Kawiarnia jest wyższa, niż powinna.MAIN QUEST: The Prodigal Daughter Returns
[Throw a fit or throw a matcha at Balzac's Coffee Roastery — 0/1]
Nie chodzi tylko o sufit — choć ten naprawdę ciągnął się w górę, ciężki od żyrandola, którego światło rozlewało się ciepło, ale nierówno. Chodziło o sposób, w jaki dźwięki odbijały się od ścian i wracały z opóźnieniem. Kroki na kafelkach były wyraźniejsze. Głosy — bardziej ostre, jakby ktoś podkręcił ich kontur. Zapach kawy mieszał się z czymś słodkim, może wypiekami stojącymi na ladzie, jak i czymś... trawiastym. Para unosiła się znad ekspresu, ludzie przesuwali się powoli między stolikami. Ktoś śmiał się przy oknie, ktoś inny przeglądał telefon przy małym, okrągłym stoliku.
Misty stała w kolejce. A właściwie — jej ciało, bo ona sama była gdzie indziej.
Od trzech miesięcy to wyglądało podobnie. Toronto było znajome, ale nie do końca swoje. Każde miejsce porównywała — bezwiednie — do tych kilku kawiarni w Kapsztadzie, do których trafiała czasem, kiedy akurat mogła sobie na to pozwolić. Tam światło wpadało inaczej. Było chłodniejsze, bardziej miękkie. Ludzie mówili ciszej, jakby nie było potrzeby zagłuszania przestrzeni. Tutaj wszystko było szybsze. Bardziej konkretne. Aż głowa bolała...
Ktoś przed nią się przesunął. Ktoś odebrał zamówienie. Ktoś powiedział jej coś — pewnie barista — ale nie zarejestrowała słów. Misty zrobiła krok do przodu. Potem kolejny. Podeszwy białych vansów ślizgały się po wysłużonej, kamiennej posadzce. A potem — nagle — trzymała kubek. Matcha była ciepła, niemal za bardzo. Kartonowy rękaw na kubek — lekko wilgotny od pary. Napój poruszał się delikatnie przy najmniejszym ruchu dłoni. Nie pamiętała momentu płacenia. Nie pamiętała, czy coś powiedziała. Obróciła się, żeby odejść od lady i wtedy telefon zadzwonił. Dźwięk był krótki, ostry — wyrwany z ciszy, której tak naprawdę tam nie było. Wibrował w kieszeni, nagle zbyt obecny.
Misty zareagowała automatycznie. Jedną ręką trzymała kubek. Drugą sięgnęła do kieszeni, już wyciągając telefon, już skupiona na tym jednym, prostym ruchu. Nie spojrzała przed siebie. Wpadła na kogoś. Nie było to zderzenie mocne. Wystarczyło jednak, żeby zaburzyć równowagę. Kubek przechylił się. Za bardzo, zbyt szybko. Matcha wylała się gwałtownie — ciepła, gęsta, rozpryskująca się na rękę Misty, na jej ubranie — biała koszulka i jasnoniebieskie spodnie kontrastujące z żonkilowym włosiem — na podłogę… i na osobę, w którą właśnie wpadła. Przez ułamek sekundy wszystko jakby zwolniło. Potem wrócił ruch.
— O, cholera... Przepraszam!
Słowa uciekły niej za szybko, nierówno, jakby próbowała nadrobić samym tempem. Cofnęła rękę, próbując jednocześnie utrzymać resztki napoju w kubku i znaleźć coś — cokolwiek — czym mogłaby to wytrzeć. Serwetki. Ścierkę. Cokolwiek. Jej ruchy były chaotyczne, zbyt szybkie jak na coś, czego nie dało się już odwrócić. Podniosła wzrok — najpierw zobaczyła szczegóły. Linia szczęki. Sposób, w jaki ta osoba stała — pewnie, nawet teraz, z plamą na ubraniu. Spojrzenie, które było zbyt znajome, żeby je zignorować.
Rozpoznanie przyszło sekundę później.
Misty zamarła. Ręka, która jeszcze chwilę temu sięgała po serwetki, zatrzymała się w pół ruchu. Telefon nadal tkwił gdzieś w jej dłoni, zapomniany. Dźwięki kawiarni wróciły, ale jakby przytłumione, odsunięte na drugi plan.
Nie widziała jej od lat. Nie napisała ani razu. Nie zadzwoniła. Zniknęła — dokładnie tak, jak zawsze robiła, a teraz stała tu, naprzeciwko niej, w środku przypadkowej kawiarni, z jej własną matchą rozlaną między nimi, jak plamą krwi w miejscu zbrodni, tylko zieloną.
— Hana? — Cicho, ostrożnie. Jakby nie miała pewności, czy ma prawo się wypowiadać. I wtedy zakłopotanie wróciło — mocniej, ciężej, już nie tylko przez samą sytuację. — Ja... Ja przepraszam! Ja- ja nie patrzyłam. I telefon—
Zdania się rwały. Urwały w połowie. Jej ręce znów zaczęły się ruszać — szukać, wycierać, poprawiać coś, czego nie dało się poprawić, jakby próbowała naprawić nie tylko rozlaną matchę.