38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Subtelna reakcja mięśni twarzy była jedyną oznaką oszczędnego zdumienia. Krótkie zmarszczenie brwi, drgnięcie nozdrzy i powiek, trwające ułamki sekund rozszerzenie źrenic — i już. Tyle wystarczyło, by nadeszła akceptacja, że kobieta po prostu pojawiała się w różnych miejscach motelu zupełnie bezszelestnie, jak duch — lub tak naturalny element otoczenia, że człowiek nie zauważał, kiedy wchodziła na scenę.
Renley Masters — bo dzięki kilku słowom zamienionym z Garą w jego składziku na miotły biurze Paloma w końcu nie musiała myśleć o mrukliwej recepcjonistce jak o bezimiennej istocie — zawsze była gdzieś w pobliżu. Nienachalnie, nie jak krzykliwa lampa czy ekstrawagancka ozdoba, zwracająca natychmiast uwagę; raczej przemykała gdzieś na peryferiach pola widzenia. Czasami towarzyszyło temu skrzypnięcie podeszew jej trampek na podłodze, czasami grzechot niesionych na tacy szklanek, czasami ostry zapach wybielacza i środka na mole, gdy niosła do któregoś z pokojów świeże ręczniki czy pościel.
Jest pani też barmanką? — Wróciła do formy grzecznościowej, z której pozwoliła sobie zrezygnować przy ostatnim razie.
Cisza.
I to ciężkie, beznamiętne spojrzenie, które znów wydawało się wycelowane w Palomę, ale tak naprawdę zatrzymywało się gdzieś przed nią, w przestrzeni między atomami, oddalonej o milimetry od jej twarzy.
Drgnięcie kącika pociągniętych ciemną szminką ust. Nie krzywy uśmieszek, nie grymas zniecierpliwienia, a coś pośrodku stawki. Chyba nawet nie spodziewała się jakiejkolwiek odpowiedzi na swoje pytanie i póki było ono równie nieistotne, cisza po drugiej stronie bardziej ją bawiła niż drażniła.
Coś dobrego.
Widziała po reakcji Masters — czy raczej jej braku, że to nie wystarczy.
Powinna być bardziej konkretna — powinna wiedzieć dokładnie, czego chce, bo właśnie tego można było spodziewać się po kobiecie jej pokroju. Wciąż wyróżniała się na tle klienteli Ho-Oh, ale nie emanowała tą samą energią, co jeszcze kilka dni wcześniej. Zmęczenie przebijało spod starannego makijażu, który nie był w stanie w pełni zamaskować ciemnych półksiężyców pod oczami. Przemyślany strój tego wieczoru wydawał się bardziej przebraniem, niż ubraniem, zupełnie jakby dekolt bluzki miał jedynie odwracać uwagę od subtelnych oznak zwątpienia, a nie być atrybutem kobiecości.
Dobrze, może inaczej. Proszę podać mi coś… coś obrzydliwie dekadenckiego. Coś, co wypali z języka gorycz rozczarowania. Drink, nad którym dyskutuje się o upadku kultury zachodniej… nie? Nadal nic? — Uśmiechnęła się, tym razem wyraźniej. Twarz Palomy na moment pojaśniała — a może to tylko sekundowe przepięcie w układzie, przez które przydymione światła rozbłysły mocniej.
Wzrok przemknął po szeregu butelek za barem. Na ich tle Masters również się przesadnie nie wyróżniała; niezwykłe było to, jak potrafiła wtopić się w każde tło, bez względu na to, czy za jej plecami akurat znajdowała się podróbka chińskiej kaligrafii, oczojebny neon, tandetny „gobelin” za trzy dolary, wypłowiała tapeta, pusta przestrzeń czy — tak jak teraz — kolorowe szkła o różnym stopniu zakurzenia. Człowiek zauważał jej obecność — ale oczy prześlizgiwały się po niej gładko, bez dłuższego zastanowienia. Bynajmniej dlatego, że była nieciekawa; to specyficznie ciężkie spojrzenie spod przydługiej grzywki na pewno potrafiłoby zwrócić uwagę, gdyby Renley sama tego chciała.
Paloma pół życia spędziła na rozgryzaniu, dlaczego konkretne obiekty są pożądane przez ludzi; potrafiła zatem docenić kształtny profil i pięknie wykrojone usta nawet wtedy, gdy te pozostawały zupełnie bez wyrazu, a ich posiadaczka robiła wszystko, by ukryć się w zapadniętym fotelu w recepcji lub półmroku ciasnego lobby. Było to pozbawione ładunku emocjonalnego czy ekscytacji kobiecą urodą; czysta ekspertyza i zauważanie rzeczy oczywistych, chociaż umykających pierwszemu lepszemu oku, które nie spoglądało dalej niż workowate dżinsy, obszerna bluza i nieprzystępna obojętność na twarzy.
Jak na moje… absynt brzmi wystarczająco dekadencko — zdecydowała z ociąganiem, czując na sobie pusty a intensywny wzrok. Nie wydawał się jej ponaglać, brakowało w nim wyraźnego zniecierpliwienia. Recepcjonistka pokojówka barmanka niemowa Renley po prostu czekała na zamówienie. — Ale dodajmy coś do niego.


Renley Masters
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
I've never found a way to be honest. All I know is a place where I haunted memories faded — blood is jaded.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ren stała tak, jak stała — dłonie oparte o blat, ciężar ciała przeniesiony lekko na prawą nogę, spojrzenie zawieszone gdzieś pomiędzy Palomą a przestrzenią, której nie było. Na hasło "obrzydliwa dekadencja" gdzieś w odmętach dawno zapomnianych czasów wynurzyło się pojedyncze wspomnienie. Miała wrażenie, że gdzieś usłyszała już podobny frazes. Tylko użyto do tego więcej pasji.
Słowa zawisły w powietrzu zbyt długo i zbyt ciężkie jak na to miejsce, bo tutaj nikt nie potrzebował wielkich frazesów. W Ho-Oh rzeczy działy się same — powoli, bez świadków i komentarzy. Rozkład — pomieszczeń, sił i trupów — nie potrzebował definicji ani dekadenckich widzimisiów, co uciekły z radzieckiego zoo.
Kącik jej ust drgnął. Ledwie. Odwróciła się w stronę półek. Absynt znalazła bez szukania — jak większość rzeczy tutaj. Zielone szkło było przykurzone, ale nie obrzydliwie oblepione. Ludzie wracali do niego częściej, niż powinni. Postawiła butelkę na blacie, słuchając krótkiego, tępego stuknięcia. Nie spieszyła się, bo przyspieszanie niczego nie zmieni. Co najwyżej sprawi, że zaboli szybciej.
Sięgając po kolejne butelki, kątem oka zerknęła na Palomę jeszcze raz. Nie pasowała tu. Nie w oczywisty sposób. Nie przez ubranie czy makijaż — to można było zdjąć, rozmazać, zgubić gdzieś między pokojem a korytarzem. Chodziło o coś głębszego. O sposób, w jaki siedziała. Jak trzymała ramiona, jak kontrolowała każdy drobny ruch, nawet teraz, kiedy zmęczenie zaczynało przebijać się spod warstw, które miały je przykrywać. Za dużo kontroli. Za mało miejsca na to, co i tak przychodziło.
Ren widywała takich ludzi. Pojawiali się w motelu czasem. Z ciekawości. Z potrzeby sprawdzenia, czy to miejsce naprawdę jest takie, jak o nim mówią. Czy można wejść, zobaczyć i wyjść bez śladu. Zwykle wychodzili szybko albo przestawali być sobą jeszcze szybciej. Pani Cortés wyglądała, jakby utknęła gdzieś pomiędzy — w punkcie granicznym, gdzie człowiek nadal wierzy, że to on kontroluje sytuację.
Wlała absynt powoli. Zielony płyn złapał światło i rozlał je po szkle, jakby przez moment chciał udawać coś więcej niż to, czym był. Przypomniała sobie, jak Malarz Numer Dwa — nazwała go w myślach influencerem przez nagrywanie — mieszał podobny odcień, tylko po to, aby zaraz go zmyć z końcówki pędzla. Potem gin. Cytrus. Odrobina czegoś słodkiego — nie dla smaku, tylko dla kontrastu. Nie zastanawiała się nad proporcjami. Wiedziała, kiedy wystarczy.
Zawahała się. Nie przy składnikach — przy sensie całej tej kompozycji, jakby przez chwilę próbowała zdecydować, czy w ogóle warto cokolwiek łagodzić. Sięgnęła po małą, boczną półkę. Tam, gdzie trafiały rzeczy niepasujące nigdzie indziej. Kropla barmańskich bittersów — skarb Aii — ale nie tych dobrych, a starych, zapomnianych. Dorzuciła. Zapach zmienił się nieznacznie. Podobnie pachniał Malarz Numer Jeden — w myślach nazwany pretensjonalnym elegancikiem, bo nalegał, aby przynieść mu kadzidła grejpfrutowo-sandałowe.
Postawiła szklankę przed Palomą i przesunęła ją o centymetr w jej stronę.
Wypali. — Na moment podniosła wzrok. — Nie to, co trzeba. — Nie szukała kontaktu. Raczej sprawdzała, czy Paloma jeszcze jest tu i teraz, czy już gdzieś dalej — w tych myślach, które zaczynają się rozchodzić, kiedy coś przestaje się zgadzać, a ma związek z poważniejszymi sprawami, bo to nie było zwykłe zmęczenie. Nie ta miękkość i znużenie, które przychodzą po długim dniu ciężkiej pracy, tylko coś ostrzejszego. Coś, co dopiero zaczynało pękać, ale już było nie do zatrzymania.
Ren oparła się lekko o blat. Z kieszeni szerokich spodni wyciągnęła pomięta paczkę tanich papierosów. Wyciągnęła jednego. Obróciła go w palcach, jakby sprawdzała jego ciężar, zanim wsunęła go między wargi. Paloma nadal tam była. Jeszcze. I to "jeszcze" było najbardziej interesujące.
Nie łagodzi — dodała ciszej, bardziej do przestrzeni niż do niej.
Zapaliła.


Paloma Cortés
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki, "schizofrenia dialogowa"
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Paloma nadal tam była. Jeszcze.
Jeszcze, ale już niedługo; bo gdy mimowolnie obserwowała przygotowanie drinka, nie umknął jej odcień zielonej wróżki rozlewającej się po szkle. W zmęczonym umyśle rozpoczęła się gonitwa; a może trwała już dłuższy czas, tylko nikt jeszcze tego nie dostrzegł, nawet sama señora Cortés. Na krótką chwilę przeniosła wzrok ze szklanki na twarz Renley — równie obojętną, jak zwykle, z jedną różnicą.
Odezwała się. Nieproszona, niepytana. Paloma niemal przywykła do myśli, że próba rozmowy z tą kobietą to jak rozmowa… może nie ze ścianą, ale z lustrem. Na każdą własną uwagę przygotowywała od razu odpowiedź, którą mogła się uraczyć, ale nie tym razem. Tym razem nieco zachrypnięty głos wybrzmiał jak nienachalna obietnica, a może jak zapowiedź czegoś nieuniknionego.
Nie łagodzi.
Nie ma łagodzić — powiedziała, muskając szkło opuszkami palców. Skropliny uciekły spod skóry, znacząc wilgotne szkło nieregularnym wzorem. — Ma wyostrzać.
Nie powiedziała, co konkretnie.
Uniosła szklankę w trzech palcach, ale nie wprost do ust. Spojrzała pod światło; zieleń nie była już tak intensywna, a złamana, rozmyta, lekko zamglona. Ziołowo-cytrusowy aromat w przyjemny sposób drażnił powonienie, choć i spora moc drinka była wyczuwalna w oparach. Nie przeszkadzała Palomie; podobnie jak dym, który po chwili oddzielił ją od Masters. Dzięki szaremu kłębowi przez moment mogła zostać prawdziwie sama z myślami, które jeszcze nie były w pełni uformowane, a dopiero próbowały odnaleźć drogę do jej świadomości.
Drink zniknął w dwóch haustach.
Zapiekło.
(Nie łagodzi.)
Gdy dym się rozwiał, Renley dostrzegła, że Palomy już tam nie ma.
Nie dosłownie co prawda; ciało wciąż tkwiło na swoim miejscu. Na lewej dłoni oparła w zamyśleniu brodę, w prawej wciąż ściskała puste naczynie. Środkowy palec wybijał rytm znany tylko jej, a dopasowane rękawy bluzki opinały szczupłe nadgarstki dokładnie tak samo, jak minutę wcześniej. Coś jednak się zmieniło. Przytomność zniknęła ze spojrzenia, usta pozostały lekko rozchylone, jakby każdy głębszy oddech mógł zamienić się w wypowiedzianą na głos, rewolucyjną myśl.
Do tej pory z nich dwóch to Renley Masters była mistrzynią patrzenia bez widzenia; teraz to Cortés wbijała spojrzenie w przestrzeń gdzieś tuż przed tymczasową barmanką. Oczy przesuwały się po jej rysach nienachalnie, nie oceniała ich symetrii , a próbowała przypomnieć sobie tę sekundę, w której mocniejsze światło zatańczyło jednocześnie na jej twarzy i prześwietliło butelkę absyntu. Usiłowała przypomnieć sobie ten konkretny odcień zieleni, rozjaśnionej nieco mętnym sokiem z cytryny.
Nie widziała ciemnych oczu ani obojętnych ust. Nie widziała cieni pod oczami ani kształtnego nosa.
Zupełnie tak, jakby tuż przed twarzą Masters nakładały się na siebie trzy płótna, w które Paloma wpatrywała się godzinami i z żadnego nie była dostatecznie zadowolona. Rozmyte linie, sugerujące układ sceny, wryły jej się w pamięć. Centralny element odcinał się wyraźnie od mrocznego tła, a chociaż każdy z jej artystów miał do zaproponowania nieco inną interpretację, wszystkie były do siebie podobne. Prawie udanie naśladowały dziwaczny, nieoczywisty, trochę oniryczny styl Spilliaerta; jego oniryzm był mroczny, przywodził na myśl jeden z tych absurdalnie koszmarnych snów, w których nie ma bezpośredniego zagrożenia, ale jest jakieś poczucie niepokoju, które zostaje z człowiekiem jeszcze na długo po obudzeniu. Prawie udanie oddawały zaburzoną perspektywę, którą belgijski artysta stosował z takim upodobaniem dla wzmocnienia poczucia, że coś jest nie tak.
I coś istotnie było nie tak.
Prowadzenie linii było podobne w przypadku wszystkich trzech malarzy, każdy zdawał się rozumieć wyjściowy styl, który mieli skopiować, dzielnie wychodzili poza oczywistość formy, ale w ostatecznym rozrachunku — każdemu czegoś brakowało. Paloma doskonale wiedziała, że obraz, o którym plotka krążyła wśród bogaczy patrzących najdalej na czubek własnego nosa, z niemal stuprocentową pewnością jest tylko legendą. Nie bez powodu była jednak specjalistką od rzeczy niemożliwych.
Nieważne, że istnienie tego dzieła było tylko zbiorową halucynacją. Jeśli miała je sprzedać, musiało odpowiadać jej standardom.
Bezwiednie odstawiła szklankę, a uwolniona dłoń powędrowała ku ustom. Wciąż pogrążona w głębokim zamyśleniu dotknęła dolnej wargi; wystarczająco mocno, by lekko ją wywinąć, ale nie na tyle, by zostawić na skórze odcisk szminki. Ktoś przyglądający się jej często byłby w stanie rozpoznać ten gest; jej umysł był w zupełnie innym miejscu, a kobieta pogrążyła się w skupieniu, z którego będzie musiała stopniowo się wybudzić.
Jej myśli skąpane były w świetle przefiltrowanym przez przykurzoną butelkę absyntu.
Intérieur la nuit, obraz-widmo, do którego kupna zdołała namówić Vincenta Dubois, znany był pod jeszcze jedną nazwą.
Lampe verte.
Ach, jasna cholera — westchnęła nagle, a wraz jej spojrzenie nieco oprzytomniało. Renley wciąż tam stała. — Jeszcze raz to samo. Dokładnie w tych samych proporcjach. Za chwilę tu wrócę. — Zniknęła między ludźmi, a towarzyszące jej zwykle rytmiczne stukanie obcasów rozmyło się bez śladu w ogólnym gwarze.
Nie mogła pozwolić, by kolejne spotkanie z Vincentem Dubois zakończyło się zerwaniem umowy. Jeśli miała przyciągnąć każdego z tych obrażonych na świat artystów-malarzy za ucho do zatłoczonego, śmierdzącego dymem tytoniowym baru, by pokazać im, jaki odcień zieleni jest właściwy, to zamierzała to zrobić.


Renley Masters
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
I've never found a way to be honest. All I know is a place where I haunted memories faded — blood is jaded.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdy Paloma pojawiła się kolejny raz, nie była sama — Trzech Mistrzów Fałszerstwa towarzyszyło jej w pochodzie zwieszonych głów. Przedzierali się przez dym, przez gwar i przez ciekawskie spojrzenia obsesyjnych fanów Umy Thurman, jakby znaleźli się w samym środku dżungli pełnej drapieżników; pochyleni nisko manewrowali za panią Cortés z mniejszą gracją. Influencer przypadkiem potknął się o wystającą gicz Wietnamczyka. Popłynęła wartka wiązanka, brzmiąca jak zawodzenie na kazoo. Niepewniak gryzł kciuk odrobinę za mocno, jakby krwią zaklinał rzeczywistość i odganiał nieszczęście stalowej kuli od siebie. Najbardziej spokojny — Profesjonalista — po prostu szedł kawałek za nimi. Milczał.
Ren domyśliła się, po co pani Cortés tak szybko zniknęła. Kiedy stanęli przed barem, przyjrzeli się barmance pytająco. Nie odpowiedziała na ich ciekawość. Spojrzeli na Palomę. Coś się w niej zmieniło na przestrzeni kilku minut.
Dwie szklanki stuknęły głucho o blat, trzecia — z lepkim cmoknięciem sugerującym, że nie wszystkie powierzchnie poznały się ze sprzątaniem. Zielona butelka stanęła obok.
O. Pijemy? — spytał Influencer i bezpardonowo wcisnął się na wąski hoker. — A co to? Co? Co to jest?
Wygląda na absynt — mruknął Profesjonalista.
Ren powtórzyła recepturę trzykrotnie na ich oczach. Nie wzięła sobie za punkt honoru życzenia Palomy. Jej drinki nie miały proporcji. Trzy zielone "żarówy" mieniły się dyskretnie różnymi odcieniami w łunie neonu reklamującego szoty kamikaze nad ruchomą łapką maneki-neko.
Śmierdzi podejrzanie…
Bo to nie jest do picia. — Profesjonalista nachylił się minimalnie nad szklanką. Nie dotknął jej od razu. Najpierw patrzył z kamienną miną, zbyt długo jak na zwykły drink i stwierdził:. — To jest do patrzenia.
Influencer prychnął, już z palcami na brzegu szkła.
Wszystko komplikujesz. To jest alkohol. Alkohol się pije. O. I cyk.
Spróbuj — rzucił spokojnie tamten.
Niepewniak nie podniósł swojej szklanki. Wpatrywał się w nią, jakby próbował zapamiętać kolor, zanim coś go zepsuje. Jego palec zawisł nad powierzchnią, ale nie dotknął.
To nie jest jeden odcień… — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do nich. — To się… rozjeżdża. Rozpuszcza i przeziera. — Ugiął nogi i od spodu przyjrzał się drinkom. — Jak gradient.
Ren stała oparta lekko o blat po drugiej stronie. Nie wtrącała się. Nie było do czego. Obserwowała to tak, jak obserwowała wszystko — bez napięcia, bez oczekiwań. Jakby patrzyła na coś, co i tak dobiegnie końca niezależnie od niej. Popiół cicho ukruszył się u krańca papierosa.
Influencer w końcu się napił. Wykrzywił się od razu.
Co to, do cholery!? To jest gorzkie. I słodkie. I… co to za posmak?
Zostaw — uciął Profesjonalista, nadal patrząc. — Nie o to chodzi. — Podniósł swoją szklankę. Nie pił. Obrócił ją lekko, łapiąc światło neonu. Zieleń zmieniała się pod kątem, łamała, brudziła czymś, czego nie było w czystym absyncie. — Za czysta baza — mruknął po chwili. — Ale przełamana źle. Za szybko. — Zadumał. — Chyba dlatego działa…
Niepewniak w końcu sięgnął po swoją. Nie wypił, tylko zbliżył do twarzy.
Ona… nie jest stabilna — wyszeptał. — Ten kolor. Jakby… coś się w nim nie zgadzało, ale przez to… wygląda bardziej prawdziwie.
Influencer odstawił szklankę z cichym stuknięciem.
To jest chore — rzucił, ale już mniej pewnie. — To ma wyglądać dobrze, nie „prawdziwie”.
Profesjonalista zerknął na niego krótko.
To nie jest to samo.
Cisza między nimi zawisła na moment, cięższa niż wcześniej. Ren przesunęła spojrzenie z jednego na drugiego. Rejestrowała drobiazgi. Sposób, w jaki trzymali szkło; jak długo patrzyli, zanim spróbowali; jak szybko chcieli nazwać coś, czego nie dało się zamknąć w jednym słowie. To zawsze wyglądało podobnie. Ludzie myśleli, że szukają odpowiedzi a tak naprawdę szukali potwierdzenia. Kątem oka wychwyciła ruch. Gara stał z boku, niby zajęty czymś przy zapleczu, ale patrzył, choć nie wprost — nigdy wprost. Pilnował. Skinął w jej stronę. Ren wróciła spojrzeniem do szklanek. Trzy różne odcienie zieleni drgały pod światłem neonu, żadna podobna do poprzedniej, a jednak — pod odpowiednim kątem zdawały się jednakowe. Sięgnęła tylko po butelkę, jakby była gotowa nalać jeszcze raz.
I co teraz? — spytała w duchu Palomę. Zapatrzyła się tak bardzo, że nie zauważyła, kiedy papieros wypalił się samoistnie do połowy.

Paloma Cortés
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki, "schizofrenia dialogowa"
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
all I see is a monster in me, she is made of skeletons I tried to bury long ago, her finger's always on the trigger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Tym razem to Paloma przyjęła rolę obserwatorki. Czujne spojrzenie wodziło od jednej męskiej sylwetki do drugiej, od drugiej do trzeciej i tylko w krótkich momentach gdzieś pomiędzy łapała się na powracaniu wzrokiem do Masters, zupełnie jakby rzucała jej jakieś nieme i chyba niezupełnie uświadomione wyzwanie. Już nie wydawała się zrezygnowana; wstąpiła w nią wola i pewność, że doprowadzi sprawę do końca, a to odbijało się w całym jej jestestwie: wyprostowane plecy, uniesiony podbródek, skupienie widoczne w napiętej twarzy, błysk w oku.
Dyskusja nad drinkami musiała wydawać się kompletnie bezsensowna dla pobocznego obserwatora, ale Cortés nie okazywała najmniejszych oznak konsternacji. Przez większość czasu przysłuchiwała się bez komentarza i, zdawałoby się, bez reakcji, stojąc nieco z boku, oparta nonszalancko o bar.
W przedłużającej się ciszy zwróciła spojrzenie z powrotem ku Renley, zastygłej z butelką absyntu w dłoni. Kącik jej ust drgnął lekko, gdy oczy śledziły opadający z końcówki papierosa popiół. Zatańczył w powietrzu i osiadł na ubraniu barmanki, kompletnie tym niewzruszonej.
Powinna pani bardziej uważać. — Kusiło ją, by sięgnąć nad lepiącym się blatem i strzepnąć drobinki; ot, tylko po to, by naruszyć granicę i sprawdzić, co się stanie. Nie zrobiła tego jednak; odwróciła wzrok z cieniem uśmiechu i wpatrzyła się w stojące obok siebie niemal identyczne drinki — w tym jeden do połowy wypity. — Proszę przygotować jeszcze jednego dla mnie.
Ani słowa komentarza, ani cienia przejęcia na twarzy, po prostu mechaniczne ruchy. Paloma chwilowo straciła zainteresowanie kobiecą postacią po drugiej stronie baru; ciężkie spojrzenie spoczywało na każdym z malarzy po kolei, pozostając na tyle długo, by w połączeniu z wymowną ciszą wprawić ich w dyskomfort.
Zajęło wam to dłużej, niż spodziewałabym się po artystach, ale w końcu zrozumieliście. Przynajmniej niektórzy. — Skinęła lekko głową ku Profesjonaliście.
Isaac Thompson, bo tak nazywał się ten nieco ponury trzydziestokilkulatek, krótko odwzajemnił gest, choć był wciąż zajęty analizowaniem tego, w jaki sposób światło załamuje się na powierzchni zielonego płynu. Był tym wręcz nieco za bardzo zaabsorbowany, zupełnie jakby próbował uciec od dyskomfortu związanego z byciem na celowniku.
Podnieście szklanki — rzuciła władczo, kiedy jej własny drink wylądował przed nią na barze. Wszyscy jak na komendę wykonali polecenie; jeden z mężczyzn już unosił szkło do ust, kiedy nagle wrzasnął cienko, ledwie przebijając się przez ogólny gwar. Cienki obcas buta pani Cortés właśnie wwiercał mu się w śródstopie.
Kobieta, ignorując stłumione przekleństwa, uniosła drinka na wysokość wzroku. Zakołysała szklanką, przyglądając się dynamice, z jaką zmieniała się barwa drinka w miarę jak mikser lepiej mieszał się z alkoholem, jak kąt padania światła oraz jego rodzaj wpływały na odbiór koloru, rejestrowała szczegóły — licząc na to, że któryś z tych idiotów faktycznie zrozumie, co miała na myśli.
Nie szukacie w tym momencie idealnego odcienia — odezwała się nagle, odrywając na moment wzrok od szklanki by skontrolować, czy jej goście nadal pilnie studiują miksturę. — Szukacie...
…sposobu na uchwycenie zmienności — wszedł jej w słowo widocznie najmłodszy z towarzystwa, Niepewniak. Wcześniej przyglądał się swojemu drinkowi pod różnymi kątami, ale teraz patrzył prosto na Palomę z taką miną, jakby pojął największą tajemnicę Wszechświata.
Otóż to. — Wyciągnęła rękę, by stuknąć swoją szklanką o jego. Jednym haustem wypiła, a on — po krótkim zawahaniu — poszedł w jej ślady. — Wypijcie i do dzieła. Ty nie. — Złapała za ramię mężczyznę, któremu jeszcze przed chwilą brutalnie miażdżyła stopę obcasem. Pozostali dwaj ulotnili się tak szybko, że miało się wrażenie, iż po prostu rozpłynęli się w powietrzu. — Ty wypierdalasz. Natychmiast.
Ale…?
Bez dyskusji, po prostu wypierdalasz. — Brodą wskazała zatłoczoną drogę do lobby.
Ale nie taka była przecież umowa? To ma być ten pani profesjonalizm?! Powiedziano mi, że…
Mnie powiedziano, że warto dać ci szansę, ale możesz być pewien, że tego błędu nie popełnię więcej ani ja, ani nikt inny w Toronto.
Pani Cortés? — Męski głos zagrzmiał gdzieś za jej plecami.
Gara, odprowadzisz, proszę, mojego gościa do wyjścia?
Groźnie zmarszczone brwi sugerowały, że nie tylko odprowadzi gościa, ale również upewni się, że ten samodzielnie ureguluje rachunek. I to podwójnie.
To będzie cholernie długa noc — pomyślała Paloma, śledząc wzrokiem Garę, który musiał niemal wywlec awanturującego się Influencera z motelowego baru. Zmęczenie ostatnich dni wyraźnie dawało jej się we znaki, choć nie wychodziło w tej chwili na pierwszy plan. Do spotkania z Duboisem mogła już w zasadzie odliczać godziny, a jej artyści z bożej łaski dopiero zrozumieli, co jest istotą ich zadania. Nie perfekcja i statyczność, a dynamika, zmienność i brud, uchwycone w charakterystyczny, nieco niedbały, ale jednocześnie doskonale przemyślany sposób.
Wspięła się na popękany hoker i z braku zajęcia dla dłoni zaczęła obracać pustą już szklankę.
Poczęstuje mnie pani papierosem?
Swoją paczkę zostawiła na górze.


Renley Masters
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”