedziała podobnych słów na głos. Właśnie dlatego, z pewnym wahaniem, położył dłoń na jej plecach. Delikatny dotyk, którym chciał zakotwiczyć ją w rzeczywistości i pokazać, że po prostu jest gdzieś obok. To prostsze i bezpieczniejsze niż werbalne pocieszenie – z fizycznego kontaktu można się wycofać, ale raz wypowiedziane słowa pozostają w pamięci na zawsze.
Wie — stwierdził, w jego głosie zabrzmiała dziwna gorycz. — Od funkcjonariuszy. — Nie od niego. Nie było go tam, gdy dowiadywała się, że jej ojciec został zamordowany. Nie potrafił zapukać w drzwi i spojrzeć jej w oczy, bo był pieprzonym tchórzem. — Nie chce mnie widzieć, ale zupełnie jej się nie dziwię. Spierdoliłem to wszystko. — Wziął głęboki, drżący oddech i przez chwilę wydawało się, że znów się złamie. Nie pozwolił sobie jednak na kolejną falę samoużalania. Zrobił już wystarczająco, upijając się w domu i przyjeżdżając tutaj, z nadzieją, że Poloma zatrzyma upadek. Ból to całkiem słuszna kara za brak odwagi, będzie więc rył kolanami w ziemię tak długo, póki nie znajdzie w sobie wystarczająco siły, by znowu się podnieść. — Naprawię to — obiecał. Nie miał oznaczenia komu – jej, sobie, Martinowi. Zrobi wszystko, by wyprostować błędy, które popełnił. Nie tej nocy, nie teraz, gdy był rozedrgany i niestabilny, nie kiedy mógł przynieść jeszcze więcej krzywd, ale w końcu na powrót stanie się tym samym Carlosem, który opiekował się matką po śmierci ojca. Jeśli będzie trzeba, znów zapali czarną świecę dla Santa Muerte i pociągnie za spust. — Nie pozwolę im skrzywdzić Cassandry jeszcze bardziej. — Zupełnie tak, jakby sam tego nie zrobił, uciekając przed jej smutkiem. — Nie pozwolę im skrzywdzić ciebie. Ktokolwiek zabił Martina, będzie musiał za to zapłacić. — Zacisnął palce mocnej na materiale koszuli Palomy. Mimowolny skurcz mięśni, spowodowany nagłym buntem wobec tego co się stało. Wpadał z jednej skrajności w drugą; z palącego żalu w trawiący gniew. Ze złością było jednak prościej sobie poradzić, ukierunkować ją na tych, którzy na to zasługiwali. Bo zasługiwali, prawda? Wszyscy ci, którzy celowali w jego bliskich, powinni odczuć konsekwencje. Zaciągnie ich do piekła, jeśli będzie musiał. Ogień wyapla, ale to ten rodzaj bólu, na który był gotowy.
Może to zawsze już tak będzie się kończyć. Oko za oko. Ostrze noża albo lufa pistoletu. To życie, które wybraliśmy. Ale nie Cassandra. Nie będzie płacić za nasze błędy. — Chciałby w to wierzyć. Życie jednak było przewrotne. I może nie miał racji, może żadne z nich tak naprawdę nie zdecydowało się na taki los – zostali rzuceni na pożarcie, gdy ich ojcowie zdecydowali się na ten pierwszy, fatalny w skutkach krok.
Przeklęte pokolenie Kaina, które dąży do samozagłady.


Paloma Cortés
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Gdyby miała świadomość, jak krucho zaczyna wyglądać, to również wolałaby zniknąć z zasięgu wzroku Carlosa. Chociaż w pierwszej chwili instynkt zdecydował, by wznieść fasadę chłodu i opanowania, to nawet Paloma nie była pozbawioną uczuć machiną, choć przez wprawę w ukrywaniu swoich prawdziwych reakcji tak właśnie mogła być postrzegana. Zresztą tak było lepiej. Przynajmniej nikt nie wpadłby na to, by wykorzystać tę słabość, którą przed Carlosem okazywała w tym momencie chyba pierwszy raz — a znali się przecież już tyle lat.
Nie przywykła do szukania komfortu w prostej bliskości drugiego człowieka — i wiedziała, że on też nie. To stąd brała się ta cała niezręczność i niepewność każdego kolejnego ruchu, gestu, słowa czy choćby spojrzenia, które trwało o sekundę za długo. Suchość na języku przypominała o prostym rozwiązaniu problemu. Butelka z ginem była przecież na wyciągnięcie ręki.
To właśnie uświadomienie sobie tego, że dostrzegł jej słabość, spowodowało lekkie wzdrygnięcie w reakcji na dotyk, do którego nie była przyzwyczajona — nie w taki sposób. Męskie dłonie lądowały na jej ciele tylko w dwóch celach — by zadać jej cierpienie lub przyjemność. Nie po to, by ją pocieszyć czy przekazać „jestem tutaj”, a… tak właśnie było teraz. Zesztywniała na sekundę czy dwie, zanim po prostu odpuściła, pozwalając sobie na chwilę bezbronności.
Jej oczy pozostały suche, chociaż wciąż piekły niemiłosiernie — nawet gdy uciekła wzrokiem gdzieś w przestrzeń.
Zmienne emocje, które targały Salazarem, były dla niej zupełnie zrozumiałe. Dwa końce spektrum ścierały się w nieustannej walce o dominację nad jego ciałem i duszą, a słowa, wypowiadane gwałtownie, brzmiały jednocześnie szczerze i… zbyt patetycznie, by w nie wierzyć. A jednak wierzyła w ich prawdziwość — w rozgrzewającą serce chęć pomszczenia śmierci przyjaciela i uchronienia przed zagładą tych nielicznych bliskich, którzy jeszcze chodzili po ziemi.
Tylko że…
Już za nie zapłaciła — skwitowała. Krótkie, ciche stwierdzenie, któremu nie dało się zaprzeczyć. Paloma poczuła, jak to ją ogarnia nagła złość, kontrastująca z wcześniejszym tępym bólem i smutkiem. Wstała z pewnym trudem, bo Carlos wciąż zaciskał dłoń na jej koszuli. Wygładziła materiał z przodu tylko po to, by zająć czymś dłonie, zanim w końcu sięgnęła po gin. Najwierniejszy przyjaciel, najlepsze pocieszenie, rujnujące ją uzależnienie — nieważne, jaką postać tym razem przybierał alkohol. Był na wyciągnięcie ręki, zwilżał język, wypalał ból, tłumił pędzące w szale myśli.
Pociągnęła łyk. Po chwili kolejny.
Przestań się oszukiwać, Carlosie. Nie dasz… nie damy rady jej ochronić, bo już zapłaciła najwyższą cenę za nasze błędy. Straciła ojca — syknęła, wykonując bliżej nieokreślony ruch butelką. Płyn zakołysał się niebezpiecznie blisko krótkiej szyjki. — Już zapłaciła, a jedyne co możemy zrobić to upewnić się, że jej samej nic się nie stanie. Chociaż nawet to jest, kurwa, bardzo śmiałe założenie. To wciąż dzieciak, zbuntowany i wiecznie chodzący własnymi drogami.
Mokry piach, naniesiony przez Carlosa, chrzęścił nieprzyjemnie pod jej bosymi stopami, kiedy zaczęła przechadzać się po salonie, próbując pozbierać myśli. Wzrok uciekał ku lekko przymkniętym drzwiom do sypialni; pamiętała o panującym tam bałaganie, o na wpół spakowanej walizce, wciąż leżącej na łóżku, będącej naiwną obietnicą uchronienia ich wszystkich przed konsekwencjami jej nieostrożnych decyzji, podejmowanych tak beztrosko, jakby naprawdę wierzyła w to, że nie ma na świecie nikogo, kto mógłby zapłacić za jej głupotę.
Czy Martin był pierwszym przystankiem na drodze prowadzącej do wyrównania rachunków z nią? Czy to po prostu jego własna przeszłość w końcu go dogoniła? Myśli przelatywały gwałtownie przez kobiecą głowę, alkohol lał się w gardło, ciało zdawało się znowu ją zdradzać — nerwowe ruchy, napięcie mięśni mimicznych i to nieznośne pieczenie pod powiekami…
Ostrze noża albo lufa pistoletu… — powtórzyła słowa sprzed chwili, zwracając się znowu w stronę mężczyzny. Uniosła butelkę w toaście naznaczonym gorzkim sarkazmem. — Nie ma już dla nas innej drogi.
Podała gin Carlosowi.
Nie będziesz niczego naprawiał sam. Znajdziemy tego skurwiela.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że składa obietnicę bez pokrycia.


Carlos Salazar
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”