-
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Następnego ranka ucieczka zaczęła się jeszcze przed świtem.
Warsztat przywitał go chłodem betonu i kojącym, brudnym zapachem smaru. Tutaj metal giął się tylko wtedy, gdy on tego chciał, a każdą usterkę dało się naprawić, jeśli tylko poświęciło się jej dość czasu. Wcisnął się pod podwozie starego Audi, pozwalając, by podnośnik odciął go od świata. Wziął do ręki klucz i zaczął odkręcać śruby. Raz. Dwa. Trzy. Szorstka pasta BHP wgryzała się w skórę, ale nie potrafiła domyć tego, co czuł w środku. Pracował desperacko, niemal agresywnie, jakby wierzył, że jeśli naprawi dość cudzych samochodów, w końcu jakimś cudem uda mu się naprawić ten jeden, którego wrak wciąż gnił w jego głowie, ale kiedy na chwilę milkła pneumatyczna szlifierka, w szczelinach między jednym oddechem a drugim, wciąż słyszał ten sam oskarżycielski szept. Praca nie była ratunkiem – była tylko schronem, w którym czekał, aż wspomnienia znów zaczną bombardować jego spokój.
Dzień toczył się w rytmie uderzeń młotka o metal, dopóki przed warsztat nie zajechał ten dźwięk. To nie był zwykły silnik; to był mrukliwy, głęboki ton, który wibracjami przypomniał mu o tamtym wieczorze. Kiedy wyczołgał się spod podnośnika, słońce oślepiło go na moment, a na podjeździe stanął samochód. Ten sam model, ten sam rocznik. Nawet lakier, choć ten tutaj lśnił głęboką czernią, miał w sobie ten sam przeklęty odcień.
Poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Przez chwilę stał z kluczem w dłoni, patrząc na auto jak na ducha, który wrócił, by dokończyć to, co zaczęło się dwa miesiące temu i wtedy otworzyły się drzwi.
Wysiadła z niego kobieta, która zupełnie nie pasowała do tego miejsca ani do jego stanu ducha. Była pewna siebie, biła od niej trudna do zdefiniowania elegancja, a sposób, w jaki odrzuciła włosy, sugerował, że świat zawsze jej słuchał. Podeszła do niego, ignorując plamy smaru na jego kombinezonie i kurz unoszący się w powietrzu. Patrzył na nią, ale widział tylko maskę tego samochodu wbitą w latarnię. Kobieta uśmiechała się lekko, nieświadoma, że właśnie przywiozła mu pod same drzwi narzędzie tortur. Dla niej to była tylko usterka, a dla niego – kolejna runda walki o oddech.
— To ten model — wychrypiał, nie potrafiąc ukryć drżenia w głosie.
Cassiopeia Deveraux