Oficjalna wersja Charlotte była po prostu żeńskim odpowiednikiem jej brata — n u d a. Wendy pewnie się to nie stykało w myślach, no bo ona była sobą praktycznie cały czas, nawet podczas zmiany w przedszkolu. Okej, trzeba było tam pilnować tonu, ładu i porządku, a także wykazać się większą odpowiedzialnością niż na co dzień, gdzie jest odpowiedzialna tylko dla siebie, ale nie były to jakieś diametralne zmiany w zachowaniu. U Charlotte było chyba nieco inaczej, ale też nie miała pewności, bo w sumie jej nie poznała w imprezowym wydaniu. Znała ją jedynie z opowieści Williama, ale zupełnie nie pasowała do obrazu, który prezentowała aktualnie.
Na słodycze przytaknęła z radością, ale miała do nich słabość, podobnie jak do śmieciowego żarcia i gazowanych napojów. Dziwne, że jeszcze przemierzała ten świat radośnie chuda jak szczypiorek, a nie toczyła się niczym kula śnieżna przybierając na masie. Wysłuchała też słów o swoim bracie zastanawiając się czy im tu przypadkiem podsłuchu nie założył i biedna Charlotte musiała mówić w samych superlatywach. Choć w to wspieranie była w stanie uwierzyć, był jaki był — sztywny i wyglądał jakby był naburmuszony przez większość czasu — ale wsparcia nie można byłoby mu odmówić. Poniekąd ją wychował, kiedy rodzice woleli swoje
bajlando i mieli
magic moment. Przytaknęła więc grzecznie nie krytykując go w żaden sposób, bo o ile on by tu był i mogłaby serwować mu siostrzane wybryki, to jednak podczas jego nieobecności byłoby to zwyczajnie niefajne.
—
No wiesz… naprzykrza — powtórzyła trochę konspiracyjnie i poruszała głową dziwacznie, jakby to miało jej cokolwiek wyjaśnić. No nie wyjaśniało i cholera wie co oznaczało. —
Oj nieważne — dodała uśmiechając się tak słodko, że aż niepokojąco. Potencjalny romans szybko odfrunął z jej głowy po tym, jak Charlotte nie załapała od razu o co chodzi. Gdyby było coś na rzeczy to zaraz by podłapała.
—
A Helga to taka niezbyt urokliwa persona — dla Wendy zwykle były to masywne starsze panie, z wielkim pieprzykiem nad ustami z którego wychodzi włos, pomarszczonymi wargami muśnięty babcinym kolorem szminki i trwałą na głowie. —
Więc twój sąsiad albo ma kiepski gust albo był nieźle napruty, zazwyczaj wtedy podrywa się Helgi — wyjaśniła uśmiechając się uroczo, bo czyżby chodziło o Patela we własnej osobie. No na pewno!
Słysząc o odpowiedniej kurtuazji roześmiała się tak, że chyba zwróciła uwagę wszystkich wokół. Odpowiednia kurtuazja, taaa jasne. —
Daj spokój, to że jestem jego siostrą wcale niczego nie oznacza — różnili się tak bardzo, że aż trudno było tego nie zauważyć na pierwszy rzut oka. Fakt, że Charlotte wciąż się wahała po tych kilku chwilach z nią był przekomiczny.
—
Widzę właśnie, jak ty w szkole cokolwiek ściągałaś? — chociaż pewnie jak miała tak porządną pracę w tak porządnej firmie to była prymuską, a nie ciągnęła jak Wendy po najmniejszej lini oporu. I to nie tak, że była złą uczennicą — wręcz przeciwnie, całkiem niezłą, ale nie przykładała się jakoś szczególnie, a gdy mogła to ściągała.
—
Dzieci? — przekręciła oczami tak, jakby właśnie z wojny wróciła po czym uśmiechnęła się wesoło. —
Fan-ta-sty-czne, serio — zapewniła a ten temat jej siadł tak bardzo, że po prostu zaczęła wyrzucać z siebie lawinę słów zupełnie bez skrępowania. —
Istny czysty chaos, jak zresztą cała praca w przedszkolu — brzmiało niepokojąco, ale Wendy i tak uśmiechała się promiennie jakby ona się w tym chaosie perfekcyjnie odnajdywała. —
Każdy poranek to jak wejście do strefy wojny, gdzie brokat miesza się ze łzami, a rzygi z tęczą. D o s ł o w n i e — kontynuowała opowieść jakby własnie streszczała jej wakacje życia. —
Ostatnio z mojej grupy Krabików taki mały Leo wpadł na świetny pomysł by sprawdzić, czy plastelina smakuje tak jak spaghetti, a kiedy kolega chciał mu ją wyrwać rozpoczęła się bitwa stulecia. Finalnie skończyliśmy z jednym podbitym okiem, trzema ugryzieniami i glutami na mojej bluzce, bo ktoś ich musiał finalnie przytulić, co nie — gluty to podstawa przebywania z dziećmi. —
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że dziesięć minut później siedzieli ramię w ramię dzieląc się chrupkami kukurydzianymi — w przyszłości pewnie wyrosną na Madoxa i Williama 2.0, co to się kłócić będą burzliwie, ale na zgodę zawsze znajdą pięć minut, nawet gdy wokół rozgrywa się chaos.
Gardner była zadowolona ze swojego opisu pracy w przedszkolu, więc upiła łyka kawy i spoglądając na Charlotte w swoim nienagannym stroju uśmiechnęła się uroczo. —
Ogólnie jeśli lubisz jak ktoś krzyczy ci prosto w twarz, że nienawidzi cię do stopnia nieskończonej nieskończoności, a chwilę później wręcza ci stokrotkę oświadczając, że jesteś jego żoną to myślę, że to praca idealna. Ja lubię rollercoaster emocji, więc no fajnie jest — przytaknęła mrugając do Charlotty wesoło nie zdając sobie sprawy, że to co ona nazywa wesołym miasteczkiem dla kogoś może brzmieć jak postapokaliptyczna wizja świata.
Charlotte Kovalski
* Wendy pewnie nastraszyła ją jeszcze dziećmi w przedszkolu, palnęła milion głupstw i nagadała na brata maskę nieodpowiednich rzeczy, po czym opuściła lokal.
K O N I E C