Praca w jego zawodzie wymagała dozy bezczelności, spontaniczności i gotowości do złamania kilku praw w celu przygarnięcia większej sumy pieniędzy. I przede wszystkim wystawienia na próbę własnej, choć już i tak chwiejnej, moralności. Świadom był tego, że im bardziej starał się oddalać od płynącego we krwi pociągu do półświatka i wchodzenia w ciemne interesy, tym głębiej pozwalał zatruwać sobie żyły. Pieniądze były dla niego ważne. Na tyle, by odsunąć od siebie pewne wartości i wybrać to gorsze zło — morderca powinien dostać najwyższy wyrok, ale jeśli przestępca trafi za kraty, Lawrence pożegna się z wypłatą. Każda sprawa związana z morderstwem wzburzała społeczność. Największa fala nienawiści niosła się oczywiście wtedy, gdy z rąk osoby dorosłej ginęło dziecko, a jeśli taki dorosły zmagał się z parafilią, oburzenie wzrastało dwa razy bardziej. Rozumiał to oburzenie. Choćby obiecano mu złote góry, nie pomógłby w zatuszowaniu pedofilii.
Nauczył się traktować śmierć jako elementem pracy. Potrafił zacierać ślady, uciszać niewygodne pytania i sprawiać, że morderstwo wyglądało jak nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Wmawiał sobie, że tak wyglądał świat, w którym funkcjonował. Nie było w nim miejsca na zbędne sentymenty. Wiedział, że było w tym coś głęboko niewłaściwego, czy może nawet niepoprawnego. Nieważne, kim była ofiara i jak bardzo inni próbowali ją odczłowieczyć; każdy miał prawo żyć. Żadne pieniądze, wpływy ani rozkazy nie mogły zmienić faktu, że ktoś odebrał drugiemu człowiekowi wszystko, co posiadał. Przyszłość, oddech, możliwość przeżycia kolejnego dnia. Prawdopodobnie właśnie to dręczyło go najbardziej — świadomość, że nie tylko patrzył na cudze okrucieństwo, ale czasem pomagał mu zniknąć bez śladu, choć wewnątrz domagał się sprawiedliwości. To był jeden z tych dni, w których zamierzał domagać się ukrycia śladów zbrodni na rzecz wyższego celu. Obecny pracodawca Lorenzo był dość znanym w wyższych kręgach społecznych politykiem, i nie mógł pozwolić sobie na skandal ze swoim udziałem, choć winien był zbrodni. Tak, to on udusił swoją żonę i to on zostawił na jej skórze ślad po brutalnej napaści nożem. Nie musiał mówić tego wprost. Niespokojna gestykulacja mężczyzny podczas rozmowy, trzęsące się dłonie i spojrzenie, które poprzez szaleńczą ucieczkę próbowało uniknąć oceny trzeciej osoby, było jednoznaczne. Bał się kary. Bał się sprawiedliwości. Potrzebował p o m o c y, którą powinna dostać jego żona.
Zapach środków dezynfekujących uderzył go natychmiast po wejściu do budynku. Ostry, chemiczny, wżerający się w gardło i ubrania tak mocno, że człowiek zabierał go ze sobą jeszcze długo po opuszczeniu kostnicy. Pod nim kryło się jednak coś znacznie gorszego; słodkawy, metaliczny odór śmierci, którego nie potrafiła zagłuszyć żadna sterylność. Doskonale znał ten zapach. Kojarzył mu się z głośną, drastyczną ciszą, z ludźmi leżącymi nieruchomo pod białymi prześcieradłami i z historiami kończącymi się zbyt brutalnie, by rozmawiać o nich przy śniadaniu. Korytarz był pusty, przerażający. Jedynie odległy szum wentylacji i ciche buczenie jarzeniówek rozbijały ciszę tego miejsca. Naprawdę nie lubił kostnic. Przeszywało go nieprzyjemne zimno i wewnętrzny niepokój — nie dlatego, bo bał się zmarłych. Martwi ludzie byli przewidywalni. Problem tkwił w tym, że ciało było najważniejszym dowodem w śledztwie. To na nim widniały ślady czyjejś brutalności i to właśnie po nim śledczy kategoryzowali sprawę. Jak na razie wszyscy działali prężnie, choć raport wciąż nie był w pełni przygotowany. To był dobry moment, żeby zacząć działać.
Zatrzymał się przy drzwiach prowadzących do sali preparacyjnej. Przez wąską szybę udało mu się dostrzec krzątającego się po sali mężczyznę, któremu planował złożyć wizytę. Zadumał się przez chwilę nad ruchami jego dłoni. Z tej perspektywy wydawały mu się dość delikatne, jakby próbował przywrócić zmarłemu resztki godności, które zostały mu odebrane przez śmierć. Ciało leżące na stole przykrywało częściowo białe prześcieradło, ale wystarczyło wejść do środka i obrzucić je krótkim spojrzeniem, by dostrzec ślady na szyi. I tę cholerną przebarwioną czerwienią wstęgę na ciele. Zaciągnął się głęboko powietrzem, by westchnąć. Sprawa wydawała się beznadziejnie trudna, ale musiał spróbować porozmawiać z pracującym tu mężczyzną.
— Ręce pełne pracy? — zagaił, odrywając wzrok od kobiecego ciała. Ciężko było mu przebywać w miejscu, w którym zmarli zdawali się głośniejsi niż żyjący. Naprawdę nie lubił kostnic.