Who is going to the Plain of Lethe?
Długo też spoglądał na karteczkę pozostawioną na kuchennym blacie w jego kuchni, którą w centralnej części zdobiły kształtne zawijasy liter. Zapisana data wraz z nieznanym mu nazwiskiem wołała do niego eleganckim pismem Lydii, wyuczonym na lekcjach kaligrafii. Spędził tak praktycznie resztę nocy nad kubkiem stygnącej czarnej kawy do poranka, który przyniósł wraz z promieniami słońca zbawienne ramy rutyny. Chaotyczne upchanie papierów zebranych w pośpiechu z blatu biurka do skórzanej listonoszki. Ubranie się po porannej toalecie oraz chwycenie w biegu jabłka, będącego jedynym punktem w jego śniadaniu aż do dotarcia na miejsce.
Z trudem wypierał przed samym sobą, iż tego dnia nie zdołał w pełni skupić się na własnym akademickim życiu, notorycznie spoglądając na zegar zawieszony nieopodal wyjścia z auli czy ten naprzeciw jego biurka w gabinecie. Przekładał papiery z jednego stosu na drugi, a wygłoszony wykład powiedział tym nieznośnym nawet dla siebie nieobecnym głosem, choć opowiadał o rzeczach bliskich jego sercu. Przed opuszczeniem stanowiska zdążył jeszcze zapisać pustej kartce dziennika;
Bogowie nie wysłuchaliby modłów takiego grzesznika; noce nadal pozostają ciężkie.
Dałem zapasowe klucze Dii... czy powinienem je odebrać? Wiadomości na karteczkach zaczynają dopadać mnie jak wyrzuty sumienia.
Apollo. Przed wizytą z lekarzem nie miałeś żadnej nadziei... jeśli nadal pamiętasz, to nie miej jej i wtedy.
Po wyjściu z wydziału przystanął z ciężarem dylematu na ramionach, jakby samo spoglądanie na drogę prowadzącą przez kampus do samego szpitala wymagało od niego dodatkowej motywacji. W którymś momencie jego nogi same wręcz zaczęły prowadzić go ścieżką pod główne wejście do Mount Sinai Hospital, przezwyciężając zalegające w mięśniach argumenty przeciw. Wychodził jednakże z założenia, że kolejny dramatyczny monolog Lydii mógłby stać się ostatnim gwoździem do jego trumny. A przynajmniej dla jego świętego spokoju, kiedy pragnął wyłącznie odkorkować kolejną butelkę wina i wsłuchać się w recytowane wiersze z drugiego końca pomieszczenia.
W dodatku czekając na jednym z plastikowych krzeseł przed gabinetem i ze wzrokiem utkwionym w tabliczce z lekarskimi tytułami oraz Ashish Kapoori czuł absurd obecnej sytuacji. W kolejce otaczały go w większości matki wraz ze swymi pociechami, spoglądając na niego jak na kogoś, kto zapomniał własnego dziecka lub pomylił gabinety.
Przekraczając próg pomieszczenia, wydawało mu się, jakby brodził w wodach nieszczęsnego Styksu. Czyż za biurkiem nie czekał na niego z osądem sam Charon? Apollo przystanął w połowie drogi, swoje spojrzenie kierując o mężczyźnie, którego skóra przypominała mu o świetle pochodni rozświetlającej noc. Uśmiechnął się do siebie, gdy zgodził się w myślach, iż przynajmniej do zguby prowadzić miał go przystojny mężczyzna. Może litościwie wybaczy mu brak obola zmarłych przed ostatnim rejsem?
- Apollo Ioannidis - Przedstawił się tuż po powitalnym skinięciu głową, kiedy tylko ich spojrzenia spotkały się na wspólnej drodze dzielącej ich ciała. - Lydia Wainwright umówiła mnie na wizytę - Dodał po momencie zwłoki i nabraniu powietrza do płuc prawie na skraju przesady. Gdzieś głęboko miał nadzieję, że to sprostowanie rozjaśni wszelkie niejasności związane z jego pojawieniem w tym gabinecie.
Dia, poprawił się chwilę później mimowolnie w myślach, bo dla niego - zapewne prawie wyłącznie dla niego w ten nostalgiczny za dzieciństwem sposób - pozostawała przede wszystkim Dią o promiennym uśmiechu z jasnymi kosmykami wymykającymi się z luźnego upięcia. Ze spalonymi ramionami od słońca przy ich pierwszym dziecięcym spotkaniu. Nastoletnią uczepioną jego ramienia na kolejnym z bankietów, z których wykradali butelki szampana. I obecną z troskami zapędzającymi ją w kozi róg.
Po prostu Dią. A teraz przed nim był on, mrowieniem myśli wędrujący po jego umyśle. ash kapoori