ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
you're not the only lonely man. Being free always involves being lonely. Just there is a mask you can peel off and another you can not
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

01.


Musisz zrozumieć jedno:

…że wszystko, co najważniejsze, tkwi zawsze schowane w cieniu, przesuwa się skacząc zwinnie przez żółte pęcherze świateł, jest chytre, giętkie i wnika przypadkiem w nozdrza i ślizga się na krawędzi spłoszonej nieświadomości, niedostępne, ukryte. Noc która właśnie w tej chwili zalega nad chmarą miasta wydaje się przypomnieniem. Wychodzi do niej naprzeciw stapiając się z nią w odlewie i cała, gęsta niejasność wydaje się być celowa, zupełnie, jak gdyby zamiast sczerniałej kopuły nieba dostrzegał jedną z wariacji masek zakładanych przez Toronto. Czy miało coś do ukrycia? Samo w sobie najpewniej nieszczególnie - jednak rój tych mieszkańców, dziesiątki setki przechodniów połykanych nagminnie przez ulice musiało coś w sobie kryć. Spoglądał na nich w ten sposób bo patrzył przez pryzmat siebie, zrozumiał, że widział w tym odniesienie dla własnej, głupiej ucieczki, dla wyjścia z domu bez celu, bez inspiracji bo czuł że zwyczajnie już musiał go opuścić. Nie odpoczął po pracy. Nie zasnął. W uśpionym pejzażu zimnej, wyblakłej architektury dostrzegał odbicie własnych skostniałych myśli i tendencji. Ile jeszcze… ile jeszcze, jak długo? Wyciągnął przed siebie dłoń. (Mógł widzieć wciąż na niej krew). Zacisnął palce w kwiat pięści, spróbował rozproszyć swoje rozważania. Co mi opowiesz, Miasto? Co zdołasz mi opowiedzieć? Ofiaruj mi jeden sekret, dobrze wiesz że jestem obeznany z koniecznością dochowania tajemnicy. Możesz na mnie polegać. Tak naprawdę możliwe, że nienawidzę cię tak samo jak miejsca, w którym się wychowałem. Możliwe-
Westchnął i zmrużył oczy. Przed nim zatańczyły postacie podobnie zabłąkane jak on. Kobieta oraz mężczyzna - ofiara oraz drapieżnik? Sprośne, rzucone jej oświadczenie, płaszcz narzuconej nagłej poufałości, zdania które pomknęły szatkując przestrzeń jak nóż. Ręka wyciągnięta w kierunku który nigdy nie będzie jej własnością. W jednym momencie scena wytrąca się z równowagi, mężczyzna go zauważa, rozumie że to za dużo, już wcześniej zaczął dostrzegać że nie wygra ale to wyłącznie zdołało przesądzić jego los. Mężczyzna rzuca się biegiem i znika w jednym z zaułków - myśli, przez krótką chwilę, że musi je dobrze znać. Sam idzie nadal przed siebie, jego kroki wbijają się w kręgosłup chodnika swobodnym, ospałym rytmem. Nie zastanawia się czy powinien reagować - wie, że musi to zrobić, że nie ma innego wyjścia. Zbyt silnie tresowali go w pracy oraz wcześniej na studiach że musi wciąż odpowiadać - więc reaguje - jak pies z powodzeniem poddany treningowi. Co mogło mieć tutaj miejsce? Nie wiedział czy kobieta jakkolwiek choć kojarzyła agresora. Czy ma to jednak znaczenie? Tak? Nie?
- Nic ci nie jest? - strzepuje z siebie pytanie tak jakby strzepywał kurz. Nie widzi żadnej potrzeby aby wydłużać formę i bawić się w niepotrzebne konwenanse. W nocy działały własne, zupełnie odrębne prawa. Noc była pełna ofiar i drapieżników, on za to zjawił się tuż po wszystkim - jakby jedynie czekał na padlinę.

Isobel Cameron
Ostatnio zmieniony pn kwie 27, 2026 8:46 pm przez Jude Iverson, łącznie zmieniany 3 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Isobel i jej spaczona wizja świata. Wulgaryzmy. Romantyzowanie przemocy.
II.

everyday, you lose the trail


Musisz zrozumieć jedno:
...że życie jest po prostu chujowe, niezależnie od miejsca zamieszkania. Wieczory w każdym mieście wyglądają tak samo. Zmieniają się tylko nazwy ulic i wygląd kamienic. Błąkała się po ulicach Toronto, jakby była wciąż w swoim mieście. Odwiedzała bary przepełnione klientelą spod ciemnej gwiazdy i nieoświetlone zaułki między zniszczonymi budynkami. Odnajdywała się w tym cieniu, jakby była jego częścią. Wtapiała się w niego i tworzyła z nim spójność — była lalką wyszytą ciemnymi nićmi. Część jej osobowości niezmiennie lgnęła do ciemności i pragnęła się z nią zjednoczyć. Isobel była wściekła. Głównie na siebie. O to, że dała się tak głupio przyłapać. Obwiniała za swoje niepowodzenie głównie mężczyznę, który był na tyle przywiązany do swojego samochodu, że od razu zgłosił się na policję. Kto, do cholery, kazał mu wjeżdżać tym swoim dopieprzonym, salonowym samochodem na teren ludzi, którzy tylko czekali na chwilę, by dać upust emocjom. Całym sercem nienawidziła bananowych dzieci. Pluła na nich z obrzydzeniem i najchętniej ściągnęłaby ich wszystkich na ziemię. Żyli w swoim świecie, zupełnie nieświadomi tego, co może ich spotkać, gdy wyjdą z tych swoich pozłacanych posesji i pozwolą objąć się pomroce. Błądzili jak dzieci we mgle, z nadzieją, że pieniądze pomogą im ze wszystkim. Oczywiście. Tylko szkoda, że niektórzy pluli na pieniądze.
W myślach Isobel rodziła się wizja perfekcyjnych zwłok rozciągniętych przez całą ulicę podtopioną krwią. Wyobrażała sobie błądzące strużki szkarłatnej posoki między chodnikowymi kostkami, po których właśnie szła. Chwilę temu była naprawdę wściekła. Ale teraz, gdy jej umysł zaczęły zalewać makabryczne obrazy, czuła, że jej nastrój ulega znacznej poprawie. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny impuls na myśl o tym, jakimi torturami uraczy tego chłopaka po swoim powrocie do Orleanu. W takich momentach zastanawiała się, czy nie zrobić czegoś zakazanego, bo myśl o deportacji z każdą chwilą stawała się coraz przyjemniejsza. Przeczytała ostatnio nową książkę o średniowiecznych torturach, i niektóre z nich wydały jej się naprawdę intrygujące.
Zwłaszcza opcja ze szczurami wgryzającymi się w ludzi.
Idąc tak wieczorem przez uliczny półmrok, kopała po drodze jakimś kamyk. Odbijał się o czubki ciężkich, podbitych metalem butów, wydając z siebie intrygujący dźwięk, gdy turlał się po chodniku. Pogrążyła się w swoich drastycznych myślach, czując przecinającą przez jej ciało ekscytację na myśl o tym, jak wiele bólu i krzywdy mogłaby wyrządzić temu skurwielowi z apartamentowców. Ludzie, których mijała, nieszczególnie zdobywali jej uwagę. Kątem oka dostrzegała mężczyzn, którzy na widok drobnej sylwetki przestawali nagle gadać i odsuwali papierosy od ust, zupełnie jakby nie widzieli nigdy wcześniej kobiety. Była pewna, że właśnie stała się ich głównych tematem. Zapewne rozmawiali o tym, że była dziwna, albo w jaki sposób mogliby ją przelecieć — nie byłaby zdziwiona, gdyby opinie były podzielone. Uszczęśliwiało ją natomiast to, że nikt jej, na razie nie zaczepił — dłonie wsunięte w kieszenie płaszcza, zaciskała mocno w pięści, muskając palcami składany scyzoryk. Te aż rwały się, żeby komuś mocno przypierdolić. Powtarzała w myślach słowa terapeuty, który t ł u m a c z y ł jej, że powinna zacząć panować nad swoimi emocjami i nie ulegać impulsom. Dlatego ściągnęła usta w wąską linię, zacisnęła zęby i przeszła obok nich, ignorując tę drażniącą obecność mężczyzn i nadmiaru testosteronu, który — jak jej się wydawało — niemal unosił się w zanieczyszczonym spalinami powietrzu. Nie wyskoczyła do nikogo z mordą, choć bardzo korciło. Cisnęły jej się na język same nieprzyzwoitości. Zduszenie tej potrzeby w zarodku wymagało od niej silnej woli. Odetchnęła z ulgą, gdy skręciła za róg i ulicy i nie dostrzegła więcej żadnej osoby, która mogłaby ją mocniej rozsierdzić. Żadnego zapalnika. Straciła na moment czujność i nie zauważyła, że jeden z tych idiotów postanowił za nią pójść. Odzyskała rezon, gdy poczuła, jak ktoś zsuwa jej kaptur z głowy. Zatrzymała się w miejscu, przeczesując wściekłym spojrzeniem chodnik.
— Maleńka, chyba się zgubiłaś. Nie wiesz, że o tej godzinie roi się od niebezpieczeństwa? — jego głos wdarł się do jej uszu niespodziewanie. Niski, choć dość ostry, taki który nie znosił sprzeciwu i wierzył, że może robić, co tylko mu się podoba. Zaciśnięte pięści Cameron nagle ją zaswędziały.
— Wypierdalaj — rzuciła ostrym tonem, odwracając się ze złością w kierunku mężczyzny. Błękitne oczy Isobel płonęły niebezpieczną wściekłością. Spojrzał na nią nieco dziwnie, jakby właśnie miał przed sobą rozjuszonego kociaka. Tyle, że Cameron nie była przerażonym kociakiem, tylko żmiją i nie bała się użyć kłów w sytuacji zagrażającej życiu — a za takie brała niemal wszystkie. Myślał, że może jej dotknąć. Że jego dłonie odnajdą swoje miejsce na jej ciele przysłoniętym przejściowym płaszczem.
Zamarła, kiedy jej dotykał, ale tylko przez chwilę. Kiedy jego palce wsunęły się bezczelnie pod płaszcz, poczuła, że traci nad sobą kontrolę. Przysunęła się do niego gwałtownie, jakby to ona w tym momencie była zagrożeniem, nie on. Zaśmiał się pod nosem, coś pierdoląc, że chyba ma ochotę na więcej. W niekontrolowanym ruchu instynktownie wyszarpnęła z kieszeni dłoń, rozkładając niewielkie ostrze, które błysnęło w świetle i przywarło ostrzegająco do jego policzka. Mężczyzna pobladł. Zaklął siarczyście pod nosem, wspominając, że jest popierdolona i powinien jej pokazać, czemu nie powinna się tutaj kręcić. Jego dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, jakby chciał odsunąć rękę od swojego policzka. Przygotowała się do uderzenia w brzuch, ale czyjaś obecność zbiła go z pantałyku. Mężczyzna wypuścił jej rękę spomiędzy palców, zerkając w stronę faceta, który przychodził. Wkurzony przesunął dłonią po twarzy, rzucając jej pogardliwe spojrzenie i w pośpiechu odszedł, zostawiając ją samą. Cameron odetchnęła z ulgą, próbując uspokoić bijące ze strachu serce. To nie tak, że nie była przerażona. W świecie pełnym drapieżników i ofiar N I G D Y nie była ofiarą. Była drapieżnikiem i nie powinna okazywać słabości. W tym samym trybie czujności odwróciła się w stronę mężczyzny nieopodal. Tego samego, co spłoszył napastnika i za chwilę się do niej odezwał.
Zaśmiała się kpiąco, paskudnie i wyjątkowo nieprzyjemnie, chowając ponownie dłonie do kieszeni.
— Mi? Tacy spierdoleńcy nie robią na mnie wrażenia. Jego zapytaj — gestem podbródka wskazała kierunek, w którym poszedł mężczyzna. Najpewniej wrócił do swoich kolegów. — Pewnie pobiegł właśnie poskarżyć się kolegom.


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
you're not the only lonely man. Being free always involves being lonely. Just there is a mask you can peel off and another you can not
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Szedł, oklejony posępną, stygnącą żywicą nocy - i mielił w ustach wrażenie, nagminne wrażenie gdyby, bo gdyby wszystko istotnie miało okazję potoczyć się inaczej, gdyby odwróciły się role, gdyby tamten nie uciekł i gdyby ona, zaszczuta jak słabe zwierzę, napięła cięciwę krzyku, gdyby, gdyby i gdyby piętrzące się w scenariuszach zwieńczonych jednym pytaniem - czy stanąłby wtedy w jej obronie? Czy miał w sobie tamtą siłę, tę samą z którą zagnieżdżał pięść w napuchniętej twarzy i patrzył jak krew z rozciętej, wynaturzonej wargi zalewa firanki zębów? Czy miał w sobie pęd agresji? Pomyślał o tym czy byłoby to przyjemne. Czy dałoby satysfakcję? Czy mógł odczuwać przyjemność kiedy nacinał skórę i wdychał zapach zniszczonych ustępujących tkanek? Skarcił wreszcie sam siebie, jakby czuł że próbował nazywać się potworem. Coś tkwiło w nim uśpione głęboko, coś próbowało wydostać się na zewnątrz.
Odetchnął.
Zazdrościł ludziom wolności. Zazdrościł całej swobody z jaką mogli wyrażać wszystko co zaczynało podgryzać ich od środka. Prowokacja i odruch. Sygnał, szybka odpowiedź. Zawstydził się, rozważając, jak wiele w sobie ukrywał. Czuł ucisk w środku, czuł mdlący, uciążliwy dyskomfort rozwieszony pomiędzy odcinkami jego żeber. Chłód zaszył się w jego płucach, żołądek wyginał grzbiet. Był tylko cieniem, był niewyraźnym, niepełnym odbiciem prawdy głoszonej o samym sobie. Był… Właściwie kim miałby być? Był suchym szczątkiem wspomnienia, zniszczoną cząstką dzieciństwa która nie miała szansy już dłużej się wyżywić.
Przeciąga swoje spojrzenie i zerka w kieszeń uliczki gdzie jeszcze przed chwilą rozproszył się mężczyzna. Nie zamierza tam iść. Nie zamierza zastanawiać się czy powinien pomóc. Ludzie często gubili się, myląc empatię z możliwością oceny czy powinno się podejmować działania. Powrócił prędko, znów osądzając uwagę na kobiecie. Było w niej coś, co sprawiało że niemal nie wyszczerzył się momentalnie w naiwnym stroju uśmiechu. Było w niej coś, co zwyczajnie zdołało mu się spodobać, tak, jak podobają się różne, spotkane w życiu zjawiska - grot błyskawicy marszczący zbłąkane niebo. Jej oczy, zatrzymane w półmroku, błyszczały niczym złowrogie, już dawno strącone gwiazdy. Jej oczy wydawały się punktem w którym wszystko może się kończyć i zaczynać - przemoc, butność, odpowiedź. Miała spojrzenie kogoś kto zdążył w życiu zobaczyć już wiele podobnych rzeczy i przeczył perspektywie ofiary w jakiej próbowano za każdym razem go umieścić. Doświadczenie jest skarbem. Doświadczenie jest klątwą. Doświadczenie jest...
- Nie wiem, czy ta swoboda, z jaką mnie o tym informujesz - mówi; nie spiesząc się, kładzie otwartą dłoń na powierzchni swojego karku, po czym odchyla głowę w wyrazie zastanowienia - powinna mi imponować - zaznacza - czy raczej mnie niepokoić - czy powinno go niepokoić jak mało, zaskakująco mało było w niej poruszenia? Nie umiał wyczuć jej strachu. Nie umiał wyczuć, aby bała się, że napastnik potrafił rzeczywiście ją skrzywdzić. Nie. Tutaj nie było prostej, tak bardzo ludzkiej obawy.

Odczekał, po czym dopytał:

- Potrafisz mi podpowiedzieć?

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy póki co zawodzi w życiu
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszyscy dźwigali na barkach ciężar własnych demonów i niebezpiecznych instynktów, które próbowali stłumić na rzecz zdrowego funkcjonowania w społeczeństwie. W Isobel mieszkało coś, co nawiedzało jej myśli i opętywało ciało, karmiąc ją brutalnymi, przepełnionymi morderczą żądzą obrazami, które wpływały na jej samopoczucie. Świat nagle malał, zawężał się do tych kilku punktów podsuwanych przez zdradziecką wyobraźnię, która wystawiała ją na próbę, niczym Bóg Abrahama każąc mu złożyć w ofierze jednego ze swoich synów. Była skłonna ulec tej nagłej potrzebie zbezczeszczenia czyjegoś życia, by w pełni się zadowolić, gdyby nie znała konsekwencji. Zawsze były konsekwencje. Jątrzyła ją świadomość, że nigdy nie będzie mogła być w pełni sobą i prześladowała, prowadząc ją w głąb ciemnego korytarza, z którego nie było ucieczki.
Mężczyzna, na którego natrafiła przez zupełny przypadek, gdy szła jedną z tych niebezpiecznych uliczek, sprowokował ją do ataku i rozgniewał próbą potraktowania ją jak przedmiot. Nienawidziła być traktowana przedmiot. Ani jak narzędzie. Tacy ludzie, jak on, przypominali jej tylko chwile, w których musiała walczyć o własną tożsamość, by nie zostać zdominowaną przez świat mężczyzn. W gangu nie było miejsca na słabości. Nie było miejsca na delikatność ani na kobiecość; należało atakować, jeśli chciało się przetrwać i to samo zrobiła tym razem. Poddała się impulsowi, chęci skrzywdzenia tego człowieka i pozostawienia po sobie pamiątki na jego policzku. Gdyby się nie wycofał, zrobiłaby to bez zawahania. Speszony obecnością trzeciej osoby, zrezygnował ze swojego planu, wycofując się w cień, a Isobel — choć odetchnęła z ulgą — musiała zmierzyć się z bolesnym rozczarowaniem. Adrenalina i niepewność zmieszały się z przyjemnością, wywołując w niej ambiwalentne uczucia. To nie było miasto, które znała. Było obce. Tutaj musiała zadbać o swoją pozycję w hierarchii, zawalczyć o nią, abo wyrwać siłą.
Najchętniej zrobiłaby obydwa naraz. Odkąd się przeprowadziła, spędzała najwięcej czasu w swoim pokoju. Rzadko z niego wychodziła i bardziej niż współlokatorkę, przypominała zjawę nawiedzającą mieszkanie, która pojawiała się w kuchni wieczorami i czasem za dnia, by sprawdzić, czy wszystko było na miejscu. Miała wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć o swojej przyszłości. Dostała szansę, choć o nią nie prosiła. Czy powinna spróbować ją wykorzystać, czy może zignorować i pozostać tą samą, problematyczną Isobel, którą wszyscy znali? Tutaj nie miała nikogo. Zaczynała od nowa i czuła się w tej nowości zagubiona — przerażona tym, co mogło ją tutaj spotkać. Nie martwiła się o własne życie. Nie była przerażona tym, że ktoś z przeszłości ją znajdzie i zniszczy. Prześladowała ją obawa o ponowną utratę własnej osobowości na rzecz wykreowania nieznanej istoty. Ludzie pod wpływem miasta i innej społeczności się zmieniali, a ona nie była aż tak gotowa na zmiany. Zamierzała o siebie zawalczyć, nawet jeśli ta droga miałaby ją zaprowadzić ponownie do piekła. W tym dzikim, nasączonym nienawiścią spojrzeniu, było coś niepokojącego — coś, co sprawiało, że trudno było odwrócić wzrok. Nie była to już zwykła złość, lecz chłodna, niemal obsesyjna intensywność, jakby pod cienką warstwą opanowania kryło się coś zdolnego do wybuchu. Isobel Cameron była tykającą bombą, rozjuszonym stworzeniem skłonnym zaatakować każdego, kto odważył się zakłócić jej spokój.
Pytanie zadane przez mężczyznę zmusiło ją do przekrzywienia głowy w irracjonalnie rozbrajającym geście, tak cholernie niepodobnym do wsuniętych w kieszenie dłoni i wzroku przepełnionego niechęcią. Ten gest mógłby dodać jej kobiecego uroku, gdyby faktycznie odznaczała się tą delikatnością. Ale nie. Daleko było jej do delikatnej i czarującej; chyba, że ta miniaturowość miałaby się skrywać pod iście szatańskim urokiem.
— Nie obchodzi mnie to — rzuciła z bezczelnością godną anarchistki rzucającej zapałkę w skład prochu. Przestąpiła z nogi na nogę, z nadzieją, że mężczyzna po usłyszeniu tej nieprzyjemnej uwagi po prostu machnie ręką i odejdzie. Ale nie. On został i zadał następne pytanie, niemalże przyszpilające, zmuszające ją do rozwinięcia wypowiedzi.
— To zależy, co ci imponuje. Jeśli odczuwasz masochistyczną chęć wysłuchiwania o nienawiści do świata i o tym, co najchętniej by mu zrobiła... Może ci to imponować. Jeśli odczuwasz dyskomfort na myśl o tym, że noszę przy sobie nóż i daję się obmacywać obcemu typowi z nadzieją, że uda mi się zrobić mu krzywdę, powinno cię to niepokoić — wyznała niechętnie, mówiąc tonem tak obojętnym, jakby mówiła o pogodzie, a nie o nieszczęściu, które mogłoby się komuś przytrafić, gdyby nie obecność Jude. — Którym typem jesteś?


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
you're not the only lonely man. Being free always involves being lonely. Just there is a mask you can peel off and another you can not
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Znał bardzo dobrze to uczucie - p u s t k ę - gnającą sennie niepewność która ziajała niczym przegrzane zwierzę, znał bardzo dobrze ten sposób patrzenia na sytuację, wyblakły, zza ciemnej szyby, znał bardzo dobrze wszystko, co w pierwszej, dostępnej chwili zdawało się być największym wyzwaniem do zrozumienia. Nie oznaczało to, mimo tego, że czuł się w danym momencie jak u siebie. Coś ciągle mu przeszkadzało, sterczało jak wyrok drzazgi, coś ciągle było nie tak, zaczęło się nagle mieszać, niewiedza, ciekawość, opór. Rozsądek podnosił alarm, że lepiej iść w swoją stronę. Rozsądek przestawał istnieć. Ulegał teraz wrażeniu, że jego oddech posiadał w tej chwili obcy, zupełnie odrębny ciężar. Mógł poczuć niemal jak osuwa się niczym bezwładna masa wypadając przez linię jego ust. Czy bał się? Trwał w niewygodnym, oplatającym go w węzłach zawieszeniu. Doskwierał mu ciągły ucisk - wyrzucał sobie, stanowczo zbyt wiele razy, że powinien się obawiać, kiedy dostrzegał określone sytuacje, strach mimo tego wałęsał się po nim jedynie powierzchownie jak mały strudzony owad łaskoczący krawędzie jego skóry. Nie lubił tego nazywać zwyczajną obojętnością, bo sądził, że wszystkie te kłopotliwe epizody, jakich był do tej pory świadkiem, nie były mu w tym prostackim znaczeniu obojętne. Większość z nich poznał w pracy, na tyle specyficznej, że mogła wpłynąć na sposób, w jaki odbierał świat, nawet gdy nie znajdował się w szpitalu. Nie mógł sobie pozwolić, aby pozostać biernym.

Nie mógł. Dlatego działał.
Dlatego wciąż tutaj był.

- Żadnym z tych przedstawionych - odpowiada, nie poświęcając zbyt wiele czasu na przerwę zastanowienia. Nie dlatego że chciał w tym momencie poczuć się wyjątkowy - dlatego że chciał być szczery. Miał własny, odmienny pogląd. Miał własne, inne potrzeby. Spokojny, wygładzony na zewnątrz, nie pozwalając, by rozpaść się od środka. Gdzie mógł schować obawę przed jej nożem?
- Jestem po prostu typem, który dostrzega, że nie jest to pierwsza taka sytuacja w twoim życiu - dzieli się obserwacją. Jestem osobą, która potrafi to doskonale zauważyć i może powinienem się zmartwić, może powinienem zaczynać ci teraz współczuć, mówić coś, co w tych chwilach powiedzą porządni ludzie… - ale tego nie powiem, bo nigdy nie miałem siły i chociaż chęci udawać, nie sądzę też, że tego w danym momencie potrzebujesz.
Odwrócił głowę przed siebie, spoglądał w przełęcz ulicy, gdzie świecą łuski latarni, gdzie palą się czoła szyldów, gdzie tlą się okna, zaznaczając tym samym ślad prostej, nasączonej czuwaniem obecności. Nie opuszczając wzroku, rzucił:

- Zabiłaś kiedyś człowieka? - bezbarwnie, tak, jakby chciał się dowiedzieć, która była godzina. Godzina próby i błędów.

Isobel Cameron
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”