ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
168 cm
szefowa kuchni i właścicielka George Restaurant
Awatar użytkownika
You picked a dance with the devil and you lucked out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#3
Korytarz pachniał środkiem dezynfekującym i czymś ciepłym, co Eve nie umiała od razu nazwać - może zupą, może praniem. Nie był to nieprzyjemny zapach, ale obcy. Taki, który przyczepiał się do ubrań i zostawał w nich jeszcze długo po wyjściu.
Stała przed drzwiami z numerem osiemnaście i nie wchodziła.
Miała w dłoniach białe tulipany. Ojciec zawsze kupował je matce na przeprosiny - po kłótniach, po tych dniach, kiedy napięcie w domu osiągało punkt, w którym wszyscy udawali, że go nie ma. Biały tulipan jako gest zamiatania pod dywan. Nie wiedziała, dlaczego po nie sięgnęła w kwiaciarni. Może właśnie dlatego.
Przeszła palcem po jednym łodydze, odliczając w głowie czas. Trzydzieści siedem sekund od kiedy tu stała. Może czterdzieści. Korytarz był długi, spokojny, w oddali ktoś rozmawiał przyciszonym głosem. Eve słyszała to wszystko równolegle - odgłosy, zapachy, fakturę łodyg pod palcami - jakby zmysły pracowały osobno, niezależnie od reszty.
Matka zadzwoniła tydzień temu. Sam fakt, że zadzwoniła, wystarczyłby, żeby Eve się zatrzymała. Przez sześć lat - nic. Potem powrót do Toronto i znowu nic, przez kolejnych pół roku, bo żadna ze stron nie miała pomysłu, jak zacząć. A potem telefon, i głos, który Eve pamiętała z dzieciństwa jako głos kogoś nieobecnego emocjonalnie, nawet kiedy był w tym samym pokoju.
Twój ojciec jest w Lakeshore Lodge. Pomyślałam, że powinnaś wiedzieć.
Tyle.
Eve nie zapytała, dlaczego dopiero teraz. Nie zapytała, od kiedy. Zapisała adres i rozłączyła się, a potem stała przez chwilę z telefonem w dłoni i patrzyła na blat kuchenny, licząc w myślach desenie na kamieniu. Czternaście powtórzeń żyłki na przestrzeni metra.
Przyszła tydzień później. W swój wolny dzień, w zwykłych ubraniach - dżinsy, ciemny sweter, buty na płaskiej podeszwie. Żadnego fartucha, żadnej restauracji za plecami. Miała wrażenie, że wychodzi z roli, której używała jako pancerza, i nie bardzo wiedziała, co zostaje bez niej.
Wiedział, że wróciła do miasta. To znaczyło, że mógł zadzwonić. Że mogło to pójść inaczej. Eve obrała ten fakt w głowie na czynniki pierwsze podczas przejazdu metrem i nie znalazła żadnej wersji, która sprawiałaby, że czułaby się z tym lepiej.
Tulipany w jej dłoni były zimne. Miała ich siedem - parzysta liczba by ją drażniła, więc odruchowo wzięła siedem, chociaż dopiero teraz sobie to uświadomiła.
Za drzwiami numer osiemnaście był jej ojciec. Gerald Fitzgerald, który nigdy nie był głośny, ale zawsze jakoś obecny - w kuchni wieczorami, z kubkiem herbaty, który trzymał obiema dłońmi. To ona zapamietała z niego najwyraźniej. Dłonie na kubku i herbatę, która zawsze była za słaba.
Nie wiedziała, jak go teraz zastanie.
I właśnie to ją zatrzymywało. Nie żal, nie wina - przynajmniej nie tylko. Raczej brak schematu. Nie miała gotowej wersji tej rozmowy. Żadnej kolejności kroków, żadnego przepisu, który dałby się wykonać precyzyjnie i wyjść z tego po drugiej stronie z czymś zjadliwym.
Przesunęła wzrok po drzwiach - numer, uchwyt, wąski pasek światła w szparze na dole.
Jeszcze nie weszła.
gall anonim
Mało co mnie rusza.
27 y/o
For good luck!
170 cm
care assistant at lakeshore lodge
Awatar użytkownika
it takes a lot of medicine to fix what's wrong with me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Polubiła tę pracę bardziej, niż kiedykolwiek się spodziewała. Z czasem korytarze Lakeshore Lodge zaczęły dawać jej większe poczucie bezpieczeństwa niż wszystko to, co kiedyś uważała za dom. Wśród starszych, schorowanych ludzi czuła się jakoś mniej samotna. Może dlatego, że w ich zmęczonych spojrzeniach i urywanych historiach było coś znajomego, coś o czym w przyszłości sama będzie opowiadać obcym ludziom. Nikt nie zadawał jej pytań, na które nie chciała odpowiadać, nikt nie oczekiwał wyjaśnień. Tutaj nie była dziewczyną ze skandalu. Była po prostu kimś, kto potrafił podać szklankę wody, poprawić kołdrę i cierpliwie słuchać opowieści, które większość ludzi dawno przestała traktować poważnie.
Tego dnia dyżur wyglądał dokładnie tak jak każdy poprzedni - był ciągiem drobnych obowiązków, które skutecznie zajmowały jej głowę i nie pozwalały myśleć o własnym życiu. Od rana krążyła między salami z lekami, pilnując, aby Margaret znowu nie zapomniała o tabletkach na ciśnienie i odpowiadając po raz kolejny na pytanie o pogodę. Spędziła też trochę czasu z Arthurem, który jak zwykle rzucał swoje niezbyt śmieszne żarty, ale Lowen zdążyła się już do nich przyzwyczaić. Później pomagała Helen przebrać się w czystą koszulę i słuchała historii o balach i dawnych czasach, które w tym miejscu brzmiały wręcz nierealnie.
Kierowała się właśnie do sali numer osiemnaście, chcąc zajrzeć do jednego z podopiecznych, którego wciąż nie zdążyła poznać. Gerald wydawał się znacznie bardziej zamknięty w sobie niż reszta mieszkańców. Unikał wspólnych posiłków, nie pojawiał się na bingo ani podczas seansów starych filmów organizowanych przez ośrodek. Za każdym razem, gdy zaglądała do jego pokoju najczęściej siedział przy oknie, odwrócony plecami do drzwi, jakby w ten sposób próbował odciąć się od wszystkiego dookoła. Kiedy zbliżyła się do jego sali, zauważyła stojącą na korytarzu kobietę, która od razu zwróciła jej uwagę. Stała nieruchomo z bukietem białych tulipanów w dłoniach i wyglądała tak, jakby od dłuższego czasu próbowała zdecydować, czy wejść do środka. Graves mimowolnie zwolniła kroku, zastanawiając się, czy w ogóle powinna się odezwać. Widok ludzi stojących pod drzwiami i zbierających się na odwagę nie był jej obcy, a ona sama nauczyła się, że czasem potrzebna była im odrobina zachęty. Oczywiście nie wszyscy oczekiwali ingerencji w rodzinne relacje, dlatego też Lowen zmagała się z dylematem. Ostatecznie jednak nie odwróciła się na pięcie i nie udała w inne miejsce.
- Piękne kwiaty - powiedziała łagodnie, zatrzymując się kilka kroków od kobiety. - Czasami najtrudniej jest po prostu wejść do środka - dodała z lekkim uśmiechem. Nie powiedziała nic więcej, dając kobiecie czas na reakcję.

Eve Fitzgerald
33 y/o
For good luck!
168 cm
szefowa kuchni i właścicielka George Restaurant
Awatar użytkownika
You picked a dance with the devil and you lucked out.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Głos dobiegł do niej zanim zdążyła go przetworzyć.
Eve nie drgnęła. Stała dalej z tulipanami w dłoni i przez ułamek sekundy patrzyła na drzwi z numerem osiemnaście, jakby to one były źródłem dźwięku. Dopiero potem przeniosła wzrok na kobietę, która się zatrzymała. Młoda, ciemne włosy, uniform - pielęgniarka albo opiekunka, Eve nie umiała od razu określić. Twarz obca całkowicie.
Piękne kwiaty. Czasami najtrudniej jest po prostu wejść do środka.
Zinwentaryzowała zdanie. Dwa. Krótkie, bez nadmiernego ciągnięcia za rękaw. Eve nie odpowiedziała od razu, nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że potrzebowała chwili, żeby przełożyć to na coś, na co można było odpowiedzieć.
- Tulipany były jego - powiedziała w końcu, patrząc nie na kobietę, tylko gdzieś między nią a ścianą. - Znaczy, on je kupował. Zawsze białe.
Urwała. Zabrzmiało to głupio, bez kontekstu, jakby weszła w połowie zdania. Przesunęła kciukiem po jednej łodydze - jedna, dwie, trzy żyłki pod skórą liścia - i poprawiła uchwyt.
- Nie wiem, czy on w ogóle to pamięta - dodała, tym razem ciszej. Nie do kobiety. Właściwie do nikogo.
Spojrzała na nią krótko, przelotnie, tyle żeby zarejestrować wyraz twarzy. Łagodna. Bez tego charakterystycznego napięcia ludzi, którzy czekają aż się wytłumaczysz.
- Pracujesz tutaj - stwierdziła, nie pytając. Uniform to potwierdzał. - Znasz go? Gerarda Fitzgeralda z osiemnastki?
Pytanie wyszło z niej bardziej bezpośrednio niż chciała. Eve zacisnęła lekko dłoń na łodygach i czekała na odpowiedź, wpatrzona gdzieś w uchwyty drzwi.

Lowen Graves
gall anonim
Mało co mnie rusza.
27 y/o
For good luck!
170 cm
care assistant at lakeshore lodge
Awatar użytkownika
it takes a lot of medicine to fix what's wrong with me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zauważyła, że kobieta unika patrzenia jej prosto w twarz. Jej wzrok co chwilę uciekał gdzieś na ścianę, klamkę albo numer sali. Nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie - dobrze znała ten odruch. Sama często robiła dokładnie tak samo, kiedy nie chciała dopuścić do siebie zbyt wiele albo po prostu nie miała siły na kontakt z drugim człowiekiem. Dlatego też stała spokojnie, nie próbując wypełniać ciszy na siłę. Nie zamierzała zasypywać blondynki pytaniami ani udawać przesadnie miłej i entuzjastycznej, jak czasem robili pracownicy takich miejsc. Wiedziała, że nie każdy tego potrzebował i nawet gdyby kobieta postanowiła nic nie mówić albo po prostu odejść, przyjęłaby to bez problemu. Jej zadaniem była opieka nad pacjentami, a wszystko inne nie powinno mieć dla niej znaczenia.
Kiedy w końcu padło pytanie o Geralda, skinęła lekko głową.
- Tak, zajmuję się nim odkąd tu trafił - powiedziała spokojnie. - Gerald to specyficzny pacjent. Trzyma się z boku, rzadko wychodzi na wspólne posiłki i właściwie nie bierze udziału w niczym, co tutaj organizujemy - dodała, choć przez chwilę rozważała, czy powinna wypowiadać się w tej kwestii. Nie miała pojęcia kim dla pacjenta była kobieta i mogła jedynie zgadywać, że stała przed nią jego córka. Mimo to ta krótka obserwacja sugerowała, że nie byli sobie bliscy. - Niektórzy potrzebują odrobinę więcej czasu, by oswoić się z tym wszystkim - ponownie się uśmiechnęła, a gest ten nie był w żaden sposób wymuszony. Jej słowa mogły zostać odebrane w dwojaki sposób, ale w tym momencie najważniejsze było to, by ściskająca w dłoni bukiet kobieta była w końcu gotowa przekroczyć próg sali numer osiemnaście.

Eve Fitzgerald
ODPOWIEDZ

Wróć do „Lakeshore Lodge”