-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Pomimo ładnie brzmiącej w popołudniowym słońcu historii Rivera wierzył raczej w wersję, w której to Diego interweniował w jakiś pokrętny i zapewne nielegalny sposób gdy czynsz zaczął drastycznie uszczuplać ich domowy budżet, ale dla Estelli obydwaj zgodnie udawali, że jej kobiecy urok podstarzałej Latynoski pokonał ludzką pazerność.
Nie potrafił jednak udawać, że nie dosłyszał nuty przekory w pozornie błahym pytaniu, dlatego jeszcze przed odpowiedzią spiorunował Dylana mocno oceniającym spojrzeniem z ukosa.
一 Osiemdziesięcioletni Kanadyjczyk z kurewsko irytującym francuskim akcentem. Mój urok osobisty totalnie zafundował nam absolutne zero jakichkolwiek przywilejów, więc nie licz na noworoczne zniżki. Raczej w drugą stronę, dziad zawsze podniesie przynajmniej o symbolicznego dolara, żebyśmy na głupoty nie przepierdolili.
Skrzywił się niechętnie na wspomnienie ostatniej wizytacji, która miała miejsce na krótko po wyprowadzeniu się poprzedniego lokatora, a zarazem przed uzupełnieniem luki przez Gauthiera. Milo nie był w stanie zrozumieć połowy furkoczącego, dychawicznego bełkotu i dopóki nie dostał wszystkiego na piśmie w języku rozumianym przez ogół, nie zgodził się na nic - nawet na podpisanie się pod petycją o remont wiaty śmietnikowej pod blokiem.
Widocznie wśród tych rzekomych wielu zalet jakie zdawał się dostrzegać wyłącznie Dylan, Rivera nie posiadał talentu językowego.
Zmiana tematu i pytanie, które słyszał więcej razy niż mógłby zliczyć ilekroć wchodził w głębsze szczegóły swojej dotychczasowej kariery na zapleczach dusznych warsztatów wywołała o dziwo zakłopotany, ale szczery uśmiech poprzedzony odruchowym uchyleniem ust.
一 Zgaduję, że tak, ale tak naprawdę nigdy nie interesowało mnie co jest w tych plikach. Bardziej skupiałem się na samym odzyskiwaniu danych niż na ich treści, więc niewiele mogę ci na ten temat powiedzieć. 一 Przyzwoitość nie miała tu nic do rzeczy. Milo po prostu nie posiadał odruchu ekscytacji ludzkimi tajemnicami dostępnymi na skinienie palca i być może było w tym jakieś instynktowne myślenie w przód, bo dzięki temu spał spokojniej. Wolał nie wiedzieć co znajdowało się na niektórych poharatanych dyskach, na tych, które wyglądały jakby ktoś przejechał po nich celowo autem, ani tych, na których znajdowały się zaschnięte ślady bardzo organicznych, lepkich substancji, na które kurwił pod nosem nie z zaskoczenia, a irytacji kiedy z delikatnością usuwał nalot rozpuszczalnikiem.
一 Nie, żebyś ty nie musiał. Ja przynajmniej odpowiadałem sam za siebie, ty za dwójkę dzieciaków i ojca w gratisie 一 przypomniał ze znaczącym cmoknięciem; spośród wielu rzeczy przez jakie musiał przedrzeć się oślim uporem, ślepą determinacją i zakodowaną głęboko chęcią normalnego życia wątpił, by podołał funkcji w jaką Dylan wszedł mimowolnie gdy w domu zabrakło dorosłego, na którym można było polegać. Milo potrafił nieźle przyłożyć, był specjalistą od ucieczek i miał dryg do tego, co dało się opisać za pomocą zgrabnych reguł syntaktycznych i praw fizyki, ale wśród tych umiejętności nie posiadał niczego, co przydałoby się w opiece nad czymkolwiek poza kotem. 一 Każdy radził sobie jak mógł, po prostu... nie było innego wyjścia.
Domknięcie tematu w domyśle tyczyło się zarówno jego koślawej przeszłości jak i okresu wymuszonej dorosłości Gauthiera, bo tak naprawdę żaden z nich - nawet gdyby bardzo chcieli - nie posiadał alternatywy zdolnej pogodzić rzeczywistość z marzeniami. Życie szybko pokroiło je na porcje, opiłowało gdzie mogło i odebrało podatek zostawiając niewiele, ale dość by wieczorami móc przynajmniej snuć wizje lepszego życia, w którym cykl niepowodzeń i trudu daje się wreszcie przełamać.
Codzienność nie lubiła się z marzycielami i Milo podejrzewał, że Dylan również o tym wiedział.
Dopiero podkolorowany nawykowym flirtem komentarz na oślepienie latarką wyrwał go z zamyślenia i ścisnął mu wargi w cierpki grymas.
一 Pamiętaj, że na torach to działa na odwrót 一 odgryzł się gasząc latarkę i znajdując jej miejsce w jednej z licznych kieszeni w spodniach. 一 Nie za wesoło ci tak w ogóle?
Bo to, że Gauthier niemal unosił się o kilka cali nad ziemią nie umknęło jego spostrzeżeniu, mniej natomiast jasnym był powód.
Rivera również umarszczył brwi pozerkując w jego kierunku badawczo, jak na maszynę, która po wielu latach stabilnej pracy nagle zaczęła wydawać nowe, nieznane dotąd dźwięki.
Czy naprawdę wystarczało pozwolić się poobtykać, pougniatać i zrzucić warstwę ubrań by przeciętny mężczyzna zapomniał o troskach dnia codziennego? Milo nie do końca rozumiał, ale zaczynał dostrzegać połączenie.
Skupiony na nowym odkryciu nawet nie zauważył, że w jego kierunku zbliżała się ręka, a zważywszy na okoliczności powinien odpędzić go zanim ktoś zbyt ciekawski wypatrzyłby ich pod kamienicą. Może był odrobinę paranoiczny, ale wolał nie ryzykować.
一 Co ty... oh, sale.
Zauważył rzęsę, a kojarząc o co chodzi posłał Gauthierowi krótkie, rozbawione spojrzenie i zamknął na chwilę oczy. Nabrał powietrza w płuca, wstrzymał je i... w ciągu kolejnych kilku sekund pogłębiających jego konsternację odkrył, że miał pustą głowę.
Czego mógłby chcieć, abstrahując od tego, że w sprawczość tego typu zabiegów nie wierzył?
Początkowo kadr domu przypominający coś wyrwanego z sitcomu rozlał się niekontrolowanie w tempie, które wykręciło mu nieprzyjemnie żołądek. Kilka osób pozbawionych twarzy rozrzuconych po scence bez zajęcia czy celu, wyglądających bardziej jak rekwizyty zmieniało swoje pozycje gdy Milo usiłował nadać wyobrażeniu ludzki kontur, bezcelowo, bo wciąż czuć było w tym układzie coś niepasującego. Trochę tak, jakby ktoś kazał niewidomemu opisać paletę barw.
Z czasem jednak obraz widzianego raz w życiu kompleksu budynków górujących nad miejską siatką zabudowań w dole zaczął się klarować i wypierać poprzednią myśl, a znane logo przebiło się wyraźniej przez mgłę.
NASA.
Zdmuchnął rzęsę za jednym podejściem i jeszcze przez moment patrzył na opuszkę Dylana podetkniętą pod nos.
一 Też tak robiliśmy 一 wspomniał mimochodem, obie dłonie wsuwając do kieszeni dylanowej kurtki. 一 Z rzęsami, ze spadającymi gwiazdami. Nie wiem czy cokolwiek się spełniło, ale to było potrzebne.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Za takie podejście też bym ci nie dał zniżki - wytknął, podszywając głoski najbardziej francuskim brzmieniem jakie był w stanie z siebie wykrzesać. - Przejmuję rolę naszego przedstawiciela. Od teraz będziesz stać z boku i ładnie wyglądać - poinformował go, nie siląc się na przedstawianie jako pytanie, zarówno przez fakt, że nie zamierzał przyjmować odmowy, oraz przez pełne przekonanie, że Milo nie zamierzał na ten układ narzekać. Samo przerzucenie się na francuski powinno zaskarbić im przynajmniej jakąś przychylność ze strony staruszka, a odrobina pochlebstwa potrafiła zdziałać cuda. Dylan bynajmniej nie był zbyt dumny by chociaż spróbować.
Brak szczegółów co do zawartości obrabianych nośników nieszczególnie go zaskoczył, stąd łatwo odpuścił sobie dalsze dociekanie, natomiast na wspomnienie własnego kopniętego dzieciństwa pokiwał głową na boki jakby ostrożnie ważył jego słowa. Nie miał na celu porównywania i wartościowania iść doświadczeń, a zauważane różnice pomagały co najwyżej zyskać lepszą perspektywę. Zrozumieć się trochę bardziej.
- Och, skądże. Mamy piękny dzień, plany na wieczór i jestem w towarzystwie najbardziej zjawiskowego mężczyzny w okolicy, grzechem byłoby tego nie docenić - wyliczył przynajmniej część swoich argumentów do dobrego humoru, chociaż po chwili wymusił w sobie opuszczenie kącików ust i przybranie sztucznie bezbarwnej miny. - Chyba, że mam być poważny i tajemniczy, jak wolisz. Nie odczytasz moich emocji i wszystko jest mi obojętne - zaoferował swoje zdolności aktorskie, zniżając ton głosu i jednocześnie nie będąc w stanie powstrzymać wesołych iskierek w oczach ani radości, która usilnie walczyła o odzyskanie kontroli nad jego mimiką.
Poczekał cierpliwie na decyzję co do życzenia, zachłannie przyjmując tę chwilę spokoju, gdy mógł bezkarnie wodzić wzrokiem po delikatnych rysach twarzy i od nowa dać się zachwycić tym, jak jego skóra wyglądała o tej porze dnia. Z chaotycznie roztrzepanymi lokami tworzącymi woalkę wkoło jego głowy, rzęsami, tymi które akurat stabilnie trzymały się powiek, kładącymi się wachlarzykami tuż nad policzkami praktycznie proszącymi się by ponownie pogładzić je palcami. Dał radę się powstrzymać, pamiętając o narzuconym przez lokalizację dystansie, a gdy chłodne powietrze przepłynęło po jego kciuku, zabierając ze sobą rzęsę wraz z życzeniem, podniósł wzrok do oczu Milo by złapać moment, w którym ten ponownie je otworzył.
Chociaż byłby w stanie stać tam i po prostu na niego patrzeć do momentu, aż słońce całkowicie zniknie za horyzontem, a nawet i dłużej, w końcu zebrał się w sobie by ruszyć z miejsca w kierunku wskazanej po drodze z lotniska cegielni.
- Moje się spełniło - przyznał, zerkając znacząco na mężczyznę idącego przy swoim boku i zahaczając kciuk o pasek plecaka by znaleźć zajęcie dla ręki. - Jeśli magiczne siły kosmosu i wszechświata tak naprawdę nie działają, to przynajmniej wiadomo do czego się dąży - zgodził się z tą odrobiną marzycielskiego podejścia, wracając spojrzeniem na ciągnący się przed nimi chodnik. Składanie życzeń nie wymagało wiary, ona była tu tylko dodatkiem pomagającym poradzić sobie w gorszych momentach. Przez życie miał różne marzenia, od błahych chęci posiadania nowych zabawek, próśb by rodzice spędzali w pracy mniej czasu, przez późniejsze błaganie gwiazd by jego matka wyzdrowiała i ich nie opuszczała, aż do dziury, podczas której sam nie wiedział czego chce, ani czego tak właściwie mógłby chcieć. Dopiero kilka lat temu wrócił do cichego proszenia o przychylność losu i od niedawna pierwszy raz mógł stwierdzić, że jedna z jego próśb została wysłuchana.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Podobnie bez komentarza pozostawił kolejną z prób posłodzenia mu dla samej zasady, bo po kilku miesiącach nieustannego obrywania podobnymi zagajeniami Rivera po prostu doszedł do wniosku, że dla Dylana było to równie naturalne co oddychanie i należało mu na to zwyczajnie pozwolić.
Dopiero przy zdmuchiwaniu rzęsy Gauthierowi udało się go zmiękczyć do tego stopnia, że zwykle oporny na czułostki Milo spojrzał na niego łagodniej, łapiąc kolor na szczytach piegowatych policzków.
一 Nie do końca wierzę, żeby to miało tak działać, ale miło żyć jakąś nadzieją. Kto wie, może faktycznie oświadczysz mi się w ciągu najbliższych dwóch dni roboczych na plaży.
Dylan nie miał pojęcia ile samozaparcia kosztowało go by nie wybuchnąć śmiechem. Z obiema dłońmi wciśniętymi w obszerne kieszenie pożyczonej kurtki krzywił tylko usta w głupkowatym grymasie zadowolenia, aczkolwiek osobliwy ruch w okolicach żołądka subtelnie podpowiadał mu, że taka ewentualność nie byłaby zła. Cóż jednak z tego, kiedy Rivera był kompletnie głuchy na aluzje i uznał to za naturalny element procesu trawiennego?
Spacer w stronę cegielni zajął im kwadrans, a po obejściu całego kompleksu i odklejeniu sobie z nogawek spodni kilku przygodnie uczepionych rzepów okazało się, że na parkingu nikt się nie kręcił. Z zewnątrz budynki również wyglądały na opuszczone, a w niektórych miejscach czas wgryzł się w mury odsłaniając rusztowanie. W innych natura odebrała co do niej należało i tam, gdzie niegdyś można było bezpiecznie przejść tarasem lub dachem na inną część obiektu rozpanoszyła się ruderalna zieleń.
一 Okay, nie jest tak źle, można łatwo przeskoczyć przez siatkę. Nie będziemy ciąć, to się mija z celem 一 zadecydował na miejscu, na próbę naciskając ręką na przyrdzewiały splot by ocenić czy nie załamie się podczas wspinaczki. 一 Jeżeli coś zauważysz albo usłyszysz, szturchnij mnie, okay? W środku może być różnie, nie mogę dać gwarancji, że będziemy tam sami.
Nie obawiał się policji, bo ta nie miała w zwyczaju zaglądać do tej dzielnicy. Nie musiał również martwić się o ewentualne potyczki o terytorium, bo cegielnia leżała po ich stronie miasta i Milo czuł się wystarczająco tutejszy by rościć sobie prawo do przynależnego im kawałka dziury w ziemi. Bardziej niepokoiła go możliwość zmiany charakteru tej części dzielnicy podczas jego nieobecności i ewentualnego natknięcia się na bandę ćpunów, agresywnych squattersów lub bezdomnych.
Alarmy znajdowały się na samym końcu jego listy potencjalnych zmartwień; te mógł rozmontować w parę minut.
Przydrożny pył unosił się z każdym krokiem, gdy po przeskoczeniu siatki w milczeniu wędrowali przez dziczejący parking. Gdzieniegdzie asfalt popękał w miejscach, w których latami wysmażyło go słońce, dawne pasy wyznaczające sektory i miejsca postojowe wyblakły niemal nie pozostawiając po sobie śladu, a ciężki, spięty rudą od rdzy kłódką łańcuch opasający główne drzwi wejściowe wydawał się być niewzruszony. Podobnie jak Milo, który wyminął go nawet na niego nie patrząc, bo znał o wiele lepsze przejście, które było aktualne przynajmniej te kilka lat temu.
一 Zaraz sprawdzimy czy nadal mam szczęście 一 zapowiedział przyciszonym głosem na wydechu, obracając się tylko raz w stronę Dylana by sprawdzić czy wciąż trzymał się go jak przykazał. Za pierwszym zakrętem w stronę czegoś, co przypominało na pierwszy rzut oka mocno zaniedbany wewnętrzny dziedziniec Milo wskazał na jednoskrzydłowe, mocno niepozorne drzwi ledwo widoczne zza sterty połamanych palet i wózków sklepowych. Z chwilą w której opatrzona w rękawiczkę dłoń Rivery sięgnęła do dźwigni robiącej za klamkę świat zdawał się przez chwilę wstrzymywać oddech - aż do momentu zgrzytliwego szczęknięcia zamka. Ciemna klatka schodowa stanęła przed nimi otworem, a Milo przez parę długich sekund nasłuchiwał tej dziwnej, gęstej ciszy kontrastującej z wiatrem, stłumionym lecz wciąż słyszalnym szumem aut z autostrady w oddali oraz wszystkim co mieli zamiar zostawić za sobą na zewnątrz.
一 Przejdziemy parterem i zlokalizujemy inne wyjście na wszelki wypadek. Przy okazji zobaczymy czy góra nadaje się do zwiedzania, to stary budynek. Idziemy?
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- I tak się nie wymigasz z oglądania gwiazd na dachu, jak nie tym to innym - ostrzegł jedynie z tradycyjnym podszyciem humoru, nie zamierzając zmieniać planów wyłącznie przez nieproszone spotkanie z bezdomnym uzbrojonym w butelkę po piwie. Miał swoje priorytety i nawet nie próbował ukrywać, że na ich szczycie rezydował szatyn właśnie wspinający się po siatce. Zwiedzanie opuszczonych budynków nigdy nie zajmowało szczególnie wysokiego miejsca na jego liście zainteresowań, jego ciekawość nie sięgała też tak daleko by wkradać się przez okna czy rozpracowywać zamki w mniej dostępnych lokacjach, a tym razem szedł w to głównie przez coraz silniejszą świadomość, że za Riverą poszedłby wszędzie. Jeśli nie dla własnej rozrywki, to chociażby w celu zapewnienia mu bezpieczeństwa. Zdawał sobie z tego sprawę coraz bardziej przez miesiące znajomości, gdy całkowicie bez powodu akurat szedł w tę samą stronę i odprowadzał go do domu, później we własnym pojmowaniu dostając oficjalne pozwolenie by uznawać go za swoje oczko w głowie. Nie tak dawny powrót do mieszkania z siniakami jedynie to pogłębił i, chociaż starał się go nie osaczać, cała ta sytuacja coś w nim przestawiła. Początkowo nie potrafił tego zidentyfikować, jednak podczas ich wizyty w Sacramento zyskiwał coraz większą klarowność, a wspomnienie o oświadczynach całkowicie przypadkowo trafiło w sedno niejasnej kwestii. Oczywiście wiedział, że był to żart i dokładnie tak to przyjął, przewracając oczami i szturchając go łokciem by zmyć mu z twarzy ten zadowolony z siebie uśmieszek, jednak sama myśl o pierścionku, czy jakimkolwiek innym symbolu obiecującym stabilność i teoretycznie mniejszą szansę na to, że Milo przemknie mu między palcami, ułożyła mu się przyjemnie na sercu. I dała mu kilka nowych pomysłów.
Zaczął się wspinać dopiero, kiedy mężczyzna stał bezpiecznie po drugiej stronie siatki, po kontrolnym zerknięciu przez ramię na puste ulice. Minęło trochę czasu od ostatniej okazji wymagającej korzystania z niestandardowych przejść, jednak najwidoczniej ta umiejętność nie znikała tak łatwo i po jednym zahaczeniu się rękawem o odstający kawałek drutu na szczycie siatki Dylan wylądował miękko na asfalcie obok swojego przewodnika. Zawędrował za nim do ukrytych drzwi, unosząc sceptycznie brew, gdy ten sięgnął do klamki.
- Że niby tamte owinęli łańcuchem, a te będą tak po prostu stać otwo-... Okay, zwracam honor - mruknął zniżonym tonem, od razu porzucając swoje wątpliwości względem doświadczenia Rivery i zaglądając mu znad ramienia do wnętrza budynku. - Trochę vibe apokalipsy zombie - podsumował szeptem zarośnięty, rozpadający się budynek noszący wyraźne znaki opustoszenia, a jednak mający potencjał chować w swoich czeluściach liczne niespodzianki. - Jakby opętał mnie pasożytniczy grzyb to masz pełne błogosławieństwo by urąbać mi łeb - dodał, jako że była to niezbędna kwestia do przegadania zanim wejdą dalej w fabułę typowego horroru. Para po dwudziestce wybrała się na wycieczkę do opuszczonej cegielni...
- Prowadź - zgodził się na dalszy plan zwiedzania i przytrzymał drzwi próbujące wrócić do wcześniejszego stanu, otwierając je szerzej by zrobić dla Milo miejsce. Zanim wszedł za nim, zgarnął czubkiem trampka ułamany kawałek pustaka i przystawił go między drzwi a framugę z braku zaufania względem starego zamka, który czysto teoretycznie mógłby ich tam zatrzasnąć. - Główne odpadają, najpewniejsze byłyby chyba ewakuacyjne. Albo okna - podrzucił, zerkając na schody w górę, gdy coś mignęło mu w kąciku oka. Po krótkiej chwili niczego uznał to za drobinkę kurzu albo napędzane półmrokiem omamy wzrokowe. - I jak długo to tu tak stoi? Wygląda jakby minęły dekady od czasów świetności.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Rzucony luźno i bez przemyślenia żart nie wywołał większego echa po jego stronie, ale tak jak Gauthier nie był świadom jego drobnej modyfikacji w planie zwiedzania, tak on nie miał bladego pojęcia co do głębokości dywagacji prowadzonych przez Dylana pomiędzy uwagami o zombie i drogach ucieczki.
一 ...może? 一 Przechylił głowę na bok próbując wyłapać klimat o jakim była mowa, ale jego zmysł odpowiadający za tak abstrakcyjne wrażenia nie był zbyt elastyczny. 一 Nie wiem, jak dla mnie całkiem normalny pustostan, nic... ach. Okay, ty o tym, dobra, załapałem! 一 Rozjaśnił się tym własnym objawem domyślności, która nigdy nie była jego mocną stroną, więc każdorazowo ekscytował się gdy akurat trafił na coś bez podpowiedzi. Odruchowo chciał sięgnąć do kolekcji gumek i plecionki rzemyków na nadgarstku lewej dłoni, ale rękawiczka utrudniała mu złapanie czegokolwiek.
Wnętrze klatki schodowej było o wiele chłodniejsze niż to, do czego przyzwyczaiła ich temperatura panująca na zewnątrz. Było zimniej co najmniej o dwa, może trzy stopnie, a pokryte kurzem i pyłem z osypującego się latami tynku stopnie ślizgały się pod butami, a czasami haczyły niebezpiecznie wystającym z tych obłupanych metalowym zbrojeniem. Poza tym w powietrzu wyraźnie czuć było piwniczny zapach wilgoci dochodzący z dolnych pięter i ogólnego rozkładu drewna, tego co pozostało po latach świetności zakładu oraz czegoś, czego nie sposób było zidentyfikować, ale co Milo pamiętał z dawnych lat.
一 Javier mówił, że w tej cegielni pracował jeszcze jego dziadek i że zamknęli niedługo po tym jak przeszedł na emeryturę, więc... z milion lat? 一 zaryzykował zbliżoną kalkulację, jednocześnie przyświecając im latarką pod nogi. 一 Podobno poszły masowe zwolnienia i ludzie protestowali, ale więcej nie wiem. Dla mnie to zawsze była ruina, może trochę plac zabaw. Och, uważaj, stąd kapie 一 uprzedził uprzejmie, robiąc duży krok w bok zanim dosięgłaby go kropla wsiąkająca w drewniane partie międzypięter.
Głucha cisza mogła wydawać się przytłaczająca i groźna, ale Milo zawsze dostrzegał w niej okazję do zebrania myśli i ich uporządkowania, a jako ten najbardziej głowiący się nad każdą pierdołą członek ich towarzyskiego kręgu - bywał tu najczęściej.
一 Okay, więc... pierwsza różnica jest taka, że parę lat temu nie było tutaj tych wyłamanych drzwi. To jest pewna nowość 一 stwierdził zupełnie beztrosko, jakby ewidentny ślad po wandalizmie znajdujący się przed ich oczami był czymś zupełnie naturalnym i nie stanowiącym powodu do niepokoju. 一 I dobrze. Zawsze miałem z nimi problem, te to się dopiero zacinały. Musisz... tędy.
Chcąc pokazać mu najlepszy sposób ominięcia przeszkody bez ryzykowania utratą równowagi na huśtawce z drzwi rozpostartych na wysokim progu, Milo uchwycił się odrapanej, obłupanej miejscami framugi - milczącego świadka minionej brutalności - i przeskoczył na drugą stronę w korytarz prowadzący z klatki schodowej w dalszą część kompleksu.
Ku własnemu zaskoczeniu jakie uderzyło w niego z opóźnieniem, dopiero w trakcie gestu, zaraz po otrzepaniu się z łusek po farbie olejnej jaka obsypała go gdy przytulił się do ramy, pierwszą rzeczą jaka wynikła z odruchu było... wyciągnięcie dłoni w kierunku Dylana.
Mimo, że zasadniczo powinien był poradzić sobie z przeszkodą bez problemu i Milo o tym wiedział.
Nieco zbity z tropu tą nowością Rivera wycofał rękę i wepchnął ją sobie do kieszeni nie mając na nią innego pomysłu, z zakłopotaniem odwracając wzrok w stronę latarki, przy której zaczął bezmyślnie majstrować.
一 No dalej, masz dłuższe nogi niż ja 一 fuknął pod nosem, a niedługo później syknął po tym jak sam oślepił się snopem światła.
Dylan Gauthier
-
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Czyli... - zaczął i szybko urwał, gdy ostrzeżenie przed przeciekającym sufitem zmusiło go do zmienienia kursu o pół kroku w bok. - To kiedy zacząłeś tu przychodzić? - dopytał, jeszcze przez chwilę zadzierając głowę by otrzymać spojrzenie na oświetlonej snopem światła, wilgotnej plamie na suficie. - Masz jakieś swoje ulubione miejsce? Starą kryjówkę? - dorzucił jeszcze, spuszczając wzrok na tył głowy swojego przewodnika wycieczki. Wyobrażenie nastoletniego Milo biegającego samopas po opuszczonej, rozpadającej się fabryce wywołało w nim mieszane uczucia, przede wszystkim przez pełną świadomość, że gdyby go wtedy znał, wyciągałby go stąd za ucho i robił mu pogadanki o potencjalnych zagrożeniach. Ciepły uśmiech przebiegł po twarzy Gauthiera, gdy pozwolił sobie na mentalny powrót do przeszłości i wrócił ze świadomością, że wolał zostać w teraźniejszości. Minęły lata odkąd brał na siebie odpowiedzialność za wszystko i wszystkich, a chociaż część tego z nim została, i zdaje się, że nie miała go już opuścić, przynajmniej potrafił pozwolić sobie na trochę beztroski. W ostatnim czasie nauczył się korzystać z życia bez przewidywania wszystkich negatywnych konsekwencji, nie musiał mieć oczu dookoła głowy i potrafił zawierzyć Milo na tyle, by nie dyszeć mu w kark na każdym kroku. Przewidywalnie nie był jeszcze na tyle zrelaksowany co Rivera, jednak poza plecakiem nie nosił na ramionach znajomego ciężaru jaki niegdyś cisnął go do ziemi i napinał jego nerwy jak zbyt mocno naciągniętą strunę.
- Och. Pewnie, po co komu drzwi - mruknął na widok permanentnie otwartego przejścia do dalszej części zakładu, zaglądając w głąb korytarza bez ruszania się z miejsca. - Trzeba zapamiętać, jakby zaczął nas gonić jakiś morderca to ta barykada odpada. I dokąd one prowadzą? - dopytał, ciekawsko przyświecając na zawiasy, jednak na widok akrobacji Rivery przesuwając latarkę z powrotem przed siebie by oświecić mu podłogę po drugiej stronie i ułatwić manewrowanie. Szybko dochodził jednak do wniosku, że ten raczej nie potrzebował jego pomocy. Wspinaczki, skoki i niekonwencjonalne pokonywanie przeszkód zdawały się przychodzić mu całkowicie naturalnie, bez potknięć i zawahania, a możliwość obserwowania tego z boku dawała Dylanowi wrażenie jakby odchylił zasłonkę i zaglądał do wcześniej niewidocznego acz fundamentalnego elementu życia Milo. Miał szczerą nadzieję, że po powrocie do Kanady nie straci tej możliwości.
- Hmm... Siedem na dziesięć, musisz popracować nad lądowaniem - poinformował go, poprawiając na ramieniu pasek plecaka w ramach przygotowania do pójścia w jego ślady, jednak krótki ruch dłoni dał radę odwrócić jego uwagę. A zwłaszcza moment, w którym ta zniknęła w kieszeni. Zmrużył oczy z niezadowoleniem, chociaż widok mężczyzny świecącego sobie po oczach wyciągnął z niego parsknięcie śmiechem.
- Karma - wytknął w odniesieniu do własnego chwilowego oślepienia, uparcie nie ruszając się z miejsca pomimo zachęty. Spojrzał na framugę, drzwi, własne nogi i z powrotem na Milo.
- Ruszasz się za szybko, nie załapałem - przyznał niekoniecznie w pełni zgodnie z prawdą, posyłając mu uśmiech na przełomie zawstydzenia i niesforności. - Chyba będę potrzebował asysty - dodał, w razie jakby przekaz był jeszcze niejasny, wyciągając dłoń w jego stronę i uparcie odmawiając ruszenia się z miejsca zanim ten nie odwzajemni gestu.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
W tym przypadku fraza „to nie ty to ja“ miała rację bytu.
一 Dość szybko 一 stwierdził bez konkretu, poniekąd dlatego, że sam musiał sięgnąć pamięcią w tył i wykalkulować. 一 Trafiłem do Estelli jakoś przed osiemnastymi urodzinami, uciekłem po tygodniu... chyba? Może dwóch, coś w ten deseń. Przyszedłem tutaj 一 wtrącił dla jasności, chcąc chociażby mniej więcej nakreślić Gauthierowi funkcję jaką pełniła w tamtym czasie cegielnia. 一 Po dwóch dniach przyszedł Diego i chciał mnie przekonać, żebym jednak wrócił. Odmówiłem 一 kontynuował punkt po punkcie, bo akurat w tych miejscach wspomnienie było klarowne. 一 Uparł się i został ze mną na kolejne dwa dni, ale zatargał mnie z powrotem do Estelli jak dostałem kataru. Miałem paskudną anginę, człowiekowi naprawdę odechciewa się pyskować jak dobija do czterdziestu stopni gorączką.
Teraz wydawało mu się to śmieszne, wówczas był wściekły ale zbyt obolały by protestować.
Zauważył, że Dylan w sposób oczywisty pozbawiony wprawy w poruszaniu się po takich miejscach zostaje w tyle, Milo zwolnił kroku choć nie zatrzymał się by nie dawać mu zbyt oczywistych forów. Wolał go motywować niż niańczyć, wątpił zresztą aby Gautier był zadowolony gdyby odebrał mu ten element wyzwania.
Zatrzymał się dopiero przy drzwiach, a zagajony kolejnym absurdalnym wnioskiem - nie miał pojęcia skąd Dylan czerpał dla nich inspiracje - spojrzał na niego wymownie i zaplótł na chwilę przedramiona na piersi.
一 Na korytarz. Na piętro. W głąb budynku 一 wyprodukował automatyczną odpowiedź, zupełnie rozmijając się z sensem zadanego pytania. Wiedział. Po prostu nie chciał przyznać na głos, że po kompleksie poruszał się głównie intuicyjnie i zgodnie z wewnętrznie zakodowaną w pamięci mapą, jakiej nie potrafił przełożyć na język powszechny. 一 Och, vete a la verga.
Nie wiedział czy Dylan był w stanie to zobaczyć, ale po przeskoczeniu nad drzwiami i progiem Milo przewrócił oczami i złożył ręce jak do modlitwy, prawdopodobnie o cierpliwość, z latarką kołyszącą mu się na pętli uwieszonej nadgarstka. Czasami miał nieodparte wrażenie, że mężczyzna z którym utknął na własne życzenie urwał się z cyrku.
一 ...poważnie? To jest... dobra, chodź. Ręka 一 podyktował, gdy ze zniecierpliwieniem wyciągnął przed siebie swoją dłoń i trochę na oślep chwycił Gauthiera za nadgarstek. Znał go wystarczająco długo by wiedzieć, że trzeba było czegoś znacznie bardziej uciążliwego niż drzwi wyrwane z zawiasów aby utrzymać go w miejscu. 一 Nie potknij się, uważaj na tę nogę z tyłu. I czubek buta, słyszysz co mówię? Sły... wow, czuję się oszukany.
Oczywiście, że Dylan nie potrzebował jego pomocy. Skok nad drzwiami kwalifikował się pod dyscyplinę olimpijską, w której miałby gwarantowane złoto i Rivera przekonał się o tym niemal boleśnie, bo mało brakowało a Gauthier staranowałby go gdyby nie cofnął się o pół kroku. Chciał go puścić, ale kołtun z rzemyków, starych gumek recepturek i tych do włosów jakich awaryjny zestaw miał zawsze na lewym nadgarstku zaplątał się w guzik przy mankiecie Dylana i nie pomogło nawet szarpnięcie. Potrzebne było coś, czym Milo na ogół nie dysponował, ale Dylan zdawał się mieć tego pod dostatkiem.
Cierpliwość.
一 Mógłbyś? 一 mruknął pytająco, podnosząc dla zaakcentowania wagi tego palącego problemu ich oba nadgarstki, ten gauthierowy ciągnąc za swoim czy tego chciał czy nie. Niemal w tym samym czasie w oddali rozległ się dźwięk przypominający skrzypnięcie czegoś - innych drzwi, okiennej ramy, albo może coś zupełnie innego - wytłumiony, na granicy słyszalności, dobiegający prawdopodobnie z górnych pięter nad ich głowami. Na krótką chwilę Milo zamarł jak zając zaskoczony na środku drogi przez samochód i spojrzał odruchowo w sufit, ale odetchnął przez nos gdy nic więcej nie dobiegło do jego uszu. 一 Wiatr. Tak przypuszczam.
Dylan Gauthier