-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nigdy nie miała czasu, czy to w ogóle było czymś nowym? Z zajęć na zajęcia, z treningu na trening, biegała po tym kampusie jak kot z pęcherzem. Jedyne za co była wdzięczna losowi to to, że dopiero miała zacząć praktyki w szpitalu, dodając kolejną cegiełkę do jej zabieganego życia. Stres był jej najlepszym przyjacielem, motywacją, budował determinację i mentalną siłę.. Tak sobie lubiła mówić. Serio chciała tak myśleć! Życie z wieczną gardą uniesioną wysoko, z defensywnym murem pieczołowicie zbudowanym wokół tych najbardziej wrażliwych, miękkich części jej serca i w gruncie rzeczy całkiem niskiego mniemania o sobie. Była łgarzem. Serio. Po prostu bardzo dobrym kłamcą i kłamała, dopóki nie osiągnęła celu. Wcale nie była taka mądra, na jaką lubiła pozować, okay? To po prostu masa nauki i samozaparcia. Nie była też naturalnie silna czy wytrzymała, to po raz kolejny samozaparcie i pieniążki, które mogły kupić kolejne suplementy i godziny z prywatnym trenerem; obsesyjnie wyliczane kalorie, białka, tłuszcze, cała reszta dietetycznego gówna, które odbijały jej się czkawką i powoli zaczynała mieć całkiem zakrzywione pojęcie tego, jak jej własne ciało powinno wyglądać. To nie było zdrowe. Wiedziała o tym i.. Miała to absolutnie w dupie, tak długo, jak trzymała się na nogach mimo zakwasów i zmęczenia, jak długo mogła się wciąż uczyć i koniec końców zbliżała się do celu. W jej słowniku nie było takiej opcji, żeby się z czegoś wycofać czy poddać.. Nie. Nope. Będzie tym cholernym chirurgiem w mundurze, chociaż miałaby się zesrać.
Siłownia w ramach uczelnianej wersji wychowania fizycznego wydawała się świetną opcją, żeby mieć wymówkę do częstszych siłowych treningów. Teoretycznie. W praktyce te kilka godzin spędzonych w średniej wielkości salce ze sprzętem często bywały chosem bez organizacji, w której w większości faceci popisywali się przed sobą ile to nie potrafią wycisnąć. Urocze. Byłoby urocze, gdyby przy tym dali jej święty spokój i pozwolili robić swoje, zamiast bawić się w personalnych trenerów.
"Ooooh, patrz, słodka, męczy się z podniesieniem 40kg!"
"Wypiąć się bardziej musisz dziecino, inaczej kręgosłup ci siądzie i co wtedy?"
"Bo jak chcesz spottera, to wiesz.."
"Za bardzo masz spięte ramiona, rozmasować ci?"
Goryle. Absolutne pół-mózgie goryle, przejęte testosteronem, bo podnieśli ciężarek czy dwa. Musiała się przyzwyczaić.. I chcąc nie chcąc musiała też tym głupim przytykom przyznać rację. Ciężko było ściągnąć łopatki z nerwowo spiętymi ramionami i.. Może rzeczywiście powinna dać sobie trochę spokój i wrzucić na luz?
- Hey? Mark? Pomożesz mi z tym? - jedyny normalny w tej całej bandzie, nawet jeśli był przyszłym krawaciarzem z którym pewnie nie będzie miała wiele wspólnego.. Ale mimo wszystko lubiła go. Na tyle, żeby nie robić mu siary przed resztą alfa-zjebów, którzy wybrali z ich rocznika również siłownię i nie przylepiała się do jego boku. Nie potrzebował łatki miękkiej pały czy jakkolwiek tam inaczej się chłopcy nazywali wzajemnie, jeśli któryś przejawiał oznaki posiadania więcej niż jednej szarej komórki w starciu z płcią przeciwną, ale.. Dobra, była zbyt bezlitosna względem facetów, ale często miała ich dość. Panien też miała dość. Wszystkich miała dość. Zmęczona, przebodźcowana i zbyt sztywna, żeby nawet wyskoczyć z kimś na piwo. Może powinna. - Jak nie jesteś zajęty to znaczy. - ludzie się już wylewali, zmierzając do szatni, ale wcale jej się nie spieszyło.. Hey, może jej kolega miał inne plany? Może leciał na inne zajęcia, albo któraś z panien chciała go wyrwać gdzieś na chwilę? Totalnie fair, to też był jeden z powodów, dla których trzymała się od niego względnie z daleka na siłowni. Może nie chciało mu się pomagać z jej głupim pasem w talii, który w teorii miał pomóc angażować odpowiednie mięśnie w martwym ciągu.. Tym samym, który właśnie postanowił się zaciąć i nijak nie chciał się rozpiąć. Jej dłonie były przemęczone, palce drżały, ramiona nie chciały się słuchać.. To w sumie nie była wina pasa.
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mark nienawidził siebie za to, że zgodził się wypić z kumplami jeszcze jednego shota, bo to on - a przynajmniej tak podejrzewał - przeważył szalę i spowodował nagłe urwanie filmu. Dlatego przez większość następnego dnia można było go zauważyć w okularach przeciwsłonecznych – o jakże walczył ze sobą, by nie zasnąć na jednym wykładzie, lecz niezbyt mu to ostatecznie wyszło, bo siedzący obok kumpel zrobił mu zdjęcie i wstawił na grupę, gdzie były osoby, z którymi uczęszczał na zajęcia, a na zdjęciu Rosenhall miał głowę opartą o ręce i schowaną niczym struś w piasek. Dobrze, że nie chrapał zbyt głośno, ani nie gadał przez sen, bo byłby niezły przypał. Na plus było także to, że zajmował miejsce z tyłu sali, więc wykładowca nie przywiązywał aż takiej uwagi w porównaniu z zajmującymi miejsca w pierwszych rzędach ławek. Ale szczerze? Po takiej drzemce poczuł się jakby lepiej, dzięki czemu mógł normalnie wykonywać serię ćwiczeń na siłowni, na którą udał się już bez okularów przeciwsłonecznych. Poza tym dobrze było wypocić te pozostałe procenty, które nie opuściły jego organizmu. Mógł też wypić piwo zero, bo podobno bardzo dobrze nawadniało, ale jakoś nie myślał o nawodnieniu, tylko w głowie układał sobie harmonogram ćwiczeń.
Zaczął od bieżni, a po przebiegnięciu ustawionej odległości, zszedł z niej i zaczął wykonywać ćwiczenia na brzuch, plecy oraz uda, a na koniec została mu sztanga. Nie mógł opuścić siłki bez podniesienia sztangi - to był, można powiedzieć, jego punkt honoru, i gdyby tego nie zrobił, zalałaby go fala W S T Y D U. Jasne, nikt by tego nie egzekwował, ale byłoby mu źle przed sobą samym.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że Megan poprosiła go o pomoc. Miała szczęście, bo przed tym, jak się odezwała, wcisnął pauzę, żeby zatrzymać lecącą z playlisty (którą miał przygotowaną pod siłkę) piosenkę. On ogólnie miał utworzonych kilka playlist m.in. do nauki i do auta. Wyciągnął słuchawki tak, że zwisły mu na ramionach.
- Hm? A, jasne! - zgodził się, nie widząc … żeby zaprzeczyć i zostawić dziewczynę samej sobie. Widząc z czym miała problem, uniósł kąciki ust, umieścił palce na klamrze, lecz ta mimo nacisku, ani drgnęła.
- Tak mu dobrze na Twoim pasie, że nie chce zejść. - zażartował, zabawnie poruszając brwiami, podejmując kolejną próbę uwolnienia dziewczyny. Raczej nie byłoby jej wygodnie chodzić z nim, dlatego Mark robił, co mógł, choć pot na dłoniach, nie należał do sojuszników.
Dopiero po dobrych kilku minutach oboje usłyszeli charakterystyczne klik, oznaczające, iż wreszcie Megan była WOLNA.
- Ciekaw jestem, czy pozostałe też się tak blokowały dzisiaj. - odparł nagle, sięgając po stojącą obok butelkę albo raczej bidon z wodą - bo rzecz jasna zabierał go ze sobą na każdy sprzęt.
- Jeżeli potrzebujesz jeszcze z czymś pomocy, to wal. - dodał, gdy przełknął kilka łyków mineralnej wody niegazowanej, którą miał wewnątrz bidonu. Pytał serio, natomiast jeśli nie potrzebowała go już do niczego, planował udać się pod prysznic, bo nie chciał nikogo zabić swoim aktualnym zapachem. On już był po zajęciach, więc nigdzie się nie spieszył. Planował wrócić do siebie i walnąć się na kanapę - także miał BARDZO ambitne plany.
Megan Finch
-
dance for me
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ha. Śmieszek... Jezu, ile wczoraj w siebie wlałeś? Wypociłeś z siebie gorzelnię. - rzuciła, w gruncie rzeczy całkiem rozbawiona, gdy oprócz zapachu męskiego potu rozpoznała zapach alkoholu. Ani trochę nie żałowała, że stroniła od imprez, okay? Słaba głowa, słabą głową, ale strzelanie sobie w stopę w ten sposób, zamiast poczekać dzień na piątek, jeśli już koniecznie trzeba było sięgać po alkohol...? - Daj znać jeśli potrzebujesz banana bag, przyda mi się praktyka zakładania kroplówki. - co prawda nie wiedziała skąd to cudo wziąć, ale półprawda leżała w tym, że nigdy by nie odmówiła praktyce. Nawet jeśli jej zmęczone dłonie raczej by się do precyzyjnych zadań w tym konkretnym dniu nie nadawały.
Odetchnęła z wyraźną ulgą, kiedy udało mu się ją wyswobodzić, obiecując sobie w duchu, że następnym razem przyniesie swój pas. W sumie to nie był najgorszy pomysł, przecież i tak brała ze sobą sportową torbę na piątkowe zajęcia, równie dobrze mogła zapakować sprzęt, duh.
- Dziękuję. - rzuciła ze szczerą wdzięcznością, robiąc w tył zwrot na pięcie, by odejść te kilka kroków i odłożyć wadliwy pas na miejsce. Przeszło jej przez myśl, że może powinna to zgłosić.. gdzieś? Ale nie do końca wiedziała gdzie i na tamtą chwilę tak czy siak nie miała ochoty przepychać się z admin rzeczami. - Masz gdzieś schowane jakieś pięć kilo chęci do życia? Przydało by się. - zagadnęła i nawet zerknęła przesadnie gdzieś za niego, jakby szukała spojrzeniem ogromnego, dzianego wora przepełnionego magicznym... proszkiem? W sumie nie zastanawiała się nigdy w jakiej formie taka chęć do życia mogła być. - Boże, to był beznadziejny żart nawet jak na mnie. Zrzuć to na zmęczenie. - machnęła krótko ręką, odwracając się do niego, rozkładając na moment bezradnie ramiona.
- Uratowałeś mnie w potrzebie, dasz się jakoś odwdzięczyć? Znam miejsce z super bajglami. Robią też takie na kaca, podobno świetna sprawa. - nie lubiła być nikomu dłużna, winiła to zawsze na fakt, że miała kasiastych rodziców-prawników i finansowa odpowiedzialność była jej wbita do głowy chyba w ramach dobranocki. To, plus.. Okay, lubiła go, tak? Wyglądał, jakby był trochę marny tego konkretnego dnia i nie miała nic przeciwko, żeby rzeczywiście zabrać go na jedzenie, które mogło pomóc? Zaparkowała też w miejscu, gdzie może nawet nikt ich nie zobaczy, co by plotek nie zaczynać. Win win, nie?
Mark Rosenhall