-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale tylko przez chwilę. Dopóki nie ucichli na zawsze.
Brew mu drgnęła wyżej na jej odpowiedź. Nie takiej się spodziewał, ale ta była lepsza niż smutne błaganie i przekonywanie, aby jej nie zabijał, bo ma trójkę dzieci czy coś. Akurat był ostatnią osobą, którą miałoby to przekonać.
— Jak nie zaczniesz myśleć, to tak właśnie będzie — odpowiedział niewzruszony, nie spuszczając z niej spojrzenia.
Miał w sobie bardzo dużą cierpliwość. Nie krzyczał, nie wybuchał jak większość osób w jego otoczeniu. Nie atakował innych, jeśli nie miał w tym żadnego celu. Nie lubił jednak marnowania jego czasu, ani tych głupich zabaw w kotka i myszkę.
Był człowiekiem konkretnym i tego też często oczekiwał od innych.
Domyślał się jednak, że dla dziewczyny było to… nowe doświadczenie. Nie wyglądała jak ktoś, kto miał do czynienia z takim światem na co dzień. W zasadzie bardzo mały odsetek ludzi zareagowałby inaczej niż ona na intruza w domu. Odkąd jednak był w Kanadzie widział już kilka filmów. Swego czasu je głośno komentował i wyśmiewał logikę, niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że spora część ludzi coś takiego ogląda i przeżywa. Pomyślałby, że przez to ludzie chociaż trochę wiedzą jak się zachować w takiej sytuacji.
Chociaż filmy, a rzeczywistość mocno się różniły.
Gdy ona walczyła ze swoim rozemocjonowaniem, on był tak samo niewzruszony. Przekrzywił tylko głowę w bok, obserwując jej zachowanie. Westchnął ciężej pod nosem, zaraz krzyżując ręce na obandażowanej klatce piersiowej.
— Jeśli ktoś cię pyta co dzisiaj robiłaś, to odpowiadasz, że spałaś, byłaś całą noc sama i nie widziałaś nic dziwnego — powiedział, nieco zmęczony faktem, że musiał jej to wytłumaczyć. — To twój szczęśliwy dzień. — Wątpliwe. — Nie mam ochoty cię zabijać, więc wykorzystaj to, użyj zdrowego rozsądku i nikomu nie opowiadaj o tym, co miało dzisiaj miejsce. Nie było mnie tu. Nikogo nie było, a to — zatrzymał się, pokazując palcem na zaczerwieniony ślad na jej szyi, który możliwe, że jeszcze przez chwilę pozostanie widoczny. — Bawiłaś się z chłopakiem. Jasne? — Bo jak inaczej to wytłumaczyć?
Co jak nie ma chłopaka? To mogła jakiegoś znaleźć na jedną noc. A jak nie pasuje to do jej osobowości oraz sposobu bycia, to lepiej, aby zaczęło.
Taka drobna sugestia nowego kolegi.
— Bo jeśli dowiem się – a się dowiem - że komuś o tym napomknęłaś mimochodem w rozmowie czy w głupiej wiadomości do koleżanki, to następnym razem nie będę miły. — Bo oczywiście, że był bardzo miły. To, że jej nie skrzywdził, tylko wykorzystał jej apteczkę i w dodatku pozwalał jej żyć w zamian za trzymanie gęby na kłódkę, to była najwyższa forma bycia miłym w jego wydaniu.
Chociaż mogła tego nie wiedzieć… ale zdecydowanie powinna skorzystać z propozycji.
— Zrozumiałaś? — spytał, bo drugi raz już się nie powtórzy.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I miał rację, w duchu mu ją nawet przyznała. Szkoda tylko, że jej umysł był naprawdę przytępiony, a faktor stresowy wciąż siedział w tym samym pomieszczeniu sprawiając, że ciężko było skupić się na czymkolwiek innym niż analizie jego obrażeń, jego postawy i snucia scenariuszy na temat tego, w jaki sposób wolałaby zginąć.
Odpowiedź zawsze była ta sama: w szybki.
Debiut ofiary miała beznadziejny, ale czemu się dziwić? Zwykle debiut w takiej roli jest także ostatnim spektaklem w życiu; w jej wypadku nawet nie wiedziała, co się dalej stanie. Bo szczerze to jeszcze nie malowało się w jej myślach, ze tak po prostu pozwoli jej żyć, kiedy już wcześniej znalazła śmiałość, aby spojrzeć na jego paskudną gębę.
Wysłuchała jego dalszych słów, kiedy to dostała szkolenie z tego, co powinna zrobić dalej, jako teoretyczna, niedoszła ofiara. Nie uważała, że to był jej szczęśliwy dzień, a szybciej najgorszy w całym życiu i to też głównie dlatego, że do tej pory było spokojne, więc zdarzenie nie miało jakiejś pokaźnej konkurencji. Z drugiej strony – może jednak szczęśliwy, skoro oświadczył, że nie miał ochoty jej zabijać. Fakt, jej też by się nie chciało na jego miejscu, bo pewnie musiałby po sobie posprzątać.
Jej myśli chyba za bardzo odjechały od rzeczywistości, by odpowiednio zakonotować zakończenie.
— W co? W pozew o rozwód z tytułu przemocy w rodzinie? — spytała bez zastanowienia, z niepotrzebnym przekąsem.
Nie to, żeby była jakaś głupia albo absolutnie niewinna, aby nie znać takich zabaw, które niekoniecznie dotyczyły tego, o co pytała. Po prostu nie zajarzyła, bo się w podduszanie nie bawiła. Już pomijając, że w obecnej sytuacji nie miała już z kim; to wcześniej nigdy nawet nie myślała o tym, aby spróbować. Chociaż książki o tym czytała.
Zapłon miała jednak opóźniony i nie dołączył do niej nawet po tym, jak chlapnęła tym pytaniem. A powinien był zrobić dwie rzeczy – zatrzymać ją w ogóle przed dyskusją, a po drugie – jeśli tego pierwszego by nie zrobił – sprowadzić odpowiedni kontekst, a nie z odcinka sądu rodzinnego.
— Przepraszam — dodała pospiesznie, kiedy w końcu dotarło do niej, że nie tak długo wcześniej mówił o tym, żeby zaczęła myśleć, a jeszcze szybciej o tym, aby używała zdrowego rozsądku. Nie popisywała się za bardzo w kwestii myślenia.
Do śmiechu jej jednak nie było. Mogła chlapnąć coś w odruchu, ale dalsza część i sposób, w jaki nieznajomy się wypowiadał, wcale nie napawał jej optymizmem czy radością, a wręcz przeciwnie. Jeśli czymś, to strachem. I może mogła zrzucić to na właśnie jego karb; fakt, że popełniała głupoty.
Nie zamierzała wdawać się w polemikę – że nie będzie miała komu o tym opowiedzieć; ani że nikt nie będzie pytał, bo weekend spędza samotnie i w domu (pewnie dotarłoby do niej wtedy, jak żałośnie to brzmi); ani o tym, że po co miałaby o tym opowiadać, bo przecież to nierozsądne. Ani też o tym skąd miałby się dowiedzieć. Ani tym bardziej o tym, że on to już teraz nie jest miły.
— Tak — odpowiedziała, summa summarum po prostu potakując mu i przyjmując narzuconą przez niego wersję. Nie mówić nikomu o tym, co zaszło. Nigdy. Akurat zamierzała to wziąć na poważnie, bo jeśli jakimś cudem wyjdzie z tego cało, to zacznie chodzić do kościoła. I na drogę krzyżową w każdy piątek też. — Jest pan super miły, serio — dodała żywo, absolutnie niepotrzebnie. W końcu sam się tak nazwał chwilę temu. — Nie chce pan jakichś opioidów na drogę?
Nie to, żeby go wyrzucała czy sugerowała, aby sobie już poszedł, bo nie o to chodziło. Mogło to jednak zabrzmieć kiepsko. Choć gdyby ją spytać, to chodziło o zaoferowanie mocnych przeciwbóli, nic więcej.
Damon Tae
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dziwnym dla niego było, że to on musiał jej mówić czego nie powinna nikomu powtarzać, ale też nie zwykł mieć ludzkich, niewinnych świadków. Większość osób, która stawała mu na drodze, w większości była powiązana z nielegalnymi działalnościami. W takich wypadkach nawet nie myślał o oszczędzeniu drugiej osoby i ewentualnego świadka, bo prędzej czy później wygenerowałoby to kłopoty, których wolał unikać.
Ona jednak była… całkiem niewinna. I wolał wierzyć, że to przeżycie wpłynęło na nią na tyle mocno, że faktycznie nie zdecyduje się o nim nikomu rozpowiadać. Byłaby szkoda, jakby musiał tu wrócić, aby po sobie posprzątać.
— Czy ty siebie słyszysz? — spytał, gdy brew po raz kolejny mu drgnęła wyżej w odpowiedzi na jej pytanie.
Jej zachowanie z jednej strony było mocno nierozsądne, a z drugiej zrozumiałe, bo w tej sposób mogła sobie radzić. Niemniej, gdyby natrafiła na kogoś mniej wyrozumiałego i cierpliwego, prawdopodobnie już by oberwała w twarz za robienie sobie żartów, kiedy on jest poważny. Znał takie osoby. Wybuchowe, agresywne, które musiały zaznaczać na każdym kroku jakie to są groźne i nieprzewidywalne.
Przepraszam.
Westchnął ciężej. Przejechał dłonią po twarzy, zmywając z niej zmęczenie. Dzisiejszy wieczór nie przebiegał po jego myśli. Nie dość, że misja się pokomplikowała i będzie musiał do tego wrócić następnego dnia, to jeszcze przyszło mu się uporać z blondynką. Z jednej strony jakby się jej pozbył, to by niczym nie ryzykował, ale z drugiej, miał już dość brudnej roboty na dzisiaj.
Byle tylko ta decyzja mu na złe nie wyszła.
Gdy odpowiedziała, że zrozumiała, przez chwilę jeszcze lustrował ją spojrzeniem, jakby chcąc się upewnić, że zaraz po jego wyjściu, ona nie pogna do telefonu by zadzwonić na policję czy kogokolwiek innego. I tak po opuszczeniu jej domu nakaże jednemu z ludzi ją obserwować przez kolejne dwa dni, aby mieć pewność, że jego świadek na pewno trzyma gębę na kłódkę i nie zachowuje się podejrzanie.
Nikomu nie ufał.
Odepchnął się od kuchennego blatu i przeszedł kilka kroków w kierunku porzuconej kurtki. Założył ją na siebie z powrotem, słuchając jej jednym uchem, gdy potwierdza, że jest super miły. Przy okazji nasłuchiwał czy nie zmienia swojej pozycji, aby znowu próbować uciec lub go zaatakować. To byłoby głupie, ale dziewczyna już pokazała, że w stresowych sytuacjach wygrywa instynkt, a nie zdrowy rozsądek.
Nie chce pan jakichś opioidów na drogę?
O, a tego się nie spodziewał.
Zapiął kurtkę pod brodę i obejrzał się w jej kierunku.
— Nie. Poradzę sobie. — Oczywiście, że nie chciał żadnych lekarstw. Rzadko kiedy je brał, chyba, że były w niego wmuszane. Lub naprawdę było z nim źle.
Przeszedł do drzwi wyjściowych. Otworzył je płynnie i wyjrzał na ciemną ulicę oświetloną jedynie kilkoma latarniami. Cisza. Pojedyncze, przejeżdżające auta. Nikogo, kto miałby go niepokoić.
Przymknął je z powrotem. Obejrzał się na dziewczynę.
— Pamiętaj, blondi. Nie rób nic głupiego. — Znowu jej to powtarzał, jakby cokolwiek to miało zmienić. Ostatnio te przestrogi nic nie dały, tylko tym razem, jeśli odwali, to konsekwencje będą poważniejsze niż czerwone ślady wokół jej szyi. — I następnym razem nie otwieraj nieznajomym. — To była bardzo szybka lekcja, aby nikomu nie ufać.
Bo świat jest dostatecznie popierdolony i nigdy się nie wiedziało, kiedy się coś odwali.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawdopodobnie jednak to stres wziął górę. Ogrom stresu. Piętrzyły się w niej emocje, które szukały regulacji i robiły to w beznadziejny sposób, bo ona wdawała się w dyskusje. Chociaż, tak naprawdę, w jej głowie to pytanie było logiczne. Bo w co takiego mieli się bawić? Ona i jej chłopak? Co takiego miałoby tłumaczyć ślady na jej szyi jak nie ‘zabawa’ w pozew o rozwód z tytuły przemocy w rodzinie.
Odpowiedzi się nie doczekała, ale sposób w jaki to skomentował, uświadomił jej, że stąpała po bardzo, ale to bardzo cienkim lodzie. Ale co gorsza – ona miała tego świadomość już od samego początku, a mimo to nie potrafiła się zamknąć. Nawet jeśli wiedziała, że tak będzie najlepiej. Że najlepiej, jeśli już by się miała odezwać, to potakiwać i nie prowokować.
Dokładna odwrotność tego, co robiła.
Próbowała się oczywiście wyratować propozycją opioidów, ale tych nie chciał. Dotarło do niej jednak coś zupełnie innego – fakt, że się ubierał. A skoro się ubierał, to najwyraźniej zamierzał wyjść. I teraz została z jednym pytaniem – czy z nią.
Miała jednak wrażenie, choć możliwe, że złudne, że raczej bez niej. Zwłaszcza po tym, jak ją upomniał. Nie w kwestii tego, żeby nie robiła nic głupiego, ale jeśli chodziło o nie otwieranie nieznajomym.
No, akurat tego mógł być już pewien. Od dnia dzisiejszego jak nic będzie wybierała opcję ‘zostaw pod drzwiami’. A nawet wtedy i tak będzie problematyczne wyłonienie się po jedzenie. Może w ogóle wybije jej z głowy branie dostaw do domu.
Nie odpowiedziała jednak nic, jak raz wybierając tę prawidłową opcję dialogową. Obserwowała go uważnie, choć wiedziała, że nie powinna tak stać i się gapić, bo przecież nawet to mogło go sprowokować. Nie umiała jednak sterczeć i gapić się na nic; zwłaszcza, że zwracał się do niej. Przecież to dopiero byłoby niegrzeczne!
Zaczęła się nawet zastanawiać, czy on zamierza w ogóle iść do szpitala czy jednak sam się zszyje igłą i nitką w domu, skoro o szycie pytał ją. Chyba by nie poszedł, bo jednak rany jakie miał na sobie, w tym postrzałowe, wywołałyby pytania w Kanadzie. W końcu to nie Stany Zjednoczone, żeby każdy tak prosto miał dostęp do broni.
Czyli jednak igła i nitka.
— A pan niech się nie da znowu poharatać — rzuciła za nim, gdy już miał otworzyć drzwi, jednak głupio decydując się odezwać. Chociaż ciężko było to nazwać decyzją, a bardziej niekontrolowanym odruchem, z których już zdołała zasłynąć tego wieczoru.
Dopiero gdy zostanie sama z tym wszystkim uderzy do niej refleksja, bo teraz działała jak na autopilocie. I to bardzo kiepskim, oddalonym od wszelkich norm.
e o t