Donnie brought chaos and suspicious confidence.
Donnie nie był zachwycony, kiedy Aurelia zaprosiła go do siebie, żeby poznał jej rodziców. Dla niego to nie było aż na tyle poważne. W ogóle właściwie. Spotykali się już jakiś czas, chodzili razem na imprezy, albo do wspólnych znajomych, a czasem Aurelia pozowała mu do zdjęć, ale...
Chociaż Lia była śliczna, te jej ciemne oczy i burza czarnych loków, to jednak czegoś w tych zdjęciach brakowało.
Było w nich dużo radości, jakiegoś szaleństwa, które sobie przekazywali w tych szybkich, niedbałych pocałunkach. W spojrzeniach w oczy, takich, które łaskotały tylko delikatnie. Bo taka była ich relacja, szybka, żywa, łaskotała pod skórą.
A Bowen i tak przecież myślami był gdzieś zupełnie indziej.
Przy innej kobiecie nawet i gdyby Lia wiedziała, że takiej, która wiekowo mogłaby być jej matką, to może by się obraziła?
O ironio...
Mogłaby być jej matką.
- Lia, ale myślisz, że kwiaty dla twojej mamy to odpowiedni prezent? A dla ojca kawa? Serio? - zapytał przytrzymując ramieniem telefon przy uchu - dobra, nie chcę się narażać twojej matce, skoro kawa będzie w porządku, to coś kupię. A dla ciebie? - stał już przy regale z kawami ze wszystkich stron świata, ale Donnie za bardzo się na tym nie znał - przestań, jestem w spożywczaku - parsknął do telefonu - zresztą, to nie jest tego rodzaju telefon... - dodał czytając jakąś etykietę - co? No taki się zaczyna od wiesz... co masz na sobie? - te słowa wypowiedział stając akurat na przeciwko jakiejś staruszki, która zmierzyła go spojrzeniem, więc złapał pierwszą lepszą kawę i ruszył do samoobsługowej kasy - weź, jakaś babcia się napaliła, bo myślała, że to do niej - zapłacił telefonem odsuwając go od ucha. A zaraz już wyszedł przed sklep, przełożył smartfon do drugiego ucha - dobra, idę jeszcze po kwiatki i zaraz będę, wyślij mi adres...
Donnie nie miał problemu z trafieniem pod podany adres, bo dom, w którym mieszkała Lia, znajdował się w tej samej dzielnicy co jego chata. Dziwne, że wcześniej na siebie na trafili, chociaż z drugiej strony Bowen urzędował tu od niedawna. Biorąc pod uwagę, że to impreza na powietrzu, to zarzucił na siebie koszulkę z jakimś zespołem, ciemne, porwane jeansy i trampki. Dla Pana domu miał kawę, bo nie chciał się narażać Pani domu czymś mocniejszym. Dla niej miał bukiet słoneczników.
Sam tak strzelił. Chociaż Lia mówiła mu o różach. Ale przecież one były oklepane, a zresztą kto daje róże mamie swojej dziewczyny?
Bowen postawił na coś radośniejszego, bardziej luźnego.
Nie miał też dzisiaj ze sobą aparatu, to miał być dzień bez zdjęć, sam odpoczynek. Chillout na świeżym powietrzu.
Stanął na progu domku z numerem trzynaście i w pierwszej kolejności on pomyślał o zupełnie innej trzynastce... Takiej złotej, na drzwiach pewnego pokoju hotelowego.
Ale kiedy zadzwonił dzwonkiem, to zaraz otworzyła mu Aurelia, wciągnęła go do środka zaciskając palce na jego koszulce, ale po chwili wpiła się w jego usta na powitanie. Dziko.
I to Donnie się pierwszy od niej odsunął.
- Ej, jak twoi rodzice to zobaczą, to mnie wyproszą zanim się przedstawię - rzucił łapiąc dystans od dziewczyny, ale zielone tęczówki zawiesił na jej ciemnych oczach.
- Nie ma ich - odpowiedziała Aurelia patrząc na zegarek na nadgarstku, delikatny, złoty - mamy jakieś pół godziny zanim mama wróci z bratem, a ojciec to na pewno jeszcze później - wyjaśniła z zadziornym uśmiechem.
- Pół godziny to trochę mało - rzucił Donnie, ale Aurelia już szarpała go na górę, żeby pokazać mu swój pokój. Zostawił słoneczniki i kawę na kuchennym blacie, między jedzeniem, które Lia naszykowała na dzisiejszą imprezę. A może to jej mama?
I kiedy wchodzili po schodach, mignęło mu zdjęcie jej rodziców...
Ale się nie przyjrzał, bo Aurelia znowu pociągnęła go za sobą. A zresztą i tak miał... ich dzisiaj poznać. Osobiście.
poznaj moją mamę Donnie °❀⋆.ೃ࿔*:・

