ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
185 cm
pisarz, doktorant university of toronto
Awatar użytkownika
ἀπέσβετο καὶ λάλον ὕδωρ
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracji-
postać
autor

001
Who is going to a rest from evil toils and troubles?
Who is going to the Plain of Lethe?
Ofiara dla bogów unosiła się ku niebu, a jego oczy śledziły kształt i kierunek, jakby wyczytać z tego mogły pisaną mu przyszłość. Dym z wypalonego o czwartej nad ranem papierosa odcinał się bielą, układającą się w krętą rzekę na zgaszonej czerni nocnego nieba. Pozwalał własnej bezsenności zapisać się tak ulotnie, gdy jego dłoń nerwowo obracała tlącego się jeszcze niedopałka. W myślach niczym mantrę powtarzał sobie, iż przeciągnięcie wyjazdu o tydzień dłużej niczego nie zmieniłoby w jego obecnej sytuacji. Urlop na prędko wzięty w celach pisarskich poczynań nad kolejną powieścią wyglądał zgoła inaczej od tego, który przedstawił swemu przełożonemu na uniwersytecie. Na ojcowskiej ziemi pół świadomie doszukiwał się wyjścia z obietnic plączących się więzami wokół kostek u jego stóp. Nie potrafił jednakże pchnąć się do aktu tak zdradzieckiego oraz bezdusznego, gdy po drugiej stronie oceanu czekała na niego przyjaciółka w potrzebie. Niegdyś stojąca u jego boku, kiedy sparaliżowany spoglądał na trumnę ojca powoli opuszczaną w dół rodzinnego grobowca. I siedząca w nogach łóżka, w którym on zalegał od pogrzebu z ciążącą w klatce piersiowej żałobie. Była przy nim w t e d y, więc on poddał się nieznanemu losowi i swe serce zamierzał nauczyć wybijać rytm do amor fati.
Długo też spoglądał na karteczkę pozostawioną na kuchennym blacie w jego kuchni, którą w centralnej części zdobiły kształtne zawijasy liter. Zapisana data wraz z nieznanym mu nazwiskiem wołała do niego eleganckim pismem Lydii, wyuczonym na lekcjach kaligrafii. Spędził tak praktycznie resztę nocy nad kubkiem stygnącej czarnej kawy do poranka, który przyniósł wraz z promieniami słońca zbawienne ramy rutyny. Chaotyczne upchanie papierów zebranych w pośpiechu z blatu biurka do skórzanej listonoszki. Ubranie się po porannej toalecie oraz chwycenie w biegu jabłka, będącego jedynym punktem w jego śniadaniu aż do dotarcia na miejsce.
Z trudem wypierał przed samym sobą, iż tego dnia nie zdołał w pełni skupić się na własnym akademickim życiu, notorycznie spoglądając na zegar zawieszony nieopodal wyjścia z auli czy ten naprzeciw jego biurka w gabinecie. Przekładał papiery z jednego stosu na drugi, a wygłoszony wykład powiedział tym nieznośnym nawet dla siebie nieobecnym głosem, choć opowiadał o rzeczach bliskich jego sercu. Przed opuszczeniem stanowiska zdążył jeszcze zapisać pustej kartce dziennika;

Bogowie nie wysłuchaliby modłów takiego grzesznika; noce nadal pozostają ciężkie.
Dałem zapasowe klucze Dii... czy powinienem je odebrać? Wiadomości na karteczkach zaczynają dopadać mnie jak wyrzuty sumienia.
Apollo. Przed wizytą z lekarzem nie miałeś żadnej nadziei... jeśli nadal pamiętasz, to nie miej jej i wtedy.
Czuję, jakbym zapomniał o...


Po wyjściu z wydziału przystanął z ciężarem dylematu na ramionach, jakby samo spoglądanie na drogę prowadzącą przez kampus do samego szpitala wymagało od niego dodatkowej motywacji. W którymś momencie jego nogi same wręcz zaczęły prowadzić go ścieżką pod główne wejście do Mount Sinai Hospital, przezwyciężając zalegające w mięśniach argumenty przeciw. Wychodził jednakże z założenia, że kolejny dramatyczny monolog Lydii mógłby stać się ostatnim gwoździem do jego trumny. A przynajmniej dla jego świętego spokoju, kiedy pragnął wyłącznie odkorkować kolejną butelkę wina i wsłuchać się w recytowane wiersze z drugiego końca pomieszczenia.
W dodatku czekając na jednym z plastikowych krzeseł przed gabinetem i ze wzrokiem utkwionym w tabliczce z lekarskimi tytułami oraz Ashish Kapoori czuł absurd obecnej sytuacji. W kolejce otaczały go w większości matki wraz ze swymi pociechami, spoglądając na niego jak na kogoś, kto zapomniał własnego dziecka lub pomylił gabinety. Apollo mógłby należeć do obydwu opcji. Niestety żadna z tych myśli nie była prawdziwa, a pielęgniarka znikająca za drzwiami z teczką jego dokumentów stała się tego żywym dowodem. Nie minęło zbyt wiele czasu, by wychyliła się z gabinetu z uprzejmym "Panie Ioannidis teraz Pana kolej".
Bóg światła wkraczał w swe ciemności.
Przekraczając próg pomieszczenia, wydawało mu się, jakby brodził w wodach nieszczęsnego Styksu. Czyż za biurkiem nie czekał na niego z osądem sam Charon? Apollo przystanął w połowie drogi, swoje spojrzenie kierując o mężczyźnie, którego skóra przypominała mu o świetle pochodni rozświetlającej noc. Uśmiechnął się do siebie, gdy zgodził się w myślach, iż przynajmniej do zguby prowadzić miał go przystojny mężczyzna. Może litościwie wybaczy mu brak obola zmarłych przed ostatnim rejsem?
- Apollo Ioannidis - Przedstawił się tuż po powitalnym skinięciu głową, kiedy tylko ich spojrzenia spotkały się na wspólnej drodze dzielącej ich ciała. - Lydia Wainwright umówiła mnie na wizytę - Dodał po momencie zwłoki i nabraniu powietrza do płuc prawie na skraju przesady. Gdzieś głęboko miał nadzieję, że to sprostowanie rozjaśni wszelkie niejasności związane z jego pojawieniem w tym gabinecie.
Dia, poprawił się chwilę później mimowolnie w myślach, bo dla niego - zapewne prawie wyłącznie dla niego w ten nostalgiczny za dzieciństwem sposób - pozostawała przede wszystkim Dią o promiennym uśmiechu z jasnymi kosmykami wymykającymi się z luźnego upięcia. Ze spalonymi ramionami od słońca przy ich pierwszym dziecięcym spotkaniu. Nastoletnią uczepioną jego ramienia na kolejnym z bankietów, z których wykradali butelki szampana. I obecną z troskami zapędzającymi ją w kozi róg.
Po prostu Dią. A teraz przed nim był on, mrowieniem myśli wędrujący po jego umyśle. ash kapoori
34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

1


Dni konsultacji w klinice - stanowiących zazwyczaj albo dopiero pierwszy krok w procesie diagnostycznym, albo jeden z ostatnich, gdy to mali pacjenci przychodzili do Ashisha na ostatnie kontrole podsumowujące cały cykl leczenia - miały zupełnie inny rytm niż te, które brunet spędzał na dyżurze chirurgicznym w szpitalu, albo - cztery razy w miesiącu - w aulach uniwersytetu. Zaczynały się później i wolniej, w mniej nerwowym pośpiechu płynąc aż do lunchu, który Ash, regularnie w tym temacie upominany przez własnego terapeutę, starał się odbierać z religijną niemal dbałością i precyzją, a potem biegły do ostatniej, przedwieczornej odprawy, zwieńczonej podpisaniem wszystkich niezbędnych raportów, i zatwierdzeniem (lub, rzadziej, zakwestionowaniem), skierowań złożonych mu przez asystentkę na biurko.
Gabinet lekarza także różnił się od tych, w jakich Kapoori uczył się kiedyś własnej profesji, zaczynając oczywiście na oddziałach ogólnych, i tych wyłącznie dla dorosłych. Zamiast straszyć sterylną i klaustrofobiczną bielą, był odrobinę przestronniejszy i przyjaźniejszy w barwie, z dużym oknem wpuszczającym do wnętrza szerokie smugi dziennego światła i ścianami pomalowanymi bladym beżem i jasną, pogodną żółcią - nie jak świeżo uwolnione ze skorupki jajka żółtko, ale raczej jak kogel mogel ubijany długo i z dużą ilością cukru. W specjalnie przeznaczonym ku temu kącie, znajdowało się tu też małe, wielobarwne królestwo, do którego nie mieli wstępu pełnoletni pacjencji: niski stolik obstawiony trzema kolorowymi krzesełkami z plastiku (gdy Ashish siadał na jednym z nich, ugięte kolana sięgały mu niemal brody, ale do przyjmowanych przezeń w gabinecie dzieci meble te były przecież jak znalazł), zestaw prostych kolorowanek i kredek świecowych, oraz parę regularnie dezynfekowanych, ale nieco już zmęczonych życiem zabawek, których jednak Ash nie miał serca się pozbyć. Oprócz tego, obsługa kliniki dokładała też sumiennych starań, by ze wszystkich pomieszczeń to właśnie lizolem i mikrozidem pachniało najmniej, zastępując je ilekroć się tylko dało odświeżaczem do powietrza o zapachu wiosennej łąki.
W takich to warunkach, Ashish Kapoori spędzał trzy-siódme każdego tygodnia, z profesjonalną egzystencją odmierzaną nie w godzinach, a kolejnymi nazwiskami pojawiającymi się na liście wizyt; dziecięcymi głosami, które odbijały się od ścian w różnych tonacjach — od niecierpliwego marudzenia, przez nerwowy śmiech, aż po płacz, który Ash nauczył się ignorować w sposób profesjonalny, choć nigdy całkowicie obojętny. Każdy przypadek miał swoje miejsce, swoją kolejność, swoją procedurę. Każda rozmowa zaczynała się podobnie i — w idealnych warunkach — kończyła przewidywalnie.

Teczka z dokumentacją następnego pacjenta leżała już otwarta na biurku, ustawiona dokładnie tak jak lubił: równolegle do jego krawędzi, z długopisem ułożonym dokładnie wzdłuż prawego marginesu. Ash poprawił go jeszcze o kilka milimetrów, zanim sięgnął wzrokiem po dane zapisane drukowanymi literami.

Ioannidis. Apollo. DOB: 21-06-1996.

Nic z tego nie pasowało do listy, na której większość dat urodzin zaczynała się gdzieś po 2010, a imiona zazwyczaj jawiły się w zdrobniałej formie, opatrzone dopiskami o obecności rodzica — ale też do samego miejsca. Co więcej, Ashisha zastanowiło też wydrukowane na papierze imię, znane mu, choć wyłącznie rykoszetem, bo przecież nie z własnej kultury. Wychowany na opowieściach o innych bogach, innych herosach, i innych porządkach świata, pamiętał je wyłącznie z podręczników, nie zaś z babcinych opowieści - choć te przecież, jak wiadomo, w młodą jaźń wżynają się najsilniej. W okrutnym nawyku, którego mimo wielokrotnych prób nie mógł się wyzbyć, sięgał właśnie ku klawiaturze komputera, by w okienko wyszukiwarki wpisać sześć liter. Równiutka, kojąca ashishowy mózg proporcja: trzy spółgłoski na trzy samogłoski.

A
p
o
l
l
o.

To było dobre imię. I jeszcze tylko sekundy brakowało, by Kapoori poddać je mógł dokładnej, historycznej analizie, gdy jego neurotyczny rytuał przerwało skrzypnięcie drzwi, i obecność kolejnego pacjenta. Najpierw jego cień kładący się przez próg, zdecydowanie zbyt długi by należeć do jakiegokolwiek dziecka. A potem jego sylwetka - strzelista jak wykrzyknik zwieńczony eksplozją ciemnych, niesfornych kosmyków, opadających na wysokie, jasne czoło. Ashish zatrzymał na nim spojrzenie o dwa oddechy za długo, przytłoczony ilością zmiennych, z którymi nagle musiał poradzić sobie jego skołowany umysł. Niemal karykaturalny rys nosa, jeszcze wyrazistszego niż ten samego Asha, i tak już będący obiektem szkolnych wyzwisk. Dwie poziomie linie ciemnych brwi i równie ciemne, bystre oczy podbite kleksem sińców. Usta jakby zbyt małe w stosunku do reszty twarzy, a jednak jakimś cudem pasujące do niej perfekcyjnie; i prawie kpiące w ułożeniu warg, gdyby nie jakaś nerwowość skupiona w kącikach. Ash znał ten wyraz, bo i u dorosłych, i u dzieci, wyglądał on dokładnie tak samo.


(Jego pacjent był przerażony.)
— Pan Ioannidis — Kapoori powtórzył odruchowo, i cicho, starając się podążyć dokładnie szlakiem wyznaczonym mu przez akcent mężczyzny. — Tak, mam pana w grafiku — Zapewnił, tym samym tonem, którym parę dni wcześniej zapewniał Lydię, że dla jej przyjaciela może zrobić wyjątek, przyjmując go na dyżurze zwykle niedostępnym dorosłym. Precyzyjnym, nienaturalnym dobrze wyuczonym gestem wskazał Apollo krzesło, na którym zwykle siadali rodzice - Proszę usiąść.
I dopiero za moment, kiedy przypomniał sobie, że i jemu przecież wypada się przedstawić:
- Doktor Kapoori - dodał, z nawykowym dyskomfortem którym zawsze reagował na brzmienie nadętego tytułu dostawionego do jego nazwiska.
Teraz Ash nie patrzył już na twarz trzydziestolatka — no, przynajmniej nie bezpośrednio. Zamiast tego, jego wzrok zatrzymywał się gdzieś pomiędzy wierszami: na linii jego ramion, szukając dysproporcji; na punkcie, w którym kości obojczyków zbiegały się w rozchyleniu kołnierzyka; na jego dłoniach (wykluczając jakiekolwiek drżenie; na sposobie, w jaki mężczyzna poruszał się w przestrzeni gabinetu. Rejestrował szczegóły, które zwykle umykały innym. To też była część jego pracy.
— Lydia, oczywiście... — potwierdził, otwierając ubogą w szczegóły dokumentację nowego pacjenta. Wystarczyło jedno mrugnięcie, by zapamiętał jej (niesatysfakcjonującą) treść: więcej pytań niż odpowiedzi. Niemal czuł, jak jego umysł szykuje się do istnego galopu. — Wspominała... Wspominała, że chce pan skonsultować ze mną jakiś konkretny objaw. Ale widzę, że nie robił pan jeszcze u nas konkretnych badań, a ja bardzo... — Impuls pojawił się jak zawsze, jak świerzbienie gdzieś na wysokości lewej skroni, drapanie w jaźni, uporczywe i niepowstrzymane. Ash próbował je zignorować i nie mógł. I nie poskutkowało poprawienie szylkretowych oprawek okularów do czytania, osadzonych na nosie; ani ciche chrząknięcie; ani poprawienie się na własnym, wygodnym, biurowym krześle. Było za późno, bo słowa pchały się na jego wargi razem z rumieńcem, którego ukryć nie dawała rady nawet oliwkowa barwa jego skóry — ...bardzo chciałbym zobaczyć pański mózg.
Słowa wybrzmiały w przestrzeni między nimi niby eksplozja absurdu, choć wypowiedziana takim tonem, jakby Ash pytał pacjenta o potwierdzenie daty urodzenia. Młody lekarz wiedział, że tego typu gafa w towarzystwie dzieci uszłaby mu na sucho, skwitowana co najwyżej chichotem, albo ciekawskim: Tak? A jak pan do niego zajrzy!?. Ale d o r o ś l i w podobnych stwierdzeniach zwykle widzieli wyłącznie niedorzeczność. Ashish przełknął, szykując się na impakt upokorzenia.
— To znaczy, uh. Oczywiście... wykonać rezonans magnetyczny.


apollo ioannidis
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”