ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

#1
Dwa lata temu, przyjęcie świąteczne Tremblay & Langston
Muzyka rozlewała się po sali miękką, elegancką falą, przytłumioną przez rozmowy, śmiech i dźwięk szkła stukającego o szkło. Świąteczna gala Tremblay & Langston była dokładnie tym, czym miała być — pokazem sukcesu.
Światła odbijały się w kryształowych kieliszkach, garnitury były idealnie dopasowane, a liczby, które zamknęły rok fiskalny, krążyły między ludźmi jak waluta uznania.
Hugo siedział nieco z boku, w półcieniu jednej z bocznych lóż, gdzie światło docierało już tylko fragmentarycznie. Szklanka whisky opierała się o jego palce zbyt pewnie, jak na ilość, którą zdążył już wypić. Alkohol nie odbierał mu kontroli — raczej ją rozluźniał, przesuwając granice tego, na co pozwalał sobie w myślach.
Spojrzenie miał cięższe niż zwykle, mniej ostre, ale nadal uważne.
Zauważył ich wcześniej. Nie od razu. Najpierw kątem oka, ruchem, który nie pasował do reszty starannie wyreżyserowanego wieczoru.
Lavender i jej mąż zniknęli na chwilę z głównej sali, kierując się w stronę jednego z bocznych korytarzy prowadzących do prywatnych pomieszczeń. To nie było nic niezwykłego. Ludzie znikali i wracali. Oddech od tłumu, szybka rozmowa czy ważny telefon.
Jednak w tym pociągnięciu było coś zbyt gwałtownego. To nie była próba zaciągnięcia pożądanej partnerki w ustronne miejsce, żeby móc ulżyć napięciu wymieszanemu z pijaństwem. To było zbyt brutalne, a on znał tę brutalność w wykonaniu Langstona.
Hugo nie podążył za nimi od razu. Dopił resztkę whisky, odstawiając szkło z cichym stuknięciem. Dopiero potem wstał — bez pośpiechu i bez zainteresowania widocznego dla kogokolwiek poza nim samym.
Korytarz był cichszy, światło chłodniejsze. Dźwięki sali przyjęć przytłumione przez ciężkie drzwi.
Zatrzymał się, zanim skręcił za róg. Głos dotarł do niego pierwszy. Chuck Langston był wściekły. Jego podniesiony głos nie był na tyle głośny, by ktoś z sali mógł go usłyszeć, ale wystarczająco, żeby nie pozostawiał wątpliwości co do tonu.
Potem zobaczył, jak zaciska dłoń na nadgarstku Lavender, wykonując krótkie, nerwowe szarpnięcie, które uchwycił tylko częściowo.
Zacisnął szczękę, ale nie wszedł głębiej i nie chciał zdradzać swojej obecności. Oparł się lekko o chłodną ścianę, pozostając poza zasięgiem wzroku. Wystarczająco blisko, by widzieć. Wystarczająco daleko, by nie musieć reagować.
Znał ten ton przyjaciela aż za dobrze i wiedział, co oznaczała cisza, która następowała zaraz po nim.
Nie próbował zgadywać więcej, niż widział. W jego świecie rzeczy rzadko były przypadkowe, a jeszcze rzadziej niewinne.
Walczył ze sobą, stojąc w cieniu i zastanawiając się, czy powinien być uczestnikiem czy obserwatorem.
Nie ruszył się. Poprawił tylko mankiet koszuli — jego gest był automatyczny, wyuczony, absurdalnie spokojny w kontraście do sytuacji kilka kroków dalej.
Powinien coś zrobić. Ta myśl pojawiła się i zniknęła równie szybko. Nie dlatego, że nie wiedział jak. Dlatego, że wiedział dokładnie, co by to oznaczało. Mieszanie spraw, których według własnych zasad mieszać nie powinien.
Wkroczył, przesuwając ciężar ciała i udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości.
Charles, McAlister cię szuka — jego głos był spokojny, niski i kontrolowany.
Zatrzymał się kilka kroków przed nimi. Nie ignorował już sytuacji — patrzył.

Lavender Langston
gall anonim
Mało co mnie rusza.
34 y/o
For good luck!
168 cm
odziedziczyła prawa do rządzenia w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystkie te przyjęcia wyglądały tak samo.
Jeszcze jakiś czas temu ją cieszyły… święta były jednym z jej ulubionych okresów w roku i bardzo mocno angażowała się, żeby wszystko było idealnie. Od wyboru lokalu, przez dekoracje, menu i prezenty dla wszystkich obecnych tutaj gości. Cieszyło ją to. Kiedyś.
Teraz nakładała na twarz swoją idealnie wystudiowaną maskę, tkwiła u boku męża i starała się jednocześnie robić tylko i wyłącznie dobre wrażenie i nie rzucać się w oczy. Abstrakcyjne połączenie, ale spełniało swoje zadanie. Była tłem i dodatkiem do garnituru Charlesa. Jeśli jednak ktoś już zwrócił na nią uwagę – zachowywała się bez zarzutu. Potrafiła zrobić dobre wrażenie, znaleźć temat do rozmowy i uśmiechnąć się tak, że ten uśmiech zostawał w pamięci. Była doskonała w swojej roli i była o tym przekonana, gdy nie usłyszała głosu męża tuż przy swoim uchu. W tej samej sekundzie poczuła jego palce zaciskające się na jej nadgarstku, a wzdłuż kręgosłupa przeszedł ją zimny dreszcz. Doskonale wiedziała, co to znaczy… tylko jej się wydawało, że wszystko było w porządku, gdy tak naprawdę nic w nim nie było.
Nie miała dużego wyboru, musiała po prostu wyjść razem z nim – nawet jeśli jakaś szczęść jej po prostu chciała odwrócić się na pięcie, wyjść, złapać taksówkę i wrócić do domu. Tylko, co by to zmieniło? Oprócz tego, że skończyłoby się dla niej jeszcze gorzej?
Wpatrywała się w rozwścieczoną męską twarz, ale nie potrafiła się zebrać w sobie, żeby mu odpowiedzieć, żeby chociaż spróbować go uspokoić, gula w gardle uniemożliwiała jej wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Drgnęła nerwowo, gdy jego dłoń uderzyła w ścianę tuż przy jej głowie. Wstrzymała oddech spodziewając się, że będzie następna…
Nie stało się tak tylko dlatego, że ciszę między nimi, w której Charles decydował jak odreagować swoją złość, przerwał męski głos. Spokojny. Chłodny. Rozpoznała go od razu, ale nie spojrzała w jego kierunku. Wpatrywała się w twarz męża, obserwując jak jego tęczówki ciemnieją a szczęka się napina. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale jednocześnie wiedział, że nic więcej nie może zrobić. Odwrócił się na pięcie, zostawił Lavender samą sobie i odszedł, wymijając przyjaciela bez słowa.
A ona wreszcie wzięła głębszy oddech. Oparła się o ścianę, do której jej przycisnął i przymknęła na moment powieki. W myślach policzyła do pięciu, święcie przekonana, że Hugo ruszył za Charlesem. Kiedy jednak otworzyła oczy… on nadal tam był. Szlag.
- Fantastyczne przyjęcie, prawda? Tak mi się wydawało, że tegoroczny organizator stanie na wysokości zadania, ci zeszłoroczni pozostawiali lekki… niedosyt. – skomentowała, starając się zabrzmieć najbardziej naturalnie i neutralnie, a nawet zmuszając się do wciśnięcie sobie na usta lekki uśmiech. Wręcz… profesjonalny. Bo przecież o czym innym mieliby rozmawiać? O tym, co się przed chwilą stało? Nic się nie stało. Poprawiła tylko sukienkę opinającą jej się na biodrach i oderwała się od ściany, która dawała jej wsparcie, gdy kolana drżały jej od nadmiaru emocji. Teraz powinno być już dobrze. Zrobiła krok lub dwa w kierunku mężczyzny i oparła dłoń na jego piersi, a głowę zadarła tak, żeby na niego spojrzeć – Chodźmy, nie powinniśmy zostawać tu tak długo. – żeby nie dać mu kolejnego argumentu, ale tego nie powiedziała już na głos. To mógł odczytać w jej spojrzeniu, albo dopowiedzieć sobie sam. Znał go przecież wystarczająco dobrze.


Hugo Tremblay
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”