-
nadal lubię starego coldplay'a, barman tu puszcza chujową muzę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mogła się spodziewać, że kobieta również nie przepada za Gregiem. Właściwie zdziwiłaby się szczerze, jeśli byłoby inaczej. Czy w ogóle w Pinewood był ktoś, kto go lubił? Nie dawał nikomu dojść do głosu i zawsze miał najgorzej ze wszystkich. Okropny człowiek.
— A uważasz, że zasłużyłaś, żeby znaleźć się na tej liście? — uniosła wysoko brwi, jakby samą siłą umysłu chciała sprawić, że Paris po prostu się domyśli o jej braku sympatii. Na razie jednak żyła sobie w błogiej nieświadomości i Babe jakoś nie kwapiła się do tego, żeby wyprowadzić ją z błędu.
Te żarty kompletnie do niej nie przemawiały. Najwyraźniej miały totalnie rozbieżne poczucie humoru. Seaton pewnie nie rozpoznałaby sarkazmu, stając z nim twarzą w twarz. No właśnie, nawet teraz siedziała naprzeciwko Laroche, która bez przerwy ironizowała, a ona nie potrafiła tego wyłapać. Nic dziwnego, że nie bawiło ją nic z tego, co mówiła. I nic dziwnego, że zareagowała na to jedynie krzywym uśmiechem.
Zmrużyła oczy, przyglądając się jej podejrzliwie. Czy stwierdzenie, że była utalentowana, to również ironia? Nie, niemożliwe. Babe zdawała sobie przecież sprawę ze swoich zdolności. Gdyby nie one, nie dostałaby propozycji żadnych ról!
— To samo mogę powiedzieć o tobie — powiedziała, ale nie z grzeczności i dlatego, żeby odwzajemnić komplement. Naprawdę uważała, że Laroche była zdolna. Mogły nie nadawać na tych samych falach i diametralnie różnić się od siebie pod wieloma względami, ale jej ująć talentu. — Jak widać, potrafisz odnaleźć się w każdej postaci — dodała z myślą o Zefirze, która - w przeciwieństwie do Paris - była ekspresyjną ekstrawertyczką. To właśnie dlatego Seaton uważała, że znacznie lepiej odnalazłaby się w tej roli, ale może reżyser chciał wykrzesać z nich coś nowego, stąd gen wybór?
Idąc śladami kobiety, również podniosła się z miejsca. Nie omieszkała jednak parsknąć śmiechem. Paris naprawdę nie musiała aż tak się starać. Ewidentnie przesadzała z byciem miła.
— Trochę się zapędzasz — stwierdziła, kiedy już odniosły naczynia. — Podejrzewam, że w tym roku trafi ci się jeszcze co najmniej dziesięć znacznie lepszych projektów. I to takich, w których nie trzeba śpiewać — uśmiechnęła się trochę pobłażliwie. W przeciwieństwie do Paris, ona lubiła śpiewać. To był w zasadzie jeden z powodów, dla których zgodziła się dubbingować tę animację. Szkoda tylko, że jakoś bardziej nie zagłębiła się w temat i wcześniej nie dopytała, z kim przyjdzie jej współpracować.
— Idę jeszcze zapalić — oznajmiła, wyciągając ze swojej torebki elektrycznego papierosa. Normalne fajki rzuciła dawno temu, zanim zdążyła się na dobre rozpalić. E-papierosy miały to do siebie, ze nie śmierdziały i miały pyszne smaki. Seaton miała dwa ulubione - o smaku coli i taki, co smakował jak lodowy arbuz. Czy to była sugestia, że Paris, jeśli miała ochotę, może jej towarzyszyć? Pewnie tak.
Paris Laroche
-
Przyszłaś się tu ruszać czy wyglądać?
Ci chłopcy są i tak na jeden strzał
Na parkiet trzeba ich wyciągać
Może gdyby ten DJ lepiej grał
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobwaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie wydaje mi się, żebym zasłużyła — zaczęła ostrożnie, ważąc wszystkie słowa na języku. Nie chciała się w tym momencie wyrazić nieprecyzyjnie.
— Liczniejsi są od włosów mej głowy nienawidzący mnie bez powodu — zacytowała miękkim tonem. Księga Psalmów nigdy nie zawodziła, gdy trzeba było zabrzmieć mądrze. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że żartowanie w towarzystwie Seaton niespecjalnie działa i raczej powinna odpuścić. Machnęła ręką lekceważąco, jakby chciała wymazać własne słowa. Nadal nie była pewna, czy kobieta wpisała ją na tę listę czy nie. Odpowiadanie pytaniem na pytanie raczej nie sprawiało, że rozmowa stawała się bardziej klarowna. Ale trudno, najwyżej będzie musiała się przyzwyczaić do trwania w tej niewiedzy.
— Dziękuję, staram się teraz w to wierzyć podwójnie. — Skinęła głową w geście wdzięczności. Bycie docenionym zawsze było miłe. Nie podejrzewała Seaton o zbędną kurtuazję, jej komplement musiał być szczery. A zresztą! Czemu miałaby kłamać? Przecież Paris doskonale zdawała sobie sprawę, że jest dobra w swojej pracy. Wiele fundamentów jej jestestwa zostało ostatnio podkopanych, ale było kilka faktów, których trzymała się kurczowo i nie zamierzała puścić. Jednym z nich była praca w dubbingu. Miała talent i śmiało z niego korzystała, ciągle rozwijając się w zawodzie. Przecież teraz zaoferowano jej jedną z głównych ról w nowej animacji. Studio musiało doceniać jej zdolności równie żywo, co ona sama i co Babe.
— W przeciągu następnych miesiący pewnie tak, ale na ten moment ten jest na szczycie rankingu. Może po prostu miałam kiepski początek roku — doprecyzowała. Zdecydowanie zima była dla niej okropna i najchętniej zapomniałaby o niej na zawsze i najlepiej natychmiast. Nie miało to nic wspólnego z pracą w dubbingu. Nie miała jednak ochoty się nią w międzyczasie cieszyć. Nadal trochę brakowało jej energii, by zrobić to tak, jak należy, ale była na dobrej drodze. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— W środku pracy? Zazdroszczę odwagi. — Ruszyła za nią, choć nie miała zamiaru palić. Nawet nie miała czego. Papierosy były bardzo kuszącym nałogiem, ale nie wpływały dobrze na głos. A przecież głosem zarabiała na życie. Zatrzymała się obok dziewczyny i wsunęła ręce do kieszeni. Obserwowała, jak Babe zaciąga się elektronicznym papierosem, zastanawiając się, czy ten substytut faktycznie działał tak, jak próbowały wmawiać to wszystkie reklamy. Już drugi raz tego dnia miała ochotę zajarać. Zacisnęła usta w wąską linię i skarciła się w myślach. Nie będzie wracać do nałogu w tak losowej sytuacji, przecież to głupota. Musiała się jednak czymś zająć. Wyjęła z kieszeni telefon i odpaliła Pokemon Go. Dobrze, że stały akurat niedaleko Pokestopa, którym mogła zakręcić i złapać przy nim kilku frajerów.
— Chociaż może oceniam niesprawiedliwie, bo moja obsesja dotyczy tych staromodnych — dodała, podnosząc wzrok na Seaton znad telefonu. Może elektroniczne nie wpływały na głos aż tak źle? Może powinna poprosić o buszka? Cóż złego może zrobić jeden buszek? Ach, nie. Ogarnij się, Laroche.
babe seaton
-
nadal lubię starego coldplay'a, barman tu puszcza chujową muzę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie wiem, co to, ale brzmi, jakbyś to przed chwilą wymyśliła — odparła szczerze. Czy Seaton wyglądała na taką, która zaczytywała się w Biblii? Niekoniecznie. I faktycznie dalej, nie wyjaśniła się jasno, czy wrzuciła kobietę na krótką listę znielubionych ludzi. Ale czy to miało jakieś znaczenie? Laroche nie wyglądała na taką, która specjalnie się tym przejmowała.
Zejście na tematy pracy było bezpieczne. Obie mogły wtedy zachować się profesjonalnie. Babe nie zamierzała ujmować koleżance po fachu talentu i zaangażowania. Mogła za nią nie przepadać, ale potrafiła dostrzec, że ktoś był w czymś dobry. A może nie powinna jednak tak podbudowywać jej ego? W zasadzie na tej płaszczyźnie również powinna jej nie trawić, w końcu niejednokrotnie przyjdzie im rywalizować o jakieś role. Świat dubbingu nie był aż taki wielki i nie zawsze udawało się załapać do dobrego projektu.
— Musiał to być naprawdę fatalny początek roku — parsknęła pod nosem. Sama nie skategoryzowałaby Zefiry i Miasta Złamanych Dźwięków do projektów, które fabularnie na długo zapadną jej w pamięć. Ale pewnie przez Laroche jeszcze długo o niej nie zapomni. — Miałaś zły miesiąc? Kwartał? Życie? — zapytała, wyciągając z torebki e-papierosa i zaciągnęła się nim porządnie. Kłębiasty dym uniósł się nad ich głowami i zaraz został porwany przez lekki powiew wiatru. Wiosna nie była jeszcze aż tak ciepła, ale dało się wyczuć znaczącą różnicę między tym, co teraz, a tym, co było jeszcze kilka tygodni temu.
— A co? Ktoś może mnie przyłapać i trafię na dywanik do dyrektora? — zadrwiła, biorąco kolejnego bucha. Palenie nigdy w żaden sposób nie wpłynęło na jej gardło. Dbała o struny głosowe, odpowiednio je nawilżając i stosując rozmaite płukanki ziołowe. poza tym nie paliła aż tyle, żeby jakkolwiek odczuć tego skutki. Może odbije jej się to czkawką na stare lata, ale kto by się tym przejmował?
— Te staromodne dawno odeszły do lamusa. Coraz więcej ludzie sięga po te, które nie cuchną jak stary kapeć. Powinnaś spróbować — wzruszyła ramionami. Nie miałaby większego problemu, żeby podzielić się z Paris. Dzieliła łożysko z bratem bliźniakiem, więc można powiedzieć, że dzielenie się miała we krwi. W każdym razie, wystarczyło poprosić. — Pokemony? — zerknęła na nią trochę zbyt oceniająco. — Tak gra jeszcze się nie wypadła z obiegu? Który masz poziom? Milionowy? — zapytała, podejrzewając, że kobieta grała to nałogowo i od bardzo dawna.
Paris Laroche
-
Przyszłaś się tu ruszać czy wyglądać?
Ci chłopcy są i tak na jeden strzał
Na parkiet trzeba ich wyciągać
Może gdyby ten DJ lepiej grał
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobwaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Gdyby tak było, pewnie byłabym wyjątkowo bogata. To fragment z Biblii — wyjaśniła uprzejmie. Napisanie książki, która będzie tak poczytna i tak mocno wpłynie na większosć planety, to byłoby coś. Szkoda, że Paris nie miała talentu pisarskiego, bo mogłaby chociażby spróbować. Kto wie, może nagle to ona stałaby się jedną z ważniejszych figur na świecie? Papież to przeżytek, najwyższa pora na nowe głowy kościołów, które będą miały do powiedzenia na świecie tyle samo, co głowa Stolicy Apostolskiej.
Zamyśliła się nad jej pozornie prozaicznym pytaniem. Wiedziała, że Babe nie oczekiwała w tym momencie żadnych zwierzeń, nie była przecież aż tak durna. Trudno było jej jednak podejść do tego tematu z lekkim sercem, skoro od pewnego czasu ten okrutny pech tak ją męczył.
— Pół roku — skorygowała ją, na moment uciekając wzrokiem gdzieś na bok. Od razu poczuła spięcie w mięśniach i paskudny ucisk w żołądku. Niepotrzebnie pozwalała sobie na takie myśli w trakcie pracy. Uciekała przecież do studia, żeby odpocząć. Tutaj wszystko było jasne i proste, radziła sobie bez większych problemów. Całkowicie na odwrót niż w domu przy jej partnerce. Nie znalazły z Zarą żadnej metody, by wykaraskać się z doła, w jakiego obie wpadły. Laroche była właściwie pewna, że tylko go pogłębiały. Zamrugała nerwowo, odsuwając od siebie te wszystkie emocje. Zajmie się nimi kiedy indziej. Wyprostowała się nieco, bo miała wrażenie, że ten smutek, który nagle ją napadł, przygniótł ją niemalże do ziemi.
— Bardziej chodziło mi o męczenie gardła. Te staromodne tak działały. — Pokręciła głową na znak, że nie ma ochoty testować papierosów, którymi aktualnie rozkoszowała się Seaton. No dobrze, to nie do końca tak. Miała cholerną potrzebę zapalić. Skręcało ją od środka. Nikotynowy głód piszczał w jej głowie, jakby przesuwał pazurami po tablicy kredowej. Ale gdyby poddała się przy pierwszym lepszym smutnym dniu, to byłaby sobą bardzo zażenowana. Musiała być twarada.
— Mam 69 level, bo niedawno podnieśli maksymalną pulę do 80. Właściwie to Pokemony wracają teraz do łask. Chętnych do grania nie brakuje. Właściwie to ostatnio był taki event, w którym... — zawiesiła głos na wdechu, zdając sobie sprawę, że trochę się rozpędziła. Zaczęła jej opowiadać o grze z wyraźnie rosnącym entuzjazmem, ale to przecież był jakiś skrajny kretynizm. Nie dość, że pytania zadanie przez aktorkę były prawdopodobnie retoryczne, to na bank nie są w relacji, w której mogą opowiadać sobie nawzajem o aktualnych zajawkach, a ta druga będzie je doceniać, nawet jeśli będą dla niej niezrozumiałe. Odchrząknęła nerwowo, próbując zmyć z siebie uczucie zażenowania. Skupiła się na ekranie telefonu, na którym próbowała właśnie złapać Whirlipede. Niestety stwór jej zwiał, bo rzucała z tego wszystkiego iście chujowo. Westchnęła ciężko i schowała telefon do kieszeni. Niczego mądrego w tym momencie przecież nie wskóra.
babe seaton
-
nadal lubię starego coldplay'a, barman tu puszcza chujową muzę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie skomentowała tego. Pokiwała jedynie głową, udając, że rozumie. Nie rozumiała. Może byłoby inaczej, gdyby wychowano ją w wierze? Może nawet odnalazłaby z Laroche wspólny język i do bladego świtu dyskutowałyby o Bogu?
— Pół roku podłego życia — zamyśliła się na głos, przyglądając się kobiecie spod zmrużonych powiek, jakby chciała wywiercić jej dziurę w głowie i dokopać do szczegółów. — To całkiem sporo — dodała, ostatecznie nie wnikając w detale. To nie była jej sprawa, a one nie były blisko. I nie będą. Seaton nawet nie zwróciła uwagi na smutek, który wkradł się na twarz Paris. Ale czy ona nie wyglądała tak właściwie cały czas? Trudno stwierdzić. Kiedy żartowała, również wyglądała zbyt poważnie, dlatego ciężko było wyłapać, że żart faktycznie był żartem.
Wzruszyła lekko ramionami. Niespecjalnie przejmowała się skutkami palenia. Ale ciężko przejmować się czymś, co ją nie dotyczyło.
— Nie kopcę aż tak często, żeby zdzierać sobie gardło — wyjaśniła, biorąc kolejnego bucha. — To znaczy, w ciągu dnia. I zawsze wychodzę na zewnątrz. Albo chociaż na balkon. Gdybym paliła w pomieszczeniach, pewnie sięgałabym po papierosa za każdym razem, kiedy siadam na kanapie — wypuściła dym kącikiem ust. Pokusa palenia w domu była naprawdę ogromna. Co innego, jeśli jarałaby zwykłe, śmierdzące szlugi, wtedy nie byłoby wyjścia i - o ironio - trzeba byłoby wyjść z domu.
W młodości lubiła Pokemony. Zresztą kto ich nie lubił? Oglądała wszystkie odcinki, grała z bratem na Game Boyu i zbierała karty. Chyba nawet nadal miała gdzieś schowany segregator z kolekcją. Czasami na TikToku wyświetlały jej się filmiki, w których ludzie pytani o swoje ulubione stworki tłumaczyli, czy to zielona, czy jednak czerwona flaga.
— Jaki event? — dopytała po chwili, unosząc urządzenie do światła, żeby sprawdzić, jak dużo liquidu jeszcze zostało. Na dzisiaj starczy. — Mama nie nauczyła cię, że jak już zaczyna się coś mówić, to trzeba dokończyć? — w jej głosie wybrzmiało jej lekkie rozbawienie. Nie prosiła się od zdawanie relacji, ale reakcja Laroche sprawiła, że parsknęła pod nosem zduszonym śmiechem.
Paris Laroche
-
Przyszłaś się tu ruszać czy wyglądać?
Ci chłopcy są i tak na jeden strzał
Na parkiet trzeba ich wyciągać
Może gdyby ten DJ lepiej grał
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobwaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie przeraża mnie półtora procent — przyznała szczerze. Trochę inaczej miała się sprawa ze wzrokiem, którym świdrowała ją Seaton. To było nieco stresujące. Czuła się oceniana i w jakiś pokrętny sposób obnażana. Niczego konkretnego jej nie powiedziała, a przede wszystkim nie miała się czego wstydzić, ale... i tak czuła się dziwacznie. Poczuła przypływ ciepła na karku, jakby ktoś znowu wyciągał ją na siłę do tablicy na lekcji, na którą nawet nie planowała się niczego uczyć. I znowu ktoś oceni jej kompetencje, a potem uzna, że nadaje się wyłącznie do habitu, mówiąc to w taki sposób, jakby to była obraza. Paskudne wspomnienie, na które w ogóle nie miała ochoty. A już na pewno nie w towarzystwie Babe. Na szczęście po chwili odpuściła sobie wiercenie jej dziury w głowie, dzięki czemu Laroche mogła odetchnąć z ulgą.
— Doskonale to rozumiem. W pomieszczeniu zdecydowanie łatwiej przypalić sobie koc niż na balkonie. — Zmarszczyła brwi, analizując, w którym z koców zrobiła dziurę. Jak to zwykle bywało, przypomniała sobie niemal od razu. Wykorzystywała tę ponadprzeciętną pamięć w naprawdę bezużyteczne sposoby. Pomyślała o kocu z wielkim jeleniem, który Zara przywiozła do ich mieszkania z rodzinnego domu. Była naprawdę wściekła, gdy odkryła dziurę. Trudno powiedzieć, czemu. Czy to kwestia sentymentu? Laroche miała wrażenie, że materiał przesunąć się po jej skórze. Nie był miękki. To jeden z tych ciężkich, chropowatych koców pod którym możesz kurować się w domu u babci. Nigdy nie służył jej do relaksu. Nie byłoby jej szkoda, gdyby spłonął cały. Ale Zarze pewnie by było. No i przy tak dużym ogniu pewnie ucierpiałaby też Paris, co na pewno nie umknęłoby uwadze jej partnerki. I pewnie nawet byłoby jej przykro. Chyba? Nie no, na pewno tak. Nie mogła sobie wmawiać, że jest inaczej.
— Jakoś jej to umknęło. — Wzruszyła ramionami. Nie przypominała sobie takich lekcji od matki, ale może gdyby pożyła jeszcze chociaż kilka lat, to zdążyłaby o czymś takim wspomnieć? Laroche nie lubiła gdybać w ten sposób. Nie istniała przecież żadna opcja, by mogła potwierdzić swoje przypuszczenia.
— Wiosenny maraton. Mnóstwo bonusów za chodzenie i wyjątkowo urocze shiny — dokończyła, czując się w obowiązku jednak doprecyzować. Nie była pewna, czy Babe naprawdę oczekuje takiej odpowiedzi, ale po prostu musiała się odezwać. Nie lubiła zawieszać takich spraw w próżni. Westchnęła krótko, znów czując, jak łapie ją za kark stres. Ta kobieta nie działała na nią zbyt kojąco. Spojrzała na papierosa, którego właśnie chowała i skinęła głową. Ruszyła z powrotem w stronę studia. Teraz tylko trzeba było dokończyć dzień nagrań i może zyska jakąś szansę na relaks w domu.
babe seaton
-
nadal lubię starego coldplay'a, barman tu puszcza chujową muzę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak nie przeszkadzało jej to w wewnętrznej ocenie. Taka już była. Patrzyła na ludzi i szybko dopisywała im pierwsze wrażenia, które później trudno było skorygować. Nie była to z jej strony złośliwość ani świadome
— Tym nie da się niczego przypalić — poklepała się po kieszeni, do której wcisnęła urządznie. —Chyba że ktoś spróbuje go używać w sposób niezgodny z przeznaczeniem. Albo zbyt długo zostawię go pod ładowarką, wtedy trochę się nagrzewa — poprawiła się po chwili, ale czy to faktycznie mogło wywołać ogień? Trudno stwierdzić. — Dlatego nie palisz? Masz tendencję do fajczenia koców? — w oczach Babe pojawiło się lekkie rozbawienia. Nie wyglądała na taką, co lubi (za)dymy i wznieca pożary.
No tak, mogła przypuszczać, że to kwestia wychowania. Ojcowie Seaton zawsze suszyli jej głowę, kiedy zaczynała wypowiedź i urywała ją w połowie zdania, stwierdzając nagle, że to nie było aż takie znaczące. Zwłaszcza Lenny, który również był aktorem. On miał do tego szczególną cierpliwość i szczególny brak cierpliwości jednocześnie. Według niego to była kwestia szacunku do rozmówcy. Albo mówisz, albo nie mówisz wcale, powtarzał jej nieraz, kiedy Babe znowu milkła, jakby nagle uznała, że to, co miała powiedzieć, jednak nie jest warte wypowiedzenia na głos. Skoro zaczęłaś, to znaczy, że to było ważne na tyle, żeby to powiedzieć. Szybko nauczyła się dwóch rzeczy. Po pierwsze, że Lenny i tak dokończy myśl za nią, jeśli będzie trzeba. Po drugie, że jeśli zaczyna mówić, to lepiej doprowadzić to do końca, bo inaczej ktoś natychmiast ją z tego rozliczy.
— Mam rozumieć, że za te bonusy przeszłaś całe Toronto wrzesz i wzdłuż? — zerknęła na nią z ukosa, kiedy wracały do studia. To nie była złośliwość, a tylko zwykła ciekawość. Pewnie nawet wścibskość, bo Laroche nie była skora rozwinięcia wypowiedzi. Ale dlaczego miałaby być? Jedyne, co miały, to wspólną robotę do wykonania. I lepiej, żeby uwinęły się z nią prężnie, zanim obie uznają, że przebywanie w swoim towarzystwie jakoś im nie służy, a Babe znajdzie sześćdziesiąt dziewięć powodów, żeby całkiem znielubić nie tylko Paris, ale i animację, nad którą pracowały.
Paris Laroche
-
Przyszłaś się tu ruszać czy wyglądać?
Ci chłopcy są i tak na jeden strzał
Na parkiet trzeba ich wyciągać
Może gdyby ten DJ lepiej grał
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobwaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie palę, bo uznałam, że to moment w życiu, w którym powinnam pozbyć się chociaż jednego nałogu. Opierdol, jaki dostałam po wypaleniu w kocu dziury, był tylko dodatkową motywacją — wyjaśniła, nie wdając się w szczegóły. Seaton przecież nie musiała znać przebiegu tamtej rozmowy. Ani nawet wiedzieć, z kim konkretnie się odbyła. To nie tak, że Laroche jakkolwiek próbowała nie przyznawać się do Zary. Wręcz przeciwnie. Była z niej dumna na każdym kroku i nie potrafiłaby jej nie doceniać. Od pewnego czasu jednak rozmawiało jej się o niej tak samo trudno, jak z nią. Uznała, że wymijanie tematu będzie prostsze niż desperacka walka z ogarnięciem tego. Problem był przecież skomplikowany i nie da rady rozwiązać go w kilka myśli lub nawet dni. Na pewno kiedyś wróci do swobodniejszego opowiada o tym, w jaki sposób patrzy na nią Zara. Może w momencie, gdy przestanie patrzeć akurat w taki sposób? No to se jeszcze poczeka.
— Poniekąd. Mieszkamy w naprawdę ładnym mieście, wiesz? — rzuciła, przepuszczając ją w drzwiach do budynku. Znowu niepotrzebnie zaryzykowała z tym żartem. No trudno. Odruchowo przesunęła wzrokiem po jej sylwetce, gdy mijała ją w progu. Światło w studiu raczej nie sprzyjało bliższym oględzinom, wiele szczegółów mogło tam umknąć, bo najważniejsze były strony z tekstem. Nie miała pojęcia, czego konkretnie w niej szuka. I czy w ogóle czegoś? A może po prostu korzysta z faktu, że Bóg dał jej wzrok i postawił na drodze kogoś, na kogo można spojrzeć?
— O, jesteście. No to śmiało, śmiało. Czekamy jeszcze na Maxwella i możemy kontynuować — wyjaśnił Vinnie, gdy weszły do studia. W środku faktycznie nie było jeszcze jednego z technicznych. Paris skinęła głową na znak, że zgadza się poczekać i zajęła miejsce przy swoim pulpicie. Przesunęła wzrokiem po treści następnych scen, które miały zagrać. Praca, która została im na dziś, nie sprawiała wrażenie bardzo skomplikowanej. Nie będą musiały się dzisiaj za dużo wydzierać, to już coś. Reżyser zostawił to pewnie na początek kolejnego dnia. Powinny być już wkręcone w klimat, ale jeszcze nie wymęczone.
W końcu w pomieszczeniu pojawił się Maxwell i mogli zacząć. Wysłuchała w skupieniu nowych uwag reżysera i zajęła się robotą. Kwestie były teraz najważniejsze. Wypowiadała je, starając się wcielić w postać jak najlepiej. Dotrzeć do jej rysunkowych trzewi i jakkolwiek się z nią zespolić. Nadal nie patrzyła w trakcie mówienia na Seaton. Nie spoglądała też na tekst. Wystarczyło jej przecież, że przeczytała go raz i odruchowo zapamiętała zdecydowaną większość. W drugiej połowie dnia nagrywek czuła się lepiej. Pewniej. Miała wrażenie, że pracuje sprawniej, teksty brzmią naturalniej, a Vinnie jest bardziej zadowolony. Cierpliwie czekała w każdym momencie, gdy przychodziła kolej na dłuższe wypowiedzi Babe. Analizowała jej podejście do pracy i głos, nie dając jednak żadnych werbalnych uwag. To były przecież jej decyzje.
— Byłyście cudowne jak zawsze! To co, fajrancik? Więcej już dzisiaj z nikogo nie wyciśniemy, nie warto się przepracowywać — zawołał radośnie reżyser, podnosząc się z miejsca, jakby miał zamiar od razu wybiec ze studia. Paris skinęła głową i przestała zwracać na niego uwagę. Skupiła się na ogarnianiu własnych rzeczy wokół. Schowała scenariusz do torby, uważając, by nie zagnieść choć milimetra strony.
babe seaton
-
nadal lubię starego coldplay'a, barman tu puszcza chujową muzę
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Przynajmniej teraz nigdy nie wypalisz już dziury w kocu — rzuciła pokrzepiająco, bez wnikania w szczegóły. Paris mogła dostać opierdol od każdego - od rodziców, męża, starszego brata albo od właściciela mieszkania, który zostawił narzutę w lokum. To nie zmieniało faktu, że opierdol został zebrany i miała na przyszłość nauczkę. — Ale jeśli już zaczniesz wracać do papierosów, spróbuj jakiejś alternatywy. Wtedy będziesz mieć gwarancję, że nie puścisz mieszkania z dymem — zasugerowała i skinęła głową w podzięce za przepuszczenie w drzwiach. Wbrew pozorom, Babette była prawdziwą damą i doceniała takie gesty. Lubiła być traktowana jak księżniczka? Bo kto nie lubił? Chyba tylko jakieś kobiety niespełna rozumu.
Toronto było pięknym miastem. Nawet, jeśli bardzo by chciała, nie mogła nie zgodzić się z Laroche. I chociaż rodzina Seatonów mieszkała tutaj od zawsze, Babe na każdym kroku odkrywała nowe miejscówki, które wprawiały ją w zachwyt. A standardy miała dość wysokie i niełatwo było ją zaskoczyć byle czym.
— Zdążyłam zauważyć — przytaknęła, kiedy zmierzały do prosto do studia nagrań. Nie zerkała na nią ukradkiem, zdążyła jej się przyjrzeć, kiedy były na zewnątrz. I w kiedy stały przy pulpitach. Poza tym czasami mijały się na korytarzu, więc wiedziała, jak Paris wygląda. Nie oznaczało to jednak, że analizowała każdy szczegół. Raczej rejestrowała ją mimochodem. To, jak się porusza, jak się zatrzymuje i jak reaguje na ludzi wokół. Albo jak układają się jej usta, gdy wczuwała się w rolę. Tego typu rzeczy same układały się w obraz, nawet jeśli nie poświęcała im świadomej uwagi.
Na wieść o tym, że Maxwella jeszcze nie ma, Seaton uniosła brew. Nie tylko ona miała tendencję do spóźnialstwa, ale tylko ona za to obrywała. No dobrze, to może zbyt mocne słowa, ale miała też tendencję do nadmiernego wyolbrzymiania.
W studiu szybko wrócił znajomy rytm pracy. Między jedną a kolejną sceną słychać było szum sprzętu i przerzucanie kartek scenariusza. Dialogi płynęły w stałym tempie, a ona dopasowywała się do nich bez zbędnych korekt, wyczuwając momenty, w których trzeba było przyspieszyć albo przycisnąć emocję. Vinnie od czasu do czasu zatrzymywał je i prosił o powtórzenie sceny, tłumacząc, że było dobrze, ale zawsze może być jeszcze lepiej. Obie trzymały poziom, a kwestie zaczynały brzmieć naturalnie. To pewnie przez to, że wcześniej pracowały na prawie puste żołądki. Sama Babe nie siliła się na przesadę. Wchodziła w emocje tam, gdzie trzeba było je podbić, ale bez przeciągania. Musiała to jakoś wyważyć. Między ujęciami panowały krótkie pauzy - łyk wody, poprawienie słuchawek, szybkie spojrzenie na scenariusz. Nikt nie tracił czasu na zbędne rozmowy, bo każdy zrobić robotę i pójść do domu. Z czasem nagrania zaczęły płynąć jeszcze sprawniej. Powtórki zdarzały się rzadziej, a reżyser częściej tylko kiwał głową, dając znak, że mogą iść dalej.
— Dzięki, Vinnie. Praca z tobą to sama przyjemność! — uśmiechnęła się do niego, na co mężczyzna odpowiedział tylko machnięciem ręki, nieco speszony komplementem. Zaraz jednak zgarnął swoje rzeczy i tyle go widziano.
Seaton również upchała swoją torebkę i zarzuciwszy ją na ramię, odwróciła się do Paris. Jej również chciała podziękować za dzisiejszy dzień, ale ostatecznie darowała sobie takie ckliwe teksty.
— To do zobaczenia... chyba pojutrze, co nie? — odruchowo wyciągnęła telefon, żeby spojrzeć na rozpiskę następnych nagrywek. — Tak, w środę — przytaknęła samej sobie, a kiedy Laroche pożegnała się w podobny sposób, opuściła zarówno studio, jak i budynek, żeby udać się do domu na należyty odpoczynek.