Noah był studentem psychologii, zawieszonym co prawda, ale wiedział na co patrzeć, chociaż kobieta nadal była zdenerwowana, to nie sprawiała już wrażenia osoby, która za chwilę straci nad sobą panowanie. Stała obok niego trochę spokojniej niż wcześniej, a to wystarczyło, żeby poczuł ulgę. Nie powiedział nic więcej. Nie chciał zasypywać jej kolejnymi uwagami ani pytaniami. Uznał, że przez ostatnie kilkanaście minut usłyszała ich wystarczająco dużo. Wysłuchał jej uważnie i skinął głową. Nie była to idealna odpowiedź, ale spodziewał się czegoś podobnego. Po wypadku mało kto zapamiętywał dokładne szczegóły trasy.
-
To wystarczy. Jeśli rozpoznasz miejsce, kiedy będziemy się zbliżać, to sobie poradzimy. Parking może nam pomóc, jeśli rzeczywiście tam był, będzie gdzie zostawić samochód i łatwiej będzie zacząć szukać, zwłaszcza jeśli pies pobiegł w stronę lasu. Nie musisz się przejmować tym, że nie znasz okolicy - na moment zamilkł, bo jego myśli znowu wróciły do zwierzęcia, a im dłużej o tym rozmawiali, tym bardziej chciał już ruszyć.
Przyglądał się mapie, próbując dopasować zaznaczony punkt do obrazu okolicy, który miał w pamięci. Znał ten rejon całkiem dobrze, więc szybko zaczął kojarzyć trasę.
-
Tak, wiem gdzie to jest - powiedział, prostując się. -
Jest tam kilka miejsc, gdzie można się zatrzymać. Nie są duże, ale nie powinniśmy mieć problemu z zostawieniem auta.
Jeszcze raz zerknął na ekran, żeby zapamiętać wskazane miejsce. Im bardziej konkretna stawała się ich trasa, tym bardziej skupiał się na samym poszukiwaniu.
-
Jeśli pobiegł do lasu przy tym zakręcie, to jest szansa, że nie oddalił się bardzo daleko. Zwłaszcza jeśli był ranny. - Ta myśl nie poprawiała mu nastroju, ale jednocześnie dawała nadzieję, że zwierzę nadal znajduje się gdzieś w pobliżu miejsca zdarzenia. -
Przejście kawałka pieszo i tak może być konieczne. W lesie samochód niewiele nam pomoże.
Zatrzymał wzrok na Cassiopei, która wydawała się bardziej skupiona na zadaniu niż wcześniej. Panika nie pomagała nikomu, a oni potrzebowali teraz spokojnie ocenić sytuację. Zauważył, że znowu wraca do tego samego. Nie wyglądało jednak na to, żeby oczekiwała pocieszenia, raczej próbowała sama poukładać sobie wszystko w głowie.
-
Może mogłaś, a może nie - odpowiedział spokojnie. -
Teraz i tak już tego nie sprawdzimy.
Nie zwrócił nawet uwagi na moment, w którym Cassiopeia zatrzymała się przy drzwiach pasażera, bo myślami był już kilka kilometrów dalej, przy zakręcie, który wskazała na mapie. Skupił wzrok na drodze, jedną ręką zmienił bieg, a potem oparł łokieć o drzwi. Przez chwilę panowała między nimi cisza. Od czasu do czasu zerkał na kobietę. Nie jakoś nachalnie. Raczej z ciekawością i zaskoczeniem, że bardziej dba o obce zwierzę niż samochód. I właśnie wtedy, gdy wyjechali na główną drogę, kobieta ponownie się odezwała, przerywając ciszę.
Noah przez chwilę nie odpowiedział. Skupiał wzrok na drodze, obserwując samochody przed nimi i znaki mijane po drodze, ale słyszał każde jej słowo. Nie czuł się szczególnie komfortowo, kiedy ktoś mu dziękował za coś, co uważał za oczywiste. Zwłaszcza w takich sytuacjach. Dla niego decyzja o powrocie na miejsce wypadku nie była żadnym poświęceniem.
-
Nadal uważam, że nie ma za co - odpowiedział w końcu, nie odrywając wzroku od jezdni, zwolnił nieco przed zakrętem i dopiero wtedy zerknął na nią przelotnie. -
Gdybym został w warsztacie, pewnie przez resztę dnia zastanawiałbym się, czy ten pies gdzieś tam nie leży. Poza tym, skoro i tak pamiętasz miejsce, a ja mam samochód i znam okolicę, to szkoda byłoby z tego nie skorzystać. - Wzruszył lekko ramienami, bo dla niego wszystko wydawało się proste. Był problem, więc należało spróbować go rozwiązać, ale zastanowił się nad czymś jeszcze. Cassiopeia od samego początku zwracała się do niego grzecznie i formalnie, ale po czasie spędzonym na wspólnym szukaniu psa słowo pan zaczynało brzmieć dziwnie. -
A tak swoją drogą, możesz przestać mówić do mnie „pan”? Czuję się jakbym miał co najmniej pięćdziesiąt lat. - Kącik jego ust drgnął na moment. -
Noah w zupełności wystarczy.
Przesunął dłonią po kierownicy i zerknął w lusterko. Droga za nimi była prawie pusta, więc nie musiał martwić się, że spowolni ruch.
-
Jak tylko coś rozpoznasz, od razu mi powiedz. Nawet jeśli nie będziesz pewna. - Skupił wzrok na poboczu. Mijał kolejne drzewa, znaki drogowe i wjazdy na leśne drogi. Po chwili zauważył znak stojący kilkadziesiąt metrów dalej.
-
O ten znak chodziło? - Wskazał go krótkim ruchem głowy, nie odrywając rąk od kierownicy. Zwolnił jeszcze przed zbliżającym się zakrętem i uważnie obserwował pobocze po obu stronach drogi i spojrzał tam, gdzie wskazała, po czym zaczął wypatrywać miejsca, które mogło pasować do opisu. -
Dobrze. Zatrzymamy się zaraz za zakrętem, jeśli będzie bezpiecznie. - Gdy wspomniała o fundacji, skinął lekko głową. -
Może się przydać. Nawet jeśli są daleko, to czasem potrafią powiedzieć coś konkretnego.
Sam nie miał doświadczenia z takimi organizacjami, ale wiedział, że w takich sytuacjach każda informacja mogła mieć znaczenie. Zjechał na pobocze tuż za zakrętem i zatrzymał samochód.
-
Dobra - powiedział w końcu cicho. -
To tutaj zaczynamy. - Zanim wysiadł, jeszcze raz spojrzał w stronę lasu. Nie widział tam nic wyraźnego, ale to nie znaczyło, że nic tam nie było. -
Ja sprawdzę po tej stronie drogi, ty możesz wziąć tamtą, jeśli czujesz się na siłach - dodał spokojniej. -
I jeśli masz ten numer, miej telefon pod ręką.
Po tych słowach wysiadł z samochodu i zamknął drzwi, od razu rozglądając się po poboczu i w stronę drzew, próbując wyłapać jakikolwiek ruch albo dźwięk rannego zwierzęcia.
Cassiopeia Deveraux