-
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się w odpowiedzi na zapewnienie i zachichotała.
- Jak widać, nie jestem też mistrzynią robienia pierwszego wrażenia. - zauważyła, ciągle bijąc się z myślami.
Już dawno powinna stąd wyjść i pojechać do swojego hotelu, ale od dawna nie czuła się tak... bezpieczna.
- No nie wiem, czy taka najtańsza! Widziałeś, że butelka piwa w Nassau jest tańsza niż butelka wody? - mimika jej twarzy była wręcz hipnotyzująco żywa.
Brwi poruszały się, jakby chciały podkreślić każdą myśl, oczy dodawały własne komentarze do wypowiadanych słów.
Kiedy znów zapadła cisza między nimi, przez moment wpatrywali się w siebie nawzajem. Tak, bez skrępowania, które pamiętała z lotniska. Z drugiej strony, czego miałaby się teraz krępować? Widział ją już w najgorszej odsłonie, a chwilę potem nagą. Właściwie nie miała przed nim już tajemnic.
Wstrząsnął nią delikatny śmiech na tę myśl, a stuknięcie naczyń, które porządkowała Claudette, sprawiło, że wróciła do świata i, już uziemiona, zabrała się za pałaszowanie śniadania. I tutaj, o dziwo, nie było już tyle chaosu. Ruchy były wolniejsze, bardziej precyzyjne, jakby delektowała się każdym maźnięciem koziego serka na bajglu. Jakby jedzenie i ta namiastka przygotowywania posiłku ją cieszyły.
Nie przeszkadzało jej to, że jest pod jego czujną obserwacją. Jego zainteresowanie było miłe, chociaż może odrobinkę ją peszyło. Ale rumieńce powoli się cofnęły, zostawiając tylko skórę zaróżowioną od słońca.
Uniosła spojrzenie na niego, kiedy się przedstawiał. Z całej siły próbowała powstrzymać śmiech, kiwając delikatnie głową, ale kiedy drugi raz powtórzył nazwisko, parsknęła.
- O mój Boże, strasznie Cię przepraszam, ale to zabrzmiało tak poważnie! - położyła dłoń na swojej klatce piersiowej, właśnie orientując się, że koszula odsłania zdecydowanie za dużo. - Po prostu wyglądałeś, jakby Twoje nazwisko miało mi coś powiedzieć. I strasznie bym chciała, żeby tak było, ale kojarzysz mi się tylko z agentem 009.
Oczy wraz ze zmarszczonymi brwiami dobitnie mówiły o tym, jak bardzo go przeprasza i nie chciała go obrazić. Dlatego pokiwała głową, kiedy podkreślił, że wystarczy samo imię.
- Hugo... - uśmiechnęła się ciepło, z sympatią. - Podoba mi się.
Dodała trochę nieświadomie, szukając też w nim reakcji na kokieterię koszuli. Ale jej oczy zaczęły wyłapywać różne szczegóły jego twarzy. Lekkie zmarszczki pod oczami, jeden siwy włos w brodzie czy na skroni. Wyglądał bardzo młodo, ale jednak było w nim coś bardzo dojrzałego i doświadczonego. Cooks, to chyba nie czas na to, żeby obudziły się w tobie daddy's issues... Nie masz już dwudziestu lat...
Ale kiedy padła propozycja, jej oczy zrobiły się wielkie jak denka od szklanek. Patrzyła na niego totalnie zbita z tropu, po czym odruchowo poprawiła koszulę, zasłaniając ramię i dekolt. W tym momencie cisza trwała odrobinę za długo. Żart, który zazwyczaj padał prawie od razu, by rozładować jej emocje, teraz spóźnił się o dobre dwa uderzenia serca, jak nie trzy.
- Oj, hola, hola, Panie Tremblay - zażartowała, odzyskując swoją równowagę. - Nie jestem taka — trzeba ze mną chodzić.
Powiedziała, wracając spojrzeniem do jego oczu. Tym razem nie uciekła, tylko z iskierką i ciekawością wpatrywała się w nie, czekając na jego reakcję. Na jej buzi pełgał półuśmiech, wystarczający, by zaznaczyć dołeczek w jej policzku.
Hugo Tremblay
-
Maybe I'm looking for something I can't havenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzesłypostaćautor
- Pierwsze wrażenie zrobiłaś już na lotnisku - powiedział spokojnie. - Wszystko, co nastąpiło później, to już raczej materiał do osobnego rozdziału.
Odstawił filiżankę i sięgnął po kawałek ananasa z talerza, jakby właśnie zamknął temat, który nigdy nie był szczególnie otwarty.
Ekonomiczna analiza Nassau przyszła znikąd, jak większość rzeczy, które mówiła - co mu się bardzo podobało, bo miał poczucie, że nie próbuje go rozegrać. Słuchał jej z tym samym skupieniem, z którym słuchał prezentacji inwestorów. Tylko bez notesu i bez potrzeby, żeby cokolwiek zapisywać.
- To jest Nassau - odpowiedział rzeczowo. - Rum jest tutaj infrastrukturą. Woda to luksus importowany dla turystów, którzy jeszcze nie zrozumieli lokalnej hierarchii potrzeb.
Posłał jej delikatny uśmiech.
- Następnym razem zamów piwo. Przynajmniej wiesz, czego się spodziewać po etykiecie.
Claudette wróciła na chwilę, żeby zabrać puste naczynia, i zniknęła z powrotem do środka z tym swoim charakterystycznym milczeniem kogoś, kto widział wszystko, co chciał zobaczyć, i był z tego zadowolony.
Kiedy Jamie zareagowała na jego nazwisko - ręka na piersi, to kompletnie niezaplanowane zaskoczenie na twarzy i agent 009 rzucony w powietrze z rozbrajającą szczerością - coś w nim rozluźniło się na ułamek sekundy. Nie wyraźnie. Nie tak, żeby ktokolwiek poza nim mógłby to zauważyć. Ale jednak.
- 009 - powtórzył spokojnie, jakby testował, jak to brzmi. - To więcej niż Bond, bo on był 007. Technicznie awans.
Powiedział to bez cienia powagi i przez moment siedział z uśmiechem, który nie zdążył zniknąć tak szybko jak zwykle. O dziwo nie próbował go schować, nawet nie miał na to ochoty.
Gdzieś z tyłu głowy przemknęła mu myśl, przelotna i niemal rozrywkowa - ciekawe, co znajdzie, jak go wygoogluje. Konferencje prasowe. Zdjęcia z galowych kolacji przy odpowiednio oświetlonych stołach. Wywiady, w których mówił dokładnie tyle, ile chciał powiedzieć, i ani słowa więcej. Kompletnie inny człowiek niż ten, który siedział teraz boso na tarasie z nie zapiętą koszulą i jadł ananasa. O jego ojcu nie wspominając.
Odczekał sekundę dłużej, zanim odezwał się spokojnie.
- Ja jeszcze nie wiem, jak mam do ciebie mówić. Przez ostatnią dobę byłaś głównie ona, hej i stój, bo upadniesz.
Kiedy rzuciła o chodzeniu - lekko, z tą iskierką w oku, z dołeczkiem ledwie widocznym w policzku - Hugo nie odpowiedział od razu. Miał zwyczaj, że nie odpowiadał od razu na rzeczy, które zasługiwały na więcej niż odruch. Patrzył na nią przez chwilę spokojnie, z wyrazem twarzy, który mógł znaczyć wszystko albo nic, i pozwolił, żeby cisza zrobiła część roboty za niego.
- Masz tu dwa tygodnie - odezwał się w końcu. - Mogę z tobą chodzić przez dwa tygodnie.
Nie uśmiechnął się szerzej, bo nie musiał. Oparł się lekko o oparcie krzesła i przez chwilę patrzył na ocean z miną kogoś, kto właśnie powiedział coś, co sam lekko go zaskoczyło, i postanowił udawać, że tak było w planie od początku.
- Plaża jest o tej porze pusta - dodał spokojnie, już bez żadnej dwuznaczności w tonie, jakby to była wyłącznie kwestia logistyczna. - Claudette spakuje coś do jedzenia. Słońce za godzinę zrobi się bezlitosne, więc jeśli chcesz - to teraz.
Zostawił jej wybór tak samo, jak zostawiał przestrzeń od początku. Bez nacisku i oczekiwań na głos.
Jamie Park
-
„Miłość jest trochę jak dobre ciasto — trzeba cierpliwości, odwagi i kogoś, z kim można podzielić ostatni kawałek.”nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Wreszcie, po przedłużającej się ciszy, podniosła spojrzenie na Hugo i z jeszcze większym zaskoczeniem zauważyła u niego ten uśmiech, którego nawet nie próbował schować. Sama nie opanowała półuśmiechu, który znów ukazał dołeczek w jej policzku. Patrzyła na niego dłuższą chwilę z ciepłym błyskiem w oku.
Fuck...
Przeszło jej przez myśl, co momentalnie odbiło się zmarszczeniem jej brwi.
Już się zgodziłam...
Westchnęła i wyprostowała się, siadając po turecku w swoim fotelu. Koszula znów opadła z ramienia, a ona oparła łokcie na swoich kolanach, zbierając się na odwagę, by przerwać trwającą ciszę.
- Oficjalnie mam na imię Ji-lin... Ale wszyscy mówią na mnie Jamie. - odpowiedziała wreszcie, czując, że neutralne słowa ułatwią jej tę rozmowę.
Spojrzała w kierunku krzątającej się Claudette i wnętrza domku, zastanawiając się, czy jest tutaj jakaś druga sypialnia albo przynajmniej kanapa, na której mogłaby się przechomikować, ale zaraz wróciła spojrzeniem na niego, znów z iskierkami w oczach.
- Chcesz, żebym poszła na pierwszą randkę z Tobą z ręcznikiem na głowie, bez makijażu i w Twojej koszuli? - zapytała, nie kryjąc już swojego uśmiechu, po czym kiwnęła głową na znak, że się zgadza, i sięgnęła do zawoju, żeby zsunąć go z głowy.
Mokre włosy rozsypały się po jej ramionach i twarzy, na moment kryjąc jej skrępowanie tym - nierandkowym - wyglądem. Ruchem głowy odrzuciła włosy z twarzy i z nieco niepewną miną popatrzyła pytająco na Hugo. Ale on dalej patrzył na nią w ten swój sposób. Niby opanowany, niby spokojny. Ale kącik jego ust był delikatnie bardziej uniesiony niż wcześniej, a w oczach było coś więcej niż wczoraj w nocy i dzisiaj rano. Jakieś ciepło, które sprawiało, że Jamie lgnęła do niego jak do świecy.
Bose stopy dotknęły desek tarasu, by wreszcie unieść ciężar całej, miniaturowej dziewczyny. Obeszła stół, podchodząc do niego, i wyciągnęła rękę, żeby mógł ją złapać.
- Będziesz mnie musiał zabrać do mojego hotelu... Nie mogę przez dwa tygodnie paradować przed Tobą półnaga. - zauważyła, a kiedy ruszyli w kierunku oceanu, szturchnęła go lekko ramieniem w ramię i dodała:
- Więc... Na tym lotnisku zrobiłam dobre wrażenie?
Hugo Tremblay