-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lilian nie podobała się perspektywa wspólnych zakupów z Maxem; w ogóle perspektywa spędzenia z nim czasu poza pensjonatem była przecież dosyć niekomfortowa. Już zrozumiała, że nie nadawali na tych samych falach; tak samo wiedziała, że albo to się nie zmieni, albo nieprędko się to zmieni.
Nie podobał jej się w szerokim tego zdania znaczeniu, więc poranek opiewał w ogromny opór podczas zwykłych przygotowań. Ledwo skubnęła śniadanie, umyła zęby i zamieniła z babcią kilka zdawkowych słów, które Dolores zakończyła reprymendą na temat wyboru sedesu oraz paru niezbędnych dodatków. Po niespełna trzydziestu minutach w końcu wyszła i stanęła na podjeździe pensjonatu, gdzie w starym pickupie czekał już na nią Max.
Lilian z równym wsunęła się do środka samochodu.
— Cześć. — Bardziej burknęła, aniżeli odezwała się w grzeczny sposób i co więcej jedynie pobieżnie obdażyła chłopaka spojrzeniem. W tym samym momencie zatrzasnęła drzwi mocniej, niż było to konieczne, po czym wcisnęła plecy w oparcie fotela i przymknęła na moment oczy, wypuszczając powietrze z cichym, zrezygnowanym westchnieniem.
— Chciałabym wrócić w ciągu godziny — poinformowała i w końcu zerknęła w stronę kierowcy, który właśnie odpalił silnik. — W Toronto jest taki sklep, gdzie często zaopatrzałam się w jakieś remontowe produkty. Możemy tam pojechać — dodała, przypomniawszy sobie o jednym z lokalnych dyskontów.
Zaraz, czując, że zbyt długi kontakt z Maxem zaczął ją przytłaczać, sięgnęła do radia i zaczęła kręcić pokrętłem, przeskakując między stacjami z narastającą irytacją, aż w końcu natrafiła na znajome, letnie brzmienie. Z głośników popłynęło „Watermelon Sugar”. Uśmiechnęła się delikatnie i w duchu przyznała, że przynajmniej radio zechciało łaskawie współpracować.
Oparła głowę o szybę, pozwalając, by jednostajny szum silnika i rytmiczna melodia powoli wygładziły burzę myśli. Przez chwilę próbowała skupić się na czymś prostym, jak na słońcu odbijającym się w bocznym lusterku, na przesuwających się za oknem drzewach, na refrenie, który znała niemal na pamięć, ale miniona rozmowa szturmem atakowała głowę Lilian i sprawiała, że wzdrygała się rozzłoszczona.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Drzwi zatrzasnęły się mocniej, niż powinny. Dźwięk odbił się w środku auta, krótki i ostry, jakby miał coś podkreślić. Skrzywił się lekko, jednocześnie unosząc do góry prawą brew. — Cześć — odpowiedział spokojnie, bez cienia złośliwości, choć jej ton aż się o nią prosił. Na koniuszku języka czuł słowa, które wręcz błagały o wypowiedzenie, dodatkowo czuł także potrzebę skarcenia jej za brak wyrozumiałości dla jego wysłużonego, ale i niezawodnego samochodu, ostatecznie ignorując te wszystkie potrzeby. Zamiast tego odpalił silnik, który odpowiedział znajomym, niskim pomrukiem. Ruchy miał płynne, wyuczone — wszystko robił bez zastanowienia, jakby ciało działało szybciej niż myśli. A myśli…Te już zdążyły pójść swoim torem. Godzina. Oczywiście. Bo przecież to tylko szybkie zakupy. Nic więcej. Żadnego zbędnego czasu. Żadnej przestrzeni, w której mogliby przypadkiem… porozmawiać. Kącik jego ust drgnął minimalnie. — Godzina? — powtórzył pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, wrzucając bieg. — Ambitnie.
Kiedy wspomniała o sklepie, skinął lekko głową, jakby przyjął to do wiadomości. — Jasne — rzucił krótko, dokładnie w tym samym momencie skręcając nie w stronę, którą wskazała tylko zupełnie inną. Zrobił to płynnie, pewnie, jakby to był najbardziej naturalny wybór na świecie, jakby wcale nie zmienił trasy, dopiero po chwili zerkając na nią kątem oka. — Zajedziemy w jedno… może dwa miejsca — dodał — Muszę coś ogarnąć po drodze. - pod skórą czuł, że zapewne słowa te spotkają się z oporem, lecz nie rozwinął ich, nie silił się także na wyjaśnienia, które Lilian zapewne i tak by zignorowała.
Radio zaczęło grać chwilę później. Kojarzył tę piosenkę — trudno było jej nie kojarzyć — ale nie skomentował. Zamiast tego skupił się na drodze, choć kątem oka widział jej reakcję. Ten drobny uśmiech. Rozluźnienie, które przyszło nagle, niespodziewanie. I wtedy coś w nim lekko odpuściło. Na chwilę; głowa dziewczyny oparta o szybę, wzrok skierowany gdzieś poza niego, poza to auto — jakby próbowała uciec choćby myślami. Max westchnął cicho, ledwie słyszalnie. Nie patrzył na nią długo, nie chciał, bo coś w tej całej sytuacji zaczynało go bawić bardziej, niż powinno. Ta jej złość, upór i to, jak bardzo nie chciała tu być, a jednak była. — Wiesz… — odezwał się w końcu, nie odrywając wzroku od drogi. Głos miał spokojny, niższy niż zwykle. — możesz się tak nie spinać. - krótka pauza. - To tylko zakupy. Nie wyrok. Przeżyjemy. Oboje. - zapewnił, uśmiechając się przy tym w rozbawieniu.
Droga ciągnęła się dalej, a miasto powoli zostawało za nimi. Zabudowania rzedły, asfalt przestawał być idealny, aż w końcu ustąpił miejsca węższej, mniej przyjaznej nawierzchni. Max nie zwolnił od razu, znał tę drogę na pamięć, dokładnie wiedząc, gdzie są dziury, gdzie trzeba odpuścić, a gdzie można jeszcze pozwolić sobie na trochę więcej. Dopiero po około dwudziestu minutach skręcił w jeszcze węższą ścieżkę — wyboistą, nierówną, prowadzącą w głąb lasu. Pickup zareagował natychmiast — zawieszenie jęknęło, auto podskoczyło na jednej dziurze, potem na drugiej. Każdy kolejny metr wyglądał jak test wytrzymałości samochodu i cierpliwości pasażera, a jednak przeżyli.
Max zatrzymał się w końcu przed niewielkim, drewnianym domkiem, który niemal wtapiała się w otaczający go las. Silnik zamilkł, zostawiając po sobie nagłą, niemal nienaturalną ciszę. Wysiadł bez słowa, a przy nim niemal od razu pojawił się pies. Duży, energiczny, zdecydowanie zbyt radosny jak na tę spokojną przestrzeń. Podbiegł do bramki, ogon miał w ciągłym ruchu, a jego reakcja była jednoznaczna — znał Maxa, który podchodząc bliżej, kucnął lekko, żeby przywitać się ze zwierzęciem. Jego dłoń automatycznie odnalazła znajome miejsce na karku psa. — Hej, spokojnie — mruknął cicho, a w jego głosie pojawiło się coś wyraźnie łagodniejszego.
Z domu wyszła starsza kobieta. Pojawiła się tuż za nim, opierając się lekko o framugę drzwi. Uśmiechała się szeroko - tym spokojnym, ciepłym uśmiechem, który nie potrzebował słów. Korhonen podniósł się i podszedł bliżej, wyciągając z kieszeni niewielki pakunek, który wręczył jej bez zbędnych wyjaśnień. Zamienili kilka krótkich zdań; cichych, naturalnych, jakby robili to już nie raz. Kobieta pokiwała głową, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a potem spojrzała w stronę auta i pomachała do Lilian, jakby była częścią tej sceny od dawna. Max odwrócił się dopiero po chwili. Wracając do samochodu, poprawił lekko rękawy, jakby to wszystko było tylko krótkim przystankiem — czymś oczywistym, wpisanym w jego dzień. Zatrzymał się przy drzwiach pasażera. Spojrzał na brunetkę przez moment — uważnie, spokojnie, bez tej wcześniejszej zaczepności — Lubisz zwierzęta? — - wypowiadając pytanie na głos. — I widoki? - dodał i nie dając jej czasu na odpowiedź, po prostu otworzył drzwi. Sięgnął dłonią w jej stronę — gest był naturalny, niewymuszony. -Chodź - rzucił
Lilian Davenport
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeżeli miałaby być szczera, to nie było tak, że go nie lubiła — choć wciąż nie robił na niej najlepszego wrażenia. Po prostu pojawił się w złym momencie i dość mocno uderzył w jej dumę. Do tej pory to ona zajmowała się wszystkimi naprawami, aż w końcu babka uznała, że pensjonat potrzebował fachowca. Kobieta miała rację i Lilian doskonale o tym wiedziała. Tyle że przyznanie tego na głos, szczególnie przed samą sobą, było dla niej wyjątkowo trudne.
Drgnęła gwałtownie, gdy zauważyła, że Max podążył w innym kierunku, niż sobie to zaplanowała. Rozdziawiła szeroko usta i wpierw zdumiona, potem rozjątrzona spojrzała w stronę kierowcy, uprzednio wskazując palcem na złą drogę.
— Nie mam na to czasu! — Oburzyła się. — Zawracaj natychmiast! — Zupełnie odruchowo uderzyła chłopaka dwukrotnie w ramię, po czym oplotła palcami jego łokieć i pociągnęła w swoją stronę. Samochód na chwilę przechylił się na bok, jednak kierowca szybko wrócił nim na właściwą stronę. Całkowicie obeszło Lilian, która ponownie capnęła go w rękę. — Ogarniesz swoje sprawy, jak ogarniemy moje sprawy. Nie interesuję mnie to, co masz do zrobienia. Nie za to płaci ci babcia!
W tym momencie poczuła, że walczyła ze ścianą. Nie miała szans z uporem Maxa tym bardziej, że siedziała zamknięta w jego furgonetce z coraz bardziej oddalającą się perspektywą powrotu do pensjonatu. Spróbowała się więc uspokoić przy dzwiękach melodii Harrego Stylesa i przy zmieniających się, obcych widokach za oknem.
Lilian znała Toronto i drogę do Oakville, skąd pochodziła. Nigdy nie miała szanszy zaznajomić się z innymi ścieżkami prowadzącymi i wychodzącymi z miasta, dlatego z coraz większą ciekawością śledziła najpierw znikające bloki, a potem otwarte, szerokie tereny.
— Nie spinam się — ucięła krótko. — Po prostu wolałabym nie marnować czasu na całodzienny wybór toalety. Naprawdę mam co robić.
Lilian nie kłamała. W pensjonacie czekało na nią wiele pracy, którą musiała wykonać. Od zmiany pościeli do wyszorowania fug i zlewu we wspólnej kuchni. Dolores wspominała też coś o podlaniu kwiatów i przekopaniu rabatki przed budynkiem. Wolała nie odkładać tych zadań na kolejne dni, bo znając babcie, psioczyłaby niezadowolona.
Gdy wjechali w las, intuicyjnie wyciągnęła szyję, aby dostrzec jeszcze więcej. Korony drzew gęstniały z każdym metrem, ale słońce wciąż śmiało przebijało się przez ich liście. Niepokój poczuła dopiero w momencie, w którym stanęli przed drewnianym domkiem. Aż zechciała zapytać, czy zamierzał ją zabić, jednak powstrzymała za zębami ten nieuprzejmy żart i jedynie obserwowała. Milczała, gdy Max wyszedł, przywitał się z psem i gdy na werandzie pojawiła się starsza kobieta, na którą mimowolnie zaczęła spoglądać jeszcze uważniej.
Wyglądała na sympatyczną, więc gdzieś mimowolnie Lilian zaczęła się zastanawiać, czy była kolejną klientką Korhonena, czy raczej jego krewną. Te mysli prerwało machanie kobiety, na jakie zareagowała instynktownym, bardzo uprzejmym ruchem dłoni, świadczącym o przywitaniu. Również się uśmiechnęła, choć dla odmiany zrobiła to nieco mniej śmielej, a potem po porstu zerknęła na Maxa. Mimo że nie podszedł do auta znienacka, to jego obecność nagle ją zdziwiła.
— Lubię? — odpowiedziała głupim pytaniem, zaskoczona. Nie zdążyła udzielić drugiej odpowiedzi, bo drzwi pasażera raptownie się otworzyły, sprawiając, że stopa Lilian mimowolnie wysunęła sie nazewnątrz. Chwilę później zwróciła uwagę na wysuniętą doń dłoń i ponownie na twarz chłopaka, który najwyraźniej nie żartował, choć nie rozumiała skąd wynikała ta przychylność.
W pierwszym odruchu nie chciała złapać jego ręki; w pierwszym odruchu zamierzała całkowicie go zignorować. W drugim, tym bardziej impulsywnym i niespodziewanym, mocno zacisnęła palce na dłoni Maxa i przy pomocy wyskoczyła z samochodu.
Lilian od zawsze miała słabość do nowych miejsc, ale do tej pory poznawała je głównie przez ekran telefonu: przesuwając palcem po zdjęciac, które wydawały się wręcz nierealne.
W tym momencie MAx To właśnie Max zaszczepił w niej ciekawość, napędzoną tym dosyć osobliwym widokiem chatki otoczonej lasem.
— Chcesz mnie dokądś zaprowadzić? — zgadła i jeszcze jeden raz przesunęła bacznym spojrzeniem wpierw po twarzy blondyna, po sylwecie staruszki, a następnie po otoczeniu. Gdy znowu skupiła się wyłącznie na nim, zdała sobie sprawę, że dalej trzymali się za ręcę. Wówczas strzepnęła jego dłoń ze swoich palców.
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Jego pojawienie się w pensjonacie uderzało w dumę brunetki, która starała się radzić sobie ze wszystkim samodzielnie, prawdopodobnie chcąc coś udowodnić nie tylko sobie, ale przede wszystkim swojej babci. Na pierwszy rzut oka Dolores wydawała się przemiłą staruszką, jednak uwagę blondyna przyciągnął fakt, że odznaczała się równie silnym charakterem, co sympatią, a to właśnie pod jej wpływem panna Davenport zdawała się uginać, jakby całkowicie poddawała się woli najstarszej z rodziny.
Nie od razu zareagował na wybuch brunetki, całą uwagę skupiając na drodze, mimo to palce mocniej zacisnął na kierownicy. Pierwsze uderzenie przyjął bez słowa. Drugie także. Dopiero przy tym, jak złapała go za łokieć i pociągnęła, jego szczęka napięła się niemal niezauważalnie. Samochód lekko zjechał, ale odruchowo skorygował tor jazdy; ciało zareagowało szybciej niż głowa. - Jesteś szalona, Jaśmin - oznajmił odruchowo, jak miał w zwyczaju zwracać się często do Adeline, w reakcji na głupie pomysły. Tym razem jednak, zamiast użyć określenia, jakim nazywał przyjaciółkę, bezwiednie zdradził się z tym, jak nazywa pannę Davenport. To było do niego niepodobne.
Cisza, wypełniona znajomą nutą, ponownie rozlała się między nimi, a powietrze zdawało się zgęstnieć. Max mrugnął, dopiero po chwili rejestrując, co właściwie powiedział. Instynktownie przygryzł wewnętrzną stronę policzka, wpatrując się w drogę z taką intensywnością, jak gdyby próbował cofnąć własne słowa, ale one już zawisły między nimi. — …zapomnij — powiedział po chwili, chłodniej niż wcześniej, próbując przykryć potknięcie nieprzyjemnym tonem.
W duchu dziękował Stwórcy, że droga dobiegła końca, a samochód z głośniejszym pomrukiem zatrzymał się przed znajomym domem. Mógł uciec. Lecz zanim wysiadł z auta, wysłuchał jej oburzenia, rejestrując to naprawdę mam co robić, choć nie miało to wpływu na kierunek, który obrał.
Mimochodem uśmiechnął się, widząc malujące się na twarzy brunetki zaskoczenie. Było to uczucie zgoła odmienne od typowej złości, stanowiące miłą odmianę. Kącik ust Maxa drgnął subtelnie, gdy poczuł jak - po chwili wahania - jej palce zaciskają się na jego dłoni — mocniej, niż było to konieczne. A kiedy szybko ją zabrała, nie był do końca pewny, czy przyjęcie tego rodzaju oparcia w nim, było podyktowane impulsem czy decyzją. Schował dłoń do kieszeni, jakby nic się nie wydarzyło. — Bystra jesteś — rzucił tylko, ruszając jako pierwszy w stronę ścieżki, by zostawić jej wybór. Ziemia pod butami była nierówna, wystające korzenie i kamienie wbite w suchą glebę zmuszały do uważnego stawiania kroków. Maximilan wziął głęboki wdech, upajając się chwilą ciszy, zanim z cichym łoskotem otworzył drewnianą furtkę, prowadzącą na niewielką polanę za domem. Pies, który wcześniej wybiegł do niego, pojawił się znowu, a blondyn przykucnął na moment, drapiąc go krótko za uchem. Dopiero wtedy zerknął na Lilian, pozbawiając swoje spojrzenie analizy i chłodnego oceniania, jakim charakteryzował się wcześniej w pensjonacie. — To pani Ingrid — rzucił w stronę domu, skinieniem głowy wskazując starszą kobietę. — Pomagam jej od czasu do czasu. - podniósł się, otrzepując dłonie o spodnie — Piętnaście minut. Tyle ci ukradnę— dodał spokojnie.
Zrobili zaledwie kilkanaście kroków, kiedy przestrzeń otworzyła się nagle, a las cofnął. Polana na którą trafili była niewielka, ale miała w sobie coś wyjątkowego, natomiast panujący tutaj spokój wręcz skłaniał do nostalgii. Trawa rosła nierówno, a między jej źdźbłami rozlewał się naturalny dywan z wiosennych kwiatów - niebieskich, białych i żółtych. Rosły gęsto pozbawione jakiegokolwiek ładu, wydzielając słodki zapach, który delikatnie unosił się w powietrzu, otulając niczym koc i osiadał na skórze, zanim człowiek zarejestrował jego obecność. Jednak nie to było tutaj najpiękniejsze - na samym środku polany stała huśtawka. Prosta, drewniana deska, zawieszona na grubych linach opuszczonych z rozłożystej gałęzi drzewa, które jako jedyne rosło dokładnie pośrodku tej przestrzeni. Poruszała się delikatnie, ledwie zauważalnie, w reakcji na każdy ruch powietrza.
-Kiedy ostatni raz się huśtałaś?
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nic więc dziwnego, że kiedy Max po raz kolejny przerwał ciszę krótkim „zapomnij”, jedynie potaknęła w akcie zgody. Tak było jakoś łatwiej.
Prawdopodobnie Lilian traktowała go zbyt surowo i zbyt nienaturalnie, jak na swoje własne, zwykle przyjazne usposobienie. Sama nie czuła się z tym komfortowo, czego nie mógł zauważyć, bo naprawdę świetnie się maskowała.
Ich kolejna wymiana zdań wypadła nie mniej sucho, niż zwykle, ale tak naprawdę w dalszej części wahała się tylko przzez chwilę. Delikatnie dotknięta zdezorientowaniem, obserwowała, jak Max zaczynał się oddalać. Potem zaczęła stawiać za nim ostrożne kroki, uważając na nierówną ziemię oraz wystające korzenie i kamienie, które co chwilę zmuszały Lilian do patrzenia pod nogi. Skupienie na drodze pomagało nie myśleć o tym, czy podążanie za Korhonenem było w ogóle dobrym pomysłem.
Zatrzymała się nieopodal, ale na tyle blisko, że w razie potrzeby mogli rozmawiać. Zerknęła na mężczyznę, kiedy przykucnął przy psie i prędko zauważyła, że pomimo tego, co zaprezentował w pensjonacie, miał w sobie łagodniejszą, przychylniejszą dla oka naturę.
Drgnęła, gdy ponownie spojrzał w jej stronę, po czym uniosła wzrok, aby doglądnąć chatki. Znajdująca tam staruszka przysiadła na drewnianej ławce na tarasie i nakryła chude nogi kocem. Lilian mimowolnie potaknęła na informacje odnośnie znajomości Maxa i Ingrid.
— Tyle mogę ci dać — zakomunikowała poważnie, jakby sprawa rzeczywiście dotyczyła czegoś istotnego i podążyła dalej za mężczyzną.
Zatrzymała się w pierwszym odruchu, jakby potrzebowała chwili, aby objąć wzrokiem wszystko naraz. Przestrzeń otworzyła się przed nimi tak nagle, że aż na moment wstrzymała oddech. Powoli rozejrzała się dookoła, a z jej twarzy zaczęła schodzić ta osobliwa powaga, którą nosiła odkąd weszła do samochodu Maxa. Zaczęła czuć się oczarowana tym nowym, nieznanym miejscem.
Lilian w końcu kilka kroków przed siebie. Jej spojrzenie zatrzymywało się na każdym detalu polany. Wyciągnęła rękę i musnęła palcami jedno ze źdźbeł, potem kolejne, przesuwając dłoń niżej, aż zahaczyła o drobne płatki.
— To… — zaczęła, ale urwała znowu mocno zaciskając usta, gdy zauważyła ogromne drzewo oraz drewniane siedzisko. — Nie pamiętam. W pensjonacie nie mamy huśtawki — odpowiedziała zgodnie z prawdą i chyba zupełnie intuicyjnie podeszła bliżej, po czym zajęła miejsce. Dłonie mocno zacisnęła na grubych sznurach po obu stronach. Tym razem mówiła już zwyczajnie; tak normalnie jak porozumiewała się z innymi ludźmi, gdy prowadziła z nimi te najprostsze rozmowy o niczym.
— Chcesz mnie pobujać? — zapytała trochę żartem, trochę poważnie, a następnie samodzielnie spróbowała się rozhuśtać. Niestety była niska i ledwo sięgała trampkami ziemi.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Atmosfera w samochodzie była napięta, czuł to każdą komórką ciała. Z tego powodu podejmując kolejne kroki Max starał się dawać dziewczynie wybór. Nie wymuszał, by zanim poszła - równie dobrze mogła zostać w samochodzie i na niego poczekać. Lilian była trochę podobna do wystraszonego jelonka, który próbował surowym podejściem udawać drapieżnika, którym, jak zdążył wywnioskować, nie była.
Przez ramię obejrzał się tylko raz — na kilka kroków przed celem, do którego ją prowadził. Dopiero gdy tam dotarli, zatrzymał na niej spojrzenie niebieskich tęczówek na dłużej. Uważnie, tym razem pozbawiając się analitycznego podejścia, obserwował każdy krok brunetki.
Kąciki ust Maxa uniosły się w wyraźnym uśmiechu, w reakcji na znikającą z twarzy Lilian powagę. Gdy ruszyła naprzód, jakby „kosztując” tego miejsca, on pozostał w miejscu, oddając jej tę chwilę. Bywał tutaj wielokrotnie — kiedy potrzebował uciec od gorączkowych myśli i zaznać spokoju. Robił to szczególnie często podczas pisania ostatniej książki i zapytany, bez wahania przyznałby, że to właśnie dzięki tej niepozornej polanie i samotnej huśtawce jego czytelnicy mogli poznać dalszy ciąg opowieści.
— Zauważyłem — odparł na jej pytanie z lekkim opóźnieniem, bo sam zdążył pogrążyć się we własnych myślach — to miejsce zawsze skłaniało go do refleksji.
— Jeśli będziesz chciała, możemy jakąś zrobić — zaproponował, nieco niepewnie, choć z wyraźną szczerością. W takich konstrukcjach miał już pewne doświadczenie. Kiedy usiadła na wysłużonej desce, podszedł bliżej, zatrzymując się bezpośrednio za nią. Na jej pytanie skinął głową — gest, którego nie mogła dostrzec, siedząc do niego tyłem. Odpowiedź przyszła jednak w innej formie. Chwilę później mogła poczuć delikatny dotyk opuszków jego palców na swoich dłoniach, gdy poprawiał ich ułożenie na linach huśtawki. Nie spieszył się. Przeciągał ten moment odrobinę dłużej, niż było to konieczne, poniekąd sprawdzając, czy przypadkiem się nie wycofa.
Ujął liny pewniej i lekko pociągnął huśtawkę do tyłu, by zaraz potem pozwolić jej ruszyć do przodu. Ruch był spokojny, kontrolowany, daleki od dziecięcej beztroski. Stał tuż za nią, na wyciągnięcie ręki, czując każdy najmniejszy ruch, jaki wykonywała. — Tylko nie mów, że się boisz — rzucił z nutą rozbawienia, pozwalając, by huśtawka zatoczyła kolejny, nieco wyższy łuk.
Lilian Davenport
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dopiero po chwili straciła rezon i pozwoliła sobie na odrobinę naturalności, „kosztując” pełną piersią i otwartym umysłem wszystkiego dookoła. Jak bardzo Lilian uwielbiała tego typu miejsca: pełne przestrzeni oraz przyrodę, niezmąconą ludzką, bezwstydną ręką. Niezabudowaną i w najpiękniejszy z możliwych sposobów otuloną ramionami matki natury. Tak właśnie wyglądała okolice Oakville, w którym mieszkała w liceum.
— No nie wiem — odpowiedziała lakonicznie, w zasadzie nie przykuwając większej uwagi do własnych słów. Nadal pozostała skupiona na żywych pejzażach dookoła; na cudownie dotykających ją promieniach letniego słońca oraz muskaniu źdźbeł trawy na skórze. — Może możemy — ucięła i na krótką chwilę, w drodze do huśtawki, odwróciła się do Maxa, aby obdarzyć go delikatnym uśmiechem. Kilka kroków wykonała tyłem i ponownie skierowała się przodem do niebotycznego drzewa, które skryło pod cieniem jej szczupłą sylwetkę.
Ogarnęła ja dziwna lekkośc; taka, która pozwoliła Lilian nie tyle otworzyć sie przed mężczyzną, ale z pewnością odrzucić wobec niego ten przykry dystans, z jakim zapalczywie usilowala go wcześniej traktować.
Nie drgnęła, kiedy jego palce musnęły jej dłonie. A wręcz przeciwnie pozwoliła im tam zostać, w ogole nie obawiając się tego, co zaraz miało nastąpić. W przestrzeni w milczeniu rozdarło się osobliwe napięcie, które Lilian poczuła zarówno na skórze, jak i w umyśle.
Nie była głupia. Od razu zauważyła, że Max celowo przeciągnął tę chwilę. Jej palce tylko odrobinę się rozluźniły, ale nie tyle gwałtownie, aby musiał się odsunąć.
Kiedy więx w końcu pociągnął huśtawkę, bezwolnie pozwoliła się poprowadzić w górę i w dół. To początkowo delikatne kołysanie szybko nabrało tempa. Było dodatkowo motywowane ruchem nóg Lilian, która odruchowo unosiła je i opuszczała
— Skąd taki pomysł? — zapytała, gotowa na kolejne pchniecie, które miało ją zaprowadzić jeszcze wyżej i wyżej, i wyżej, i dalej.
Nagle obecność Maxa przestała przeszkadzać. Zadziwiająco szybko ją podszedł i znalazł sposób, aby zmyć z siebie to pierwsze, fatalne wrażenie.
Jakkolwiek to brzmiało, w tym momencie go zaakceptowała. I chyba sam mógł to wyczuć, gdy równocześnie się uśmiechała i na kilka sekund puszczała jedną ręką linę, próbując dosięgnąć czegoś w powietrzu. Lekkość ruchów Lilian świadczyła o pełnej swobodzie.
— Próbujesz ze mną w ten sposób flirtować? — zapytała nieco rozbawiona. — Podobam ci się? Nie jestem zainteresowana, ale dawno nie byłam na randce.
Zastanawiałam się, skąd u Maxa pomysł na ten spacer; skąd zagnieździła się w nim myśl, aby zabrać ją dokądkolwiek indziej niż do sklepu budowlanego. Lilian wiedziała, że podobała się chłopakom. Zawsze czuła się atrakcyjna, choć często zachowywała się dziecinnie, wręcz nieadekwatnie do wieku, co momentami zniechęcało potencjalnych kandydatów na partnerów.
Mimo to nie udawała, że była kimś innym. Nie udawała, że nie była skromną dziewczyną z przedmieścia i cieszyła się z drobnych rzeczy, jak przesiadywanie na huśtawce pośrodku polany.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Uznaje to za zgodę - oznajmił, odpowiadając na uśmiech brunetki podobnym gestem. W niebieskich tęczówkach Maxa zamajaczyła ekscytacja, a w myślach prawie od razu pojawiła się dodatkowo lista zakupów jak krokwie, heblowane deski czy śruby. Musiał też jeszcze zabrać z domu dodatkowy sprzęt, którego nie miał na przyczepie pickupa, chociaż ta mieściła naprawdę ogrom rzeczy - tym tak zwane „przydasię”.
Nie zabrała dłoni. Było to pierwszą rzeczą jaką zarejestrował, wyraźniej niż napięcie wypełniające ciszę między nimi, niż oddech rozbijający się chłodem w płucach. Zauważył brak reakcji, będący milczącym przyzwoleniem. Drobne palce pozostały pod jego dotykiem, odrobinę się rozluźniając, jakby dawała mu przestrzeń i jednocześnie nie odbierała prawa do jej przekroczenia. I to było trochę jak igranie z ogniem. Bo nie chodziło w tym o przypadek tylko celowe działanie. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy powinien się wycofać, przywracając tę bezpieczną granicę, którą jeszcze niedawno tak uparcie między nimi utrzymywała. Rozsądek podsuwał gotową odpowiedź, natomiast ciało nie widziało w tym nic niewłaściwego, reagując instynktownie. Nie musiał widzieć jej twarzy, by wiedzieć. Wystarczyło to, jak się poruszała; swobodniej, lżej, wręcz beztrosko niczym mała dziewczynka. Kąciki ust blondyna uniosły się nieznacznie, gdy zarejestrował pytanie rzucone przez ramię. Skąd taki pomysł? — Bo wyglądałaś, jakbyś miała — odpowiedział spokojnie, pozwalając huśtawce opaść, tylko po to, by zaraz nadać jej kolejny ruch — wyższy, pewniejszy. Zatrzymał spojrzenie na sylwetce brunetki, obserwując, jak puszcza jedną ręką linę, sięgając gdzieś w powietrze. — Ale widzę, że się myliłem — dodał po chwili, ciszej, z nutą rozbawienia, która nie do końca była niewinna. Ujął liny pewniej, tym razem nieco zwalniając tempo, celowo przeciągając moment między kolejnymi pchnięciami. Krótki, cichy śmiech wyrwał mu się z gardła, bardziej pod nosem niż na głos.
Kolejne pchnięcie przyniosło ze sobą pytania, które w pierwszym odruchu skwitował „nagłym” atakiem kaszlu oraz rozbrzmiewającym w nim rozbawieniem. Nie odpowiedział od razu, zamiast tego pozwalając, aby wypowiedziane słowa osiadły między nimi, mieszając się z rytmem huśtawki i szumem powietrza.
— To dość odważne założenie — odezwał się w końcu, unosząc lekko brew, choć nie mogła tego zobaczyć. Nadał huśtawce kolejny ruch, tym razem nieco wolniejszy. — Zwłaszcza jak na kogoś, kto twierdzi, że nie jest zainteresowany. - stwierdził, przez moment obserwując, jak swobodnie oddaje się ruchowi. Nie zaprzeczył, ale też nie potwierdził. — A jeśli chodzi o randki… — dodał po chwili, jakby mimochodem — to chyba nie ten adres. - kolejne pchnięcie i krótka chwila ciszy, zanim dokończył swoją wypowiedź — Po prostu nie lubię ograniczać się do sklepów budowlanych.
Lilian Davenport
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy przez szum zarośli przebił się cichy, choć wyraźny śmiech Maxa, Lilian mimowolnie uniosła głowę. Spojrzała w rozciągające się nad nią niebo, które wydawało się z każdą chwilą coraz bliższe. Chwilę później usłyszała gwałtowny kaszel. Drgnęła, zaniepokojona tym nagłym odgłosem i odruchowo obejrzała się przez ramię. Kiedy jednak zorientowała się, że po prostu go zaskoczyła i rozbawiła, odwróciła się z powrotem, jakby nic się nie stało. Znów skupiła uwagę na polanie.
— Wydaję mi się, że jestem dosyć odważna, aby nie krępować się z tego typu założeniami — zauważyła zwyczajnie; ni to rozbawniona, ni poważna.
Wtedy poczuła, że huśtawka lekko zwolniła, jednak swobodnie dostosowywała się do tempa, jakie narzucał Max. W skupieniu słuchała tego co mówił i ostatecznie, kiedy przestał, spomiędzy warg wyrwało jej się kolejne prychnięcie.
Był dość tajemniczy, stwierdziła. Dosyć nietypowy, dodała. Nie potrafiła jeszcze określić, czy Max interesował ją na tyle, by chciała budować z nim jakąkolwiek — choćby przyjacielską — relację. Na pewno jednak w jakiś sposób ją zaintrygował. Może przez tę polanę, może przez tę dziwną aurę, w której teraz trwali, jakby na chwilę oderwani od reszty świata. Lilian huśtała się raz niżej, raz wyżej, pozwalając, aby ruch i świeże powietrze oczyściły głowę z tych wszystkich sceptycznych myśli, które nieustannie krążyły wokół niej, ilekroć nawiedzał ją wizerunek Dolores.
— Rozumiem, ale odwiedzenie sklepu budowlanego, to twoja praca. Huśtanie mnie na środku polany już nie — powiedziała, starając się nawiązać do tego, co powiedział. Max zaprosił ją do tego miejsca z własnej, nieprzymuszonej woli pomimo tego, że jeszcze w samochodzie otwarcie pałała do niego niechęcią.
Lilian huśtała się jeszcze przez chwilę. W końcu jednak zeskoczyła z siedziska i stojąc tak tyłem do mężczyzny, rozciągnęła ramiona. Następnie wolno, trochę ostrożnie cofnęła się w jego stronę i z osobliwym błyskiem zaczepności w oczach, uderzyła go dwoma palcami w czubek nosa.
— Berek — rzuciła z rozbawieniem, które rozciągnęło się w przestrzeni w rozbawionej nucie. A potem Lilian odskoczyła i ruszyła biegiem w stronę drzew za polaną. Śmiała się przy tym głośno, co jakiś czas tracąc równowagę na nierównej powierzchni.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
To, co działo się między nimi teraz, nijak nie pasowało do pierwszego wrażenia. Nawet nie zdążył zareagować na wypowiedziane przez brunetkę, kiedy poczuł na czubku nosa dotyk palców. Tak nagły, tak absurdalnie lekki, że na ułamek sekundy po prostu zamarł, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, jakby próbował nadążyć za tym, co właśnie się wydarzyło. — Berek — powtórzył pod nosem, ciszej, bardziej do siebie niż do niej. Dopiero wtedy uniósł wzrok, śledząc jej sylwetkę, oddalającą się w stronę drzew. Wówczas coś w nim drgnęło, coś czego zwykle nie dopuszczał do głosu, wyzwalając w nim reakcję zamiast analizy.
Rzucił krótkie, ledwie słyszalne przekleństwo pod nosem i ruszył za dziewczyną. Początkowo bez pośpiechu, spokojnie, dając jej chwilową przewagę, jednak z każdym kolejnym krokiem zaczął przyspieszać. Nierówne podłoże nie robiło na nim większego wrażenia — przywykł do takich warunków. — To się źle skończy — rzucił w jej stronę, z wyraźną nutą rozbawienia, nie próbując już nawet udawać obojętności. Nie zamierzał jej odpuścić, tym bardziej że po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miał ochoty się zatrzymywać.
Ruszając za brunetką, źle ją ocenił. Lilian była szybsza, niż się spodziewał, oznaczała się zwinnością i lekkością, jakby znała teren lepiej niż on. Kiedy okrążyła drzewo, zwolnił tylko na moment, obserwując jej ruch, po czym zmienił kierunek, próbując przeciąć jej drogę. — To oszustwo — rzucił, gdy po raz kolejny wykorzystała pień drzewa jako tarczę, zmuszając go do nagłej zmiany toru biegu. W głosie Maxa rozbrzmiało rozbawienie. Po chwilowej zabawie zwolnił celowo, na tyle, by mogła pomyśleć, że odpuszcza. A następnie, wykorzystując moment, w którym spojrzała przez ramię — przyspieszył gwałtownie, skracając dystans w kilku szybkich krokach. Złapał ją. Jego dłonie zamknęła się pewnie na jej talii, przyciągając ją do siebie, zanim zdążyła się wyrwać - szybko, instynktownie.
Lilian Davenport