ODPOWIEDZ
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich życie w ciągu ostatnich dni stało się niebezpiecznie bliskie normalności.
Nie tej nudnej, duszącej rutyny, przed którą ludzie uciekali po kilku latach związku, szukając wrażeń gdziekolwiek indziej, ale tej spokojnej codzienności, o którą oboje walczyli od samego początku, nawet jeśli żadne nigdy nie powiedziało tego na głos. Wracali do niej powoli, ostrożnie, z pewną zachłannością, jak dwoje ludzi którzy wcześniej niemal ją utracili.
Spędzali noce na zmianę w jego mieszkaniu i u niej, choć prędzej czy później kończyło się to dokładnie tak samo - zaplątani w pościeli, śpiący zdecydowanie za krótko, zasypiający bardziej zmęczeni sobą nawzajem niż pracą. Przyjeżdżali razem na komisariat, zatrzymując samochód przecznicę dalej, tylko po to, by wejść do budynku osobno z kilkuminutowym odstępem, wyłącznie dla zachowania pozorów.
Wszyscy i tak wiedzieli.
Nie dlatego, że się z tym kryli szczególnie źle, ale dlatego, że nie potrafili przestać patrzeć na siebie w t e n sposób. Nawet podczas kłótni, zwłaszcza podczas nich. Sprzeczali się przy innych o prowadzone śledztwa, o raporty, o decyzje podejmowane w terenie, rzucali sobie zaczepne uwagi przy biurkach i wywracali oczami, gdy któreś nie chciało ustąpić. A później zostawali sami - w windzie, archiwum, pustym korytarzu przy pokojach przesłuchań i godzili się pocałunkami, gwałtownymi, urywanymi, a ich dłonie błądziły po ciałach ukrytych pod zbyt oficjalnymi ubraniami.
To chyba nigdy nie miało im się znudzić.
K a ż d a sekunda spędzona przy nim nadal wywoływała w jej wnętrzu ten sam dreszcz emocji, ten sam irracjonalny zachwyt człowiekiem, którego znała przecież niemal na pamięć. Wystarczyło, że podnosił na nią wzrok znad papierów albo niedbale opierał się biodrem o jej biurko, by na moment zapominała o wszystkim innym.
Może właśnie dlatego zaczęła grzebać w sprawie Sophie.
Nie miała na to wiele czasu. Większość jej dni wypełniał Rhys i wcale nie uważała tego za problem. Wyrywała więc pojedyncze godziny późnymi wieczorami albo nad ranem, siedząc samotnie nad raportami, zdjęciami i zeznaniami, które znała niemal na pamięć. Czytała jego słowa zapisane w protokołach i za każdym razem czuła ten sam ciężar osiadający na klatce piersiowej. Widziała go pomiędzy zdaniami; w krótkich odpowiedziach, w urywanych stwierdzeniach, w chłodzie oficjalnych dokumentów niepotrafiących oddać tego, co musiał wtedy czuć.
Chciała poznać prawdę. C a ł ą.
Jedna rzecz nie dawała jej spokoju bardziej od wszystkich pozostałych. Sergio Carbone odnalazł tamtego człowieka z absurdalną łatwością. Wiedział, gdzie przebywał. Wiedział, kiedy będzie sam. Wiedział wystarczająco d u ż o, by podsunąć Rhysowi gotowe rozwiązanie.
Skąd? Nawet przy swoich kontaktach nie powinien działać aż tak szybko. Intuicja, która prowadziła ją przez większość śledztw i niemal nigdy jej nie zawodziła, uparcie wracała właśnie do tego punktu. Do Carbone'a i do tego, że w całej tej historii musiało istnieć coś jeszcze.
Dlatego znalazła żonę tamtego mężczyzny i m u s i a ł a z nią porozmawiać.
Normalnie nie stanowiłoby to żadnego problemu. Nigdy nie tłumaczyła nikomu dokąd jedzie, z kim się spotyka i kiedy wróci. Funkcjonowała sama przez tyle lat, że przywykła do całkowitej niezależności. Tylko że teraz był on, a ona nie chciała mówić mu o swoich podejrzeniach, dopóki nie będzie mieć pewności. Nie chciała otwierać tej rany bez powodu, prowokować kolejnych emocji, które ledwie zaczęły się w nim uspokajać.
Dlatego kiedy zatrzymał ją po osiemnastej na schodach prowadzących do wyjścia z komisariatu, upewniwszy się wcześniej, że korytarz pozostaje pusty, poczuła nieprzyjemne ukłucie poczucia winy.
Przyciągnął ją do siebie bez pośpiechu, dłonią obejmując jej talię pod cienkim materiałem koszuli. Instynktownie wsunęła palce pod poły jego kurtki, zatrzymując je na ciepłej skórze. Gdy zaś zapytał, jakie mają plany na dziś, zrozumiała, że nie potrafi go okłamać. Nie patrząc mu prosto w oczy.
- Nic - odpowiedziała więc zgodnie z prawdą, unosząc lekko kącik ust. - Dzisiaj będziemy tylko siedzieć w samochodzie. Ty będziesz skupiał się na drodze, a ja zrobię wszystko, żeby cię rozproszyć - przesunęła dłonią po jego karku powoli, z rozmysłem, obserwując błysk pojawiający się w jego spojrzeniu. - Będę cię prowokować przez całą trasę, aż przestaniesz myśleć o czymkolwiek poza mną, bo wymyśliłam sobie, że pojedziemy do Ottawy. Jest tam hotel nad rzeką z wanną większą od mojego łóżka, tarasem i absurdalnie drogim winem, którego nawet nie lubię - uśmiechnęła się, żyjąc szalenie wielką nadzieją, że znajdzie tam wolny pokój. Jakikolwiek. - Mam zamiar zmusić cię, żebyś spędził ze mną cały weekend bez telefonu, bez pracy i bez uciekania na papierosa co dwadzieścia minut - pochyliła się odrobinę bliżej, prawie dotykając ustami jego szczęki.
- Właściwie nie masz już czasu, żeby odmówić. W przeciwnym razie wezmę Evansa. Jestem pewna, że wciąż zrobiłby dla mnie wszystko, o co poproszę - rzuciła zaczepnie, tylko po to, by ukryć cienką warstwę wyrzutów sumienia.
Działa bez planu, instynktownie, ignorując na razie ten problem, że kiedy znajdą się na miejscu, będzie musiała znaleźć godzin, może dwie, by spotkać się z kobietą, która mogła posiadać odpowiedzi.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

oh my dreams, i've only a few
and they're always with you
Z nikim innym oczekiwanie na koniec świata nie było tak słodkie.
Dwutygodniowy termin podarowany mu przez Ventrescę powinien być czymś gorszym niż wizja tego, że kiedyś coś mogło się zepsuć. Był definitywny, okraszony odpowiednim dniem tygodnia w kalendarzu. Nie stanowił nieokreślonej liczby ziarenek piasku przesypujących się przez klepsydrę, dzięki czemu powinien działać mocniej. Usuwać może i gdyby, po które człowiek mógłby sięgać w chwilach zwątpienia.
A jednak ciężar na jego sercu był nieproporcjonalny do czynów, które go wywołały.
Może dlatego, że część z niego przeszła na kobiece ramiona, a może to znów ten jego egoizm. Może ciężarem nie było to, czego się dopuścił, ale świadomość tego, że gdy wypowie to głośno, Margo już na zawsze umknie z jego ramion i teraz, gdy w nich została, ucisk na jego piersi zelżał gwałtownie.
Piekło mogło pochłonąć jego duszę tak długo, jak w jej oczach wciąż widział skierowaną miłość.
Moretti wymagał skrupulatnego, ostrożnego działania, do którego brakowało mu motywacji - w sposób kompletnie nierozważny, zważając na jego termin. Sięgał do akt w wolnych chwilach, które jednak zjawiały się w jego rzeczywistości coraz rzadziej.
Znacznie częściej wypełniała je o n a.
Ich starcia w pracy wymagały skrupulatnego godzenia się w tych skrawkach samotności, które udawało im się wyciąć dla siebie na komisariacie - choć żadna ze sprzeczek dotyczących prowadzonych przez nich spraw nigdy nie była w pełni na poważnie. Po wyjściu z gmachu zaś nie było nawet mowy o tym, by jedno udało się w swoją stronę, a drugie w inną.
Nawet nie dostrzegł gdy wpadli w rytm normalności.
Może dlatego, że nigdy nie spodziewał się, że normalność będzie tak wyglądała. Że Margo zagnieździ się w jego głowie, okupując myśli od chwili, w której uchylał powieki do tej, w której wreszcie zasypiali. Że w ten niemal dziecinny, natchniony nieskończonym pragnieniem jej bliskości sposób będzie szukał sposobów, byle trzymać ją przy sobie nieustannie - do tego stopnia, że żadna z nocy nie została przez nich spędzona osobno.
Koniec tygodnia odnotował gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie przechowywał zostawione w swoim mieszkaniu akta odmierzające czas, którego z każdą chwilą miał coraz mniej. I tym bardziej zatrzymał ją nim dotarła do schodów, przyciągnął do siebie w znajomym, kojącym geście.
Kiedyś uciekał od niej - teraz uciekał d o niej.
- Czyżby? - mruknął, przesuwając dłońmi po jej talii w niemal bezczelnym wyrazie, tu, w ich miejscu pracy, wsuwając palce pod koszulę, pod którymi z pewnością nie powinny się znajdować. Jego policzki były już świeżo ogolone, ale włosy nadal tkwiły zatrzymane w swojej dłuższej formie i ich końcówki opadły na jego czoło gdy pochylił się, obserwując z rozbawieniem przejęcie, z którym opowiadała mu swój szczegóły swojego podstępu. - Widzę, że masz już wszystko dokładnie zaplanowane.
Nawet pomimo pustki w korytarzu, nie mógł pozwolić sobie na to, na co naprawdę miał ochotę - zamiast tego ograniczył się do uszczypnięcia jej skóry pod materiałem koszuli, gdy znów z łatwością nazwisko Evansa pojawiło się w jej argumentacji, jakby potrzebował jakiejkolwiek zachęty. I jakby Evans miał jakiekolwiek szanse.
- Ja nie uciekam na papierosy. Ja po prostu je palę - odbił piłeczkę, słysząc nadciągające z drugiej strony kroki i puszczając jej talię z wyraźnym ubolewaniem. Ruchem podbródka wskazał jej schody i wyjście, do którego ruszyli. - Poza tym, Ottawa? - westchnął ostentacyjnie, jakby miał głęboki problem z wybranym przez nią miejscem, choć miejsce w ich kwestii nigdy nie miało żadnego znaczenia. - Kiedy zabierzesz mnie na te Karaiby, Mercer? - dodał nonszalancko, skinieniem głowy witając się z mijającym ich kapitanem, oszczędnym spojrzeniem oceniającym ich dwójkę. - Jestem pewien, że kiedyś mi to obiecałaś. Co my będziemy robić cały weekend w Ottawie? - kontynuował, z prowokacyjnym błyskiem w oczach na odpowiedź, której się spodziewał.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Plan był naprawdę prosty.
W jej głowie wszystko układało się w logiczną całość - wyjazd o świcie, w kilka godzin byłaby na miejscu, rozmowa z żoną mordercy Sophie i powrót przed późnym wieczorem zanim ktokolwiek zdałby sobie sprawę z jej nieobecności.
Problem polegał wyłącznie na tym, że była w związku z Rhysem Maddenem.
Przy nim nic nie funkcjonowało już w pojedynczej liczbie. Nie było jej planów, jej wieczorów ani jej czasu. Wszystko w naturalny sposób zamieniało się w ich. Każdą wolną chwilę spędzali razem do tego stopnia, że czasami łapała się na tym, iż odruchowo szukała go wzrokiem nawet wtedy, gdy wychodził tylko po kawę albo papierosy.
Z kimkolwiek innym uznałaby to za przytłaczające, z nim wydawało się najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
Rhys był jej dopełnieniem w sposób, którego wcześniej nie potrafiła sobie wyobrazić. Potrafiła się z nim kłócić niemal do utraty tchu, by chwilę później śmiać się tak mocno, że bolał ją brzuch. Mogła prowadzić z nim rozmowy do czwartej nad ranem, siedząc na kuchennym blacie, a równie dobrze potrafili leżeć obok siebie w całkowitym milczeniu i żadnemu z nich nie ciążyła cisza. Przy nim nie musiała grać żadnej roli, pilnować własnych reakcji ani zastanawiać się, czy mówi za dużo.
Dlatego zniknięcie bez słowa nie wchodziło w grę. Wiedziała, że doprowadziłoby go to do szaleństwa; a gdyby nie odebrała telefonu, rzuciłby wszystko i zaczął jej szukać. Zwłaszcza teraz, kiedy Sergio Carbone coraz wyraźniej traktował ją jak argument, którym można było uderzać w niego najmocniej.
Odepchnęła go lekko, przewracając oczami. - Mi z kolei wydaje się, że to ty obiecałeś mi wakacje - odpowiedziała z rozbawieniem, odwracając się do niego i idąc kilka kroków tyłem w stronę przeszklonych drzwi. Pomarańczowe światło zachodzącego słońca wpadało do środka za jej plecami, miękko oplatając ciemne włosy. - Kiedyś i ostatnio. Do tej pory każdy wyjazd organizowałam ja - pchnęła drzwi ramieniem i wyszła na zewnątrz. Poczekała, aż zrówna się z nią krokiem, a kiedy znaleźli się poza zasięgiem spojrzeń, wsunęła dłoń w jego rękę i splotła ich palce ze sobą.
Ten gest nadal działał na nią dokładnie tak s a m o.
Czuła ciepło jego skóry, ciężar dłoni zamykającej się wokół jej własnej i dreszcz sunący wzdłuż kręgosłupa, ilekroć dotykał jej w tak prosty sposób. Dla innych ludzi podobne gesty były codziennością, odruchem pozbawionym znaczenia. Dla niej stanowiły wszystko, czego wcześniej nie miała - bezpieczeństwo, bliskość i pewność, że obok niej idzie człowiek, przy którym naprawdę chciała się zatrzymać.
- Powiedziałam ci przecież, co będziemy robić - mruknęła z uśmiechem. - Spędzimy cały weekend w pokoju z ogromną wanną, będziemy pić paskudne wino na tarasie z widokiem na rzekę i staniemy się obrzydliwie romantyczną parą, której wszyscy mają dość po pięciu minutach - mówiła lekko, niemal zaczepnie, choć jeszcze godzinę wcześniej ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej. Potrafiła jednak dostosowywać się do sytuacji z zadziwiającą łatwością, szczególnie wtedy, gdy chodziło o niego.
Dotarłszy do zaparkowanego chargera, oparła się biodrem o drzwi od strony pasażera i pociągnęła go delikatnie ku sobie. Ich splecione dłonie uniosły się między nimi, a ona przez chwilę przyglądała się p u s t y m serdecznym palcom z przesadną powagą, której absolutnie nie czuła.
- Na Karaibach mogłabym chcieć czegoś więcej - odezwała się ciszej, przesuwając kciukiem po jego dłoni.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czasem zastanawiał się, czy właśnie w ten sposób wyglądałoby jego życie gdyby spotkał ją wcześniej.
Gdyby natknęli się na siebie nim dwa lata temu jego życie skręciło na zupełnie inny tor. Gdyby to on był tym młodym, ambitnym detektywem oddający cały swój wolny czas pracy, a ona aspirującą policjantką podzielającą jego pasję. Na papierze, wtedy musieliby pasować do siebie lepiej, być bardziej zgodni.
A jednak nie był wcale pewien, czy ta więź, która związała ich ze sobą wykształciłaby się te kilka lat temu.
Czy jej bezkompromisowe dążenie do spełnienia wyznaczonych celów oferowałoby odrobinę miękkości, którą mogłaby mu przeznaczyć. Czy jego wypięta w dumie klatka piersiowa potrafiłaby ustąpić, wtedy, gdy faktycznie miało to znaczenie.
Splatając z nią swoją dłoń, dostrzegł, że był w stanie prowadzić te rozważania bez żalu, który towarzyszył mu wcześniej. Wcześniej, gdy uważał się za nieodpowiedniego dla błyszczącej odznaki detektyw Mercer, gdy żałował, że nie poznali się wtedy, gdy mógłby uważać się za godnego.
Wszystkie te wątpliwości zastąpiło instynktowne przekonanie, że wszystko wskoczyło dokładnie na swoje miejsce.
- Każdy? To znaczy jeden, na którym planowałaś przesłuchać znalezionego przez siebie nieszczęśnika? - odparował, zerkając na złote promienie słońca, w których jej ciemne włosy błyszczały odcieniami brązu. - Jeszcze nie mieliśmy wyjazdu z wyłączonym telefonem i brakiem pracy. Masz alergię na urlop, detektyw Mercer.
Pozwolił pociągnąć się w jej stronę gdy oparła się o jego samochód - samochód, w którym na tym etapie powinien posiadać torbę z rzeczami na zmianę, ponieważ Margo ewidentnie miała też alergię na planowanie czegokolwiek z wyprzedzeniem. Wszystko, co było z nią związane musiało być skrajnie spontaniczne, na co z ogromną chęcią mógł głośno narzekać, choć w głębi duszy nie przeszkadzało mu ani trochę.
Kątem oka dostrzegł uniesiony, serdeczny palec w górę. Ciepło rozlało się w jego trzewiach na dźwięk tej bardzo mało subtelnej sugestii, która choć wypowiedziana w żartobliwym tonie, jednocześnie pokazała m o ż l i w o ś ć. Odpowiedź na pytanie, którego żadne z nich jeszcze nie zadało, którego być może nie powinno się zadawać w kontekście tygodnia, który został mu na załatwienie sprawy Morettiego.
- Czego takiego? - mruknął w odpowiedzi, beztrosko, obracając ją by zamiast biodrem, oparła się tyłem o drzwi jego samochodu. Pochylił się, kradnąc jeden pocałunek w tej pułapce, w której ją zamknął, nim ostentacyjnie się odsunął. - Drinków z palemką przynoszonych ci przez kelnerów, na których będziesz mogła wrzeszczeć? - kontynuował, sięgając do drzwi i uchylając je przed nią. - Czy słońca i plaży, których nie znajdziemy w pieprzonej Ottawie? - dodał, ostentacyjnie wskazując uchylone drzwi i czekając, aż wejdzie do środka by dżentelmeńsko je za nią zamknąć.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To była prawda - Margo n i g d y nie potrafiła wyłączyć się całkowicie.
Praca wsiąkła w nią tak głęboko, że myśli o prowadzonych sprawach wracały w najmniej odpowiednich momentach; podczas leniwych sobót spędzanych pod kocem, w środku nocy, kiedy powinna spać, albo na wakacjach, które teoretycznie miały odciągać ją od Toronto i komisariatu.
Była pracoholiczką i nigdy szczególnie się tego nie wypierała.
Tyle że przy Rhysie wyglądało to inaczej. Przy nim naprawdę potrafiła zapominać. O raportach, przesłuchaniach, aktach zalegających na biurku i wszystkich ludziach domagających się ich uwagi. Potrafił odciągnąć jej myśli jednym spojrzeniem, jednym dotykiem dłoni przesuwającej się po talii albo tym sposobem w jaki wymawiał jej imię.
- Przesadzasz - odpowiedziała z rozbawieniem, patrząc mu prosto w oczy, kiedy zatrzymał ją między własnym ciałem a samochodem. - N i g d y nie zaprosiłeś mnie na żaden wyjazd, podczas którego mielibyśmy odpoczywać. Nie masz pojęcia jaka jestem na urlopie - uśmiech błąkający się po jej ustach zdradzał aż za dobrze, że wyglądałoby to dokładnie tak samo.
Mimo tego była pewna, że gdyby nie Ventresca, Moretti i nieustannie wiszący nad nimi Carbone, potrafiliby odciąć się od całego świata. Przy nim wszystko stawało się prostsze; potrafili zamknąć się we własnej rzeczywistości i przez kilka godzin albo dni skupiać wyłącznie na sobie.
Dokładnie tak, jak teraz, kiedy kompletnie ignorowała prawdziwy powód wyjazdu do Ottawy.
- Nie wrzeszczę na ludzi, Rhys - westchnęła teatralnie, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Widziałeś kiedyś, żebym podniosła na kogokolwiek głos? - poza nim. Prowokacja błysnęła w jej spojrzeniu chwilę wcześniej niż przesunęła biodra do przodu, zmuszając go do bliższego kontaktu. Doskonale znała reakcję, którą wywoływała w jego ciele; wiedziała w jaki sposób odbierała mu zdolność logicznego myślenia i jak szybko potrafił zapominać o całym świecie, kiedy znajdowała się t a k blisko.
- Na pewno nie krzyczałabym na nikogo, gdyby na ten palec wsunął się pierścionek - dodała ciszej, unosząc dłoń między nimi. Z przesadną powagą wykonała ruch, jakby naprawdę nakładała na serdeczny palec niewidzialną obrączkę.
Dopiero potem przesunęła spojrzeniem powoli wzdłuż jego sylwetki, od rozpiętego pod szyją kołnierzyka koszuli, przez szerokie ramiona aż po dłonie, które jeszcze przed chwilą zaciskały się na jej talii.
Z ociąganiem skorzystała z jego dżentelmeńskiego gestu i wsunęła się na miejsce pasażera, wygodnie opierając głowę o zagłówek, gdy obszedł samochód i zajął miejsce za kierownicą.
Silnik zamruczał nisko, a ona obserwowała go, kiedy ruszali najpierw w stronę mieszkań, by zabrać rzeczy, a później dalej - do Ottawy, która miała być dla niego wyłącznie spontanicznym weekendem.
Dopiero kilkadziesiąt kilometrów później, zatrzymali się na stacji, a kiedy wysiadł, żeby zatankować samochód, zostawiając ją samą we wnętrzu chargera tylko na krótką chwilę - zdążyła podjąć decyzję.
Sięgnęła po kluczyki tkwiące w stacyjce i wyciągnęła je z cichym kliknięciem, po czym wysiadła z samochodu, obchodząc maskę powolnym krokiem. Oparła się biodrem o drzwi od strony kierowcy i czekała, obracając kluczyki wokół palca z wyraźnym samozadowoleniem malującym się na twarzy. - Najwyższa pora, żebym usiadła za kierownicą - oznajmiła, gdy wyszedł z budynku. Nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi i bezczelnie zajęła jego miejsce, przesuwając dłonią po kierownicy z satysfakcją.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pierwszy raz miał przedsmak tego rzędu problemów.
Urlopu, na który nigdy jeszcze nie pojechali, ciągle oddając się pracy. Temperamentu kobiety, którą wybrał dla siebie na dobre i na złe - nawet, jeśli na jej palcu nie tkwił jeszcze pierścionek, który mógłby to cementować. I może gdyby miał świadomość tego, jak wiele z tych rzeczy było czystą improwizacją ze strony Mercer, poczułby znajome ukłucie intuicji podpowiadającej mu by stał na baczności.
Ale Margo bywała równie s z a l o n a, spontaniczna i trudna do okiełznania, może nawet bardziej w chwilach pokoju niż w czasach wojny. Dlatego pomimo swojej rozległej kariery detektywa i doświadczeniu, dzięki któremu wyczuwał takie rzeczy na kilometr, tym razem nie czuł n i c.
Jego miłość, jej ognisty temperament i akta, które świadomie zostawił za sobą, odcinając się od tej analitycznej części własnego umysłu tworzyły koktajl, który skutecznie tępił jego zwykle wyostrzone zmysły, zostawiając wyłącznie chwilę obecną.
Chwilą, w której bezczelnie opierała się o drzwi od strony kierowcy do jego u k o c h a n e g o samochodu - samochodu wartego dużo więcej niż jej gruchot własne, choćby przez sentyment. Samochodu, który teraz błyszczał jak nowy, umyty i wypolerowany z okazji jego odgruzowywania się po miesiącu, w którym auto było ostatnim z jego zmartwień.
- Jesteś jeszcze bardziej niepoczytalna niż zwykle, kochanie - cmoknął, udając, że wcale nie zaniepokoiło go to, jak żwawo wskoczyła do samochodu. Robiła takie rzeczy wcześniej i wiedział, że zawsze blefowała. - Wypiłaś zbyt dużo kawy, czy zamierzasz mnie w Ottawie zamordować?
Pochylił się, opierając łokcie o otwartą szybę. Jego wzrok prześlizgnął się po wnętrzu starego samochodu, natrafiając na jej dłonie niebezpiecznie mocno zaciśnięte na kierownicy - a jedną z nich tkwiącą blisko kluczyka, którego go pozbawiła a który teraz tkwił jak gdyby nigdy nic w stacyjce.
- A może... - odrzucił, odstawiając własną dłoń na kierownicę - jakby to miało ją powstrzymać. Był tak blisko, praktycznie częściowo będąc w samochodzie, musiała choćby odrobinę obawiać się, że jeśli ruszy, zabierze go za sobą. - Dostaniesz jeden z tych plastikowych pierścionków ze stacji benzynowej i na resztę drogi się uspokoisz?
Z tyłu głowy miał świadomość tego, że jeśli ruszy, powinien się odsunąć. A jednocześnie na jego ustach pojawił się prowokacyjny uśmiech, jego ciało wciąż tkwiło częściowo przechylone przez otwartą szybę, jakby wcale nie miał takiego zamiaru.
- Może znajdziemy taki z moim inicjałem? - dodał, grobowo poważnym tonem, choć jedyne, co oferowała stacja benzynowa to maszyna z losowaniem kulek, w których wnętrzu tkwiła losowa biżuteria. Wątpił, by jakakolwiek oferowała inicjały. - Dzięki temu cały świat będzie mógł wiedzieć, że jesteś moja.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To ona wybrała j e g o.
Ona uparcie krążyła, nie poddawała się, nie posłuchała go, kiedy już pierwszego dnia kazał jej pójść i poprosić o zmianę partnera. Nie zrezygnowała, gdy mówił jej, że jest jego u t r a p i e n i e m, ani wtedy gdy widząc jej stres, kazał jej wyjść za balkonową barierkę i sięgnąć po dowód leżący na gzymsie, co finalnie - na szczęście - uczynił sam. Nie odsunęła się po ich pierwszej kłótni, ani po tej ostatniej.
Była cierpliwa w swoich dążeniach do celu, którym okazało się być zostanie jego kobietą.
Gdyby poddała się już na samym początku - nie byliby w tym miejscu, w którym stali dziś.
Nie byłoby ich na tym parkingu, nie siedziałaby teraz w środku jego u k o c h a n e g o samochodu, z dłońmi mocno oplecionymi wokół kierownicy, a on nie patrzyłyby na nią z pewną dozą niedowierzenia, że faktycznie mogłaby ruszyć do przodu; że odważyłaby się na to, aby wrzucić jedynkę na manualnej skrzyni biegów i lekko nacisnąć pedał gazu. Nie wierzył jej jednak też wówczas, gdy trzasnęła drzwiami chargera tak mocno, że zdawało się, że zadrżał, iż zrobi to ponownie - a robiła to za każdym p i e p r z o n y m razem, gdy wyprowadzał ją z równowagi, a siła argumentów przechylała się na jego stronę.
Odwróciła głowę w jego stronę, uśmiechając się przebiegle, gdy zaproponował jej imitację pierścionka. W jednym, krótkim geście, musnęła wargami jego przedramię oparte o opuszczoną szybę nim przekręciła klucz w stacyjce, uruchamiając silnik. - A może... - naśladując go, udawała, że istniało cokolwiek, co mogło ją zmusić do zmiany decyzji. - Pójdziesz po niego sam? - zaproponowała, lekko naciskając stopą pedał gazu, aż samochód zamruczał cicho. - Jeśli uklękniesz na kolano i poprosisz o moją rękę, to być może naprawdę grzecznie się przesiądę i do końca trasy będę posłuszna - absolutnie nie zamierzała tego robić; to było jedno z kłamstw, którymi karmiła go bez wyrzutów sumienia, tych nieniosących za sobą żadnych konsekwencji. Jej słowa były wyłącznie prowokacją, kolejną grą, w których uczestniczyli od samego początku.
Prawda była taka, że nie potrzebowała tego pierścionka, że do dzisiejszego dnia nawet o tym nie pomyślała, a jednak zdawało się, że kiedy temat padł między nimi w formie żartu, będzie teraz ciągnął się, jak każdy inny, który poruszali. - Chociaż właściwie... - jej stopa nacisnęła mocniej, a silnik ryknął, wywołując na twarzy Margo uśmiech, a na Rhysa przerażenie. - Jeśli będę chciała oznajmić całemu światu, że jestem twoja, kupię go sobie s a m a i s a m a założę na palec - była na tyle szalona, aby to zrobić. Była gotowa wejść do pierwszego sklepu jubilerskiego mijanego w Ottawie, wydać nierozsądną kwotę na biżuterię, która przypadłaby jej do gustu i b e z jego oświadczyn mówić wszystkim, że zostanie jego żoną.
Bo taki był jej nagły plan, dotychczas nieznany, a teraz wywołujący niespotykane dotąd ciepło w jej sercu - być jego żoną.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czasem zastanawiał się jak ludzie tacy jak oni przeszli przez wstępne testy psychologiczne gdy dostawali odznakę.
Zaledwie parę dni minęło nim topór pomiędzy nimi został pogrzebany i odnaleźli jakąś namiastkę normalności, a nagle w ich konwersacji błysnął pierścionek zaręczynowy, o którym nie było w ogóle mowy wcześniej. Myśl, że Margo miałaby zostać jego żoną budziła w nim tysiące, sprzecznych ze sobą emocji, w których choć przodowała euforia, goniły ją wszystkie wątpliwości. Niezamknięte tematy, Carbone, Moretti, każdy na tym pieprzonym świecie, kto mógłby stanąć im na drodze - a nawet głupie fatum, w które przecież nie wierzył, ale które przywoływało wspomnienia tego, w jaki sposób to skończyło się ostatnim razem.
Nawet pomimo tego, byłby gotów opaść na jedno kolano i wypowiedzieć to jedno, magiczne pytanie dla niej - gdyby nie żądała tego pod g r o ź b ą. Bo w chwili, w której pierścionek był dla niej narzędziem do nieustannego prowokowania, ten sam upór, z którym ona do niego dążyła, jednocześnie włączał się w nim, ciągnąc go w zupełnie przeciwnym kierunku.
- Ależ jesteś subtelna - prychnął, ignorując to wrażenie żołądka podjeżdżającego mu do gardła gdy przekręciła kluczyk w stacyjce, a w powietrzu rozległ się warkot silnika. Silnika, który rozpoznałby zawsze na parkingu lub ulicy, którego brzmienie koiło go, gdy tego potrzebował. Silnika, który ona z pewnością zajedzie. - Jak buldożer.
Jego możliwości były mocno ograniczone. Nawet oparty o otwartą szybę nie byłby w stanie jej powstrzymać przed ruszeniem z miejsca choćby spróbował do tego samochodu wskoczyć/ Wiedział, że powinien w jakiś sposób załagodzić sytuację jeśli chciał, by kobieta przestała zajeżdżać jego samochód - jak w jego głowie robiła już teraz, naciskając na ten pedał gazu tkwiąc w miejscu. Powinien przyznać jej rację, albo skłamać mówiąc, że ufa, że będzie prowadziła dodge'a z godnością - brak podejmowanej walki z reguły wystarczał.
Ale gdy jego wzrok omiótł stację benzynową po raz ostatni w poszukiwaniu jakiegokolwiek ratunku, człapiący za swoim właścicielem pies przykuł jego uwagę. Gdy złośliwa myśl wtargnęła do jego głowy nie była w stanie z niej umknąć, a plany jakiegokolwiek wygaszenia problemu zostały natychmiast zrzucone na dalszy tor.
- A może... - odparł powoli, już sam nie wiedząc, kto naśladował kogo. - Zamiast pierścionka kupimy ci ładną obrożę - kontynuował, beztrosko, udając, że nie słyszy warkotu silnika. W jego oczach błyszczała ta sama prowokacja. - Z literką M, jak Margo - dodał, jego usta rozchyliły się w przebiegłym uśmiechu. - Taką z dzwoneczkiem, żebym zawsze wiedział gdzie jesteś i co zaraz odjebiesz.
Odruchowo odchylił się nieco, jego stopy odsunęły się od toru, po którym miały pomknąć opony. Nie wątpił, że Margo zamierzała teraz coś odjebać.
- Niektóre przychodzą w zestawie z kagańcem.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał rację. Właśnie taka była.
Jeżeli obierała sobie jakiś cel, szła prosto przed siebie, nie oglądając się na przeszkody stojące jej na drodze. Potrafiła odpuszczać wyłącznie wtedy, gdy naprawdę nie było warto, kiedy instynkt podpowiadał jej, że dalsza walka nie przyniesie nic poza stratą czasu albo dumy. Przy Rhysie jednak żadna z tych zasad nie miała zastosowania.
Przy nim zawsze parła do przodu, dlatego, że każda decyzja prowadziła ją dokładnie tam, gdzie chciała być - do wspólnej przyszłości, którą widziała przed sobą z tą samą pewnością z jaką każdego ranka jeszcze do niedawna sięgała po broń i odznakę. Wiedziała też, że choć czasami próbował stawiać opór, pragnął dokładnie tego samego.
Drgnęła lekko, słysząc jego słowa. Przez kilka sekund patrzyła na niego w absolutnym oszołomieniu, dopiero po chwili rozumiejąc w pełni, co właśnie zasugerował. Powoli uniosła spojrzenie, a jej usta wygięły się w uśmiechu tak złośliwym, że powinien potraktować go jak sygnał ostrzegawczy. Nie roześmiała się jednak; nie zamierzała dawać mu satysfakcji, że naprawdę ją rozbawił. Jej duma miała swoje granice, nawet jeśli przy nim regularnie przestawały istnieć.
- Wydaje mi się, że chciałeś powiedzieć coś zupełnie innego, Skarbie - odezwała się miękko, n i e m a l czule.
I właśnie wtedy mocniej nacisnęła pedał gazu.
Silnik chargera zawył głęboko i agresywnie. Dźwięk odbił się echem od dystrybutorów i zaparkowanych samochodów, przyciągając kilka przypadkowych spojrzeń. Margo doskonale wiedziała z jaką nabożnością traktował swoje auto; wiedziała również, że dokładnie teraz przekraczała granicę jego cierpliwości.
I właśnie dlatego zrobiła to p o n o w n i e.
Tym razem wrzuciła bieg, przytrzymując sprzęgło tylko przez krótką chwilę, po czym gwałtownie puściła pedał. Tył samochodu szarpnął mocno, a spod opon wyrwał się niski pisk, przechodzący w chrapliwy ryk gumy trącej o asfalt. W powietrzu uniósł się charakterystyczny zapach rozgrzanych opon i cienka smuga dymu, która rozlała się za samochodem.
Widok jego twarzy był absolutnie wart wszystkiego. - Chciałeś mnie ładnie przeprosić, prawda? - podsunęła niewinnie, przekrzywiając lekko głowę. - Powiedzieć, że coś ci się pomieszało? - nie dała mu nawet szansy odpowiedzieć. Z piskiem opon ruszyła do przodu, wyjeżdżając ze stacji gwałtownie i zdecydowanie bardziej widowiskowo, niż było to potrzebne. Przez moment naprawdę go tam zostawiła - samego pośrodku parkingu.
Okrążyła jednak budynek stacji tylko raz.
Po kilkunastu sekundach wróciła z powrotem pod wejście, zatrzymując się gwałtownie tuż przed nim. Koła zapiszczały cicho przy hamowaniu, a ona opuściła szybę z miną absolutnie n i e w i n n e j kobiety, która nie zrobiła nic złego.
W jej oczach błyszczało rozbawienie pomieszane z satysfakcją. Nie była obrażona, na razie świetnie się bawiła, obserwując jak daleko mogą się posunąć, zanim któreś naprawdę przekroczy granicę. - Myślę, że teraz nie będziesz musiał zastanawiać się, co odjebię - dodała ciszej, przesuwając po nim powolnym spojrzeniem. - Ty przejebałeś sobie tak bardzo, że za chwilę przestanę być twoim największym problemem - groźba w jej ustach brzmiała niemal jak flirt.
Wysiadając z auta, rzuciła kluczyk w jego stronę. - Będziesz cierpiał przez swoją niewyparzoną gębę - szepnęła, mijając go z nonszalancją, nim usiadła na miejscu pasażera.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”