30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał p i e r d o l o n e szczęście, że nie próbował igrać z nią w ten sposób.
Była w stanie znieść niemal wszystko, każde ich przekomarzanie, każdą słowną wojnę, prowokacje i role, w które wchodzili z taką łatwością. Nie brała do siebie uszczypliwości, nie obrażała się o żarty, odpowiadając dokładnie tym samym. Przesuwała granice równie ochoczo jak on, czasami nawet dalej.
Ale inna kobieta stanowiła zupełnie odrębną kategorię. Zwłaszcza taka, która najwyraźniej uznała, że może bezkarnie go dotykać, przesuwać po nim spojrzeniem i wślizgiwać się w jego przestrzeń osobistą z przesadną pewnością siebie.
Była w tej kwestii hipokrytką i doskonale o tym wiedziała. Przecież sama wykorzystywała Daniela Evansa dokładnie w ten sposób - jako narzędzie, które miało doprowadzić Maddena do granicy cierpliwości. Nie oznaczało to jednak, że pozwoli komuś zrobić to samo sobie.
Madeleine krążyła po pokoju z zachwytem wymalowanym na twarzy, muskając opuszkami palców kolejne elementy wyposażenia. Zatrzymywała się przy półkach zastawionych akcesoriami, przy lustrze na ścianie, przy skórzanych pasach zwisających ze ścian, komentując wszystko z przesadnym entuzjazmem. I chociaż t e o r e t y c z n i e mówiła do nich obojga, spojrzenie niemal bez przerwy wracało do Rhysa.
- Oddamy wam ten pokój, naprawdę - zaczęła, ale urwała gwałtownie, bo blondynka ponownie znalazła się zdecydowanie za blisko jego ramienia, twarzy i całego ciała.
Nim zdołała zareagować, ciepły oddech musnął jej policzek, a chwilę później ciężka męska dłoń zacisnęła się na jej talii w bezczelny sposób. Nie powiesili na klamce tego przeklętego ananasa, nie dali nikomu żadnego zaproszenia. Skąd ci ludzie w ogóle się wzięli?
Przez sekundę patrzyła wyłącznie przed siebie - na przyklejoną do Maddena kobietę, nim zesztywniała. Nienawidziła przekraczania granic bez wyraźnego pozwolenia. A teraz, podsycona widokiem blondynki praktycznie wiszącej na j e j ukochanym, weszła w tryb totalnej wariatki.
Obróciła się gwałtownie, wyrywając z uścisku mężczyzny, po czym pchnęła go mocno w stronę ściany obok łóżka. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, jej ręka sięgnęła pod materiał kurtki przewieszonej wcześniej przez fotel, a broń błysnęła w jej dłoni. - Odstrzelę ci łeb, jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz - wycedziła lodowato, pochylając się niebezpiecznie blisko jego twarzy. Jej głos obniżył się, ale nie miał nic wspólnego z tym czarującym tonem, którym nieznajomy szeptał jej do ucha.
I wtedy wszystko poszło jeszcze, kurwa, gorzej.
Madeleine zapiszczała z zachwytem. Dosłownie z a p i s z c z a ł a, klaszcząc energicznie w dłonie. - O mój Boże, jesteście wspaniali! - rzuciła rozpromieniona, chwytając Rhysa za ramię, najwyraźniej święcie przekonana, że cała scena była częścią ich gry. Margo zamknęła oczy na jedną, długą sekundę, a potem bardzo powoli opuściła broń. - Maggie - odezwała się wyjątkowo słodkim głosem, robiąc krok w jej stronę, jakby właśnie znalazła bratnią duszę.
- Jeśli za trzy sekundy nie wyjdziecie z tego pokoju, przysięgam, że naprawdę zacznę zachowywać się zgodnie z waszymi fantazjami - odpowiedziała spokojnie, chowając broń z powrotem na miejsce.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spodziewał się wszystkiego, ale nie t e g o.
W osłupieniu patrzył na wszystkie sygnały ostrzegawcze, które zdążył już poznać. Na brwi, które najpierw uniosły się w zaskoczeniu a później zmarszczyły wściekle. Na drapieżne spojrzenie, które przesunęło się z jego tęczówek na ramię kobiety, znów sięgające w jego stronę. W tych absurdalnych okolicznościach nie zdziwiłby się, gdyby dostrzegł parę puszczoną z jej nozdrzy jak u rozjuszonego byka.
Podejrzewał, że natychmiast utnie to nieporozumienie, przerywając fantazje snute przez drugą parę. Może zrobi to krzykiem, zniecierpliwieniem, a może chwyci Maddie za jej skąpe ubranie i wytarga ją na sam korytarz.
Ale w najśmielszych snach nie wyobrażał sobie t e g o.
Drgnął, dostrzegając błysk broni. W pierwszym odruchu - tym, który zakorzeniła w nim policyjna praca - jego ciało owładnęło napięcie. W drugim odetchnął widząc, że broń leżała w rękach Margo.
W trzecim znów się napiął, bo broń leżała w rękach Margo.
- Zaszło pewne nieporozumienie... - zaczął, próbując, unosząc dłonie w obronnym geście jakby to w niego celowała w tej chwili lufa broni. Nie zdążył jednak dokończyć, bo Mercer dość dosadnie przekazała, z grubsza, to samo - tylko w zupełnie inny sposób.
Ta iskra szaleństwa w jej oczach powinna go zaniepokoić. Powinien natychmiast ją upomnieć, przypomnieć, że była policjantką, że nie mogła się w ten sposób zachowywać - szczególnie, gdy sama potwierdziła wpisanie na enigmatyczną listę przez recepcjonistę, tak samo jak sama zarezerwowała dla nich ten hotel.
Ale z jakiegoś powodu jego uśmiech poszerzył się na widok broni, a ta iskierka szaleństwa w ten nienormalny sposób charakterystyczny dla nich mu się s p o d o b a ł a.
- Koniec zabawy - zadecydował, potwierdzając - odwrócił stojącą przy nim kobietę i chwycił ją za nadgarstki zupełnie tak, jak na co dzień postępowali z przestępcami. Dzięki temu mógł trzymać ją na dystans - i na tym dystansie pchnął ją lekko w stronę drzwi, a Madeline aż drżała z ekscytacji.
- Boże, jak realistycznie! - zapiała, mijając Margo i będąc wyprowadzaną, nie do końca pojmując, że faktycznie była wyprowadzana. - Ćwiczyliście to już wcześniej?
- Na okrągło - odrzucił dyplomatycznie, wypychając kobietę na zewnątrz. Jej mąż wyciągnął ręce przed siebie, tkwiąc w idiotyczny sposób przed Margo jakby spodziewał się, że i on zostanie "skuty" - zamiast tego został chwycony przez Maddena za kark i wyrzucony na zewnątrz w nieco mniej wiarygodny sposób.
- Hej! - krzyknął jeszcze nim drzwi za nim się zamknęły, a Rhys oparł się o nie plecami, po raz pierwszy odkąd wtargnęli do pokoju biorąc głęboki wdech i wydech.
Ignorując odgłosy ożywionej rozmowy dobiegające z korytarza, w którym para zastanawiała się nad tym co się. takiego stało, Madden przeniósł swój wzrok na Margo i uśmiechnął się pod nosem.
- Jestem prawie pewien, że grożenie cywilom ze służbowej broni jest nielegalne, detektyw Mercer.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wyrażała żadnej zgody. A przynajmniej kompletnie sobie tego nie przypominała. Jej jedyną winą było zarezerwowanie najbardziej nieodpowiedniego hotelu i ten jeden idiotyczny moment, w którym odruchowo sięgnęła po zawieszkę z ananasem, podczas gdy psychopatycznie entuzjastyczny recepcjonista uznał to za zgodę do uczestniczenia w cudzych fantazjach.
Nie chciała tego. Nigdy nie miała potrzeby robienia t a k i c h rzeczy, a już tym bardziej dzielenia się swoim mężczyzną z kimkolwiek innym.
Maddie miała ogromne szczęście, że Rhys oprzytomniał szybciej od niej i postanowił wyprowadzić towarzystwo za drzwi w sposób względnie cywilizowany. Gdyby blondynka wisiała na jego ramieniu jeszcze chwilę dłużej, gdyby jeszcze raz przesunęła dłonią po jego barku albo odważyła się pochylić odrobinę bliżej, Margo najpewniej naprawdę złapałaby ją za rozjaśnione włosy i spełniła każdą brutalną fantazję, która zdążyła pojawić się w tamtej głowie.
Broń nie powinna znaleźć się w jej dłoni w t a k i e j sytuacji, wycelowana w człowieka, który był idiotą, a nie realnym zagrożeniem. Być może to miejsce chwilowo odebrało jej zdrowy rozsądek, a może przez krótką sekundę naprawdę weszła w rolę, którą tak ochoczo próbowali im przypisać.
Odetchnęła, gdy zostali sami i natychmiast zniwelowała dzielący ich dystans. Podeszła bliżej, oplotła go w pasie i przytuliła mocno; zazdrość wciąż rezonowała pod skórą - przesadzona i irracjonalna, a jednak żywa do szpiku kości.
- Wiem, partnerze - mruknęła, zadzierając głowę ku górze i patrząc mu prosto w oczy. - To nasza własna wersja "co zdarzyło się w Vegas" - parsknęła śmiechem, choć nie odrywała od niego spojrzenia nawet na sekundę.
Nie chciała przebywać w tym miejscu ani chwili dłużej. Zamknięta w tej małej przestrzeni, którą stanowiły jego ramiona, udawała, że rzeczywistość kończy się dokładnie tam, gdzie kończył się jego dotyk. Tak robili przecież zawsze, ograniczając cały świat wyłącznie do siebie.
- Możemy uznać to za moją porażkę i po prostu stąd wyjść? - zapytała. Była pewna, że równie mocno jak ona chciał uciec z tego przeklętego miejsca. - Przyznam się nawet do winy, jeśli zabierzesz mnie stąd jak najdalej - kontynuowała, wsuwając dłonie pod materiał jego koszulki w ciepłym, intymnym geście, który nie miał w sobie nic prowokacyjnego. Będąc w największej potrzebie, nie chciałaby uprawiać tutaj seksu. To miejsce skutecznie zabiło każdą romantyczną i nieromantyczną myśl.
- Przeproszę za kradzież twojego samochodu - wymieniała dalej z rozbawieniem drgającym w głosie, choć oboje wiedzieli, że wcale nie mówiła tego poważnie. - I nigdy więcej nie wykorzystam Evansa do wzbudzania twojej zazdrości - dodała wreszcie, a kącik jej ust uniósł się wyżej, podczas gdy zza ściany ponownie rozległ się przeciągły jęk, skutecznie przypominający im, gdzie dokładnie się znajdowali.
Zamknęła oczy z wyraźnym cierpieniem. - Zabierz mnie do normalnego hotelu, zanim naprawdę zacznę strzelać do ludzi - wymamrotała w jego klatkę piersiową, a śmiech wreszcie wyrwał się spomiędzy jej ust.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maddie prawdopodobnie nie posiadała w swojej głowie wystarczających zasobów by przeanalizować co tak naprawdę zaszło w tym pokoju. Wyglądała na kogoś spragnionego nowych doznać - może żonę w związku, który zaczął się wypalać i poszukiwać różnych opcji wzniecenia tego, co było w nim kiedyś. A może była ukrytą kochanką, która wyłącznie w miejscu takim jak to, na obrzeżach Ottawy w miejscu, w którym nikt nie rozpoznał towarzyszącego jej, bogatego mężczyzny, mogła otwarcie prezentować swoje uczucia.
Nieszczególnie go to interesowało.
Jego uśmiech przekształcił się z sarkastycznego rozbawienia w coś znacznie łagodniejszego gdy Margo wsunęła się w jego objęcia, gdy wyczuł na sobie jej ciepło i tę potrzebę bliskości wyłącznie wzmocnioną przez farsę, która zaszła tutaj przed chwilą.
Tak, pragnął odpowiedzieć natychmiast gdy tylko zaoferowała. Nie potrzebował żadnych argumentów ani dalszego przekonywania - ten jeden krok był krokiem za daleko i o ile patrzenie na szatańskie siły przejmujące jej ciało było w pewien sposób hipnotyzujące, znoszenie obecności k o g o k o l w i e k innego w pomieszczeniu nie było w żadnym stopniu tego warte.
Tym bardziej, jeśli jedna z tych osób ośmielała się owinąć ramię wokół jej talii.
- No nie wiem - mruknął, drocząc się, choć jego dłoń na samo wspomnienie sięgnęła w miejsce, w którym pojawiła się dłoń obcego faceta - jakby była w stanie zmazać sobą ślad, który pozostawił tamten, zastąpić go czymś innym. - W końcu już zapłaciłaś za cały weekend.
Wiedział, że wyczuła rozbawienie w jego słowach. Nie miał w sobie już wystarczającego samozaparcia by udawać, że przebywanie w tym hotelu sprawiało mu jakąkolwiek radość - a jęk, który wydobył się zza ściany złamał resztki tej siły, która trzymała go wciąż w miejscu.
Odsunął się na tyle, by móc ująć jej twarz i unieść lekko w górę, zmuszając, by spojrzała prosto na niego.
- To jest jedna z najbardziej popierdolonych nocy w moim życiu, Margo - parsknął, przysuwając się by złożyć na jej ustach krótki, żarliwy pocałunek, którego natura nie miała niczego wspólnego z otoczeniem - wręcz działała pomimo tego wszystkiego. - Nie musisz mnie przekonywać.
Od samego początku zastanawiał się jak daleko o n a się posunie, brnąc dalej w podjętą przez siebie - omyłkowo - decyzję. Wypuścił jej twarz z rąk, splatając palce swojej dłoni z jej i odsuwając się, uwalniając tym samym drzwi, o które stale się opierał.
- Myślę, że po takim skandalicznym złamaniu zasady zawieszki na klamce należy nam się zwrot pieniędzy - dodał z nutą rozbawienia, chwytając za klamkę by wyprowadzić ich na zewnątrz.
Para, która ów zasadę złamała, zdążyła w tym czasie się poddać - zniknęli, prawdopodobnie w swoim pokoju, bogatsi o butelkę szampana i tematy do rozmowy.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”