ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
186 cm
sanitariusz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Meager as it is. Nothing to lose as I have. Nothing is something somehow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

01.


Zastanawiał się, czy kiedy umierał jego ojciec, świat wyglądał w ten sposób – czy zamiast rodziny otaczały go ostre światła jarzeniówek, sterylne ściany sali zabiegowej, wszechobecny zapach wybielacza, spirytusu i tanich chusteczek uniwersalnych firmy Clinell. Zastanawiał się, czy Rex zdążył się z nim pożegnać i czy miał mu cokolwiek do powiedzenia – śmierć wprawdzie kładła kres sporowi, ale jednocześnie na zawsze przedłużała ciszę. Kiedy do niego zadzwonił, głos miał schrypnięty i niewyraźny – myśl, że jego brat mógłby się rozpłakać, wydała mu się wtedy odrażająca i odsunął telefon od ucha, żeby słyszeć go słabiej, prawie się rozłączył, zanim Rex mógłby powiedzieć mu o pogrzebie. Pamiętał, że kiedy byli dziećmi, ojciec powtarzał im, że pogrzeby nie są miejscem dla dzieci, choć mówił to w sposób, który sugerował nie tyle, że wydarzenie okazałoby się dla nich zbyt trudne, co raczej, że mogłyby narobić hałasu – kiedy zmarła babcia, a później dziadek siedzieli sami w domu, choć teraz nie mógł już przypomnieć sobie, co wtedy robili lub czy ktokolwiek został wtedy z nimi, żeby ich pilnować lub dotrzymać im towarzystwa. Nie patrzył, jak wkładali trumnę z ciałem jego ojca do grobu, ale następnego dnia pochylił się dyskretnie nad ramieniem pacjenta, który trzymał gazetę otwartą na stronie z jego nekrologiem i zastanowił się przelotnie, czy tekst został napisany przez dziennikarza czy też może ojciec napisał go sam, jeszcze za życia, co jakiś czas aktualizując go o kolejne nagrody i wyróżnienia. Jensen Rosberg był wspaniałym człowiekiem, pisarzem i ojcem, przeczytał i przez chwilę zamierzał usiąść obok i wyjaśnić obcemu mężczyźnie, że to nie było takie proste, opowiedzieć o tym, jak, kiedy miał osiem lat, ojciec zostawił go na stacji benzynowej w Apsley.
W szpitalu śmierć okazała się być dużo bardziej powszechna, niż się spodziewał – umierali mężczyźni, kobiety i dzieci, umierali ludzie, których śmierci można było się spodziewać i tacy, których życie zostało przerwane nagle, podczas porannej kawy, w środku tygodnia, na ławce w parku. Jeszcze tej samej nocy do szpitala przywieziono czterech nastolatków, spośród których na sali został tylko jeden – kiedy ścielił mu łóżko, myślał o tym, jak to jest, być jedynym, który przeżył, jedynym, który nadal mógł umrzeć. Chłopak miał twarz kogoś dużo starszego od siebie, krótkie, ciemne włosy i gniewne spojrzenie – przypominał mu Rexa w sposobie, w jaki marszczył brwi i mierzył go wzrokiem, podobieństwo było na tyle wyraźne, że musiał odwrócić głowę. Jego brat był daleko stąd i nie miał już siedemnastu lat – potrzebował dwóch, głębokich oddechów, żeby uprzytomnić sobie niedorzeczność swojego strachu, kiedy wyszedł na korytarz, wciąż czuł się jednak nieswojo, jakby jego serce zabiło szybciej i teraz nie mogło odnaleźć z powrotem poprzedniego rytmu. Wyszedł na zewnętrzną klatkę schodową, gdzie uderzyło go chłodne powietrze, niosące zapach ozonu i marihuany. Odpalił papierosa, zaciągając się dymem – dawno nie palił zwykłych Deerfieldów, których smak wydawał mu się obcy i znajomy jednocześnie, jak powrót do domu po długiej nieobecności. Przy drugim wdechu drzwi za jego ramieniem uchyliły się z głośnym sapnięciem, a on odskoczył, odruchowo ukrywając papierosa za plecami, a potem ostrożnie wycofując się z tego gestu, zawstydzony, że zareagował jak dziecko ukrywające nałóg przed rodzicami. Chrząknął, unosząc głowę – zielona lampka ewakuacyjna oświetliła twarz stojącego w progu mężczyzny.
Jude? – już raz prawie się dzisiaj pomylił – przeszłość podążała za nim jak cień.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
pies ogrodnika
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

02.


Przeszłość
była jak pies - włóczyła się po rozdrożach zapadniętych jak stare, zmęczone posługą tkanki, miała zwieszony ogon i plamy wyleniałego, zdjętego chorobą futra które tworzyło szorstkie, pełzające figury kontynentów. Przeszłość powracała jak pies do miejsc dawnych, miejsc znanych, tamtych wyżłobionych bliznami krajobrazów, tamtych twarzy które błyszczały jasno, o skórze jak papier ścierny kaleczących dotkliwie powierzchnię świadomości, przeszłość powracała, przystępując w momentach, w których tylko przestawał o zgrozo się jej spodziewać, przeszłość… Musiała go nienawidzić - tak samo jak on nie znosił jej samej, gdy wolał nią zwymiotować i splunąć drażniącą żółcią, gdy strach tworzył chłodną powłokę narzuconą na spięte, pragnące schronienia ciało. Wierzył, jeszcze kilka lat wcześniej, że byłby w stanie zupełnie ją porzucić, zostawić niczym domknięty, schowany w szufladzie rozdział, którego nie zamierzano przenigdy wypuścić na światło dzienne, szybko jednak przekonywał się, jak zaczynała go uwierać, szczególnie, kiedy zostawał sam, kiedy umysł był tylko pozornie pusty, rozochocony w lepkiej, piętrzącej się samotności. Czasami myślał że coś bez przerwy go ściga, coś dyszy nad jego karkiem i oblizuje zęby, coś ma apetyt na każdą, jego najmniejszą słabość, czasami myślał, że coś musiało go dopaść i ten wniosek, istotnie, napełniał go przerażeniem przechodzącym dotkliwym, skaczącym zwinnie impulsem zawieszonym raptownie pomiędzy rusztowaniami jego żeber.
W szpitalu powszedniało wiele rzeczy - nawet stres w większości przypadków wydawał się nieobecny, zmiażdżony cylindrem głośnej, nieskłonnej by zatrzymywać się machiny gotowości. Wszystko, co dla niektórych zdawało się ekstremalne, skrajne, pełne abstrakcji, potrafiło tutaj niepowtarzalnie się powtarzać. Zmiął w wargach ciche przekleństwo kiedy ponownie usłyszał trajkotanie telefonu. Proszono o konsultację. Niewinny stan zapalny zrzucony przez poprzedniego dyżurnego, by leczyć go zachowawczo, mógł stawać się ropowicą. Uśmiechnął się sam do siebie, wysuwając się niepośpiesznym krokiem z gabinetu. Życie nie było piękne, choć musiał w nim ciągle żyć.
Pociągnął za gardło klamki - drzwi wypuściły go na zewnątrz, a powietrze buchnęło dosięgając natychmiast jego twarzy. Zamarł. Widok, który zobaczył, ogarnął go konsternacją, otworzył szeroko oczy i poczuł jak momentalne zaskoczenie zaczynało rozrywać go od środka. Zaschło mu całkiem w ustach. Chciał teraz dyskretnie zniknąć. Chciał… Ugrzęznął w bajorach wspomnień, w podmokłym, niebezpiecznym terenie własnych nagromadzonych wątpliwości. Dość szybko zyskał ogładę, przyzwyczajony by ścisnąć uprząż emocji, udusić się pod ich szorstkim wyjątkowo napiętym materiałem. Zmrużył oczy, przez moment wyglądając jak posąg którego ktoś pozostawił na samym zwieńczeniu stopni. Boże. Nie umiał być nawet wściekły, nie umiał go nawet przekląć, powiedzieć że wcale nie chciał go teraz widzieć, wcale nie chciał go spotkać - miał w sobie tę jedną cechę, która sprawiała że nie potrafił przenigdy mieć mu cokolwiek za złe. Dlaczego? Nie potrafi zrozumieć tego fenomenu, poddawał się jego wpływom nie dyskutując z tym, co wydawał się czynić całkowicie mimowolnie. Czy powinien mieć za złe że los układał ich w niewygodnych sceneriach i sytuacjach? Przeszłość wybuchła przed nim, tak jakby przebijał tamę. Coś zerwało się. Pękło.
- Nawet teraz pojawiasz się w złym momencie - mówił spokojnie, tonem, po którym trudno określić czy drwił z niego albo żartował, a może, może po prostu był całkiem blado neutralny. - Enda - napiętnował w przestrzeni jego imię, nie zostawiając złudzeń, przyznając się, bo to było jedynym co mógłby obecnie przyznać, tak, że pamiętał wszystko, że nie mógł tego zapomnieć. Wiedział, że w tym przypadku kłamstwo nie miało najmniejszego prawa istnieć. Nie chciał go widzieć, ale równocześnie był wściekły bo nie potrafił go bezpośrednio obarczyć tym odczuciem …więc może chciał go zobaczyć? Może chodziło tu o coś całkiem innego? ...o własny, zamknięty rozdział od którego wnętrzności wyciskały się niczym sterty związanych szmat. Nie. To nie było wygodne. To było uwłaczające - nawet ubiór medyczny nie był w stanie wymazać jego winy i tamtej chwili, gdy ostatecznie mógł stawać się oprawcą. Wyglądał prędzej jak wilk który postanowił nałożyć owczą skórę. Schowany. Upokorzony. Upokorzony przez to, że Enda zbyt dobrze wiedział. Pamiętał. Pamiętał wszystko.
- Są na to lepsze miejsca - rzuca więc jedynie mimochodem bo szpital posiadał kilka punktów bardzo dobrze znanych przez pracowników wykorzystujących je w charakterze palarni. Były to miejsca spotkań lub narzuconej podczas dyżurów przechodzącej jak przebłysk samotności. Były to miejsca, gdzie czujniki, kamery oraz administracja miały niepełną władzę - gdzie między jednym a drugim spływającym przyjęciem oddawano się chociaż kilku minutom odrętwienia.

Enda Rosberg
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
30 y/o
For good luck!
186 cm
sanitariusz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Meager as it is. Nothing to lose as I have. Nothing is something somehow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kiedy był młodszy, często bał się, że to, co przeżył, pozostawiło po sobie widoczny ślad – coś, co można by zauważyć w jego oczach, gdyby nachylić się wystarczająco blisko, poczuć w jego oddechu podczas pocałunku lub odgadnąć z otwartej dłoni, jej nienaturalnie zakrzywionej linii życia. Zdarzało się, że ktoś przyglądał mu się zbyt długo, a on zaczynał czuć, jak przeszłość swędziała go niczym wełna – bardziej w uszach i w gardle niż na odsłoniętej skórze – i odsuwał się o kilka kroków do tyłu, nigdy na tyle, żeby pomyślano, że uciekał, ale wystarczająco, aby w razie potrzeby dać sobie taką sposobność. Czasem, kiedy doganiały go wspomnienia, przypominał sobie dziadka, który w wieku osiemdziesięciu dwóch lat nie pamiętał nawet własnego imienia, i przez krótką chwilę mu zazdrościł – życia, które było nieważkie, zupełnie pozbawione ciężaru – po czym powstrzymywał się, zanim jego zazdrość zdążyłaby się rozwinąć i wyrządzić prawdziwą krzywdę. Zobaczysz, powiedział mu kiedyś ojciec – musiał odebrać go wtedy ze szkoły w środku dnia, bo trafił do pielęgniarki ze złamaną ręką i sinym półksiężycem rysującym się w miejscu, gdzie uderzyła go cudza pięść; starał się udawać, że nie płakał, choć był pewien, że Jensen to zauważył – młodość szybko się zabliźni. Pokiwał głową, chciał mu wierzyć – teraz miał jednak trzydzieści lat, a ona wciąż się nie zagoiła. Wystarczył gwałtowny ruch, moment nieuwagi – skóra pękała, a rana bolała tak samo.
Jude się odezwał, a on przez dłuższą chwilę patrzył na niego w milczeniu – nie myślał o nim od lat, jak sądził, wystarczająco długo, aby nie pomyśleć o nim już nigdy. Wystarczyło bardzo niewiele, aby przypomniał sobie o wszystkim, co wydarzyło się tamtego dnia – krzyk, najpierw Rexa, a potem jego własny, krew lśniąca na białych kafelkach szkolnej łazienki, wsiąkająca w fugi, które dwa lata później wciąż były ciemniejsze w miejscu, gdzie głowa jego brata uderzyła o gres, a on wydał z siebie dźwięk, który nie brzmiał, jakby mógł wydobyć się z jego gardła, piskliwy i żałosny jak u dziecka.
Uważasz, że to był zły moment – odezwał się, ale jego słowa zabrzmiały pusto, zabrakło im pytajnika. – Powinienem był pojawić się wcześniej – zdanie, prawie twierdzące, choć wypowiedziane bez przekonania. – Czy później? – nie zareagował wtedy od razu – Rex często wdawał się w bójki, ale nigdy ich nie przegrywał, nie w ten sposób. On, jeszcze zanim poczuł strach, poczuł tymczasem gniew i satysfakcję – nienawidził swojego brata, jego okrucieństwa i siły, którą nosił w zaciśniętych pięściach, nienawidził go za to, jak podtapiał go w wannie i zamykał w szafie, jak, kiedy miał osiem lat, popchnął go z dachu stodoły, jak przebił szpilką czerwonego bojownika, którego trzymał w szklanej kuli przy łóżku i strzelał z wiatrówki do bezdomnych psów, które wieczorami włóczyły się wzdłuż ulicy. Poczuł ulgę, kiedy nauczyciel chwycił Jude’a za ramiona i odciągnął go do tyłu, a pierś Rexa uniosła się i gwałtownie opadła, poruszona szarpnięciem wyzwolonego oddechu, lecz po chwili poczuł również drugie, syjamskie uczucie – rozczarowanie. Chciał, żeby Jude go zabił i ta świadomość przerażała go bardziej niż to, co się wydarzyło – nie znał wcześniej tego pragnienia, ale wiedział, że było gorące, ostre i złe.
Nie chciałem nikogo spotkać – odparł, po czym zdał sobie sprawę, że wciąż trzymał papierosa na wpół ukrytego za plecami, więc wyciągnął rękę i ostrożnie uniósł ją do ust, zaciągając się dymem. Noc była chłodna, a odgłos deszczu uderzającego o szyby przywodził na myśl dźwięk szczekających zębów. – Widziałem dzisiaj chłopca... tego z wypadku. – zaczął, ale zawahał się, zanim zdecydował się mówić dalej. – Wyglądał dokładnie jak Rex szesnaście lat temu. – spróbował się zaśmiać, ale zabrzmiało to krótko i nieszczerze, bardziej jak westchnienie, próba przełknięcia emocji, które podeszły mu do gardła i pozostawiły po sobie nieprzyjemny, gorzki posmak żółci.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
pies ogrodnika
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Stał dalej w tym samym miejscu - minęły lata, a on bez przerwy, z uporem, nie zdołał wyjść z tamtej sceny chwytając się jej kurczowo, zupełnie, jakby to ona trzymała go na powierzchni, jakby to ona wyznaczała rytm dalszych, falujących myśli, zupełnie, jakby bez niej był niczym, nikim, był tylko krótkim wspomnieniem które prędko przeminie jak słowo które rozpada się natychmiast po opuszczeniu ust. Stał, w związku z tym, dalej w tym samym miejscu, oddychał ciężko, wpatrzony w powierzchnię lustra, w lśniącą łuskę zwierciadła zawieszonego niezgrabnie we wnętrzu szkolnej łazienki. Śnił o tym i obawiał się tego - w głowie, jak drugie serce waliło mu wciąż pytanie uderzając o puchar jego czaszki. Co jeśli tak naprawdę nic nie mogło się zmienić? Co jeśli to nie była wyłącznie jego ponura wyobraźnia? Co gdyby, gdyby naprawdę był w stanie to dokończyć? Pamiętał smak krwi na ustach i własne, podbite oko cieknące fiołkową plamą na pozornie niewinnej oraz jeszcze dziecięcej fizjonomii. Ręce, sztywne od zaciśnięcia w pięści nie umiały powrócić do poprzedniego stanu zupełnie jakby były stworzone wyłącznie po to, by niszczyć. Nigdy nie mówił o tym, jak wielki czuł dyskomfort kiedy pozbywał się sterylnego fartucha na sali operacyjnej, gdy widział na nim okrzepłe, szkarłatne cętki posoki, gdy zastanawiał się czy w przedsionku zobaczy podobny widok, krew na czepku, na masce, na całej powierzchni ciała. Zupełnie jakby urodził się mordercą, zupełnie, jakby próbował przekonać świat że nim nie jest. Ludzie, dokładnie tacy jak on, nie mogli przynosić życia - ludzie, dokładnie tacy jak on nie mogli powiedzieć innym że mają realne szanse na wyleczenie. Ktoś mógłby zadać pytanie czy skoro stał się chirurgiem, czy poczuł się także bogiem? Nie - odpowiedziałby wtedy - czuł się dokładnie jego przeciwieństwem.
Miał wrażenie, że w tym momencie się ośmieszył, że Enda spoglądając na niego wybuchnie tylko parsknięciem, próbując mu wytknąć, że ma przed sobą marnego przebierańca. Dlatego, że chcąc nie chcąc wiedział o nim wszystko - dlatego że z biegiem czasu mógł zmierzyć każdy cal jego nienawiści, tego, jak nienawidził miasta w którym się wychował, jak nienawidził ludzi, jak pielęgnował w sobie tę odrazę rosnącą w nim barwnie, bujnie niczym mięsisty chwast. Czuł się słaby, bezbronny zupełnie jakby pomimo upływu lat Enda mógł wiedzieć o nim wszystko, jakby był przed nim nagi, bezbronny, przewidywalny niczym nowo narodzone dziecko. Dyskomfort demolował go od środka, rozrywał zaplecioną wiklinę jego naczyń. Chłód powietrza smagający jego skórę nie działał jak otrzeźwienie. Nie umiał się uspokoić - nawet, gdy pozornie na zewnątrz nic nie zdołało się wydarzyć. Nic? Absolutnie?
Spiął się, w jednej chwili, zupełnie jakby miał teraz walczyć o swoje życie. Emocje, jak gęsta breja zaczynały zalewać mu narządy. Najchętniej zwymiotowałby, wychylając się przez barierki, najchętniej zderzałby własne ciało ze ścianą aż wziąłby ostatni oddech. Słowa jak cienkie szpilki trafiały w najczulszy punkt. Wyżerały go, odsłaniając go przy tym całkowicie. Preparując. Domyślał się, co w tym wszystkim się kryło i to jedynie podsycało jego złość. Frustracja zaczęła kipieć, chciał go pochwycić, chciał krzyczeć nazwij to po imieniu, nie baw się ze mną w gry. Miał dosyć, Boże mój, jak miał dosyć. Mógłby tu spłonąć żywcem.
- Tragedie wciąż mają miejsce - oznajmił na pozór chłodno jak osoba dla której śmierć była nieodzownym towarzyszem, śmierć, statystyka, nieszczęścia od których szpital powinien był pęknąć w szwach - a wielu ludzi nie zasługuje na to, aby spotkało ich coś złego - zakończył jadowicie. Zaciskał palce na poręczy, spastycznie i niemal obsesyjnie. Czy łudził się, że odpadną? narzędzie zbrodni zaniknie? Nie mógł nikogo sądzić, nie był sprawiedliwością, był zagubiony tak samo jak każdy z nich. Nie miał prawa oceniać bo w głębi duszy był podobnie zepsuty i nic już nie było w stanie go naprawić. Dlaczego chciał mu to wytknąć? Czy sądził, że nie pamiętał? Pamiętał - pamiętał wszystko, pamiętał każdy, najmniejszy, dopracowany szczegół. Odtwarzał to setki razy jak w zapisanym filmie. Poruszył się kilka stopni - odległość, kurcząca się między nimi, wydała się niebezpieczna.
- Co próbowałeś przed chwilą mi powiedzieć?

Enda Rosberg
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”