
Masz dwanaście lat, kiedy znika twoja matka. Niektórzy ludzie w mieście – w tym twój starszy brat – będą przekonani, że nie żyje, ale sam nigdy w to nie uwierzysz i będziesz miał rację, mówiąc, że uciekła. Pod jej nieobecność mieszkanie, w którym się wychowałeś, zaczyna podumierać, w kątach pokojów gromadzą się zwierzątka szarego kurzu, a okna po północnej stronie zarastają bluszczem, sprawiając, że wnętrze staje się chłodne i ciemne. Nie wiesz, jak radzić sobie bez niej – twój ojciec jest ponurym, milczącym człowiekiem, który strzeże swoich uśmiechów jak tajemnic, a brat spędza większość czasu na strychu, uderzając pięściami w worek treningowy zaprojektowany tak, by przypominał górną część ciała mężczyzny. Raz w tygodniu do szkoły przychodzi logopedka, która uczy cię wymawiać R – ma w zwyczaju zaczynać rozmowę od pozornie prostych pytań, na które odpowiadasz bez entuzjazmu i bez przekonania. Milczysz o rodzicach, o rewolwerze, który znalazłeś w sypialni ojca, o grze na gitarze i o tym, że słyszałeś w radiu o trzęsieniu ziemi, które sięgnęło 8 stopni w skali Richtera i od tamtej pory nie możesz zasnąć, ale kobieta uśmiecha się do ciebie życzliwie, daje ci do zrozumienia, że jest tu po to, żeby tego właśnie słuchać i po kilku ćwiczeniach wkłada ci palec do ust, poruszając nim pod opartym o podniebienie językiem, wydobywając tajemnice, których nauczyłeś się nigdy nie wymawiać na głos.
Masz szesnaście lat, kiedy uciekasz z domu. Kilka dni wcześniej znalazłeś list, ukryty przez twoją matkę pomiędzy stronami Rayueli, którą otworzyłeś, chcąc uczyć się hiszpańskiego – wyjechała na południe, a ty przyrzekłeś sobie, że ją odnajdziesz. Idziesz pieszo wzdłuż drogi krajowej numer 115 i dopiero na wysokości Cavan Station udaje ci się złapać autostopa – przekraczasz granicę, ukryty w skrzyni ładunkowej. Zanim dotrzesz do Albuquerque przesiadasz się jeszcze kilkanaście razy, w tym do czerwonego jeepa Cherokee, prowadzonego przez starszego mężczyznę, który przedstawił się jako Gideon, choć nigdy nie uda ci się dociec, czy było to jego prawdziwe imię. W ciągu dnia Gideon opowiada o swojej żonie i dwójce dzieci, o tym, że wychował się i dorastał w Wyoming, a kiedy był nastolatkiem, pragnął zostać muzykiem, piosenki Davida Bowiego kupował na kasetach magnetofonowych, a musiał jeździć autobusem dwadzieścia kilometrów do miasta obok, bo u niego nie było sklepu z kasetami. W nocy kładzie dłonie na twoich udach i usiłuje wepchnąć ci język pomiędzy wargi – kiedy zasypiasz, czujesz jego ciężki, wilgotny oddech na swoim karku. Nienawidzisz go za to, co ci zrobił i któregoś razu, kiedy tankując na stacji, zapomina wyjąć kluczyka ze stacyjki, przesiadasz się na miejsce kierowcy i wciskasz pedał gazu. Nie potrafisz prowadzić, nigdy się tego nie nauczysz – kilkadziesiąt kilometrów dalej wyjeżdżasz z zakrętu i rozbijasz samochód o przydrożny słup. Kolejnego autostopa łapiesz piętnaście minut później – kobieta, która pozwala ci siedzieć na przednim siedzeniu, ma życzliwy uśmiech i włosy w barwie mosiądzu. Boli cię głowa i przy pierwszym zakręcie wymiotujesz sobie na kolana – musiałeś doznać wstrząśnienia mózgu, ale przekonujesz ją, żeby nie zawoziła cię do szpitala. Droga do Albuquerque zajmuje kilka godzin, które spędzasz, śpiąc na tylnym siedzeniu, z głową opartą o zwinięty materiał jej bawełnianego swetra, który robi ci za poduszkę.
Masz dwadzieścia lat, kiedy odnajdujesz swoją matkę w Rio Rancho. Nie wygląda tak, jak ją zapamiętałeś – ma twarz zaczerwienioną słońcem i rozczochrane blond włosy, na których widać czarne odrosty. Nosi delikatne, tiulowe sukienki w kwieciste wzory i mieszka w jednym domu z pięcioma innymi kobietami – nazywają to komuną, choć tobie przychodzi do głowy inne słowo, którego nie wypowiadasz jednak na głos. Zawsze wyobrażałeś sobie, że kiedy ją znajdziesz, wszystko ulegnie zmianie, ale kiedy siedzisz obok niej i wpatrujesz się we wznoszące się nad miastem góry Sandia, nie czujesz zupełnie niczego – spocona koszulka lepi ci się do pleców, czerwony piasek skrzypi pomiędzy zębami. Przez jakiś czas żyjesz w tym miejscu – udajesz, że stąd pochodzisz, pijesz lawendową wódkę i wdychasz ciernisty, obcy zapach mesquite. Pozwalasz, żeby jedna z kobiet, z którą przyjaźni się twoja matka, postawiła ci tarota – kładzie przed tobą wieżę, księżyc i wisielca, a potem uśmiecha się w sposób, który sprawia, że wygląda dużo starzej niż w rzeczywistości. Nigdy nie mówisz nikomu o tym, co cię spotkało, nikt nigdy cię o to nie pyta.
Masz trzydzieści lat, kiedy przyjeżdżasz do Toronto – powietrze jest tutaj chłodniejsze, a niebo bladoszare jak brzuch pstrąga. Twój ojciec nie żyje i chociaż przebyłeś ponad trzy tysiące kilometrów, aby go pogrzebać, końcowo nie pojawiasz się na jego pogrzebie, pozwalasz bratu złożyć ciało do płytkiego grobu i postawić grafitową płytę, na której widnieje tylko nazwisko i pierwsza litera imienia, bo koszt za grawer naliczał się od liczby znaków. Kiedy wprowadzasz się do mieszkania, masz ze sobą jedynie plecak, a w nim zapasową bieliznę, scyzoryk, napę samochodową i śpiwór. W wewnętrznej kieszeni trzymasz również plik pieniędzy, za które po dwudziestu latach w końcu wypełniasz akrylem dziurę po wybitym zębie – wciąż nie możesz się przyzwyczaić, kiedy dotykasz jej językiem, czujesz się, jakbyś usiłował kogoś oszukać, zakrywając bolesne wspomnienie protetyczną koroną. Rozpoczynasz pracę w szpitalu i kupujesz w sklepie skórzany dziennik, w którym, na pierwszej stronie, obiecujesz sobie, że pozostawisz przeszłość za sobą i rozpoczniesz życie od nowa. Miękkie drewno, z którego zrobiony jest ołówek, nosi znajomy wzór twoich trzonowców.
