-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Impreza dumnie tytułowana „Spotkanie z autorem”, nie miała w sobie nic z tej cichej, niemal melancholijnej atmosfery, którą sugerowała jej nazwa. Zamiast kojarzyć się z rozmową i spokojną wymianą myśli, była wydarzeniem wyjątkowo by głośnym i pełnym przepychu, którego Maximilian najzwyczajniej w świecie unikał. Była też wydarzeniem, w którym nie brał udziału z własnej nieprzymuszonej woli. Zaciągnięty tu pod pretekstem, ukryty za maską, siedział na niewygodnym krześle i kreślił w kolejnym tomie książki znajome imię i nazwisko, które nie miało nic wspólnego z autentycznością. Tej pozbawione były także uśmiechy, jakie posyłal w kierunku kolejnych fanów, jednocześnie uwagę bardziej skupiając na otworzeniu. Lustrował je z naturalnym dla siebie zainteresowaniem, podsycanym analityczną nutą. Wynajęta przez wydawnictwo oraz sponsorów sala tonęła w ciepłym świetle kryształowych żyrandoli, które zamiast koić zdawało się jeszcze bardziej podkreślać nadmiar i sztuczność całej sytuacji.
Pojedyncze świetlne pasma odbijały się od gładkich powierzchni. Muzyka zbyt głośna i zbyt intensywna, dudniła gdzieś pod żebrami, wręcze idealnie wpasowując się w klimat całego przedsięwzięcia. Elegancko ubrani gości, schowani za fikuśnymi maskami sunęli po parkiecie z niepozorowaną swobodą, której nie dało się wyuczyć. Kieliszki wypełnione drogim alkoholem połyskiwały w dłoniach, a przyciszone rozmowy mieszały się ze śmiechem, tworząc nieco zbyt idealny obraz.
Wszystko było perfekcyjnie dopracowane, poza nim. Nieskazitelność nie była wpisana w naturę blondyna, który od początku przeczuwał, że uczestnictwo w tym wydarzeniu to zły pomysł. W opinii Korhonen’a była to zwykła farsa - maski, światła, tłum udający, że wiedzą kim jest autor. Coś w nim protestowało, cicho, ale uparcie, objawiając się nieprzyjemnym mrowieniem pod skórą i lekko napiętymi mięśniami. Po typowej wymianie uprzejmości sprzeciw ten stał już jeszcze bardziej wyraźny.
Stał przez chwilę, nieco nonszalancko oparty o jeden z filarów, z maską zakrywającą część twarzy i szklanką, zawartości której nawet nie ruszył. Ciemny, dopasowany, by podkreślić jego sylwetkę, garnitur leżał na Maxie zaskakująco dobrze, będąc zgoła odmiennym strojem niż noszone na co dzień stare bluzy i dresowe spodnie. Jasne włosy, ułożone niedbale, opadały swobodnie, kontrastując z ostrzejszymi rysami twarzy, jako jedyne wymykające się z jarzma doskonałości, manifestując sprzeciw dla ogólnie panujących zasad. Zacisnął palce lekko na szkle, próbując zaszczepić w sobie złudne poczucie bezpieczeństwa. Wyglądał, jakby pasował do tego miejsca, jednak nie czuł tego ani trochę.
Bycie w centrum uwagi stanowiło dla Korhonen’a problem, będąc nienaturalnym. Czuł się jakby ktoś próbował wcisnąć go w źle dopasowaną rolę. I nie chodziło o ludzi, z którymi nic go nie łączyło, których w dodatku nie znał, a o te spojrzenia; nie widział ich, jednak czuł gdzieś na karku. Chodziło także o świadomość, że za maskami kryją się osoby, które pojawiły się tutaj dla niego; dla słów spisanych na kartkach papieru, dla historii opowiedzianej jego oczami, które dla nich znaczyły więcej niż potrzeba, by wyrzucić z siebie to, czego nie potrafił powiedzieć na głos. I właśnie to było najgorsze. Odruchowo przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, czując narastające napięcie i zanim zdążył się nad tym zastanowić, po prostu ruszył. Instynktownie.
Skupiony na celu, odstawił szklankę gdzieś obok, nawet nie zwracając uwagi gdzie dokładnie. Lawirując między ludźmi z charakterystyczną dla siebie łatwością, traktując tłum niczym zwykłą przeszkodę do ominięcia, ruszył wzdłuż prostokątnej sali szukając czegokolwiek - drzwi, korytarza, składziku na miotły. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu uciec od chaosu panującego wokół. Znalazł.
Przeszklone, lekko uchylone drzwi, za którymi majaczył taras, skąpany w przygaszonym świetle i nocnym powietrzu. Jego chłód wypełnił płuca niemal natychmiast po przekroczeniu progu, wywołując u Maxa przyjemne uczucie wolności — jakby na nowo nauczył się oddychać.
Zapach wilgoci i świeżość wyraźnie kontrastowały z ciężką, duszną atmosferą sali, a panująca tu cisza działała na niego silniej niż jakiekolwiek spojrzenia czy oczekiwania ukryte za maskami.
Opuścił salę, zostawiając za sobą szum rozmów i ciężar cudzych myśli, jednak nie zdążył w pełni nacieszyć się samotnością, gdy jego uwagę przykuł głos - lekko zdenerwowany, przytłumiony, niosący się gdzieś z boku tarasu. Ruszył w tym kierunku, zanim zdążył przeanalizować własną decyzją. Podążając za dźwiękiem pozwolił, aby prowadził go dalej, ku ciemniejszej części ogrodu. Wystarczyło kilkanaście kroków, aby spojrzenie mężczyzny odnalazło sylwetkę postaci - dziewczyna. Zrobił kolejny, kierując się bezwstydnymi zainteresowaniem, gdy gałąź pod jego butem trzasnęła cicho, zdradzając obecność niespodziewanego - i zapewne niechcianego - gościa, który burzył kruchą iluzję samotności.
- Przepraszam, nie chciałem….. - zaczął, jednak nie potrafił znaleźć właściwego dla sytuacji słowa, jednocześnie pozostając prawdomównym. Wszakże skłamałby mówiąc, iż nie chciał podsłuchiwać, ponieważ to właśnie chęć poznania powodu wymiany zdań zachęciła go do przyjścia w to miejsce. - pójdę już - oznajmił, robiąc krok w tył, wciąż skupiając spojrzenie niebieskich tęczówek, kryjących się za czarną maską, na postaci nieznajomej.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W wydarzeniu, które przypominało bardziej bal maskowy, aniżeli przeciętne spotkanie z idolem, Lilian brała udział po raz pierwszy w życiu. Czuła lekkie podekscytowanie; takie, jakie towarzyszy w momencie, gdy niecierpliwie się na coś czeka i takie, jakie miewa człowiek, kiedy robi coś nielegalnego.
Zatrzymała się w dobrzze dopasowanej, pudrowej sukni na moment, pragnąc nacieszyć się samym pierwszym wrażeniem. Wszystko było dokładnie takie, jak sobie wyobrażała, a może nawet lepsze. Światło śmiało przesuwało się po sali, zahaczając o twarze, maski i szklaną zastawę, tworząc wrażenie czegoś niemal nierealnego. Przez chwilę miała ochotę się roześmiać z czystej świadomości bycia w tym miejscu.
Nie dotykała ustami alkoholu, chociaż przy pierwszym kontakcie ze smukłą nóżką kieliszka, wahała się. Obawiała się, że pod wpływem tych paru procentów mogłaby przegapić dobry moment; moment, aby wśród tłumu przebieranców przyuważyć swojego ukochanego autora. Minuty ciągnęły się jednak nieubłaganie, a wśród iluminacji świateł nadal nie pojawił się nikt konkretny. Anonimowość mężczyzny była poniekąd trudna do ominięcia i Lilian w końcu straciła nadzieję na to, że intuicja pozwoli jej go rozpoznać.
Wyszła wiec nazewnątrz, chcąc nieco odetchnąć od rozhohoconych spojrzeń, brzdęku kieliszków i szampańskich śmiechów, od których czuła się przebodzcowana.
Drewniane deski tarasu zaskrzypiały pod jej stopami, gdy zrobiła kilka kroków przed siebie. Oparła się o balustradę, wciągając głęboki oddech i na moment przymykając oczy, ale właśnie w tej chwili zadzwonił telefon. Mimowolnie, trochę bardziej chaotycznie, niż w rzeczywistości zamierzała, zaczęła szarpać się z kopertówką, aż w końcu udało jej się wyciągnąć urządzenie. Na ekranie widniało jedno słowo: babcia.
Przeczuwała kłopoty, a mimo to przesunęła palcem po ekranie i odebrała, prostując się odruchowo. Początek rozmowy był względnie spokojny. Dolores zapytała, gdzie ona właściwie jest o tej porze i dlaczego nie we własnym pokoju w pensjonacie. Lilian próbowała odpowiedzieć, ale szybko zrozumiała, że to nie miało to większego znaczenia dla kobiety. Zaraz ton babci stał się ostrzejszy. Pojawiły się uwagi o nieodpowiedzialności; o tym, że praca nie będzie rano czekała. W dodatku Dolores mówiła, że Lilian zachowuje się tak, jakby pensjonat i wszystko, co z nim związane, przestawało mieć dla niej znaczenie.
Próbowała polemizować. Próbowała zaprzeczać, jednak Dolores dalej nie chciała słuchać i jedynie mówiła... mówiła... i mówiła...
W końcu dziewczyna nie mogła dłużej słuchać i po prostu odsunęła telefon od ucha. Wtedy dźwięk połamanej gałęzi zagłuszył trajkotanie starszej kobiety. Lilian, zupełnie odruchowo i bez zastanowienia, odwróciła się w kierunku dźwięku i zakończyła połączenie. Przez przypadek.
— W porządku — odpowiedziała mimowolnie, zanim zdążyło do niej dotrzeć, że w porządku nie było. Nie była pewna, ile nieznajomy słyszał z jej kompromitującej rozmowy, ale niemal natychmiast poczuła się zażenowana. W dodatku w kąciku jej oczu zebrały się gorące łzy, które ostrożnie, aż pośpiesznie — tak, aby nie odsłonić do końca złotej maski — starła.
— Możesz zostać. Ja już pójdę. — Machnęła bezsensownie telefonem w kierunki drzwi tarasowych, choć tak naprawdę tym gestem określała opuszczenie wydarzenia. — I tak miałam już wracać. — Zaśmiała się nerwowo.
Z jednej strony kochała babcię Dolores, a z drugiej jednak nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że to właśnie ona najczęściej potrafiła zniszczyć jej najszczęśliwsze chwile, sprowadzając ją z powrotem na ziemię w najmniej odpowiednim momencie.
Lilian czasami miała poczucie, że mimo swojej pełnoletności wciąż stała w miejscu. Czuła się przywiązana do jej decyzji, do pensjonatu, do wszystkiego, co Dolores uważała za słuszne. I choć rozumiała, skąd to się brało, coraz częściej zastanawiała się, gdzie w tym wszystkim kończy się lojalność, a zaczyna coś, co powoli odbiera jej własny głos.
Lilian Davenport
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Niebieskie tęczówki mimochodem zatrzymał na damskiej sylwetce; tylko na moment, lecz wystarczająco długo, żeby zauważyć zbyt szybki ruch dłoni przy twarzy. Łzy. Coś w nim drgnęło na ten widok, poczuł znajomy krótki, nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami, jednak nie skomentował ani nie zareagował w żaden inny sposób. Miał wrażenie, że gdyby zrobił choć krok więcej, przekroczyłby tę wyznaczoną przed siebie chwilę wcześniej granicę, do której nie miał prawa.
W następnej chwili jego spojrzenie powędrowało za dłonią dziewczyny wyciągniętą w kierunku drzwi. W palcach ściskała telefon. Złapał się na tym, że obserwuje ten drobny gest z większą uwagą, niż powinien - tylko czego w nim szukał? Miał w sobie tę chorą tendencję do analizowania i poszukiwania odpowiedzi nawet tam, gdzie zdrowy rozsądek nakazywał milczenie. — Już? — zapytał, odrobinę zaskoczony. Ściągnął brwi, a pojedyncza, pozioma linia przecięła jego czoło, jakby w geście krótkiego namysłu, lecz w następnej sekundzie skinął głową.
— Czyli dzwoniła matka chrzestna… — mruknął bardziej do siebie niż do niej, z nikłym cieniem rozbawienia. Starał się nadać całej sytuacji lekkości, bo ta nie wydawała się być zbyt komfortowa dla obojga. Zerknął na zegarek, jakby potrzebował potwierdzenia czegoś, co i tak było oczywiste. — 22:01? — powtórzył z lekkim niedowierzaniem, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
Przez moment przemknęła mu przez myśl absurdalna chęć zatrzymania jej tu jeszcze chwilę. — Nawet Kopciuszek mógł zostać do północy, a mało kto wie … - zaczął robiąc krótką, teatralną pauzę - że była niepełnoletnia — dodali jednocześnie, co wywołało u Maxa wyraźne zaskoczenie, lecz trudno było je dostrzec za maską. Uczucie to rozlało się po ciele mężczyzny wyraźnie rozluźniając coś w jego klatce piersiowej. Uśmiechnął się, pozwalając by ciężar tej sceny nieco zelżał.
Max przez chwilę jeszcze przyglądał się jej w milczeniu, poddając się chwilowemu zastanowieniu, które zaraz ustąpiło miejsca uśmiechowi. Ten wkradł się w kąciki ust blondyna, kiedy wyciągnął dłoń w stronę brunetki; prosty gest, niemal klasyczny. Skłonił się delikatnie, gdy nagle przestrzeń między nimi wypełniły przytłumione dźwięki piosenki, dobiegającej z sali. Zupełnie jakby wszechświat dawał im do zrozumienia, że to powinno się wydarzyć.
— Skoro już łamiemy zasady bajek… — odezwał się nie kryjąc własnego rozbawienia. — To wydaje mi się, że należy ci się ostatni taniec. - dodał, przekrzywiając odrobinę głowę. Kopciuszek i książe nie mogli na niego liczyć. Uderzenia zegara wywołując panikę, zmusiły blondwłosą do ucieczki. Oni mieli szansę.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Raczej nie spodziewała się szczególnego zainteresowania od nieznajomeggo, stąd zaskoczenie, kiedy usłyszała pytanie mężczyzny. Nie była skora rozmawiać o swoich problemach, dlatego w tamtej chwili jedyne czego pragnęła, to odrobina samotności, która mogłaby przywrócić dobre samopoczucie Lilian. Tak sądziła, bo prawdopodobnie w takim wypadku myślałaby jedynie o cholernych pretensjach babki Dolores.
— Już — odpowiedziała krótko, tego pytania również się nie spodziewając. Zdumiona, wciąż delikatnie szklistymi oczami, przesunęła po sylwetce meżczyzny. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur i równie dobrze dobraną maskę, która nie zdradzała jego tożsamożci.
Na tym spotkaniu autorskim nie było nawet mowy o tym, aby ktoś rozpoznał się wśród tłumu gości. Ta świadomość w końcu obuchem uderzyła w Lilian. Postąpiła głupio skoro dotychczas wierzyła, że będzie w stanie porozmawiać z pisarzem twarzą w twarz. Zachowała się jak naiwne dziecko, wymykając się z domu i pokonujac wiele kilometrów, aby dotrzeć na miejsce.
Westchnęła zażenowana własnym zachowaniem i na krótką chwilę skierowała wzrok ku niebu. Wtem dookoła rozbrzmiały się kolejne słowa nieznajomego, czym ponownie zaskrabił sobie uwagę Lilian.
Nie bawiło ją to wcale. Nawet chciała mu to powiedzieć, bo słowa zaszczypały ją w koniuszek jezyka, jednak w porę przełknęła gorycz. Gdy wspomniał o godzinie, aż zwątpiła i przesunęła rozgoryczone spojrzenie na bok. Przecież nie chciała tak szyzbko wracać; chciała się bawić, tańczyć i wiwatować. Pragnęła przez jedną noc poczuć się jak księżniczka, a nie jak ten nieszczęsny Kopciuch, który notorycznie pucował kafle dla babki.
Wciągnęła powietrze z cichym, niemal bolesnym świstem. Miała wrażenie, jakby świat na moment się zatrzymał i zadrżał, podczas gdy ona gorączkowo próbowała zdecydować, co powinna zrobić. Myśli kotłowały się w głowie, ale żadna nie była wystarczająco właściwa. Co więcej, obecność nieznajomego bardziej męczyła Lilian, niż dawała jakiekolwiek oparcie. Dlatego gdzieś z tyłu głowy pojawiła się uparta myśl, aby po prostu nie słuchać jego banialuków. W końcu prawił o baśni, ale nagle wyciągnął dłoń. Tak po prostu: śmiało i naturalnie, cierpliwie czekając na reakcję. Dalej skłonił się delikatnie, a Lilian na ten gest uniosła zdumiona brwi, czego zza maski nie mógł dostrzec.
Wahała się. Dolores czekała już w progu pensjonatu. Jednak przez krótką chwilę słowa mężczyzny zawisły gdzieś pomiędzy tym wszystkim, a Lilian sama poczuła pustkę w głowie. Niespodziewanie zniknął cały strach i wyrzuty sumienia, że ten jeden raz zechciała zrobić coś dla siebie.
— Ostatni taniec… — mruknęła niepewnie bardziej do siebie, niż do zamaskowanego amanta.
To nierozsądne, przemknęło Lilian. Zbyt podejrzane, a jednak coś w tym momencie wydawało się równie właściwe. Tylko dla niej.
Ponownie westchnęła, ale tym razem nie z rezygnacji, lecz z pogodzenia się z osobliwym impulsem, który coraz mocniej popychał ku obcemu. I zanim zdążyła się rozmyślić, wyciągnęła rękę. Jej palce najpierw znowu zawahały się w powietrzu, ale zaraz pewniej zacisnęły się na ręce Maxa.
Nie myślała już o tym, co powinna. Pozwoliła, aby ta chwila po prostu się wydarzyła.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie musiał widzieć, jak mierzy go spojrzeniem — skryta za maską mogła robić to bezwstydnie. Jednak, nauczony doświadczeniem, poczuł to znajome napięcie w karku, gdy jej wzrok przesunął się po jego sylwetce — powoli, bez skrępowania, z wyraźną oceną. O ile gest ten nie pozostawał tajemnicą, tak myśli, które towarzyszyły wówczas brunetce, były nią owiane. Fakt, że podczas przyjęcia chciała spotkać swojego ulubionego pisarza, nie był niczym wyjątkowym, jednak samo to, że wśród masek pragnęła odkryć jego tożsamość, zakrawało o szaleństwo.
Poza świadomością Maxa pozostawał fakt, że rozmowa między nimi była dla niej czymś na kształt spełnionego marzenia, które w końcu mogła skreślić z listy. Nie miał też pojęcia, jak wiele kosztowało ją pojawienie się w tym miejscu. Mimo to podświadomie chciał w jakiś sposób wynagrodzić jej tamtą nieprzyjemną rozmowę, zanim będzie zmuszona opuścić imprezę. Niemniej uwadze mężczyzny nie umknęły drobne gesty; chwile zawahania, głębsze oddechy. Nie miał tylko pojęcia, iż świadczyły o nieprzychylności dla jego osoby. Niemniej uwadze mężczyzny nie umknęły drobne gesty — chwile zawahania, głębsze oddechy. Nie miał jedynie pojęcia, że świadczyły one o niechęci wobec jego osoby.
Matka nauczyła go dobrych manier, zadbała o to, by do kobiet odnosił się z należytym szacunkiem, a także nauczyła go tańczyć. Zdaniem pani Korhonen taniec był częścią savoir-vivre’u, którym jej syn powinien się odznaczać. Wyciągnięta dłoń mająca stanowić oparcie, lekkie skinienie będące wyrazem szacunku i oczekiwanie, które miał wrażenie ciągnie się w nieskończoność.
Wahanie ze strony brunetki było aż nazbyt widoczne, a nie mając pojęcia, czym było spowodowane — czy się go bała, czy może czuła niepewność w zetknięciu z nieznajomym — uśmiechnął się subtelnie zza maski, chcąc dodać jej nie tylko otuchy, ale i odwagi.
— Ostatni — zapewnił, na potwierdzenie swoich słów ponownie kiwając głową. Być może w całej tej scenie było więcej nierozsądku niż romantyzmu, ale czy ktokolwiek przejmował się podobnymi rozważaniami, kiedy muzyka zaczynała przejmować kontrolę nad chwilą?
Gdy poczuł chłód jej dłoni na swojej, zacisnął na niej palce pewniej, niż zamierzał. Przez ułamek sekundy jakby sprawdzał, czy nie zniknie lub nie ucieknie, niczym baśniowy Kopciuszek. Dopiero potem poprowadził ją w pierwszy krok, obracając płynnie, z naturalną pewnością ruchu. Pozwolił, by znalazła się bliżej, wówczas drugą dłoń położył na jej plecach prowadząc ją w rytm muzyki, która zdawała się zwalniać cały świat wokół nich. „Until I Found You” rozlewało się w przestrzeni miękkim, ciepłym brzmieniem, narzucając spokojne, intymne, niemal niepasujące do maskaradowego zgiełku tempo. Max prowadził pewnie, ale bez przesadnej dominacji, pozwalając by taniec ten nie był pokazem umiejętności, a czymś znacznie bardziej intymnymi. Czy to spotkanie można było rzeczywiście nazwać przypadkiem?
- To spotkanie spełniło twoje oczekiwania? - zapytał po dłuższej chwili ciszy, w której pozwolili, by to muzyka prowadziła ich kroki. Pytanie, wypowiedziane lekko zachrypniętym głosem, wybrzmiało między nimi, rozluźniając napięcie, które jeszcze przed chwilą budował taniec.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nic więc dziwnego, że po telefonie od babki poczuła zawód i narastającą złość. Nie po raz pierwszy Dolores zdeptała marzenia wnuczki.Ba! Najpierw nie poleciała z Nico na studia do Nowego Jorku, a teraz nie miała nawet prawa do odrobiny rozrywki w świecie tak odległym od tego, który znała.Była rozgorycznona, dlatego nie od razu zauważyła, że nieznajomy cechował się dobrymi intencjami, a nie nachalnością.
W końcu podchwyciła jego próbę uratowania resztek nastroju i zakończenia spotkania w przyzwoity sposób. Ostatni raz tańczyła w podobnym stylu na balu maturalnym, choć przez stres niewiele pamiętała z tamtego wieczoru. Na pewno parokrotnie się potknęła, bo suknia była zdecydowanie za długa, a szpilki zbyt wysokie, aby mogła utrzymać na nich równowagę.
Słysząc potwierdzenie nieznajomego, odnoszące się do ostatniego tańca, poczuła się nieco pewniej, choć te uczucie nadal musiała budować podczas stawiania kolejnych kroków. „Until I Found You” wdarło się w przestrzeń, więc intuicyjnie prychnęła rozbawiona, bo nagle nawet opatrzność sprzyjała szczęściu Lilian. Ta piosenka była idealna; rzuciła inne światło na obcego amanta, który szarmancko prowadził ich w eleganckim tańcu.
Jego dłoń na jej plecach sprawiła, że obraz babki rozmył się w powietrzu. Najpierw drgnęła, lecz szybko pozwoliła ciału odnaleźć rytm i dopasować się do ruchów mężczyzny.
Jeszcze przez krótką chwilę była spięta, jakby spodziewała się jakiejś katastrofy. Jednak z każdym kolejnym krokiem napięcie powoli ustępowało. O dziwo w pełni skupiała się na nim; na jego prowadzeniu, na cieplych już rękach i na ruchach, które im raz zarazem wyznaczał. Ogarnęło ją momentalne, choć zapewne złudne uczucie wyzwolenia, a na ustach w końcu pojawił się figlarny, uroczy uśmiech.
— Nie do końca — skwitowała pewniej, niż wcześniej, odnosząc się tylko i wyłącznie do faktu, że nie spotkała pisarza. — Nie poznałam osobiście Eliasa Northa, więc ty mi musisz wystarczyć — dodała żartobliwie. Miała nadzieję, że nieznajomego nie zniesmaczy dowcip, bo w żadnym wypadku Lilian nie miała złych intencji.
Zaraz wykonali kolejny, bardziej leniwy obrót. Muzyka dobiegała końca, ale kolejny utwór zaczął kotłować się pomiędzy nimi, dlatego wciąż trwali w pozycji tańca. Już bardziej swobodniej. Lilian rzeczywiście podłapała resztki tego wieczoru; ostatkiem w akcie desperacji zaufała komuś, kogo poznała raptem kwadrans temu.
Ali Gatie — It’s You.
Zadarła wyżej brodę. Dzięki wyższym obcasom nosem o mało nie dotknęła jego nosa.
— A czy ty czujesz się spełniony? — Popatrzyła mężczyźnie uważnie w oczy, lecz po chwili jej spojrzenie mimowolnie opadło niżej, ku jego masce. Wyglądała na drogą i niezwykle kunsztowną, a przy tym zupełnie inną niż pozostałe. Wszystkie inne na balu zdawały się do siebie podobne. Ta wyraźnie się wyróżniała.— W końcu przyszedłeś w tym samym celu co ja, prawda? — zapytała retorycznie. Dlaczego miałoby być inaczej, skoro to spotkanie autorskie o dosyć nieszablonowym kontencie.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Melodia płynęła między nimi, a Max mimowolnie się uśmiechnął słysząc rozbawione prychnięcie. Ironia sytuacji, jakiej stali się ofiarami nie umknęła także jemu. Jednak postanowił się temu poddać, na chwilę zapominając o chaosie panującym w murach sali bankietowej. Ciepło dłoni nieznajomej zadziałało — ku jego własnemu zaskoczeniu — kojąco. Po spięciu, które jeszcze kilka minut wcześniej obejmowało kark i ramiona blondyna, nie pozostał niemal żaden ślad. Zapach jej perfum mieszał się z chłodnym powietrzem, pozwalając mu w końcu odetchnąć pełniej i pozbyć się ciężaru zalegającego w klatce piersiowej. Powoli przyzwyczajał się do lekkiego nacisku palców na swoim ramieniu i do uśmiechu, który w końcu pojawił się na ustach brunetki.
Rozbawienie zatańczyło w spojrzeniu Maxa, gdy wspomniała o Eliasie Norcie. Paradoks tej sytuacji był niemal komiczny — stał przed nią człowiek, którego szukała przez cały wieczór, a mimo to pozostawał dla niej jedynie przypadkowym nieznajomym. I ku własnemu zaskoczeniu odkrył, że wcale mu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - dzięki temu mógł obserwować ją bez ciężaru oczekiwań, jakie zwykle budziło nazwisko autora, a śmiał twierdzić, że ona mogła mieć ich naprawdę dużo.
— To chyba niezbyt uczciwe wobec mnie — mruknął z cieniem rozbawienia. — Konkurowanie z nieuchwytnym pisarzem stawia mnie na straconej pozycji. - zauważył, prawie natychmiast podłapując jej żartobliwym ton.
Kiedy pierwszy utwór dobiegł końca, blondyn nie puścił je dłoni, pozwalając, aby kolejna kierowała ich ruchami; spokojniejszymi i mniej formalnymi.
Gdy uniosła brodę wyżej, mimowolnie zatrzymał spojrzenie na jej twarzy odrobinę dłużej. Była blisko. Zdecydowanie za blisko, by ignorować ciepło jej oddechu i błysk zaczepności czający się w ciemnych oczach. Tym razem ona zadała pytanie, skłaniając Maxa do chwilowego milczenia. Prowadząc ich ciała w rytmie muzyki, uświadomił sobie, że odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Przyszedł tutaj jako Elias North czy jako Max? Dla czytelników czy dla samego siebie?
— Chyba jeszcze nie wiem — przyznał z wyraźnym wahaniem w tonie głosu, by zaraz dodać - Spełnienie jest problematyczne. Ludzie spędzają połowę życia próbując coś osiągnąć, a kiedy już im się uda, nagle okazuje się, że wcale nie czują się inni. A jeśli chodzi o cel tego wieczoru… możliwe, że właśnie trochę się zmienił. - zakończył, w tym samym momencie, w którym ich taniec niemal całkowicie zwolnił. Dłoń spoczywająca na plecach Lilian przesunęła się odrobinę wyżej, instynktownie przyciągając ją bliżej. Spojrzenie blondyna zatrzymało się na jej ustach i po raz pierwszy od początku tej absurdalnej znajomości naprawdę przeszło mu przez myśl, żeby przekroczyć granicę, której jeszcze chwilę temu nawet nie brał pod uwagę. — Czy mogę… - nie dokończył, niewdzięczny dźwięk telefonu brutalnie rozmył napięcie wiszące między nimi.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Elias był dla niej fenomenalnym pisarzem, lecz poza tym właściwie nic o nim nie wiedziała i chyba właśnie dlatego tak bardzo fascynował Lilian. Jego książki potrafiły wywoływać emocje, których nie umiała później wyrzucić z głowy przez wiele dni, ale jednocześnie pozostawiały po sobie mnóstwo pytań o samego autora.
Jednak talent talentem. Lilian tak naprawdę nie mogła być pewna, jakim człowiekiem był Elias North poza kartkami swoich powieści. W ludziach najbardziej ceniła naturalność, szczerość i tę swobodę bycia sobą, której nie dało się wyćwiczyć ani odegrać. Lubiła ludzi prawdziwych, nawet jeśli byli chaotyczni czy trudni. Fałsz wyczuwała niemal natychmiast i odrzucał ją skuteczniej niż jakakolwiek wada charakteru.
Nie miała pojęcia z kim tańczyła, więc jednocześnie nie zdawała sobie sprawy z tego, ile dylematów kryło się w głowie mężczyzny. Patrzyła po prostu na jego twarz skrytą za maską, nie analizujac niczego i równocześnie niczego nie oczekując. Dali sobie ten jeden taniec, który miał okazać się wyłącznie zwieńczeniem tego cudownego dla Lilian wieczoru.
— Próbowanie czegoś osiągnąć, to po prostu podążanie za marzeniami — zauważyła. Nieświadomie spróbowała przekazać mu swój punkt widzenia. — Samo spełnienie nie jest problematyczne. To ludzie błędnie zakładają, że spełnienie wygląda jak jakaś wielka przemiana. Zupełnie jakby po osiągnięciu celu człowiek miał nagle obudzić się kimś lepszym, a prawda jest dużo mniej spektakularna. Przecież nadal jesteśmy tacy sami. Tylko ciut bardziej doświadczeni. — Bezwiednie wzruszyła ramionami i mimowolnie pomyślała o swoich dawnych marzeniach i o braku ich spełnienia. Kiedy w końcu się z tym pogodziła zrozumiała, że w tym momencie nie była ani nikim gorszym, ani nikim lepszym. Była po prostu tą samą Lilian Davenport, która musiała obrać inną drogę; nieco inną. — Mam nadzieję, że ten twój zmieniony cel będzie bardziej osiągalny — powiedziała, podświadomie życząc mu zwykłego szczęścia.
Od conajmniej kilku miesięcy nie przeprowadziła tak przyjemnej i dojrzałej rozmowy z drugim człowiekiem. W Lilian urosła żałość, że ich taniec dobiegał końca, o czym świadczyło zwalniające się tempo i cichnąca w tle muzyka.
Poczuła, jak dłoń Maxa przesunęła się wyżej po jej plecach, a wraz z tym gestem coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku. Zrozumiała, że znalazł się niestosownie blisko i początkowo nie wiedziała, jak powinna sobie z tym poradzić. Śmielej więc uniosła wzrok i niemal od razu zauważyła, że patrzył na jej usta. Wtedy serce zabiło jej szybciej, aż na moment kompletnie zgubiła rytm kończących się kroków.
Chyba powinna coś powiedzieć. Odsunąć się, zażartować, zrobić cokolwiek rozsądnego, aby rozbroić to nagle narastające pomiędzy nimi napięcie. Zamiast tego została w miejscu, czując ciepło dłoni męczyzny i własny oddech, który nagle stał się dziwnie płytki.
Już była gotowa przytaknąć na to ciche, nieśmiałe pytanie, gdy niespodziewany dźwięk telefonu brutalnie przeciął przestrzeń.
Lilian drgnęła, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że nie powinna poddawać się woli serca i odruchowo odsunęła się o kilka centymetrów, po czym wyswobodziła się z uścisku. Nerwowymi ruchami poczęła szukać w kopertówce tego cholernego telefonu, który brzęczał i brzęczał.
— Babciu? — odebrała i zażenowana sytuacją, odwróciła się do nieznajomego plecami, a następnie udała się w głąb tarasu, aby następnie zniknąć za oszklonymi drzwiami. — Jak to jesteś w drodze?
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Ludzie lubili tajemnice, a Elias North był jedną z większych wykreowanych w ostatnich latach. Max sądził, iż po części właśnie temu zawdzięczał zainteresowanie swoimi książkami. Oczywiście nie umniejszał własnym umiejętnościom — był świetnym pisarzem — jednak dobre pióro rzadko broniło się całkowicie samo. Dowód stanowiły dziesiątki fenomenalnych pozycji stojących w jego domowej biblioteczce, sprzedanych w żałośnie niskich nakładach tylko dlatego, że zabrakło wokół nich odpowiedniej historii. Ludzie chcieli nie tylko czytać opowieści; chcieli również fascynować się tymi, którzy je tworzyli.
Max słuchał jej z wyraźną uwagą, nie przerywając ani razu. Wbrew pozorom niewiele osób mówiło o marzeniach w tak prosty i jednocześnie rozsądny sposób. Większość albo idealizowała sukces, albo traktowała go jak coś, co miało wynagrodzić wszystkie wcześniejsze porażki. Lilian zdawała się patrzeć na to spokojniej i bardziej dojrzale. Rozumiała, że osiągnięcie celu nie zmienia człowieka w kogoś nowego, a jedynie dokłada kolejne doświadczenia do tego, kim już był. On także doskonale to rozumiał, bo mimo sukcesu, który osiągnął jako Elias North, wciąż pozostawał tym samym Maxem Korhonenem — mężczyzną uciekającym od rozgłosu, chowającym się za pseudonimem i szukającym spokoju w miejscach, o których nikt nie wiedział. Spełnienie marzenia nie przyniosło mu nagłej przemiany, nie uczyniło go odważniejszym ani pewniejszym siebie. Dało mu jedynie świadomość, że potrafił coś osiągnąć. Przez krótką chwilę przyłapał się nawet na tym, że zastanawia się, jakie marzenia musiała porzucić sama Lilian, skoro mówiła o tym z tak dziwną lekkością. Nie wyglądała na osobę, która łatwo rezygnowała, a jednak w jej głosie coś pobrzmiewało - na razie ciężko było mu określić to uczucie.
Milczeniem wyraził niemą zgodę z wypowiedzianymi przez nieznajomą słowami, a słysząc kolejne zdanie opuszczające jej usta zaśmiał się cicho. — A na ile osiągalna jesteś ty? — zapytał nieco poważniej, niż powinno to zabrzmieć, dając do zrozumienia, że wcześniej mówił właśnie o niej. Pytanie zawisło między nimi nieco cięższe niż wcześniejsze żarty, nawet jeśli ukrył je pod lekkim tonem i spokojnym spojrzeniem, kryło w sobie coś zdecydowanie bardziej szczerego, niż powinien pozwolić sobie powiedzieć kobiecie poznanej ledwie kilkanaście minut wcześniej. A jednak nie potrafił się ich cofnąć, zwłaszcza nie w chwili, gdy stała tak blisko, że czuł jej oddech i widział moment, w którym spojrzenie brunetki mimowolnie zatrzymało się na jego ustach.
W tamtym momencie muzyka, gwar sali i cała absurdalność tego wieczoru zeszły na dalszy plan. Liczyła się tylko ona i napięcie, które narastało między nimi z każdym kolejnym oddechem. I właśnie wtedy przestrzeń przeciął dźwięk telefonu. Max mimowolnie zacisnął szczękę, odsuwając się minimalnie, gdy Lilian gwałtownie wyrwała się z jego objęć. Obserwował, jak nerwowo sięga do kopertówki, a potem odwraca się do niego plecami. - Babciu? Jak to jesteś w drodze? Słysząc słowa brunetki, uniósł lekko brew, wyraźnie zaskoczony, podczas gdy ona wykonała kilka szybkich kroków naprzód, by zaraz zniknąć za oszklonymi drzwiami. Będąc jeszcze w lekkim szoku, Max nie zareagował od razu; dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, co właściwie się dzieje. — Hej! — zawołał za nią, ruszając w końcu przed siebie. Lawirował między kolejnymi gośćmi, którzy skutecznie utrudniali mu przejście. — Zaczekaj, hej! W pośpiechu nie zauważył kelnera wychodzącego zza jednego z filarów. Wpadł na niego barkiem na tyle mocno, że metalowa taca przechyliła się gwałtownie, a kilka kieliszków z alkoholem runęło prosto na elegancko ubranych gości stojących obok. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, czyjeś oburzone syknięcie i głośne: „Uważaj!”, jednak Max nawet się nie zatrzymał. — Przepraszam! — rzucił jedynie przez ramię, nie zwalniając kroku. Minął kolejne nic nieznaczące postaci, ignorując spojrzenia skierowane w swoją stronę, aż w końcu dopadł wyjścia. Chłodne powietrze uderzyło w niego niemal natychmiast, gdy wybiegł na zewnątrz. Przesunął spojrzeniem po przestrzeni przed budynkiem, szukając znajomej sylwetki brunetki, która jeszcze chwilę wcześniej stała tak blisko, że niemal czuł jej oddech na własnych ustach.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Próbowała się skupić. Na moment odsunąć od siebie tę sprzyjającą magiczną atmosferę; przestać odczuwać ciężar jego silnej dłoni na swojej drobnej ręcę i plecach. Było to jednak niemal niemożliwe, gdy stali tak blisko, mieszając ze sobą oddech za oddechem.
— To pytanie ma bardzo złożoną odpowiedź — szepnęła, po czym przełknęła ślinę.
Nie ucieszyła się, gdy zadzwonił telefon, jednak nie dało się ukryć, że w pewnym sensie jego dźwięk uratował Lilian przed dalszym brnięciem w tę rozmowę. Nie była pewna, jak długo potrafiłaby jeszcze trzymać hamulce na wodzy, a potem pozwoliłaby po prostu płynąć fabule tego wieczoru w atmosferze kunsztownego tańca, splecionych dłoni i tej flirtującej pogawędki, która coraz bardziej odbierała jej rozsądek.
A potem następił szok i z niewyobrażalnym ciężarem na ramiona Lilian opadła żałoba. I strach, bo rzeczywistość uderzyła w nią z siłą obuchu. Babcia była w drodze, a to znaczyło, że musiała prędko zniknąć z przyjęcia, aby uniknąć kompromitacji, którą niechybnie przyniosłoby pojawienie się Dolores.
Ruszyła więc do wyjścia, głucha na nawoływanie Maxa. Będąc już na sali, jedynie prez chwilę zerknęła za siebie, gdy brzdęk tacy i tłuczonego szkła na moment zagłuszył biesiadny gwar. Mimo tego nie zwolniła. Z telefonem przy uchu, z którego rozbrzmiewała tyrada babci, nerwowo kierowała się ku wyjściu.
Wyszła może dwie minuty wcześniej, ale to wystarczyło, aby zdążyła oddalić się w stronę parkingu, gdzie miała podjechać babcia. Dopiero kiedy chłodne powietrze odrobinę ostudziło emocje, do Lilian zaczęło docierać, że spanikowała i zbyt nietaktownie potraktowała nieznajomego. Przecież tak naprawdę uratował ten wieczór i zadbał o to, aby poprawić końcówkę balu, którą oczywiście zepsuła Dolores.
Zawróciłą z tą myślą. Pospiesznie wbiegła po schodach, przytrzymując dłonią poły sukienki, a gdy dostrzegła nieznajomego stojącego przed drzwiami, na chwilę oniemiała. Przez krótką chwilę po prostu patrzyła. Serce znów zaczęło bić jej szybciej, jak podczas ich tańca, a wszystkie słowa, które układała sobie w głowie, nagle kompletnie wyparowały. Chciała przeprosić i się pożegnać. Tylko tyle albo aż tyle.
— Hej! Ja.. — zaczęła zdyszana. Zanim stanęła przed Maxem, skocznie minęła jeszcze cztery stopnie. — Powinnam ci chociaż podziękować, ale wydaję mi się, że same słowa nie wystarczą. — Nerwowo zacisnęła palce na materiale sukienki, po czym z wyraźnym zakłopotaniem uniosła wzrok na mężczyznę. — Przyjmij więc to. — I zanim zdążyła się rozmyślić, wspięła się na palce i chwyciła jego twarz w obie dłonie. Następnie przyciągnęła go do siebie i pocałowała prosto w usta.
Ten pocałunek bardziej był kierowany impulsem niż świadomą decyzją. Lilian była przekonana, że zaraz odsunie się speszona własną odwagą i z powrotem pobiegnie w stronę parkingu. Jednak kiedy poczuła jego ciepło i sposób, w jaki odpowiedział na ten gest, coś w niej pękło, a sam gest nabrał niespodziewanej intensywności.
W końcu zamiast się odsunąć, przyciągnęła Maxa jeszcze bliżej, mimowolnie wsuwając palce w jego włosy. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie miała wyłącznie pustkę, jakby cały rozsądek rozpłynął się pod wpływem tej jednej, magicznej chwili.
Na moment zapomniała o babce, o powrocie do domu i nawet o swoim ulubionym autorze, dla którego dedykowany był ten wieczór.
Max Korhonen