34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001. | outfit


Nie planował nie wiadomo jakiego świętowania, no cóż nie ma co ukrywać, sukcesu. Dla niego to było wiele, zostać kimś tak szczególnym, bo jednak stanie się kapitanem w jednostce straży pożarnej - i to tej głównej w mieście! - to naprawdę coś wspaniałego. Wyróżniającego. Jakby ktoś go bardziej docenił, niż on sam siebie. Tym bardziej cieszył się, że trafił właśnie tam, mogąc znów codziennie widywać się z Riley - jakby w sumie nie robili takich częstych spotkań w prywatnym życiu, co nie. Mimo wszystko wiele tych spraw nakładało się na jedno - zwyczajnie jest szczęśliwym człowiekiem. I to w dodatku niedługo mającym urodziny, te trzydzieste czwarte, jakie na pewno zapamięta na długo.
Spotkanie z Riley i dwoma kumplami, aby wybrać się do baru i uczcić awans mężczyzny przerodził się wypad o wiele większej grupy osób. No bo jak to nie zaproszą Thomasa? A już nie mówiąc o Maggie, z jego pierwszej jednostki, która swojego czasu też się trzymała z nim i Davis?! A nie mówiąc u Rupercie, który podobno szepnął kiedyś tam słowo w poprzedniej jednostce przełożonemu, żeby dać Jamiemu szansę, a na pewno chłopak się odwdzięczy.
Tak więc - małe wyjście na miasto stało się wielkim wydarzeniem, gdzie od razu ktoś wpadł na pomysł by położyć to z imprezą urodzinową mężczyzny - prosząc, aby nie przynosili żadnych prezentów, bo nie ma żadnych oczekiwań od kogokolwiek. Po prostu chciał się wybawić i dobrze poczuć, bo po weekendzie stawia się w pracy i staje się szanowanym kapitanem. No dobra, nie będzie sztywniakiem i rozstawiał kogokolwiek po kątach, nie wyobrażał siebie w taki sposób. Nie miał zamiaru dopuścić, aby wyższe stanowisko sprawiło, że mu odbije i zacznie się panoszyć jak nie wiadomo kto.
W każdym razie! Umówili się, że wszyscy przyjdą do lokalu na konkretną godzinę, nie ustalając konkretnego miejsca schadzki, żeby razem dotrzeć do lokalu. Docelowym punktem złapania się miał stanowić bar, gdzie James pojawił się, na to wygląda, jako pierwszy. Poprawił jeszcze tylko koszulkę, żeby nie wyglądała na nie wiadomo jak pogniecioną, bo jakoś nie miał czasu na wcześniejsze jej wyprasowanie, zamawiając piwo na czas oczekiwania na przybycie wszystkich.
Najpierw była Maggie, idąca pod rękę z Michaelem, na co aż podniósł brew do góry i uśmiechnął się do ów dwójki. — Nie wiedziałem, że Wy razem… — pokazał palcem to na jedno, to na drugie, po czym się zaśmiał. — No wiesz, to nie wybiera… — odparła Maggie, zerkając na swojego partnera, po czym powróciła do Jamesa spojrzeniem.
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i gratulacje nowego stanowiska — mówiąc to, odsunęła się od Mike’a, po czym przytuliła go delikatnie i wręczyła podarunek. — Co ja mówiłem o prezentach… — wysapał lekko zniesmaczony, ale jednocześnie wdzięczny, wymieniając następnie uścisk dłoni z kumplem. — Przestań, to mały drobiazg. Jesteśmy pierwsi? — zagaiła, rozglądając się po okolicy baru, nie widząc nikogo znajomego — Zaraz pewnie przyjdzie cała reszta. Zamówić Wam coś? — zaczynał się coraz bardziej obawiać faktu, jak wiele ludzi się pojawi.
Tak się odpaliła machina, a ludzie zaczęli się schodzić, z każdym się witając, przyjmując życzenia i gratulacje, niektórzy również pokusili się o małe podarki, na co za każdym razem wzdychał przeciągle. I tak można mówić oraz prosić, żeby nikt się nie wydurniał. Dobrze, że wziął plecak, to te paczuszki chował do środka, żeby nie walały się po lokalu bezpańskie, bo jeszcze by wyszło że nie okazuje przyjaciołom i znajomym szacunku.
W końcu jednak przyszedł - dla niego - gość honorowy, bo to w końcu ona - prócz rodziców - dawała mu najwięcej wsparcia w tym wszystkim. Tej cierpliwości, ale i kopniaków w tyłek, żeby się nie poddawał i zasuwał dalej, gdy ma taką szansę i nie może jej przejść koło nosa. Uśmiechnął się szeroko na widok Riley, przepraszając wszystkich i wychodząc jej naprzeciw. — A już się bałem, że nie przyjdziesz — rzucił z rozbawieniem na powitanie. — Tylko proszę Cię, nie szalej dzisiaj, nie chcę znów spędzić połowy nocy na trzymaniu Ci włosów… — musiał wyskoczyć z małym pstryczkiem w nos, na co się cwanie uśmiechnął. — Co Ci zamówić? Pewnie coś bezalkoholowego, żeby od razu Ci pomóc w tym powstrzymywaniu się — dodał rozbawiony. No dzisiaj miał zdecydowanie szampański wręcz humor, to nie ma się co dziwić, że tak wesoło zagaduje.


riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od początku uważała, że zwyczajne wyjście na piwo z dwójką najbliższych kumpli Jamesa, to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę to, że okazja do świętowania była wyjątkowa - a właściwie to aż dwie okazje, bo były to zbliżające się urodziny mężczyzny oraz jego awans na kapitana.
Cieszyła się jego sukcesem, choć oczywiście równocześnie martwiło ją trochę to, że to do jej jednostki miał trafić. Nie pracowali ze sobą - jak mogło się wydawać - całe wieki i nie miała pojęcia czego może się spodziewać, szczególnie że od teraz miał zajmować wyższe stanowisko. Starała się jednak póki co za dużo o tym nie myśleć. Wiedziała jak ciężko na to wszystko pracował i jako dobra przyjaciółka, chciała by ten wieczór pozostał w jego pamięci na długo. Namówiła go więc na to, by uczcić to w większym gronie osób. Kto jak kto, ale Mccann zasługiwał na imprezę z prawdziwego zdarzenia! Lokal w którym się umówili był niewielki, więc wynajęcie go na ten wieczór na wyłączność nie stanowiło dla Davis większego problemu. Kilka godzin wcześniej dostarczyła też na miejsce tort urodzinowy. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że wszyscy zaproszeni goście się pojawią.
Sama niestety dotarła trochę spóźniona, ale za to - jak to ona bardzo nieskromnie uważała - wyglądając jak milion dolarów. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, widząc jak przyjaciel wychodzi jej naprzeciw, zostawiając resztę towarzystwa przy stolikach.
Nie ominęła bym tego za nic w świecie! Przepraszam, że tak późno — powitała go delikatnym uściskiem i nie odsunęła się od razu. Przechylając lekko głowę w bok, zmrużyła oczy. — Jesteś pewien, że nie chcesz? Ostatnio mogłam odnieść wrażenie, że wręcz uwielbiasz łapać mnie za włosy — mruknęła ciszej, na moment zbliżając się do jego ucha. Co prawda w innych okolicznościach, jednak tego już nie dopowiedziała. Uśmiechnęła się tylko cwaniacko, z tym typowym, niebezpiecznym błyskiem w oku i w końcu wypuściła go z objęć.
Dzięki, poradzę sobie. I nie martw się, postaram się nie popsuć ci wieczoru — odpowiedziała zaraz, ale najpierw nie omieszkała oczywiście wywrócić oczami na to jego pytanie, będące kolejnym pstryczkiem w nos. — Prezenty później, tak? — rzuciła i nie czekając nawet na odpowiedź - bo spodziewała się jego jęków i marudzenia - odeszła, by przywitać się z resztą przybyłej już ekipy Mccanna.
Na pierwszy ogień poszła oczywiście Maggie, która machała do niej już w momencie, gdy brunetka przekroczyła próg lokalu. — Jezu, Ry! Całe wieki cię nie widziałam! — wykrzyknęła obejmując Davis mocno w talii. Thomas, wymijając je, dał Riley buziaka w policzek i oddalił się w stronę baru, by powrócić niedługo potem z drinkiem w dłoni, mimo że sam trzymał już w połowie opróżniony kufel piwa.
Wódka, tonik i limonka. Dobrze pamiętam? — spytał, podając jej szklankę, na co Davis posłała mu najsłodszy uśmiech, jaki tylko była w stanie z siebie wykrzesać. — Idealnie. Dziękuję, Tommy. — odpowiedziała i od razu pociągnęła przez słomkę mały łyk, po czym przywitała się z pozostałymi gośćmi i zajęła jedno z wolnych miejsc przy stoliku. — Czekamy jeszcze na kogoś? Czy to ja jestem tą najbardziej spóźnialską?


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie ma co gadać - nie mógł nie zauważyć, jak szałowo dziś wyglądała, ale czy aby na pewno powinien jej o tym mówić i uświadamiać ją w tym, gdy widział jak pewnie i dumnie wkroczyła do lokalu, przekonana wręcz o swojej zajebistości? Nie mówiąc już o tym, iż nie wiedział ile to już razy zdążył powiedzieć Riley jak świetnie wyglądała w jednej kiecce, drugiej, trzeciej, ewentualnie w zwykłych, dosyć wytartych i wyciągniętych dresach oraz upiętym u samego czubka niechlujnym koku, a już nie mówiąc o chwilach, gdy nie ma na sobie jakichkolwiek ubrań.
Zresztą, nieświadomie pożerał ją wzrokiem w momencie podchodzenia do kobiety, zupełnie jakby w głowie powoli uwijał plan jak zaciągnąć ją na odludzie, aby nikt się nie zorientował o ich nieobecności. Co, szczególnie dzisiaj byłoby nader kłopotliwe, skoro to impreza przygotowana specjalnie dla niego, co dosyć mocno komplikuje… dosłownie wszystko. Ale czyż nie jest Jamesem McCannem - gościem, który potrafi wiele osiągnąć, jeśli tylko tego pragnie?
Bez zawahania odwzajemnił uścisk, mogąc nasycić się chwilowym wdychaniem jej perfum, którymi dzisiaj raczyła się wypsikać. Czy zrobiła to celowo, wybierając te które niejednokrotnie wspominał że to jego ulubione z całej jej kolekcji szklanych flakoników? Jeśli tak, to faktycznie dzisiaj go rozpieszczała już na samym wejściu do klubu. — Tym razem Ci wybaczę — odparł spokojnie, zupełnie jakby normą było, iż się spóźnia, a on wiecznie musi ją za to ochrzaniać. Z tej dwójki, to prędzej jemu się to zdarza, niźli Riley, ale dzisiaj jest jego święto, więc trochę planuje korzystać z okazji. Nie wypuszczając jej nadal z objęć, skoro ona również niezbyt chętnie podejmowała się wypuszczenia go ze swych ramion, miał możliwość dokładniejszego przyjrzenia się trzydziestolatce, jakby nie widzieli się szmat czasu.
Za to ją kochał uwielbiał. Za to, że nie pozostawiała również po nim suchej nitki, gdy ten zaczynał się zgrywać. Uśmiechnął się szeroko na ów uwagę, po czym muskając palcami zaczął przesuwać po jej kręgosłupie ku górze, delikatnie łapiąc za końcówki włosów Davis, pociągając demonstracyjnie, acz subtelnie. — Chyba wypadło mi to z głowy, będę musiał sobie odświeżyć nieco pamięć — szepnął wręcz konspiracyjnie, a gdy odsunęła się, stanął z szerokim uśmiechem na ustach i przyglądał się jej badawczo.
— Byłbym zobowiązany — odparł rozbawiony, wsuwając dłonie w kieszenie spodni, gdzie w sekundę humor mu się wręcz popsuł, unosząc brew w trakcie dalszego obserwowania kobiety. — Co ja mówiłem o… — urwał, widząc że odchodzi i go nawet nie słucha, na co przeklął pod nosem, pokręcił głową i ostatecznie ruszył w ślad za nią, aby ponownie znaleźć się przy wszystkich zgromadzonych znajomych.
Impreza zaczynała się rozkręcać, ludzie zaczynali coraz weselej i żywiej rozmawiać, chociaż na szczęście nie wydarzyło się jeszcze nic krzywego. Zresztą, dopiero się to wszystko zaczęło, więc raczej powinno tak być, prawda? No cóż, wiadomo że różnie to bywa i niektórzy nie potrafią się pohamować, zaczynając zabawę z grubej rury, nie patrząc na innych oraz na konsekwencje. Na szczęście to ich nie dotyczyło.
Zamiast stanąć przy Riley i jeszcze chwilę nasycić się jej przybyciem, postanowił od razu przejść do części lokalu, gdzie znajdował się stół z wyżerką - chciał dać przestrzeń, aby mogła się przywitać choćby z Maggie, która rzuciła jej się wręcz na szyję momentalnie, gdy tylko on sam ją wypuścił z własnych ramion. Usiadł sobie na wyznaczonym dla niego miejscu, rozmawiając z siedzącym obok Casperem o tym, że naprawdę zasłużył sobie na to zostanie kapitanem i wie, iż będzie mu świetnie szło. Słuchał go, odpowiadał, chwilę konwersowali, niemniej w międzyczasie nie spuszczał spojrzenia z Riley, jakby serio nie widzieli się szmat czasu i próbował ją na nowo zapamiętać, utrwalając obraz jej osoby w pamięci.
Po chwili wszyscy zebrali się wokół strategicznego miejsca klubu, w tym i spóźnialska Davis. — Wraz z przybyciem Pani Punktualnej zebraliśmy już wszystkich — odparł z rozbawieniem, po czym odchrząknął i wstał ze swojego miejsca, biorąc w dłoń kieliszek z - prawdopodobnie - szampanem. — Dziękuję Wam wszystkim za przybycie, chociaż naprawdę nie planowałem robić z tego nie wiadomo jak wielkiej hecy. Ale z drugiej strony, gdy tak zacząłem się zastanawiać nad tym wszystkim to faktycznie - każdy z tu siedzących przy tym stole na swój sposób przyczynił się do tego, iż jestem tu, gdzie jestem. Może wszyscy nie mieliście okazji się poznać wcześniej, niemniej myślę, że dzisiaj będzie ta idealna okazja do tego, aby stworzyć fajną paczkę tutejszych strażaków, którzy będą na przestrzeni lat się wspierać i wspólnie działać — cholera, a co mu się tak nagle na jakieś przemowy zebrało? Niemniej uśmiechnął się i przesunął spojrzeniem po wszystkich zebranych. — Dziękuję jeszcze raz za to, że przyszliście i mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Na tym kończę, bo zaczyna mi to kapitowanie powoli wchodzić w krew, bo odwalam jakieś przemówienia — zaśmiał się sam z siebie, po czym uniósł naczynie i zainicjował toast, aby rozpocząć tą imprezę tak oficjalnie. Na koniec zawiesił i nawiązał chwilowy kontakt wzrokowy z siedzącą na wprost Riley, do jakiej posłał ponownie jeden ze swych firmowych uśmiechów.
Wtedy też nagle Maggie wstała ze swojego krzesełka - tuż po tym, gdy James usiadł na swoim. — Mamy za to dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Miało nie być prezentów, jak sam widzisz nie jesteśmy grzeczni i się nie słuchamy. Więc… nie posłuchaliśmy się w czymś jeszcze — mówiąc to, szybkim ruchem ręki pokazała barmanowi znak. Ten zerwał się, by po chwili wejść do sali z tortem (w motywie strażackim, żeby było zabawniej), na jakim są zapalone świeczki. Jamie totalnie zdurniał, patrząc tępo to na ciasto, to na mówiącą kobietę. — Ale chyba oszczędzimy Ci śpiewania sto lat — odparła z uśmiechem, gdy obsługa postawiła tort na przygotowanym wcześniej miejscu na stole, na które jakoś zbytnio nie zwrócił uprzedniej uwagi, że jest taka pustka pozostawiona. Westchnął przeciągle i pokręcił głową rozbawiony. — No i co, mam teraz zdmuchnąć świeczki? — czuł się trochę jak pięciolatek na swoim kinder urodzinowym party, ale nie można powiedzieć iż nie zrobiło mu się miło na serduszku. Za moment rzeczywiście dmuchnął i zgasił płomyczki, a wtedy - no zupełnie jak na tej zabawie dla dzieciaków - wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Boże, co za durnie jednak!

riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To naprawdę nieistotne ile już razy powtarzał jej, że wyglądała pięknie. Komplementów nigdy nie było jej dość! Nieważne też, że doskonale wiedziała, że była atrakcyjna - uwielbiała to słyszeć od innych osób, a pewnie w szczególności z ust samego McCanna. Tym razem niestety nie powiedział nic, ale nie przejęła się tym faktem mocno. Póki co wystarczyło jej w zupełności to jak na nią patrzył - jak rozbierał i pożerał ją wzrokiem. Może to dobrze, że jednak powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy przy ludziach? Kto wie co takiego mógłby palnąć! Znając go, to pewnie coś bardzo nieprzyzwoitego, dlatego nie warto było ryzykować.
Swoją drogą, ostatnio coraz częściej Davis zastanawiała się nad tym dlaczego tak się z Jamesem starali ukryć swój romans przed całym światem. Zapewne nikogo z ich znajomych by to jakoś specjalnie nie zdziwiło, w końcu już długi czas się przyjaźnili i byli ze sobą naprawdę blisko. Co za różnica czy ze sobą sypiali, czy też nie? Żadna. A jednak pozostawali w towarzystwie innych nad wyraz ostrożni, by przypadkiem nikt się niczego nie domyślił.
Gdy wylądowali razem w łóżku, obiecali sobie, że to się nigdy nie powtórzy. Próbowali tłumaczyć sobie, że była to jedynie chwila słabości, która nie musiała między nimi czegokolwiek zmieniać. Jednak niedługo potem, zdarzyło się to drugi raz. Później trzeci. Czwarty. Każdy kolejny miał być tym o s t a t n i m. W końcu przestali się oszukiwać i stwierdzili, że to po prostu… działa. Z jakiegoś powodu jednak pozostawało ich małym sekretem.
Och, już o mnie zapomniałeś? — spytała cicho, uśmiechając się pobłażliwie, gdy pociągnął za jej kosmyki znacznie delikatniej niż by tego chciała.
Po dołączeniu do reszty grupy, dała się porwać rozmowom. Niektórych osób rzeczywiście nie widziała już kilka lat, ale o dziwo gadka kleiła im się tak dobrze, że nie dało się tego odczuć - zupełnie jakby spotykali się regularnie. Przez chwilę nawet pożałowała, że nigdy się nie postarała, by zadbać choć trochę lepiej o te relacje.
W ekspresowym tempie osuszyła swoją szklankę, a Thomas zaraz przyniósł jej drugiego drinka. Ilekroć spoglądała w stronę McCanna, przyłapywała go na tym, że już się jej przyglądał. Nie mogła się powstrzymać, by nie zaśmiać się pod nosem, zatrzymując na nim wzrok na dłużej. Siedział zbyt daleko, by mogła mu to wygarnąć i zapytać czemu wlepiał w nią spojrzenie z taką intensywnością. Czyżby jej pilnował? Przeliczał ile już wypiła, upewniając się, że tym razem nie przesadzi z alkoholem? Jego wcześniejszy komentarz na ten temat równocześnie ją rozbawił co i zadziałał jak płachta na byka. Słysząc z jego ust prośbę nie szalej dzisiaj, przekorna z natury Riley miała ochotę schlać się do nieprzytomności i zatańczyć na barze, byle tylko utrzeć mu nosa - by zapamiętał, że zawsze robiła to co chciała.
Nie była jednak aż tak okrutna.
To był jego wieczór, a strażaczka obiecała sobie samej, że nie zrobi niczego, co mogłoby popsuć przyjacielowi imprezę.
Jedyne co mogła w tamtym momencie zrobić, słysząc jak James wbija jej kolejną szpileczkę, to wytknięcie języka, niczym nadąsane dziecko. W międzyczasie zdążyła ustalić z Maggie, że póki wszyscy jeszcze siedzieli grzecznie przy stole, a solenizantowi zebrało się na przemowy, to był to także odpowiedni moment na podanie tortu urodzinowego. Zdumiona mina mężczyzny ucieszyła Davis, gdy obsługa postawiła przed nim wypiek i przez dłuższą chwilę przyglądała się mu, tym razem z ciepłym, szczerym uśmiechem.
Dokładnie i nie zapomnij pomyśleć życzenie — wtrąciła, puszczając mu przy tym oczko. Osobiście w to oczywiście nie wierzyła, poza tym McCann zdążył już spełnić swoje największe marzenie o awansie, ale w końcu tradycja to tradycja!
Po zdmuchnięciu świeczek, zebrani zaczęli go oklaskiwać i wznosić kolejne toasty, po czym ostatecznie też odśpiewali mu jednak „sto lat”. Dla samej, pełnej zażenowania miny Jamesa - było warto. Nadal siedziała w towarzystwie Maggie, Michaela i Thomasa, gdy McCann kroił tort i był zajęty rozmowami z innymi gośćmi. Zerkała na niego od czasu do czasu, wyczekując odpowiedniego momentu, w którym mogłaby do niego podejść celem przekazania mu jeszcze jednej niespodzianki. Zrobiła to dopiero, gdy ludzie zaczęli rozchodzić się w stronę baru i na parkiet. — To jak, James? Mogę dać ci prezent urodzinowy, czy śmiertelnie się na mnie obrazisz?


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy jakby tak łatwo i prosto powiedział, jak bardzo mu się podoba to, co widzi, dałoby jej to rzeczywiście satysfakcję na tyle wielką, że poczułaby się dobrze? A może lepiej, aby ten komplement w dniu dzisiejszym był wyczekany? Żeby to były słowa powiedziane w chwili, gdy znajdą się sami, jeśli w ogóle będzie im to w trakcie tej imprezy dane? Zresztą, sądził że zdążył tyle razy ją już uświadomić jak bardzo mu się podoba to, jak wygląda w każdym wydaniu, iż nie musi jej tego mówić po raz kolejny. Znaczy - wiedział, iż kobiety lubią być adorowane i ciągle obsypywane pięknymi frazesami, jednakże czy to samo tyczyło się Riley? Niby ją znał, niby wszystko o niej wiedział, ale chyba w tych kwestiach miał jeszcze pewne braki, które może mu się w końcu uda uzupełnić do odpowiedniego stopnia, by mieć pojęcie jak się powinien zachować.
O ile oczywiście w ogóle powinien. W końcu nigdy nie uznawali siebie jako coś oficjalnego, co powinni rozwijać w kierunku, w jakim zazwyczaj ludzie dążą w relacji takiego typu, jaką mają oni.
Ale czy w dalszym ciągu chciałby zachować to w takiej formie?
Podobno tak, chociaż w ostatnim czasie łapał się na tym, iż denerwowało go to jak patrzyli na nią inni faceci. Jak adorowali ją, wręcz rozbierali spojrzeniem zupełnie tak, jak on jeszcze niedawno to robił w dniu dzisiejszym. Odczuwał… zazdrość? Zazdrość z faktu tego, że nie tylko on dostrzegał jaka jest piękna. Że jej usta wyginają się w kuszącym uśmiechu, gdy usłyszała coś zabawnego. Że potrafiła mieć na wskroś przenikliwe spojrzenie, gdy chciała dowiedzieć się czegoś o drugim człowieku bez zadawania mu zbędnych pytań.
To może i zaczyna brzmieć… dziwnie. Ale Jamie mimo wszystko nie rozumiał o co mu w tym wszystkim chodziło. W końcu ustalili, że sypianie niczego nie zmienia. Nadal się przyjaźnią, nic poza tym.
Tylko czy to faktycznie mu wystarczało w tej chwili?
I czy Riley ma choć podobne przemyślenia?
A może dlatego nikomu niczego nie powiedzieli, bo obawiali się spłycenia ich układu przez znajomych, że są parą, choć sami siebie tak nie określili choćby jeden raz, nie mówiąc o tym że nigdy nie poruszyli tematu w tym kierunku? Nawet nie miał, do tej pory, świadomości jak ostatnio często to analizuje i rozkłada na czynniki pierwsze. Jakby fakt przemyślenia tej całości miał sprawić, że się określą, o co im w tym wszystkim jednak chodzi.
Jednocześnie - nie chciał tego psuć. Nie chciał, aby doszło do nieporozumień, a Riley uzna że powinni dać sobie trochę na wstrzymanie, bo zaczyna to iść w złym kierunku. Mimo wszystko, wolałby żeby nadal żyli w stanie zawieszenia, niż żeby… nie mieli żyć w swej codzienności razem. W końcu, jak to się mówi - lepszy rydz niż nic.
— Tylko po to, żebyś miała znów szansę o sobie przypomnieć — rzucił przenikliwie, zerkając na nią ten ostatni raz, póki są teraz tak blisko siebie, dopiero po chwili rozumiejąc że jednak niepotrzebnie pozwolił jej na odsunięcie się tak szybko.
Akcja chwilę później rozkręciła się do tego stopnia, że nim się obejrzał - a głównie przez to ciągłe przypatrywanie się Davis mniej lub bardziej świadomie - a pojawił się przed nim tort, zdmuchnął świeczki (wcześniej faktycznie myśląc życzenie, jak to mu poradziła), by ostatecznie usłyszeć odśpiewane STOOOOO LAAAAAT, STTTTOOOO LAAAAAT!, przez co jeszcze bardziej poczuł się zażenowany tym, co właśnie ma miejsce. Czy na pewno to byli dorośli ludzie, odnoszący sukcesy w życiu prywatnym i zawodowym, którzy na co dzień zajmują się ważnymi sprawami? Przetarł aż dłonią twarz od czoła aż po brodę, przesuwając trochę niecierpliwie na sam koniec po zaroście, po czym pokręcił głową i się zaśmiał po odśpiewaniu piosenki.
Zaraz po tym wstał z miejsca, wziął nóż od kogoś z obsługi i zaczął kroić kawałki tortu, przekazując każdemu przybyłemu gościowi talerzyki. Sam z chęcią zjadł ten ukrojony dla siebie samego, bo co jak co, ale słodkie to on uwielbiał i chociaż nie powinien się zapychać pustymi kaloriami, to dzisiaj się one nie liczą i jakby ich tak naprawdę nie było, czyż nie? Tak to podobno działa w trakcie imprez! A tym bardziej tych związanych z urodzinami.
Gdy zaczęli się wszyscy rozchodzić bardziej po całym lokum, dzięki czemu mógł nieco odetchnąć od zgiełku, harmidru i tłumu jaki go otaczał - który lubił ogólnie, ale teraz potrzebował choćby pięciu minut odzyskania przestrzeni osobistej tylko i wyłącznie dla siebie - niepostrzeżenie przybliżyła się do niego Davis. Jedyna, która tą przestrzeń mogła zakłócić nawet w momencie, gdy tak naprawdę potrzebował odrobiny wolności. Dziwne, co nie? — Zależy jaki to prezent — rzucił tajemniczo, z błyskiem w oku i nieco cwanym uśmieszkiem na ustach, wcześniej się nachylając żeby powiedzieć to bardziej przyciszonym tonem głosu. — Bo jeżeli to nowy komplet bielizny, który masz pod tą kiecką, to raczej nie jest to odpowiednie miejsce, żeby się tym chwalić — zażartował, nie ukrywając rozbawienia na swój własny komentarz. Wtedy też się wyprostował, żeby nie wyglądali podejrzanie pośród tłumu znajomych, który na pewno zaraz zaczęliby sobie coś szeptać na ich temat. — Póki co, jak się podoba? W końcu, to w głównej mierze Twój pomysł — gdyby nie to, że tak bardzo mu truła jak to powinien zaszaleć i zorganizować coś większego w ramach świętowania, w życiu by nie wymyślił takiego typu eventu. Zwyczajnie dał się przekonać. Trochę dla świętego spokoju, wiedząc iż nie odpuści, póki się nie zgodzi. A trochę dlatego, że w sumie nie było to samo w sobie głupim zamysłem, choć oczywiście się do tego nie przyzna, tym bardziej przed nią.


riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Riley zdecydowanie nie była jedną z tych kobiet, którym komplementy ostatecznie się nudziły. Spokojnie mogłaby słuchać bez końca o własnej wspaniałości i w życiu by jej to nie zbrzydło. Natomiast bardzo możliwe, że niezbyt pozytywnie podziałało by to na jej ego, które najpewniej urosło by już do takich rozmiarów, że nie zmieściłaby się razem z nim w tym lokalu. Powściągliwość Jamesa w tej kwestii była więc jak najbardziej zasadna i chyba jednak wystarczająco dobrze ją znał.
Właściwie znał ją lepiej niż ktokolwiek inny.
Ich układ był w zamyśle bardzo prosty - przyjaźń i seks, zero zobowiązań i dramatów. A jednak coraz częściej Davis oddawała się rozmyślaniom na temat ich relacji i tego co tak naprawdę ich łączyło - czy rzeczywiście to tylko przyjaźń, a może jednak już coś więcej?
Czy chciała, by było to coś więcej?
Strofowała się zaraz w duchu, powtarzając sobie, że komplikowanie ich sytuacji było bezsensowne i zbędne. Powinna cieszyć się z tego, że przez tyle czasu dawali radę łączyć te dwie rzeczy bez żadnych przeszkód.
Nie dostrzegała jego zazdrości, więc musiał dobrze się z tym kryć. Czasem obojgu zdarzało się powiedzieć coś, co mogłoby sugerować, że nie chcieli się sobą z nikim innym dzielić, jednak traktowała to jako żarty; jako typowe dla nich zaczepki, które tak lubiła. Czy jej wypowiedzi były czasami podszyte rzeczywistą zazdrością? Na pewno. Być może, trochę. Jednak nie mogła tego przyznać, nie na poważnie.
Bała się, że gdy tylko zaczną ten jakże ciężki temat i rozmowy o tym kim dla siebie byli - albo raczej kim chcieli być - to wszystko się posypie. Wychodziła z założenia, że jeśli coś było dla nich dobre i jak do tej pory działało, to nie powinni tego psuć. Nadmierną zachłanność mogła ich zniszczyć, a tego próbowała za wszelką cenę uniknąć.
Choć była cholernie zachłanna.
Oczekiwała od niego znacznie więcej niż powinna od kogoś kto był jej przyjacielem. Oczekiwała więcej niż on od niej. Potrafiła zadzwonić do niego w środku nocy, gdy wyjątkowo doskwierała jej samotność. Za każdym razem, gdy miała ochotę poczuć go obok. Albo w sobie. Liczyła na to, że zjawi się w jej drzwiach na każde skinienie jej palca. Nawet jeśli miało to być dla niego niewygodne.
Ten jego uśmieszek i błysk w oku podpowiadały jej co mężczyzna miał dokładnie na myśli, pytając o jej prezent. Z tą samą miną, pokręciła powoli głową i cicho westchnęła. — A tobie jak zwykle same zboczeństwa chodzą po głowie, Jamie. Zachowuj się. — odpowiedziała, gdy zbliżył się do niej odpowiednio. Nadal uśmiechając się tajemniczo, sięgnęła do swojej niewielkiej torebki, by wyjąć z niej kopertę, w której były dwa bilety na koncert ulubionej kapeli Jamesa.
Może to nie tak ekscytujące jak nowa bielizna, ale na pewno coś, z czego również możemy skorzystać razem — powiedziała i gdy tylko zobaczył co kryło się w środku, dodała, śmiejąc się cicho. — Żartuję oczywiście. Zaproś kogo tylko chcesz, nie muszę to być ja.
Pozwoliła sobie jedną ręką objąć go za szyję, składając mu już życzenia jak należy, równocześnie gratulując objęcia nowej posady. Po tym jak jej wargi delikatnie musnęły jego policzek, wyszeptała — Mam straszną ochotę cię teraz pocałować i mam totalnie gdzieś to, że to nieodpowiednie do tego miejsce. — oczywiście nie zamierzała niczego zrobić. Nie przy wszystkich, nie tego wieczoru. Mimo wszystko poczuła się trochę zawiedziona, gdy zapewne czując na sobie wzrok innych, nagle się wyprostował, odsuwając się od brunetki na bezpieczną odległość.
Ścisnęła usta, lekko wyginając je w czymś co miało przypominać uśmiech. Pokiwała głową ze zrozumieniem.
Najważniejsze dzisiaj jest dla mnie to, byś to ty się dobrze bawił — wyznała w odpowiedzi na jego pytanie i rozejrzała się po sali, jakby szukała jakiejś wymówki i drogi ucieczki — Muszę się napić — to mówiąc, odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem w stronę swojego miejsca przy stoliku, gdzie czekał już na nią drink, no i niezmordowany Thomas, który ewidentnie próbował ją dziś upić.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby nie to, że znajdują się w takim miejscu, w jakim są i że są otoczeni taką ilością znajomych twarzy, zapewnie zachowałby się całkowicie inaczej.
Tak naprawdę nie przejmowałby się tym, gdzie się znajdują, gdyby były inne okoliczności, zwyczajnie nie przestając przy niej być. I nawet jeśli mogłoby jej to nie pasować, nie przejąłby się tym kompletnie, chcąc pozostać. Oczywiście, nie na siłę, nie przeciągałby tego w nieskończoność, gdyby wyraźnie wskazała chęć zostania sama. Ale tak? Całkiem inaczej wyglądałby ich dzisiejszy wieczór.
Tak to musieli zachowywać w dalszym ciągu pozory - trochę dla samych siebie, a trochę dla innych i faktu tego, że nie musieli myśleć o tej dwójce jako coś innego, jak zwyczajna dwójka przyjaciół z długim stażem i niczym więcej, niejako stanowiąc taki jakby perfekcyjny przykład na to, że przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną jest możliwa. W sumie - jest, tylko u nich doszedł dodatkowy benefit. Który dla Jamiego zaczyna się na swój sposób robić kłopotliwy, bo zaczyna się mu zmieniać myślenie. Nie dlatego, że sobie tak tak postanowił. To po prostu tak samoistnie wyszło, choć pewnie gdyby ktoś to usłyszał - a w szczególności ona - to by został zapewne wyśmiany. W najlepszym przypadku.
Póki jednak nikt za bardzo nie skupiał się na gwieździe wieczoru, zajmując się składaniem zamówień przy barze czy rozpoczęciu tańców na niezbyt wielkiej części parkietowej do tego, korzystał z możliwości zbliżenia do kobiety. Uśmiechał się do niej cwanie, żywo przypatrywał jej twarzy, stał znacznie bliżej niż rzekomo powinien, nawet jak na przyjaciela. — To jest dopiero przedsmak tego, co mi chodzi po głowie — wyszeptał, ale nie tylko po to aby nikt nie usłyszał, ale żeby te słowa zachowały się tym bardziej w formie tajemnicy i niejako obietnicy względem Riley. Ale czy rzeczywiście posiadał niecne plany co do niej? Czy chciał tym pokazać, iż tak naprawdę chętnie by się stąd zmył, aby resztę wieczoru spędzili we dwoje, nie przejmując się tańcami, kolorowymi drinkami i nie wiadomo czym jeszcze, co było na dziś zaplanowane za jego plecami?
Spojrzeniem przesunął w kierunku dłoni, gdzie sięgała nią do torebki. Ujrzał najpierw kształt kartek, które w sumie mogły mu coś podpowiedzieć. Zdecydowanie wyglądały jak bilety, tylko na co? Szybko się to rozwiązało, gdy ujrzał grafikę zawartą po drugiej stronie, na co aż mu oczy zabłyszczały, a jego uśmiech zmieniło się w ten pomieszany z niezmiernym i szczerym zaszokowaniem. — Żartujesz? — zapytał, zerkając to na bilety, to na Davis, jakby to do niego nie docierało. No bo jakim cudem? Jakim cudem udało jej się wyrwać wejściówki na Metallicę. Sam walczył o nie i nie udało mu się. Co zresztą wiedziała. Czy to było od początku ukartowane z jej strony? Czy siedziała tyle czasu cicho, żeby właśnie w dniu dzisiejszym wyskoczyć z tą wielką nowiną? — Jesteś niesamowita — rzucił, całkiem otumaniony i niejako zdezorientowany tym, co się właśnie wydarzyło. Ale co by nie powiedziała w tej chwili, nikt inny nie zasługiwał na to wyjście i na ten koncert, jak właśnie ona.
Pomrugał parokrotnie powiekami, po czym przeniósł całkowicie na nią uwagę, gdy ponownie się do niego przytuliła, słysząc ponownie życzenia i gratulacje, na koniec czując jak wargami muska skórę na policzku. — To na co jeszcze czekasz? — zagaił kąśliwie, chcąc pokazać że nie powinna się hamować, skoro ma totalnie gdzieś, że to nie jest odpowiednie miejsce. Niemniej odsunął się i wyprostował, nie widząc aby miała zamiar przełamać się i faktycznie podjąć się tego pocałunki jak zapowiedziała. Nie oznaczało jednak, że miał zamiar jej odpuścić w tej kwestii - bo gdy znajdą się sami, sam sobie ten pocałunek po prostu weźmie.
— Jeśli Ty będziesz się dobrze bawić, to ja tym bardziej — rzucił trochę nie myśląc nad tym, jak Riley może zinterpretować ów słowa. Uśmiechnął się jeszcze na koniec zdania, po czym dostrzegł iż zaczęła rozglądać się po lokalu. Szukała kogoś, czegoś konkretnego, a może zwyczajnie jakiegokolwiek punktu zaczepienia, aby jakoś się wyrwać z tej rozmowy? — Oczywiście — kiwnął jeszcze głową, jakby był jakimś rycerzem, który żegna się ze swoją królową. Wtedy ona odeszła, a on chwilę stał z rękami w kieszeniach i odprowadzał ją spojrzeniem do stolika, przy którym ostatecznie usiadła - mając znów towarzystwo w postaci Thomasa, co go trochę zaintrygowało i to w niezbyt pozytywny sposób.
Chwilę przyglądał się tej dwójce, po czym sam poszedł do baru, aby zamówić sobie kieliszeczek czystej whiskey z kostką lodu, gadając w obecnej chwili z Danielem - tym z jego drugiej jednostki, z jakim najbliżej się trzymał przez te wszystkie lata. Gdy rozmawiali o tym, jak to może być dziwnie bez niego po tych wszystkich wspólnych latach, zamiast faktycznie skupić się w pełni na kumplowi - myślami z tyłu głowy krążył po tym, co powiedziała Riley. O tym pocałunku i o tym, że nie chciała się przejmować gdzie jest. Kiwał głową i odpowiadał normalnie na pytania czy kontynuował podjęte tematy, a jednak nadal nie potrafił odpuścić sobie sprawy z Davis. Dlatego też przekazał Danielowi, że żeby nie przestawał mówić, a on w międzyczasie wyciągnie telefon.

wiadomość od James:
I co zrobimy z tym pocałunkiem? Może gdzieś na chwilę znikniemy?

Wysłał, schował telefon do kieszeni spodni i wrócił do dalszego gadania z kumplem. Gdy na niego spojrzała, zapewne mogłaby odnieść wrażenie, że tak naprawdę to nie on wysłał wiadomość, a ktoś się postanowił zabawić ich kosztem, skoro tak bardzo był wciągnięty w pogawędkę i nie wydawał się zainteresowany odpowiedzią, jaka może nadejść. Nie ma to jak świetne granie pozorów.


riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Byli dwójką dorosłych ludzi, którzy wcale nie musieli się kryć z tym co ich łączyło. Tyle że taki stan rzeczy im odpowiadał. Nie musieli się przed nikim tłumaczyć, odpowiadać na milion pytań. Przed sobą nawzajem też teoretycznie nie mieli żadnych zobowiązań. Riley nadal miała swoje poczucie wolności, a tym samym i bezpieczeństwa. Mogli przerwać to w każdej chwili. Znikać bez słowa. Sypiać z innymi ludźmi. Nie widziała w ich układzie dotychczas żadnych wad. Musiała przyznać, że znajdowała w tym też coś niesamowicie podniecającego; w tym, że byli swoją tajemnicą. Uwielbiała to jak w towarzystwie innych ludzi, zdarzało mu się patrzeć na nią z pożądaniem, a gdy tylko się na tym łapał, natychmiast odwracał wzrok, by nikt inny tego nie wychwycił. Uwielbiała, gdy specjalnie rzucał jakąś dwuznacznością - taką, którą tylko ona mogła zrozumieć i posyłał jej przy tym piękny uśmiech. Uwielbiała dotyk, niby przypadkowy, ale równocześnie taki, który miał ją rozpalić. Drażnił się z nią w taki sposób, że zawsze miała apetyt na więcej.
Nie, zdecydowanie nie zamieniła by tego na nic innego.
Wiem, wiem. Cieszysz się? — spytała z szerokim uśmiechem, choć odpowiedź była wymalowana wyraźnie na jego twarzy. Wyglądał na szczerze zszokowanego, ale szczęśliwego i właśnie o to jej chodziło.
Uniosła brwi na jego pytanie i cicho prychnęła.
Prosiłeś, żebym dziś nie szalała. Powinieneś się cieszyć, że tak ładnie stosuję się do twoich poleceń, bo przecież oboje wiemy jak zwykle na nie reaguję — wyjaśniła spokojnie, znów patrząc na niego z politowaniem. Zawsze musiała mieć to ostatnie słowo.
Na szczęście nie protestował, gdy zdecydowała się oddalić. Gdy w końcu opadła na krzesło niedaleko Thomasa, zerknęła w kierunku miejsca gdzie zostawiła przyjaciela chwilę wcześniej. Wzrokiem odnalazła go dopiero przy barze i poczuła ulgę, widząc że już z kimś rozmawiał.
Tak chyba po prostu było bezpieczniej.
Mów co u ciebie, Davis. — dotarł do niej nagle głos Thomasa. Szybko potrząsnęła głową, powracając do niego spojrzeniem.
Co? — dopytała, jakby jednak nie do końca zarejestrowała to co powiedział.
Co u ciebie? Gdzie teraz pracujesz? Masz kogoś?
Bardzo subtelne, Tommy. — mruknęła i od razu pomyślała: wiedziałam.
Jak zawsze! Znasz mnie przecież, Ry. — uśmiechnął się przy tym szeroko, po czym wziął spory łyk piwa.
A ty znasz mnie i powinieneś wiedzieć, że nigdy nikogo nie mam.
O nie, nie. To nikt nigdy nie ma Ciebie — wtrącił od razu, podkreślając ostatnie słowo i zaraz kontynuował — Ty zawsze kogoś masz.
Przez chwilę się nie odzywała. Spojrzała w telefon, bo ten nagle zawibrował w torebce, którą trzymała na kolanach. Uniosła wzrok. Nie na Thomasa, ale na bar. McCann nadal był zajęty rozmową w najlepsze.
Ściągnęła brwi i od razu odpisała.

2 wiadomości od Riley:
to twoja impreza, nie powinieneś znikać. Poza tym, gdybyśmy zniknęli, raczej nie zajęłoby to „chwili” i dobrze to wiesz. Bądź grzeczny.

Po chwili dodała jeszcze.

a jeśli wolisz być niegrzeczny, to bierz sobie co chcesz bez pytania.

Usatysfakcjonowana, uśmiechnęła się delikatnie. Odłożyła telefon wraz z torebką na stół i chwyciła za drinka, by szybko dopić go do końca. Starała się nie patrzeć już w stronę przyjaciela, nie widziała czy odczytał jej wiadomość, ani czy na nią odpowiadał.
Chodź, zatańczymy — rzuciła, podnosząc się znów z miejsca i poprawiła sukienkę. Tom, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw, odstawił pusty kufel na stół i łapiąc brunetkę za rękę, ruszył w kierunku tańczącej już niewielkiej grupki. Zarzuciła Thomasowi ręce na szyję, gdy ten położył dłonie na jej talii. Kołysząc powoli biodrami, spojrzała wyzywająco w stronę Jamesa, jakby próbowała zasugerować, że jeśli nie podobało mu się to co widział, zdecydowanie powinien coś z tym zrobić.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
34 y/o
For good luck!
183 cm
kapitan w Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
zdejmie Ci kota z drzewa, pomoże gdy panują trudne warunki pogodowe, czasem ugasi pożar, bo nie ma nic innego do roboty, a raczej próbuje to sobie tak tłumaczyć
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może wyjdzie na dziwaka jeszcze większego, bowiem pomimo jasnego układu z Riley orz faktu tego, że nie musieli być wobec siebie kompletnie zobowiązani, a nic ich formalnego nie wiązało, to jednak… nie sypiał z żadną inną kobietą od praktycznie samego początku, gdy tylko ten pierwszy raz się przespali, już wtedy uznając iż tak prawdę to nie powinno się to więcej razy powtórzyć.
Faktycznie, z jakąś laską jeszcze miał okazję spędzić wspólną noc, gdy próbował zapomnieć o tym, co miało miejsce z Davis, niemniej to tym bardziej go upewniło w przekonaniu że chyba nie jest to możliwe. Nieświadomie porównywał jedną do drugiej - naturalnie na korzyść Riley, bo jakżeby mogło być inaczej. Zupełnie tak, jakby to tylko ona od zawsze się liczyła, gdy tylko zdołali się zaprzyjaźnić. Zupełnie jakby na nią wyczekiwał skrycie, po cichu, bez wymuszania czegokolwiek, a gdy dostał to, na co tak wiernie czekał, pojął iż niczego więcej już nie potrzebuje od życia - prócz niej.
I nie dość, że doszło do kolejnych razy, to na dodatek Jamie rzeczywiście całkowicie wycofał się z życia towarzyskiego, jeśli chodzi o tą żeńską część społeczeństwa. A w momencie bycia podrywanym przez inne panie, zachowywał się zupełnie tak, jakby był w poważnym związku, nie chcąc zdradzić swojej partnerki, tak jakby miał być na czymś przyłapany. I chociaż ciągle z tyłu głowy miał tą pewność, że Riley nie była zainteresowana monogamią, to jednak James się tego wiernie trzymał. O czym pewnie nigdy nie powie samej zainteresowanej.
Zresztą, która inna kobieta byłaby w stanie dać mu to wszystko, co robiła z nim wyłącznie ona? Czy inna dama jest na tyle zabawna, inteligentna, kusząca, seksowna i pewna siebie, żeby choć trochę dorosnąć jej do pięt? Matko, co by było, gdyby tylko Davis dowiedziała się o tym, co tak naprawdę McCann uważa o tej ich relacji i o niej samej… Albo by go zbeształa za to, co on sobie wyobraża, albo byłaby tak podjarana tym faktem, że ego by jej wyskoczyło do poziomu miliona jak nie dalej, obrosłaby w piórka i nie wiadomo co jeszcze. Po chwili namysłu przewiduję trzeci scenariusz - gdzie doszłoby do jednego jak i drugiego kroku w jednym czasie.
— Nie wiem czy jestem w stanie określić jak bardzo się cieszę — przyznał bez zastanowienia, patrząc na bilety które znajdowały się w jego dłoni, po czym schował je skrzętnie do koperty - zupełnie jakby to, że mógłby je uszkodzić miałoby im zadać jakiś realny ból. Po ich schowaniu, znów szeroko uśmiechnął się do kobiety, będąc jeszcze bardziej przekonany tym, iż to tylko i wyłącznie ona dostąpiła tego zaszczytu pójścia z nim na ten koncert, nie chcąc słyszeć jakichkolwiek słów sprzeciwu. Zresztą, zapewne ona sama chciałaby się wybrać na to widowisko, więc czemu miałby jej to odebrać, zabierając kogoś innego, z kim na pewno nie będzie się tak dobrze bawił?
— Tylko czemu odnoszę wrażenie, że to taka cisza przed burzą? — zapytał, unosząc brew z nieukrywanym rozbawieniem a jednoczesną mieszanką niepewności, czy przypadkiem nie trafił idealnie w sedno, a tak naprawdę Davis szykuje coś niesamowicie spektakularnego, co go zmiecie z podłogi na tyle, iż nie będzie wiedział jak się wytłumaczyć przed innymi, a i żeby przy okazji goście nie nabrali jakichkolwiek podejrzeń co do nich. I chociaż życie w tajemnicy było kuszące i przynoszące adrenalinę, to zarazem było kłopotliwe, gdyż faktycznie czasem trzeba było przemyśleć swoje kroki, aby nikt się nie poznał. Ostatecznie odprowadził ją spojrzeniem, wypuszczając - mocno niechętnie - do innych, a samemu znajdując towarzystwo przy barze. W trakcie rozmowy popijał otrzymane whiskey, rozmawiając zupełnie jakby nic się nie działo. I jakby w międzyczasie nie pisał w wiadomości do kobiety, że tak naprawdę chętnie by się stąd wyrwał choć na troszkę. Choć na chwileczkę, żeby tylko mogła dać mu kolejny ze swoich prezentów. Zadowolony ze swojej gru aktorskiej po wysłaniu wiadomości nie spoglądał w kierunku Davis, żeby nie wyszło iż tak naprawdę jest niesamowicie niecierpliwy i rozochocony przez wcześniejszą propozycję, zapewne wychodząc przy tym na jakiegoś spoceńca, a przecież Jamie nie jest taki. Wiedział kiedy mógł sobie na coś pozwolić, a kiedy jednak nie wypada. Ale nie znaczyło to, iż nie mógł trochę zabawić się i zacząć testować jej samej.
Wciągnięty w rozmowę prawie nie wyczuł nadchodzących wiadomości za pomocą wibracji w telefonie, lecz gdy dotarło do niego co mogło to zwiastować, znów przeprosił i odczytał wiadomości. Uśmiechnął się pod nosem na ich treść - szczególnie na to, co napisała w tym drugim smsie - po czym podniósł spojrzenie w kierunku Riley. Czy oni właśnie bawili się w jakieś podchody bądź zagrania na miarę licealistów? Bardzo możliwe, ale nie przeszkadzało mu to kompletnie, jeszcze bardziej unosząc kąciki ust gdy ujrzał, jak ta też była żywo zainteresowana swoim towarzystwem - nawet jeśli do końca osobiście nie lubił Thomasa - i drinkiem, którego opróżniła zdecydowanie szybciej niż powinna.

wiadomość od James:
zupełnie jakby Cię to martwiło, czy znikniemy na „chwilę” czy na „dłuższą chwilę”… i czy ja kiedykolwiek byłem grzeczny?

Wysłał prędko odpowiedź, a gdy tylko uniósł spojrzenie znad telefonu, kątem oka dojrzał jak próbuje zniknąć w tłumie tańczących wraz z Thomasem. Grupka pląsających do muzyki nie była wielka, ale to i tak nie obchodziło Jamesa - do momentu, dopóki nie postanowiła do nich dołączyć ona. Starał się przez jakąś chwilę nie reagować, rozmawiając z Danielem w najlepsze. Widząc jednak jak przyjaciel patrzy się na parkiet, sam zwrócił uwagę na to miejsce.
— Davis tańczy? I to z Thomasem, najbardziej śliskim typem, który po pijaku próbuje zaliczyć wszystko, co się rusza? — trafił w sedno, bowiem McCann miał to samo przemyślenie odnośnie tego samego człowieka. Przeniósł spojrzenie na kumpla, widząc jak Jamie wręcz taksuje spojrzeniem ów dwójkę - wyraźnie odczytując znaki na to, że po prostu chciała go sprowokować. Tylko nie wiedział do czego - do tego, żeby faktycznie zniknęli stąd na chwilę? Do tego, żeby po prostu zrobił odbijany i z nią zatańczył, skoro według niej nie ma na tyle odwagi, aby zrobił to jako pierwszy? Czy może do tego, żeby zwyczajnie zrobił się zazdrosny? Chwycił swoją szklankę i wypił resztę alkoholu, na koniec lekko przekrzywiając usta. Ostatnio nie pił go za wiele, więc trochę odzwyczaił się po prostu od ostrzejszego smaku, ale to i tak nic w porównaniu z tym, co musiał oglądać.
— James? — wyrwał go z rozmyślań głos Daniela, który próbował nawiązać kontakt ze swoim przyjacielem. Wtedy też oprzytomniał i przeniósł na niego spojrzenie. — Mówiłem, że powinieneś ją uratować i odbić z łap tego typa — na co Jamie pokiwał głową bez zawahania.
— Sądzisz, że nie potrafi sama o siebie zadbać? — zaśmiał się na koniec swoich słów, znał ją na tyle iż wiedział na co było ją stać, po czym niby leniwie powrócił oczami na Riley, która ciągle kusiła go swoim spojrzeniem. — No ale skoro każesz… — dodał rozbawiony, odbijając się od lady barowej, przechodząc pomiędzy ludźmi do części tanecznej.
Wtedy też delikatnie stuknął niczego nieświadomego Thomasa w ramię. — Odbijany — mówiąc to, uśmiechnął się początkowo przyjaźnie, choć tak naprawdę… cóż, nieco gotowało się w nim. Chociaż chyba nie tak bardzo, jak w Tommy’m, który zareagował gwałtowniej, niż można byłoby przypuszczać iż go było na to stać.
— Odpierdol się, McCann — na co aż wystrzeliły brwi Jamesowi, po czym zaśmiał się.
— Powiedziałem odbijany, to chyba jasny komunikat… — zanim jednak zdążył powiedzieć całą swoją myśl, Thomas puścił Riley i popchnął Jamiego, który szybko odzyskał równowagę, nie trącając kogoś przypadkiem.
— Jest tu wiele innych panienek śliniących się na Twój widok, nimi się zajmij — mówiąc to, próbował powrócić do swojej partnerki tanecznej - licząc zapewne, że stanie się nią również dzisiejszej nocy. Na to jednak McCann znów się żachnął śmiechem, po czym nie przejmując się czymkolwiek i zapominając niejako o kulturze osobistej postanowił ich rozdzielić.
— Panienka wybaczy — słyszał szepty tańczących obok, niemniej nie przejmował się nimi. Thomas obrócił się znów w kierunku Jamesa - a Jamie wykorzystując fakt, iż jeszcze Tommy nie był przygotowany na cokolwiek, początkowo go popchnął. Niemniej gdy tamten poczuł się sprowokowany i chciał inaczej dać do zrozumienia McCannowi aby się odwalił, postanowił za wczasu zadziałać jako pierwszy - wymierzając siarczysty prawy sierpowy w policzek przeciwnika. To o mało co nie doprowadziło do bójki. Daniel doskoczył prędko z baru, ciągle obserwując napiętą sytuację na parkiecie, aby na wszelki wypadek zareagować i odsunąć przyjaciela, a Michael złapał drugiego powiązanego z tym wydarzeniem, nawet jeśli ten próbował się wyrywać na wszelkie sposoby.
— Puść mnie, kurwa! Myśli, że jak został wielce kapitanem, to mu teraz wszystko kurwa wolno! — na szczęście - dla Tommy’ego, oczywiście - nie udało mu się wyrwać, a Michael pomógł mu wyjść, zupełnie jakby z Jamiem się porozumiewali telepatycznie i usłyszał jasną prośbę o to, aby jegomość opuścił imprezę.
— Czy chociaż raz może się odbyć impreza bez jakiejkolwiek bójki?! — nagle wyrwał się głos Maggie, która załamała ręce - w dużej części pomogła w końcu Riley to wszystko ogarnąć, więc i też poczuła, że jej starania organizacyjne poszły się w tej chwili jebać. Poszła po tym do baru i zamówiła szota, którego szybko wypiła. Pewnie na uspokojenie. Jamie mimo wszystko przeszedł do tej, którą niejako wybronił z ramion niedoszłego oprawcy. Tak, bo chociaż jeszcze nic nie zrobił, to już Tommy był w oczach Jamiego skazany jako ten, który posiada niecne plany. — Czemu nie mówiłaś wcześniej, że się narzuca? — normalnie bohater. Przyszedł, zrobił co miał zrobić, załatwił co miał załatwić, żeby na koniec jeszcze zrobić jej przytyk z tego tytułu.

riley davis
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
just don't hang your hopes on me, I want to feel something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Riley zawsze robiła to co chciała.
Może to właśnie dlatego wszystkie jej dotychczasowe związki nie wyszły i żaden z nich nie przetrwał dłużej niż kilka miesięcy. James dobrze to o niej wiedział - był przecież świadkiem niejednej relacji Davis, zanim jeszcze w ogóle zaczęli ze sobą sypiać. Widział powtarzające się schematy - początkową, wielką fascynację strażaczki jakąś osobą, kilka tygodni względnego szczęścia, a potem kłótnie i stopniowe wycofywanie się.
Za każdym razem to samo.
Problem niekoniecznie polegał na złym dobieraniu partnerów. Wina w większości przypadków leżała wyłącznie po jej stronie i zdawała sobie z tego sprawę, nie szukając nigdy problemu w tej drugiej osobie. Za nic nie chciała przyznać, że to strach. Bliskość, choć ostatnio coraz częściej jej potrzebowała, przerażała ją bardziej niż samotność. Albo raczej bała się tego, że zbyt mocno się od niej uzależni. Zresztą już widać było pierwsze tego zwiastuny. Pomimo tego całego, dziwnego układu w jakim żyli z Jamesem, nie przestawała spotykać się z innymi. W ostatnim czasie jednak to coraz mniej ją w pełni satysfakcjonowało. Wbrew pozorom, bycie z jedną osobą jej nie nudziło - nie potrzebowała skakać z kwiatka na kwiatek, ale… zaczynała potrzebować jego.
Więc wracała. Chowając dumę do kieszeni, wybierała jego numer telefonu i zapraszała do siebie na noc, jak gdyby nigdy nic. A on miał oczywiście przybiec, jak wierny pies, na jej każde zawołanie.
Boże, jakie to wygodne. I jak kurewsko samolubne.
Czy miała wyrzuty sumienia? Czy zastanowiła się przez chwilę nad jego uczuciami? Czy może myślała wyłącznie o własnych potrzebach? Ciężko stwierdzić, bo przecież nadal to robiła. Może czuła się w tym wszystkim usprawiedliwiona, bo była święcie przekonana, że McCann korzysta z życia równie intensywnie.
Gdyby wiedziała co tak naprawdę siedziało w jego głowie, pewnie prędzej czy później wycofałaby się tak jak z każdego innego związku do tej pory. Tego raczej żadne z nich nie chciało.
Te ich gierki rzeczywiście zajeżdżały trochę podchodami rodem z liceum. Podobało jej się to jednak bardziej, niż chciała przyznać. Lubiła go drażnić, a przy tym testować jego granice i cierpliwość. Wszystko po to, by potem zgrywać niewiniątko i udawać zdziwienie tym, jak bardzo jest rozochocony.
Nie widziała jego reakcji na wiadomości i celowo uciekała wzrokiem, by nie napotkać jego spojrzenia. Nie chciała dać mu tej satysfakcji. Nie chciała, by wiedział, że zżera ją ciekawość, że czeka na kolejny jego ruch. Ostentacyjnie przechyliła szklankę i dopiła jej zawartość, nim wyciągnęła Toma w stronę tańczących ludzi. Specjalnie też zostawiła telefon na stoliku, wychodząc z założenia, że jeśli James chciał jej coś powiedzieć, mógł to zrobić bezpośrednio, a nie za pomocą wiadomości.
Nie obchodziło jej jaką reputację miał Thomas oraz to jakie miał zamiary. Był tylko pionkiem, którego zamierzała wykorzystać z pełną świadomością. To że miał ochotę na znacznie więcej niż taniec z nią, tylko ułatwiało jej to zadanie. Uśmiechnęła się z nieukrywaną satysfakcją, widząc zbliżającego się do nich McCanna. Jej radość nie trwała jednak długo.
Nie tak to wszystko sobie wyobrażała. Przez chwilę była wściekła, że nic nie rozegrało się tak, jak to sobie wymyśliła; jak w jej fantazji. Nie docierało do niej to jak absurdalny był to powód do złości. Nie wiedziała jak zareagować i zupełnie zastygła na moment, widząc ich przepychanki.
Hej, uspokój się. On tylko-… — odezwała się w końcu do Thomasa, ale nie dane jej było dokończyć, bo James znów wbił się między nich.
Uniosła ręce do góry w geście poddania i zrobiła parę kroków w tył, spodziewając się, że jej ingerencja tylko pogorszyłaby sytuację.
Jak dzieci. — mruknęła niezadowolona, tak jakby jej zachowanie było bardziej dojrzałe i skrzyżowała ręce na piersiach. Jeszcze tego brakowało, by zaczęli się napierdalać! Na szczęście kumple w porę wkroczyli do akcji, zapobiegając dalszemu rozwojowi bójki, a Tom został wyprowadzony z lokalu.
Skrzywiła się lekko.
Nie, to zdecydowanie nie tak miało być!
Jej wzrok powiódł za Maggie, która nie kryła irytacji zaistniałą sytuacją. Davis chciała pójść za nią - szot wydawał się dobrym pomysłem - ale na jej drodze pojawił się James, z jakiegoś powodu od razu robiąc jej wyrzuty.
Skąd pomysł, że się narzucał, co? Sama poprosiłam go do tańca. — odparła, unosząc przy tym brew. — Nie musiałeś zgrywać rycerza, Jamie. Nie działa mi się żadna krzywda. — dodała z lekkim wzruszeniem ramion. Nie czuła się winna powstałemu zamieszaniu. Ludzie wokół na szczęście dalej się bawili, zapominając o tym co miało miejsce i że Thomas, po tym jak dostał w twarz, został eskortowany na zewnątrz.
Uważaj. Ktoś jeszcze może pomyśleć, że jesteś o mnie zazdrosny. — na twarzy strażaczki w końcu pojawił się lekki uśmiech. Podeszła bliżej. — Jesteś, hm? Ciężko znieść myśl, że ktoś inny kładzie na mnie łapska? — mruknęła zaczepnie, przy tym wymierzając palec wskazujący w jego pierś. — Urocze.


James McCann
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”