ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Sometimes, I wonder if I should be medicated
If I would feel better just lightly sedated
The feeling comes so fast and I cannot control it
I'm on fire, but I'm trying not to show it


Oleander, ten sam Oleander, który w drodze na zajęcia z domu zwykle wybiegał z ceramicznym kubkiem w dłoni i desperackim łykiem kawy na wargach, ten, który na egzaminy wpadał na minutę przed ostatecznym zamknięciem drzwi przez komisję, ten, wreszcie, który potrzebował trzech alarmów nastawionych jeden po drugim, aby mieć pewność, że nie spóźni się na pociąg, autobus czy, rzadziej, samolot, gdy zależał od tego sukces danej podróży, przyszedł za wcześnie. Jak zawsze wtedy, gdy coś było odrobinę ważniejsze, niż chciał przyznać przed samym sobą.
Szpitalna poczekalnia przywitała go znajomą, niezmienną fuzją sensorycznych doznań: chłodem nadgorliwej klimatyzacji rozkręconej o jeden stopień za wysoko w nadziei, że regularne podmuchy syntetycznego wiatru rozgonią, być może, kłębiące się na korytarzu zarazki; zapachem lizolu i taniego mydła w płynie; miarową symfonią telefonów, drukarek i innych elektronicznych urządzeń pracujących w równym unisono. Na zewnątrz dzień był ostry i jasny — z błękitem nieba i niemal agresywnym blaskiem wiosennych promieni słońca, ale tutaj wszystko wydawało się mniej wyraźne i przytłumione, jak zwykle bywa to w miejscach, w których czas płynie na zupełnie innych zasadach niż te, które obowiązują całą resztę świata.

Zgłosiwszy swoje imię w recepcji, znalazł wolne miejsce na jednym z chwiejnych, plastikowych krzesełek, które sprawiały, że zawsze czuł się za duży i jakby nieforemny. Zanim usiadł, rozpiął guzik ciemnego płaszcza; pod spodem miał prosty, grafitowy w barwie sweter i koszulę, której kołnierz wystawał niedbale spod dzianiny — jeszcze ślad po zajęciach na uczelni, do pary z wypchanymi książkami i notatnikami torbą zawieszoną przez ramię. Jeszcze do teraz łudził się, że być może – czekając na wizytę – uda mu się nadrobić jakieś zaległości; wiecznie miał wrażenie, jakby lektur tylko przybywało, a czas na ich ukończenie permanentnie się kurczył. Teraz jednak nie było co się oszukiwać: jakkolwiek mocno Ollie by się nie starał, nie byłby w stanie skupić się na przetrawianiu równych rzędów akademickiej czcionki.
Najpierw subtelnie (no, przynajmniej taką miał nadzieję…) powiódł wzrokiem po kilku innych osobach towarzyszących mu w poczekalni, potem przez chwilę obserwował odbicie światła na wypolerowanej podłodze, a wreszcie — zupełnie bezwiednie — jego uwaga powędrowała niżej. Tam, gdzie zamiast obecności zawsze odnajdował bolesny brak. Choć minęły już prawie cztery lata, jego mózg nadal niekiedy potrzebował sekundy żeby nadążyć za faktem, że zamiast żywej skóry, ostrej linii goleni i mięsistej tkanek łydki, część oleandrowego ciała zastępował teraz skryty pod nogawką metal protezy.
Choć, o ironio, ta pustka nadal potrafiła boleć z siłą typową dla faktycznego ciała.
Czasem nagle, bez zapowiedzi — jakby organizm Everharta przypominał sobie o pożarze potężnym, paraliżującym skurczem. Niekiedy o wiele bardziej subtelnie – rozmytym cieniem cierpienia, które potrafiło utrzymywać się przez wiele godzin, niewystarczająco znaczącym, by odwoływać plany albo zgłaszać chorobowe, ale na tyle wyraźnym, by rozpraszać, dekoncentrować i wybudzać ze snu, jakkolwiek ambitnie brunet nie starał się go zignorować.

Z wizytą, oczywiście, zwlekał. Tygodniami. Tłumacząc sobie, że było to ważne, jasne, ale nie pilne; poza tym terminy zawsze były odległe, rzadko zgrywały się z jego planem na uniwersytecie, a w dodatku nie chciał zabierać miejsca komuś, kto konsultacji z lekarzem potrzebowałby znacznie bardziej niż on. Mógł, oczywiście, spróbować także zgłosić się gdzie indziej, u kogoś innego, nowego, w znacznie bezpieczniejszy, bardziej anonimowy sposób.
A jednak siedział tutaj, w poczuciu specyficznego deja vu, z mieszanką ekscytacji i niepokoju zwijającego się gdzieś pod jego splotem słonecznym w ciasny węzeł.
W oczekiwaniu, aż ktoś – recepcjonistka, lub sam Miles Doktor Howard – wywoła go na wizytę, w zamyśleniu przesuwał wolno dłońmi po jeansie okrywającym jego uda, miarowo, starannie, jakby próbował w ten sposób wygładzić coś więcej niż tylko materiał spodni. Własne myśli, może. Albo uczucia.

Uniósł wzrok dopiero wtedy, gdy drzwi jednego z gabinetów uchyliły się z cichym kliknięciem, i gdy w peryferiach pola widzenia zamajaczyła mu znajoma, choć dawno niewidziana, męska sylwetka.

Na moment, Ollie Everhart w zasadzie zapomniał, po co właściwie tu przyszedł.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Ponaglone do ruchu w trakcie zmiany, ciało Milesa, obecne wśród innych, tłumnie przebywających w szpitalu osób, stanowiło ledwie drżącą kreskę – linię sylwetki, postawioną na korytarzu urazówki szybko, niedbale, jakby tylko tak, w charakterystycznym dla oddziału pośpiechu, był w stanie umknąć przed nieszczęściem dnia. W efekcie nie zasadzał się na żadnej przestrzeni na tyle długo, by można było uznać jego zarys za coś stałego w otoczeniu, czy stabilnego, za to pozostawał skuteczny, gdy po dowiezieniu pacjentów z wypadku samochodowego, wpierw zajął się kobietą z głębokim rozcięciem na udzie, nadającym się do szycia, a następnie mężczyzną z lekkim urazem głowy. I choć nie było to tak brawurowe zajęcie, jak pokazywane w serialach medycznych drastyczne, krwawe przypadki, wymagające natychmiastowej interwencji na sali operacyjnej, kosztowało go to kilkadziesiąt minut skupionej, pełnej zaangażowania pracy.
Na końcu, w pędzie obowiązków, zmianę na urazówce zakończył koniecznym, acz standardowym zabiegiem chirurgicznym, dotyczącym nastawienia skręconego kolana i usunięcia zainfekowanych tkanek po starciu ciała pacjenta z asfaltem. Zabieg ten przeciągnął się o prawie pół godziny, tym samym pozbywając go możliwości zjedzenia lunchu.
Żarliwość dnia, pełna nadprogramowych zajęć, nie chciała być dla niego łaskawa na tyle, by wyciągnąć go z dymu płonących obowiązków, krok po kroku zacierała się więc granica między jego zwyczajowym spokojem, a koniecznością szybkiego działania. Wciąż te same hałasy – jak głosy pielęgniarek wzywających kogoś do sal, szuranie krzeseł i pokasływanie pacjentów – nachodziły krzyżem dźwięków na płaszczyznę jego ucha, gdy przechodził przez korytarz w stronę izby przyjęć. Każda z tych części tworzyła dla niego szpitalne t ł o, nigdy główną oś skupienia, gdy skoncentrowany na realizacji konkretnych zadań, mijał cudzych pacjentów bez większej uwagi. Miękkość i sprężystość kroku Milesa, zwykle zasadzająca się w pasach mięśni z regularną mu stoickością, dziś ustępowała miejsca napięciu i nagłemu przyspieszeniu.
Był już spóźniony.
Nie było miejsca na elegancję, na uśmiech w stronę pielęgniarek, czy zagadywanie do zagubionych w przestrzeni szpitalnej pacjentów. Zdążył jedynie kupić kawę w szpitalnym automacie, traktując ją jako zastępstwo posiłku i mając w planie wypić ją gdzieś pomiędzy przyjmowanymi pacjentami. Nie dostrzegł nawet znajomej sylwetki, siedzącej na jednym z krzesełek, gdy przekroczył próg poczekalni.
Uważność zeszła na dalszy plan.
Zamiast tego pozostawał mu gruby płaszcz niecierpliwości, gdy niemal truchtając, przeciął linię holu, wpadając do gabinetu z niegasnącą potrzebą nadrobienia straconego czasu. Szybko przywdział na siebie sterylnie biały kilt, czystością materiału pokrywając tym samym pachnącą krwią i potem koszulkę z urazówki i sięgnął po pierwszą, leżącą z wierzchu i przygotowaną przez pielęgniarki kartę pacjenta. Upił jeszcze łyk gorącej kawy, odstawiając ją na biurko w gabinecie, nim opuścił go, z powrotem pojawiając się w poczekalni.
Działał pospiesznie, ale nie emocjonalnie. Do czasu.
To, co naprawdę zdarło z niego aksamit powściągliwości i miękkość wypowiedzi, zwykle nie wyrażającej żadnych emocji, nadciągnęło na niego falą napięcia parę sekund później. Nie chodziło już o spóźnienie, o pośpiech, czy o feralność dnia, w którym wszystkie drobne zajęcia przesypywały mu się mnogo przez zbyt zajęte ręce.
Przestało chodzić o coś, a zaczęło chodzić o kogoś.
Oleander Ever...hart?
Początkowy, neutralny i pewny ton głosu Milesa, który miał za zadanie jedynie wywołać pacjenta z kolejki, bardzo szybko wzniósł się w nieznacznej niepewności, gdy zakończył odczytywanie głosek jego nazwiska nie tylko z subtelną, pytającą nutą, świadczącą o zaskoczeniu, ale również z szybszym i mocniejszym uderzeniem serca, wchodzącym w rytm bicia poza jego kontrolą.
Wmawiana od dawna obojętność, mimo że wciąż utrzymywała się na powierzchni jego zachowania, w gestach i w niewiele odkrywającej twarzy – dla niego dawno przestała być czymś, w co wierzył. Miał też wątpliwość, co do tego, czy gruba fasada powściągliwości, jaką utrzymywał w mimice, wciąż wystarczała, by zakryć wszystkie jego pęknięcia emocji.
Oleander Everhart był jego słabością, a jego obecność w pomieszczeniu sprawiała, ze wspomnienia ożywały. Co za tym idzie, pamięć o operacji sprzed lat siłą winnego ściągana była do wewnątrz świadomości Milesa, by tam okryć jego grzbiet mrowiącą (i mrożącą) ciało niepewnością. Musiał odetchnąć głęboko, by odepchnąć z siebie pierwszy gwałt emocji, ten najsilniejszy. Drugie uderzenie wątpliwości rozłożył po tkankach ciała, pozwalając, by mięśnie złapały w siebie tę charakterystyczną sztywność, stawiającą go w trybie ciągłego czuwania.
Dawno się nie widzieliśmy — odezwał się jeszcze, przepuszczając znanego sobie pacjenta w drzwiach. Wzrok mimochodem przebiegł po całości jego sylwetki, w tym po młodej twarzy Oleandra, której za nic nie potrafił odczytać, i brakującej części ciała, której n i e o b e c n o ś ć wciąż tłumaczył sobie zbyt trudnym przypadkiem.
Tylko trudne przypadki kończyły się bowiem amputacją, prawda?
A co jeśli nie?
(Co jeśli to nie wypadek był trudny, a sam dzień Milesa?)
W ostatku błąkającego się w nim spokoju poprawił zsuwający się nieco z szyi stetoskop, gdy zamykał za nimi drzwi.
Jak się czujesz? — miękkość głosu straciła swoje obłe i przyjemne brzmienie, jakby coś lepkiego i ciężkiego osadziło się na brzegach dźwięku, choć Miles starał się to skrzętnie ukryć nasuniętym na usta uśmiechem.
Pytanie zawierało znacznie więcej głębi, niż samą tylko ludzką uprzejmość.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Milesa, przemykającego poczekalnią w pośpiechu, prędkością z jaką się poruszał upodobnionego najbardziej chyba do pioruna kulistego, ale kawą trzymaną w dłoni balansującego za to jak zdolny woltyżer, Oleander początkowo zwyczajnie nie zarejestrował. Taką samą niewinną ignorancją brunet wykazywał się czasem na wykładach, z wyżyn głębokich rozmyślań sprowadzany na ziemię niskim tembrem profesorskiej tyrady o tym, jak to ta dzisiejsza młodzież jest niewdzięczna i niezdolna, by atencję na jednym, konkretnym temacie utrzymać przez dłużej niż trzydzieści sekund (a wszystko to, jak najbardziej, przez media społecznościowe, i te telefony, nieszczęsne!), a także w domu, gdzie matczyne upomnienia o tym, żeby przestał wreszcie bujać w obłokach i zajął się nastawianiem pralki, albo długo obiecywaną pomocą ojcu w zagraconym garażu, niosły się ku niemu sporadycznie, gdy Pani Everhart zapomniała na moment, że od niedawna - to jest od czasu jego wypadku - mimowolnie objęła środkowego syna taryfą ulgową (jednym słowem: że, czy tego chciał, czy też nie, zaczęła wymagać od niego mniej niż od reszty jego rodzeństwa).
Finalnie to jego własne nazwisko, w połowie przecięte subtelną, lecz niezaprzeczalną dla wprawnego słuchacza pauzą zawahania, ugruntowało go w rzeczywistości niby kotwica. Najpierw uniósł wzrok, a potem dopiero ciało, od plastiku marnego krzesełka odpychając się otwartymi dłońmi.
- Tak - potwierdził, zupełnie przy tym niepotrzebnie, tym samym wyuczonym jak bezwarunkowy odruch tonem, którym zwracał się do ojca i do starszych rangą przełożonych w zastępie strażackim. Może sprawiała to obecność uniformu - bo choć Howard nie nosił, oczywiście, munduru, jego ubiór odróżniał się od tego cywilnego, w oczywisty sposób sugerując przynależność do określonego, hierarchicznego systemu; może respekt, którym Ollie od zawsze niemal obdarzał osoby powszechnie uważane za mądre, godne szacunku, i w taki lub inny sposób przysługujące się społeczeństwu; a może jakaś specyficzna hybryda jednego z drugim. Trudno było powiedzieć, czy Everhart miał nadzieję, że lekarz będzie go pamiętał, czy też raczej, trochę zuchwale, się tego spodziewał. Gdyby Miles go nie rozpoznał, Oleander pewnie poczułby cień rozczarowania, nawet, gdyby uczuciu temu nie pozwolił przedostać się do jego jaźni przez barierę podświadomości. W postawie niższego bruneta coś się jednak zmieniło, stężało, napięło jak struna, na niewerbalnym poziomie sugerując jawnie, że na obecność Everharta trudno jest mu pozostać profesjonalnie obojętnym. - Dzień dobry, doktorze.
Kiedy Ollie ruszył za mężczyzną, jego ruch był gładki, choć może odrobinę zbyt ostrożny by dało się ukryć, że za tą jego płynnością stoi nie wyłącznie naturalna pamięć ciała, a też świadoma, sumienna praktyka. Ukryta pod nogawką spodni proteza - czwarta z kolei, jakiej w ramach metody prób i błędów Oleander miał okazję doświadczyć - swoim ciężarem wpisywała się w oś ciała prawie naturalnie — już nie zupełnie obca, choć jeszcze i nie całkiem własna.

W sterylnej ciasnocie gabinetu, przyjmującej Oleandra dokładnie tak, jak większość zamkniętych przestrzeni: trochę nieporadnie, jakby nie wiedziała co zrobić z jego wzrostem i rozpiętością pamiętających jeszcze regularne, fizyczne wysiłki, ramion, Ollie wyzwolił się z objęć płaszcza, bez szczególnej gracji przewieszając go sobie przez przegub. Wokoło pachniało kawą i zmęczeniem - materiału, pewnie (bo wystarczyło jedno dokładniejsze spojrzenie by stwierdzić, że przydałoby się tu wymienić parę obiektów, z kółkami medycznej leżanki i klawiaturą komputera na czele), ale i tym bardziej ludzkim. Ollie zignorował to dokładnie tak samo jak wszystko inne, o co chciał zapytać wiedząc, że absolutnie nie powinien tego czynić.
Najpierw to Howard przepuścił go w drzwiach, ale potem to dwudziestoośmiolatek odsunął się lekko w lewo, by lekarz mógł przejść bliżej biurka, w adekwatnym do okoliczności, choć nieco niezręcznym tańcu. Uderzyło go, że od drugiego mężczyzny wyższy musiał być co najmniej jakieś siedem cali - fakt, który z jakiegoś względu nigdy wcześniej nie dotarł doń w równie namacalny sposób, i teraz, zamiast dodawać sylwetce Olliego pewnej dominującej swobody, sprawiał, że student czuł się raczej niedopasowany, aniżeli dodawać miał mu pewności siebie.
Choć może w gruncie rzeczy odpowiadała za to bynajmniej nie fizyczna różnica, co ostra nierównowaga zajmowanych przez nich ról, jak to zawsze bywało w relacjach pacjentów i ich lekarzy.
— Dawno — powtórzył za lekarzem, z mieszanym skutkiem próbując nadać tym słowom jakiejś pogodnej lekkości - To chyba zazwyczaj dobra wiadomość?
Okazało się jednak, że jego wymuszony optymizm wylądował głucho i płasko, przytłumiony natychmiast wagą pytania zadanego mu przez Milesa niemal symultanicznie. W innych warunkach można było je łatwo wytłumaczyć zwyczajną kurtuazją, i zbyć jakimś krótkim, bezpiecznym "w porządku", w leksykonie Everharta zarezerwowanym dla pogawędek na uniwersyteckich korytarzach i przy rodzinnym stole, gdzie to zawsze bardzo się starał, by nikogo niczym nie martwić i nie niepokoić. W gabinecie zawisło ono jednak między nimi z zupełną inną wagą, w połączeniu ze sposobem, w jaki spoglądał na niego chirurg, jasno dającym Oleandrowi do zrozumienia, że nie tylko nie musi tu udawać, co być może zwyczajnie nie powinien tego robić.
Jak to mówili? Przez wzgląd na stare, dobre czasy.
- Nie przyszedłem z niczym poważnym - Zaczął z manierą człowieka przywykłego, by do bólu innych ludzi podchodzić z uwagą i troską, ale własne minimalizować regularnie i skutecznie tak długo, aż dało się je bez większego trudu zamieść pod przysłowiowy dywan. Westchnął tak cicho, że Miles mógł tego równie dobrze wcale nie usłyszeć, i przesunął spojrzenie gdzieś na bok, unikając przez chwilę bezpośredniego kontaktu. - Po prostu… zdarzają mi się ostatnio epizody bólu. Nic nadzwyczajnego - Wzruszył ramionami - Ale jakby z nową częstotliwością. Myślałem, że to może kwestia pogody... - Pociągnął dyplomatycznie, racjonalnie, tak rytmicznie, że prawie nie dało się posłyszeć podszywającego jego słowa niepokoju. Dopiero, kiedy wreszcie wrócił spojrzeniem ku twarzy Howarda, drobna zmarszczka powstała u nasady oleandrowego nosa zdradzić mogła, że chłopak martwił się szczerze, i bardziej niż zwykle. W innym wypadku przecież wcale by tu nie przychodził - ...ale ostatnio się poprawiła, a ból jakoś nie ustąpił. W sumie... wręcz przeciwnie. Więc mimo wszystko może warto to sprawdzić... - dodał na zakończeniu. Bez oskarżenia, bez pretensji. Raczej ze świadomością, że przecież obaj stoją - i zawsze stali - po przeciwnych stronach tej samej historii.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tuż po wejściu do gabinetu siatkówka oka znalazła w przestrzeni te same, znajome ułomności: porysowaną klamkę drzwi, wytartą w klawiszach klawiaturę komputera i obecną wszędzie intensywność zapachów; tę charakterystyczną, dławiącą płuca ostrość środków dezynfekujących, wymieszaną z gorącem powietrza, osiadłego w kwadratach gabinetu o zbyt dużym, przeszklonym oknie. Miles, nim przeszedł do badania, otworzył je skromnie, tworząc nad górną linią ramy zbawienną szczelinę wejścia, przez którą wślizgiwał się do środka wiosenny podmuch wiatru. Dopiero wtedy, uspokojony własnym rytuałem, usiadł przy biurku, logując się do systemu pacjentów, a następnie upił łyk kawy, przysuwając kubek bliżej siebie.
Dawno.. czy to była dobra wiadomość?, powtarzały myśli w natręctwie. Zanim jednak doszedł do meritum cudzego pytania, wpierw na ramionach osiadły jego własne:

Czy Oleander Everhart w jego gabinecie był dobrą wiadomością?
Czy od ostatniej jego wizyty żyło mu się lepiej?
(Czy już się przyzwyczaił do braku?)
Czy jego obecność mogłaukoić sumienie Milesa?
(Czy bardziej wzbudzić w nim niepokój?)

Zazwyczaj... czasem oznacza też, że ktoś po prostu przeciągnął termin wizyty w czasie ze strachu, z braku czasu, albo z braku ubezpieczenia lub pieniędzy.
Pomieszczenie, obrośnięte przez ciężkość zniesionych na nich ról, pomimo ich długoterminowej znajomości, wydawało się zatrzymywać w kątach pokoju każdą jedną, bardziej swobodną, czy nieoficjalną myśl. Jakby w tych samych miejscach, co zawsze – między lekarskim biurkiem, a krzesłem pacjenta – nie było czasu na żarty, a znajdowało się wyłącznie miejsce na zawodowe naleciałości. W tej kanwie – w tym wyuczonym przez lata procesie podejścia do badanego – zaczynał od przejrzenia danych i zapoznania się z ostatnią historią pacjenta, w poszukiwaniu być może jakichś znaczących nowości, o których nie miał wcześniej pojęcia. Pominięcie tego etapu nie wchodziło w grę. Zawsze upewniał się co do tego, że jest na bieżąco.
Dziś „na bieżąco” nabierało jednak znacznie szerszej skali, gdy okazywało się, że wraz z suchymi faktami, chłonął z wizyty również napięcie, a ciało poddawało się mu z urągającą wręcz łatwością. Łuk żeber, choć nie zmieniał się pod względem położenia szkieletu, nagle stawał się przy tym zbyt ciasny, a przez ciało od krtani w dół do płuc biegnęło palące go uczucie odpowiedzialności za pacjenta, nasilające się z każdym kolejnym słowem Oleandra.
Nie przyszedłem z niczym poważnym w pewnej banalności zwątpienia, rozbiło w Milesie zastygły pod skorupą głowy spokój, nim jeszcze nadeszła kolejna część cudzej „spowiedzi”, bo aż nazbyt często tak właśnie zaczynały się poważne przypadki. Nie musiał przy tym słyszeć westchnięcia pacjenta (i nie słyszał), by wiedzieć, że podobne słowa przychodzą Everhartowi z niejaką trudnością. Spojrzenie, w ucieczce pacjenta otarte o przestrzeń wokół nich, świadczyło o niewygodzie ów wypowiedzi i choć Miles nie był skłonny mówić o tym głośno, a tym bardziej nie chciał tego po sobie pokazać, w nim również głoski cudzego wyznania (im było ono dłuższe i bardziej obfite w szczegóły) podnosiły większą czujność i krępację.
Taktownie przykrywając uczucia wyjściem zza biurka, przeciągnął palcami wzdłuż pasm własnych, ciężkich włosów, odgarniając je z czoła na tył głowy, byle tylko czymś się zająć i nie ulec ciążącym mu emocjom. W międzyczasie wskazał wolną dłonią na lekarską kozetkę.
Usiądziesz? Zbadam Cię i sprawdzimy, co dalej... jeśli możesz, podnieś nogawkę. Jeśli nie dasz rady, ściągnij spodnie — poinstruował krótko, samemu również podchodząc bliżej leżanki. Podwinął przy tym rękawy lekarskiego fartucha, zerkając w kierunku pacjenta w cierpliwym oczekiwaniu na spełnienie prośby.
Jest możliwość, ze zbiegło się to ze zmianą protezy? I jaki to rodzaj bólu? Ostry, punktowy? Piekący, pulsujący...? — wymienił niektóre z możliwości, dookreślając tym samym, o co tak naprawdę pytał. Po latach od amputacji najbardziej prawdopodobną opcją był ból fantomowy, problem z ukrwieniem lub przerost nerwu, odzywający się z pewnym opóźnieniem. Nie chciał jednak zakładać żadnej z opcji przed sumiennym zbadaniem pacjenta.
Cisza przez chwilę przecięła linię spotkania, dając im obu czas na akceptację nowej sytuacji. Miles w tym czasie zsunął na bok potrzebę dystansu, mimo że tylko ona trzymała cugi jego emocji w kontroli. Ważniejsze jednak wydawało mu się wyciszenie cudzego zmartwienia, wyrysowanego wyraźnie w zmarszce nad nosem Oleandra i w jednostajności komunikatu, nieco zbyt sztywno przedstawionego, by Howard uwierzył w neutralność przekazu.
Oleander... wiem, że nie lubisz, jak uwaga koncentruje się wokół Twoich potrzeb i Twoich słabości... ale potrzebuję, żebyś dzisiaj nie bagatelizował tego, co czujesz.
Głos Milesa był stabilny, ale cichy, obdarty z chęci pouczania go, miał w sobie jednak nutę prośby wymieszanej z mrowiącą stanowczością.
...odnośnie nogi. Nawet najmniejszy szczegół może mieć znaczenie — dodał wyjaśniająco.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Naprawdę?
Do takiego rodzaju braku n a p r a w d ę można było się przyzwyczaić?

Oleander nie mógłby z jednoznaczną pewnością stwierdzić, czy na takie zapewnienie padające z ust lekarza zareagowałby niepowstrzymanym gniewem, czy raczej niepowstrzymaną ulgą. Ufał stojącemu przed nim brunetowi tak, jak ufa się ludziom zapewniającym usługi, od których zależeć może nasze życie: nie z wyboru, a raczej z braku innych możliwości.
Z jednej strony, nie dało się podważyć faktu, że Doktor Howard był doświadczonym lekarzem, na którego koncie bilans porażek i sukcesów ewidentnie wskazywał na ekspertyzę, nie partactwo, dodatkowo uwierzytelniane peanami snutymi pod jego adresem w internetowych recenzjach, które można było odnaleźć, wstukując tytuł i nazwisko mężczyzny w byle-pierwszą wyszukiwarkę (co, nawet jeszcze wówczas, gdy sam Oleander znajdował się najpierw w medycznej śpiączce, a potem w stanie, w którym nikt z zatroskanych bliskich nie pozwoliłby mu podejmować żadnych ważniejszych decyzji, wielokrotnie zrobiła jego młodsza siostra, upewniając się, czy Everhartowie faktycznie powinni powierzać zdrowie środkowego dziecka w jego ręce).
Z perspektywy samego Ollie'go jednak myśl, że doświadczenie Howarda wskazywało, iż do tej przedziwnej żałoby, z którą - był pewien - zmuszony będzie trwać do końca życia, dało się przywyknąć podczas gdy Ollie nadal szamotał się z nią co dzień jak dzikie zwierzę schwytane we wnyki, wywoływała w dwudziestoośmiolatku przypływ nie tyle może nieuzasadnionej, co w jego własnym przekonaniu zdecydowanie dysproporcjonalnej furii. Ile to razy słyszał (głównie od ojca i od starszego brata, którym, nadal sprawnym mimo codziennie napotykanego w pracy ryzyka, łatwo było cokolwiek powiedzieć), że powinien zachowywać się jak dorosły, jak mężczyzna, i zaakceptować własny los, godząc się nań z poczuciem wdzięczności, bo przecież mógł skończyć o wiele gorzej? Rozumiał, że byłaby to postawa godna podziwu, i przez dziewięćdziesiąt pięć procent czasu potrafił przyjmować ją mniej więcej tak, jak na twarz zakłada się równocześnie ochronną, jak i teatralną maskę.
Istniały jednak przestrzenie - jak zacisze jego własnego pokoju oraz, okazywało się, również medyczne gabinety - w których fasada dojrzałego stoicyzmu obsuwała się nieco, obnażając infantylizm jego niezgody na to, jak odarty został z obiecanej mu przyszłości.
Obiecanej mu przez kogo?
Do dziś nie wiedział. Ale przecież nie przez Doktora Howarda - nie miał więc prawa wyładowywać na nim swojej dziecięcej niemal złości.

Starając się zachować neutralny wyraz twarzy, obserwował, jak brunet porusza się po swoim małym, profesjonalnym uniwersum. W reakcji na jego kolejne słowa, zmarszczył jednak brwi, nie powstrzymując wypisanego w mimice twarzy protestu.
- Nie w moim przypadku - Powiedział tym samym tonem, którym zareagowałby na przykład w rozmowie z jakimś profesorem, na uniwersytecie zarzucającym mu ściąganie na egzaminach - Nie przychodziłem, bo nie było takiej potrzeby. - Nie lubił gdy sugerowano mu ani tchórzostwo, ani ubóstwo, głównie dlatego że bał się iż obydwie te kwestie mogły nosić w sobie ziarno prawdy. 
Na kozetce usadowił się bez większego sprzeciwu, przynajmniej tym rodzajem spolegliwości starając się zamaskować jakoś ewidentnie wzbierające w nim nerwy. Kiedy jednak zapewnił:
- Dam radę - to zrobił to zdecydowanie zbyt szybko by nie zabrzmieć jak chłopiec pragnący starszym kolegom udowodnić własną sprawność i przynależność do ich grona. Mimo to jednak, spojrzawszy najpierw krótko w dół, sięgnął do paska spodni. - Ale tak pewnie będzie wygodniej.
Everhart był przyzwyczajony do nagości: najpierw za sprawą szatni w szkole pożarniczej, w której, po brzegi wypchanej ciałami młodych mężczyzn, nadgorliwie pragnących udowodnić własną sprawność i gotowość do służby, nie pozostawało miejsca na wstyd; a potem w bazie jednostki, w której, w pośpiechu do ratowania cudzego życia, brakło czasu na pruderię. A nawet jeśli po całym tym wieloletnim warunkowaniu Oleandrowi ostałaby się jeszcze jakakolwiek tendencja do zapeszania się negliżem, i tak do reszty wyzbyłby się jej przecież w szpitalu, w którym w trosce o jego życie odebrano mu ostatecznie całą decyzyjność względem tego, kto będzie go oglądał, i w jakim stanie.
Zamiast go zatem zawstydzać, jego żałosny, połowiczny dezabil, zwłaszcza w ostrym kontraście z pełnym ubiorem lekarza, tylko jeszcze bardziej bruneta podirytował. Kiedy Ollie ściągnął i złożył spodnie w równą, płaską kostkę, sposób w jaki jego oprószone ciemnymi włoskami, nagie i blade po zimie uda wystawały spod materiału swetra, tylko podkreślał pustkę tam, gdzie przecież powinno znajdować się ciało. Jakby zamiast rannym, Everhart był wybrakowany; niczym tania zabawka, na której wykończenie w fabryce zwyczajnie zabrakło części.

— Zmieniłem protezę jakieś… trzy miesiące temu? — Odezwał się w końcu, po głębszym zastanowieniu, pod powolną rzeczowością nadal starając się skryć sprzeczność kłębiących się w nim emocji. Pokręcił lekko głową, jakby starając się wyprzedzić kolejne, prawdopodobne pytanie lekarza — Więc zakładam, że jej dopasowanie jest w porządku. Nic mnie nie uciska, nie obciera. Żadnych odparzeń. Skóra wygląda dobrze.
Prowadząc ten wyjaśniający monolog, jednocześnie dzielił uwagę między mechaniczne czynności, jakim oddawały się teraz jego dłonie, wprawnie zdejmując protezę, i odkładając ją na leżankę. Oleander nienawidził tego uczucia, a jednak przecież nie mógł go uniknąć. Powstrzymał się od kolejnego westchnięcia, opierając obydwie dłonie o krawędź kozetki.
— Ból? Raczej… piekący. Głęboki. To trochę takie uczucie... - Zawahał się na moment, ważąc w myśli dramatyzm opisu, którym miał zaraz podzielić się z lekarzem - ...jakby ktoś przeciągał rozgrzanym drutem wzdłuż miejsca, którego już nie ma. Uderza nagle, jak prąd, najczęściej wieczorem albo w nocy. Potrafi mnie wybudzić. A potem pozostaje tylko echo.
Uniósł wzrok na lekarza, starając się nie przyjmować do świadomości, że ten właśnie bez większego zastanowienia wytknął mu słabości, o których Oleander p o d o b n o unikał wszelkich rozmów. Ostatkiem silnej woli powstrzymał się od skrzywienia warg, zagryzając krótko dolną, by mieć ją choć na moment pod kontrolą. — Chodzi o to, że w zasadzie nie przeszkadzałoby mi to aż tak, gdyby nie to, że… zaczynam go przewidywać. I czekać. A to chyba gorsze od samego bólu.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wchłonięte przez głos Oleandra emocje, jakie instynktownie wyczuwał Miles, szarpały nim, podobnie jak wiatr szarpie flagą na wietrze: zupełnie bez kontroli, nieprzewidzianie, trochę przy tym chaotycznie. Niemal bezwarunkowo, stawiając go w ten sposób w pozie, w której nie spodziewał się wcześniej, że zastygnie: z jednej strony smagnięty profesjonalizmem, a jednak z mocnym impulsem poruszenia, mrowiącym jednoznacznie ciało i palce.
Wyrzut Everharta, albo potencjalny sprzeciw – jakkolwiek Howard nazwałby to, co słyszał u pacjenta między wersami – opinał dyskretnie cudzy język tego rodzaju napięciem, którego nie dało się już wytłumaczyć samym tylko złym nastrojem. Było w tym coś mocniejszego, co głębokością samej emocji zachodziło mu pod skórę i nie chciało wyjść.
Czuł się... winny.
(Mimo, że zupełnie nie wiedział, dlaczego.)
Nawykiem własnego rozumu i własnego ciała, nie miał przy tym ochoty ów niepewności wyrażać wprost. Brać na siebie kolejnej odpowiedzialności za coś, czego nie do końca w ich rozmowie rozumiał. Czego nie potrafił nazwać. Z racji złożoności ich relacji – co trudno było mu przyznać nawet przed sobą – nie umiał również wejść nogą głębiej w to odczucie, zatopić się w nim i rozsmakować w niuansach. Formująca się przy końcach głosek irytacja Oleandra, lekkie drżenie (tak to odczuwał Miles) z niepokojącą jednostajnością wibrowało jednak w powietrzu, dotykało go, budząc w nim sumienie.
Znów.

Uśmiechnął się wtedy uprzejmie,
ignorując przy tym wszystkie stany
(jego własne i pacjenta),
ignorując niedomówienia i emocje;
ignorując też natrętne drżenie zawieszone między nimi, które w komplecie ze współczuciem mogło wybić go dziś z rytmu pracy. Na pierwsze ze słów nie powiedział więc zupełnie nic. Stanął jedynie przy kozetce w oczekiwaniu, pauzę w rozmowie wypełniając gestem.
Palce dłoni zaszły wolno za kark, wplotły się w ciemne, nieco siwe miejscami pasma włosów, przesypując je w dłoni, ale również przesuwając w ten sposób za ścianę powściągliwości nagromadzone w nim emocje. Westchnął jednocześnie cicho, dyskretnie, uspokajając ciało.
Wciąż oblepiająca go zawiesina napięcia, krępowała zwykle płynne i spokojne ruchy, a choć zewnętrznie wciąż musiał wyglądać normalnie, utrzymanie tej fasady kosztowało go znacznie więcej, niż można by było sądzić.

... tak pewnie będzie wygodniej.

Kiwnął porozumiewawczo głową, rozumiejąc kontekst wypowiedzi, a mimo to nie mógł odgonić się w głowie od nowo utworzonej myśli, że generalnie – całościowo – zupełnie nic między nimi nie jest i nie było wygodne.
Mogę mieć chłodne dłonie — ostrzegł z kurtuazyjną grzecznością, tuż przed przytknięciem palców do uda mężczyzny. A jednak w zestawieniu z zimnem cudzego ciała, temperatury wyrównywały się – coś zgadzało się przynajmniej tutaj, na fizycznym polu. Choć zupełnie nie niwelowało to innych defektów fizyczności. Tej najbardziej oczywistej, wyrażającej się w braku nogi.
Pusta przestrzeń, pusty gest.
Ręce posuwały się mechanicznie, precyzyjnie. Tylko włosy Milesa pozostawały niesforne, gdy nachylony lekko ku pacjentowi, pozwolił im spłynąć na czoło, niemal wcisnąć się do oczu, burząc wizerunek idealnego doktora. (czego nawet nie poddawał własnym rozważaniom, bo nie wiedział, że ktoś może myśleć o nim w ten sposób, jako o autorytecie w „mundurze”) Dziś, przeciwnie do Oleandra, nie widział w sobie fachowości, mimo że właśnie ją wyrażał zachowaniem. Wciąż za to czuł pod fartuchem wgryzającą się w niego sterylność szpitala, odrobinę potu, kamuflowanego przez zapach drogich perfum i niedoskonałość wszystkiego, co kładło się na pasie ich relacji gwałtem doznania.
Właśnie to chciałem powiedzieć w kolejnych zdaniach, skóra wygląda dobrze — zgodził się z nim, gdy tylko opuszki wyczuły pod palcami odpowiednią miękkość, a wzrok spoczął na uspokajająco bladej połaci skóry, nie wskazującej na stan zapalny, czy obtarcia. Wszystko się zgadzało.
Wszystko, poza tym, co oczywiście Oleandrowi zabrano. Co on sam mu zabrał w konieczności,
za sprawą amputacji.
Dopiero kolejne słowa pacjenta go zaniepokoiły. Postawiły go w pozie czuwania, gdy nie widząc żadnego medycznego i stricte fizycznego powiązania między bólem a ciałem, musiał skłonić się ku tej najmniej sprzyjającej mu opcji – że być może to, co czuje Oleander, ma podstawę w głowie.
I było to najgorszą z opcji, bo stawiało go niemal w bezużytecznej roli.
Defekty ciała mógł leczyć, natężenia w głowie mógł natomiast tylko rejestrować podczas wizyty pacjenta. Nie mógł im zapobiec, ani ich wyciszyć.
Sprawność dłoni nie miała tu znaczenia.
Wiedza nie miała znaczenia.
Bo w gruncie rzeczy nie był psychologiem i nie wiedział co dalej. Nie tak dokładnie. Nie w sposób, który uznawał za perfekcyjny. A był perfekcjonistą przez całe swoje życie i z brakiem możliwości wyjścia z czymś na szczyt udoskonalenia, żyło mu się gorzej.
Wiesz... Każdy układ nerwowy ma swoje przeciążenia — zaczął bezpiecznie, nie chcąc wywoływać w mężczyźnie dodatkowej frustracji, ani poczucia niezgodności z tym, co zamierzał mu powiedzieć — Twój układ nerwowy właśnie próbuje przemapować coś, czego już nie ma. Oczekiwanie w tym kontekście może być najgorsze... jest najgorsze, bo Twój mózg też na coś czeka i tego nie dostaje — poprawił się w trakcie wypowiedzi — Nie widzę powodu, żeby Cię bolało. Wszystko się zagoiło, jak powinno. Biorąc pod uwagę brak stanu zapalnego i czas, w jakim ten ból się pojawił, nie sądzę też, żeby doszło do uszkodzenia nerwów, bo to wyszłoby wcześniej.
Wstrzymał badanie, przyglądając się przez chwilę reakcji Everharta. Próbował być delikatny w diagnozie. Problem w tym, że miał świadomość tego, jak absurdalnie brzmiały jego słowa dla kogoś, kto bólu doświadczał empirycznie i dogłębnie. Dla którego ostrość czucia była echem i powtórzeniem wieczoru.
Zanim przeszedł do kolejnych wyjaśnień, zrobił krótką pauzę, dając Oleandrowi czas na przetworzenie dotychczas udzielonych informacji.
Mówiąc krótko: obszary odpowiedzialne za czucie, nie potrafią ująć tego, czego im brakuje, i dochodzi do błędnych interpretacji tej luki jako sygnałów bólu — urwał, nie tłumacząc kontekstu w szczegółach. Dla pacjenta nie miały one znaczenia bez wyraźnych propozycji rozwiązań.
Możemy wdrożyć leki i będę musiał zapisać Cię na wizytę u neurologa. Polecam też wsparcie psychologa. A na ten moment... przy kolejnym napadzie bólu spróbuj ustawić lustro obok zdrowej nogi, tak żeby wyglądała jak uzupełnienie drugiej. Brzmi nonsensownie, ale ruch zdrowej nogi oszukuje mózg i może zmniejszyć uczucie bólu.
W międzyczasie zatarł nieco dłonie, ogrzewając je i nakładając na nie tłustego kremu, by następnie rozpocząć masaż przy końcu kikuta. Dodatkowe poprawienie krążenia i pobudzenie naczyń w miejscu największych zastojów po protezie też mogło działać pozytywnie.
Choć w głównej mierze działanie to miało zaleczającą wartość również dla niego: ściągało z niego wzmożone napięcie, które wciąż czuł; które niemal stało się ich normą.
Nie patrzył przy tym na mężczyznę, skoncentrowany na ścieżce palców wokół końca męskiego uda i zapewne przy początku jego mentalnego cierpienia.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Palce Milesa poruszały się z profesjonalną ostrożnością; badając topografię oleandrowego cierpienia, lekarz prowadził je tak, jakby badał nie tylko tkanki, mięśnie i zrosty zbliznowaceń, ale również granice własnego sumienia.
I właśnie z sekundy na sekundę, zdawało się drażnić Oleandra coraz dotkliwiej.
Nie medyczna neutralność dotyku. Nie podejrzenia Howarda względem przyczyny dolegliwości z jaką Ollie do niego przychodził, które - prawdę mówiąc - nie były dla Oleandra większym zaskoczeniem, a wręcz czymś bardziej na kształt rozczarowania, wydając się zbyt proste i zbyt oczywiste. I nie nawet sam ból, zebrany pod skórą tak, jakby czuwał, i mógł w każdej chwili się obudzić.
Najgorsze było to nieznośne wrażenie, że obaj krążyli wokół czegoś znacznie większego niż postawiona przez Milesa diagnoza, ale żaden nie miał odwagi nazwać tego po imieniu.
Ollie siedział nieruchomo, oparty ciężarem barków o chłód ściany do której dostawiono kozetkę, z rękami splecionymi ciasno na własnych przedramionach — bardziej po to, by utrzymać samego siebie w ryzach, niż z faktycznej potrzeby wygody. Mięśnie karku miał napięte do granic własnej wytrzymałości; szczęka sztywniała pod wpływem tego, jak mocno zaciskał zęby.

Słuchał uważnie. Oczywiście, że słuchał. Był przecież studentem psychologii, do cholery.
Przez ostatnie trzy lata przeczytał więcej artykułów o neuroplastyczności, bólu fantomowym i reorganizacji kory somatosensorycznej niż zdecydowana większość ludzi przez całe swoje życie. Wiedział, czym był maladaptive remapping. Wiedział, że mózg potrafił uparcie domagać się obecności kończyny, której już nie było. Wiedział nawet o terapii lustrzanej — tej absurdalnej sztuczce z oszukiwaniem własnego układu nerwowego odbiciem zdrowej nogi. A więc słowa Milesa nie były odkryciem. Były jedynie potwierdzeniem czegoś, czego desperacko nie chciał słyszeć.
Że problemu, który tak go niepokoił, nie dało się zlokalizować w medycznym błędzie albo niedopatrzeniu, ponieważ tkwił on w nim samym. W jego głowie. W neuronach, które nie potrafiły pogodzić się ze stratą.
Powoli przesunął czubkiem języka po wnętrzu własnego policzka, dopiero potem zmuszając się do wypowiedzenia kolejnej kwestii niskim, kontrolowanym głosem.
— Czyli zasadniczo mój mózg urządza sobie pośmiertną rekonstrukcję wydarzeń. - W jego ustach zabrzmiało to jeszcze bardziej sucho, niż pierwotnie planował. Nie szyderczo — jeszcze nie — ale blisko do granicy z pełnym irytacji sarkazmem wzbudzonym przez brak jakiejkolwiek, stojącej za jego bólem logiki.
W trakcie swojej pięcioletniej służby w straży pożarnej, Everhart widział i przeżył różne rzeczy, o których opowieści windowały brwi słuchaczy ku górze, i ściągały kąciki ich warg ku dołowi w grymasie typowym smutnemu niedowierzaniu: Naprawdę? Spotkało cię coś t a k i e g o ?
Widział mieszkania strawione ogniem wywołanym przez niewinnie niewyłączone na noc żelazko, pozostawione samo sobie w zbyt bliskim sąsiedztwie koronkowejj zasłonki. Garaże eksplodujące od nieszczelnej instalacji gazowej. Wypadki samochodowe, w których sekunda nieuwagi zamieniała ludzkie życia w krwawy chaos metalu i kości. Ludzi zasypiających na kanapie z niedopałkiem w dłoniach, w ramach drzemki, która kończyła się w workach transportowych z kostnicy.
Mimo związanych z takimi widokami traum, które do dziś wracały czasem do Ollie'go mrożącym krew w żyłach echem, było coś uspokajającego w myśli, że każda, nawet najbardziej niewyobrażalna tragedia miała swoje źródło. Przyczynę. Jakiś błąd, zaniedbanie, pochopną decyzję, którymi dało się ją wytłumaczyć. I w ten sposób los — nawet najokrutniejszy — pozostawał w świadomości Everharta zrozumiały.

Ale tutaj? Intelekt i logika zdawały się poddawać wraz z lekarzem, który w obliczu własnej bezsilności względem absurdów ludzkiego ciała, serwował teraz Oleandrowi receptę, którą już dawno sam przypisał sobie za sprawą konwersacji ze sztuczną inteligencją, i wertowania akademickich podręczników.
— Chodzę na terapię od trzech lat — powiedział ciszej, choć napięcie nadal wybrzmiewało pod powierzchnią każdego słowa. — Wiem, czym jest ból fantomowy. Wiem też, że stres może go nasilać, że układ nerwowy pamięta czasem traumę, o której zapomniał rozum... - Pokręcił głową, urywając na moment. Opuścił wzrok na dłonie Milesa, na opuszki palców połyskujące tłustym specyfikiem o silnym, mdławym, medycznym zapachu. Nie prosił Howarda o masaż, i teraz nie mógł się nie zastanowić, czy nie była to jakaś marna próba zadośćuczynienia, skoro nie otrzymał od mężczyzny żadnych bardziej satysfakcjonujących panaceów. Nie chciał burmuszyć się jak dziecko, a jednak nie potrafił - zwyczajnie n i e b y ł w s t a n i e - opanować lekkiego drżenia dolnej wargi, i prawego kącika ust buntujących się przeciwko precyzji męskiego dotyku.
— Po prostu liczyłem chyba... — westchnął krótko, wypuszczając powietrze przez nos, zirytowany w gruncie rzeczy chyba bardziej własną, zawiedzioną nadzieją niż słowami lekarza - Nie wiem na co liczyłem. - Jego ramiona znów uniosły się lekko, i opadły. - Może, że usłyszę coś, czego nie wiem. Coś mniej absurdalnego niż proste „twój mózg tęskni za nogą, i jedyne, co możemy zrobić, to spróbować go czasem oszukać”.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cudza obecność jeszcze nigdy wcześniej nie wydawała mu się tak nieznośnie dotkliwa, jakby w zaostrzeniu narastającej między nimi powagi, Miles już od samego patrzenia na Oleandra mógł skaleczyć się o twarde kruszywo jego zastygłej w jednej pozie sylwetki. Kamienny wyraz twarzy pacjenta, choć stanowił zapewne szczelnie założoną maskę, sprawiał, że we własnym gabinecie doktor Howard czuł się nieswojo. Ulepiony ze znacznie miększej gliny od Everharta, zawierającej w sobie pierwiastek empatii i współczucia dla każdego, kto przeżywał swój wewnętrzny kataklizm, dawał się w tej chwili formować wedle modły panującego nastroju. Tym samym wyciszał się i stonował gesty momentalnie, gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, że tak będzie lepiej.
W tym spotkaniu, świadomie, uchodził w cień uwagi, by całą ją skierować na Oleandra. Bo był mu to dłużny.
Bo ten chłopak na to zasługiwał.

Kiedy tylko słowa diagnozy opuściły jego usta, nie powiedział więc nic więcej, dał za to palcom odnaleźć swoją własną drogę na topografii cudzego ciała, które pomimo swoich sporych rozmiarów, kurczyło się w oczach, gdy rozpłaszczone w pozornej obojętności, nie wyrażało ruchem zbyt wiele.
Wyrażało wręcz absurdalnie mało. Jedyne, co Miles był w stanie dostrzec u Oleandra, to nieznośna sztywność i napięcie. Być może widział także złość lub frustrację, zamkniętą w silnych zawiasach szczęki, której rysy wyostrzały się wraz z zaciskiem zębów. Dlatego nie dziwiło go, że przed kolejną wypowiedzią mężczyzna musiał przesunąć językiem po wnętrzu policzka, by zwolnić jedną z blokad ciała. Sam zwykle robił podobnie, choć zazwyczaj, by rozluźnić mięśnie twarzy, wybierał przygryzienie wargi lub wnętrza policzka.
Zasadniczo... — powtórzył za nim głucho, przypieczętowując jego słowa, choć nie nadając im w tonie tej trupiej suchości, jaką słyszał w głosie pacjenta. Westchnął zaraz głęboko, na moment zatrzymując pracę palców, by spojrzeć na chłopaka uważnie.
Dłonie, jeszcze chwilę temu w otarciu o cudzą skórę, po pierwszych paru chwilach masażu nareszcie przestały chłodzić, a zaczęły oddawać swoje ciepło jemu, pozostając jednak w przystanku parę centymetrów nad kikutem, tkwiły nieruchomo w jednym punkcie.
Krótka chwila ciszy z jego strony wybrzmiała mocniej, i bardziej smutno, niż cokolwiek, co mógłby mu teraz przekazać oralnie.
Był . b e z r a d n y.
Kolejne informacje ze strony Oleandra tylko to wrażenie wzmacniały, bo udowadniały Milesowi, że nie powiedział dotąd nic, co by mogłoby chłopaka zadowolić, lub co byłoby w stanie poszerzyć jego wiedzę na temat stanu, w jakim się znajdował. Jednocześnie, choć była to prawda niewygodna, nie widział powodu, dla którego miałby mówić mu coś innego tylko dla pokrzepienia serca.

Nie znał prawdy objawionej, która by Oleandra wyzwoliła i odcięła go od bólu.
Nie miał też dla niego w przygotowaniu niczego medycznego, co by go uspokoiło.

Nie wiem, na co liczyłem.

Na to, że się pomyliłem — podpowiedział mu bezwiednie, odrywając dłonie od męskiego uda w powolnym, dystyngowanym niemal ruchu, choć zupełnie nie czuł, by jemu samemu towarzyszyła przy tym elegancja w bieżących myślach.
Ciało porządkowało mu się zawsze łatwo, uginało się ono pod jego silną wolą i zakrzywiało się w kątach i wygięciach równoważnych do spokoju, jaki starał się pokazywać innym ludziom. Myśli były czymś zupełnie innym: dryfowały, wibrowały, a czasem szybowały poza jego wolą. Targały nim, jak chorągwią, i wiele razy bał się, że mogą rozerwać jego maskę powściągliwości w szwach, choć nie działo się to prawie nigdy. Teraz również, wstał z klęczek niespiesznie, wycierając dłonie w jednorazowe ręczniczki, wysuwane ze skrzynki zawieszonej na ścianie obok nich i wyrzucając zużyte płaty do śmietnika.
Nie będę robił Ci nadziei, że tak jest... ale nie będę też twierdził, że jestem nieomylny — mówiąc to, wsunął dłonie do kieszeni fartucha, w prawej z nich natrafiając opuszkami palców na paczkę papierosów.
Zapaliłby...
dokładnie teraz,
w naglącej go potrzebie, gdyby nie okoliczności.
Możesz zaciągnąć drugiej opinii, jeśli chcesz — dodał.
Wzrok przesunął się w tym samym czasie od nogi pacjenta do męskich ust, jakby czekał na kolejną niewygodną treść, a następnie ześlizgnął się dyskretnie w bok, nie przyjmując na siebie tonażu napięcia. W oczekiwaniu na zbliżające się słowa, wolał bowiem, by sytuacja nie złamała w nim utrzymywanego uparcie spokoju.
Mogę Ci jakoś pomóc... poza diagnozą?
Spojrzenie w ucieczce od tego, co mógłby usłyszeć, skierowało się na jego oczy.
Presja rosła. To ona wydarła z niego słowa, których nie wypowiedziałby przy żadnym innym pacjencie, mimo że wciąż pozostawały na granicy profesjonalizmu. (A może nie?) Czy poza diagnozą, leżało dalej, niż był skłonny przyznać?

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Empatia Oleandra – przynajmniej przez większość jego życia – rozwijana na wzór i podobieństwo tej, którą brunet obserwował u własnego ojca, miała boleśnie przyziemny, pragmatyczny charakter, nie wychodząc nigdy poza ścisłe granice instynktu samozachowawczego. Ollie cenił ludzkie życie, i ze współczuciem przychylał się też nad ludzkim cierpieniem, lecz uczono go robić to w sposób, który na szwank nie wystawiał przy tym jego własnej egzystencji.
Tak właśnie funkcjonował w straży pożarnej. Wiedział, kiedy wejść w ogień, i kiedy się z niego wycofać. Wiedział, że bohaterstwo pozbawione rozsądku jest tylko inną, zabójczą formą głupoty; że martwy strażak nie uratuje już nikogo. Potrafił współczuć ludziom uwięzionym po drugiej stronie płomieni, słuchać ich krzyków i mimo to podporządkować się rozkazowi odwrotu, jeśli konstrukcja budynku zaczynała grozić zawaleniem. Nie dlatego, że brakowało mu serca, lecz dlatego, że rozumiał brutalną matematykę tej pracy: jego życie, wyszkolone i zdolne ratować kolejne istnienia, miało większą wartość użytkową niż jedno istnienie, którego nie dało się już dosięgnąć. Było w tym coś okrutnego, ale również koniecznego. Strażacy, wbrew temu, co lubili myśleć ludzie, nie byli świętymi. Byli, jak i sam Oleander, zasobem. Narzędziem.
Aż do teraz.
Bo teraz, siedząc naprzeciwko Milesa z niekompletnym ciałem i bólem absurdalnie rozlewającym się po pozostałej po nim pustce, Oleander zwyczajnie nie potrafił odnaleźć dla siebie żadnej funkcji. Wybrakowany. Bezużyteczny. W ś c i e k ł y.
I, prawdę mówiąc, było coś cudownie uwalniającego w fakcie, że przy Howardzie – pod jego cierpliwym, bezsłownym przyzwoleniem – chłopak mógł pozwolić sobie na to, na co nie pozwalał sobie niemal nigdy poza drzwiami lekarskiego gabinetu. Na kapryśność zagniewanego dziecka, na frustrację pozbawioną elegancji, na tę odrobinę egoizmu, którą zwykle dusił w sobie szybciej, nim zdążyła przybrać konkretny kształt.
Dla samego siebie był wystarczającym zawodem, mając przy tym niemal nieznośną świadomość, że zawiódł również nadzieje pokładane w nim przez przełożonych i przez najbliższych. Przez ojca.
Tu jednak, w sterylnej intymności szpitalnego pomieszczenia, Oleander Everhart zyskiwał rzadką szansę, by z roli Rozczarowującego, przemieścić się na moment w tę Rozczarowanego. By rościć sobie prawo do gniewu. Do rozgoryczenia. Do zwyczajnego ludzkiego dlaczego właśnie ja?, rozgrzeszony myślą, że Doktor Howard musiał być przecież przyzwyczajony do takich reakcji.

Ruch męskich dłoni Ollie nie tyle śledził, co ledwie rejestrował nieobecnym, niewidzącym wzrokiem. To uczucie – jakby we własnym ciele był jedynie lokatorem, a nie właścicielem, jakby w każdej chwili mógł zostać z niego eksmitowany, tym samym czyniąc ze swojego organizmu pustostan – dopadało go od czasu do czasu. Nigdy przed wypadkiem, ale po nim, owszem. Wiedział, jak psychologowie nazywali ten mechanizm. I wiedział, do czego używał go jego umysł. Nie umiał tylko wyłączyć go na zawołanie.
— Na to, że się pomyliłeś — podchwycił, pierwotnie z automatyzmem równym temu, z jakim bliźniacze słowa opuściły przed chwilą usta lekarza, nie zauważywszy nawet łatwości, z jaką porzucił teraz lekarski tytuł, do pary z fizycznym, zmniejszając także ten dystans który dzielił ich symbolicznie. Zamrugał jednak zaraz, przepełnionych nadzieją brzmieniem własnych słów przywrócony na moment do własnego ciała. Na to, że się pomyliłeś. Że zaszła pomyłka, nieporozumienie. Że ktoś – niecelowo, ale niefortunnie – pomylił wyniki. Poplątał opinie. Podmienił jedną wersję wydarzeń na kolejną. Popełnił błąd. Ale – i w to Ollie zawsze próbował wierzyć idealistycznie niemal, zaciekle – przecież większość błędów dało się poprawić. Na to, że się pomyliłeś. Czy nie na to właśnie liczyła większość pacjentów mierzących się z własną diagnozą?


Zaprzeczenie.
Gniew.
Targowanie się.
Smutek.
Akceptacja.

Psychologia uwielbiała porządkować cierpienie w schludne etapy, rozrysowywać ludzką żałobę na osiach i wykresach, zamykać żałość w definicjach i teoriach. Oleander znał tę jedną aż nazbyt dobrze; potrafił wyrecytować ją mechanicznie, obudzony w środku nocy, z łatwością opisując w szczegółach każdy poszczególny etap. Problem polegał na tym, że w praktyce nic nie wyglądało tak elegancko, jak na stronach podręczników.
Oleander nie przechodził własnej żałoby linearnie. Nie stawiał kolejnych kroków od punktu A do punktu B, odbijając się raczej od nich chaotycznie, jak metalowa kulka w automacie do pinballa — raz wpadając z impetem w gniew, raz wlepiając wzrok w absurdalne targowanie się z losem, by kilka dni później obudzić się z powrotem w samym środku zaprzeczenia. Co i rusz łudził się, że któryś etap ma już definitywnie za sobą, tylko po to, by wrócić do niego przy pierwszym gorszym śnie, pierwszym zwiastunie bólu, pierwszym spojrzeniu rzuconym odruchowo ku miejscu, w którym jego nogi już nie było.
Teraz też, ewidentnie, się targował.
Z własnym ciałem.
Z własnym losem.
Z Milesem.
Pozwalając mistycznej akceptacji majaczyć gdzieś daleko na horyzoncie niczym fatamorgana, w którą Ollie wierzył, ale której nie ufał.
— Drugiej opinii? — powtórzył ciszej, z cieniem uśmiechu, który jednak nie dosięgnął jego oczu. — Po to, żebym i na niej się zawiódł?
Oleander lubił wierzyć, że nie jest okrutny. Że brak mu tego chłodnego wyrachowania, które obserwował czasem u swojego młodszego brata, i u dziewczyny, która – lata wcześniej – złamała mu kompletnie nieodporne wówczas jeszcze serce. Było jednakże coś niewyobrażalnie satysfakcjonującego w fakcie, że tym razem to nie on był stroną bezradną, lub przynajmniej, że swoją własną bezradnością mógł obciążać jeszcze kogoś, nawet jeśli było w tym coś niemal sadystycznego.

W chwili, w której oczy Milesa wędrowały po osi od kikuta do oleandrowych warg, wzrok samego chłopaka zatrzymał się niżej, przy kieszeni lekarskiego fartucha. Ich spojrzenia spotkały się krótko, przecięły się gdzieś na wysokości piersi Olliego; potem wzrok młodszego mężczyzny podchwycił zarys prostokątnego kartonika, choć Oleander nie mógł być pewien, czy faktycznie dostrzega paczkę papierosów, czy też może jego mózg dopowiada sobie resztę.
Podobno zabija, pomyślał mimo to. Palenie. I w dodatku stoi za znaczną częścią pożarów wybuchających w mieszkaniach i domach.
— Mogę Ci jakoś pomóc... poza diagnozą?
Miles go zaskoczył. Ale jeszcze bardziej zaskoczył go nagły przebłysk czegoś ulotnego, cudownie dwuznacznego, co Everhart podchwycił instynktownie, podświadomie, tak, jak przelotny ruch da się czasem podłapać kątem oka. Równie subtelny jak wspomnienie, którego potem człowiek nie jest pewien – a więc wraca do niego bezustannie, neurotycznie, rozdrapując strupy pamięci aż rozjątrzą się niczym świeża rana.
Nie da się mi pomóc, mógł powiedzieć. W taki sposób między zajęciami i kolejnymi podejściami do entuzjastycznej auto-diagnozy (w wyniku której każdy student pierwszego roku przekonany był, że jest ofiarą ciężkiej traumy i posiadaczem przynajmniej trzech innych zaburzeń, innych co semestr), żartowali studenci psychologii. Nie da się mi pomóc.
Ale czy była to prawda?
Milczał przez chwilę, zaskoczony również i tym, w jaki subtelny, ale niezaprzeczalny rumieniec rozpanaszał się na szczytach jego policzków. Nie pożar, a jedynie jego zapowiedź. Sygnał ostrzegawczy.
Powinien zaprzeczyć i wyjść. Kontynuować tę śmieszną, gniewną farsę. Ale czy wtedy nie skazywałby się na scenariusz, w którym następny kontakt z lekarzem czekałby go za dobre pół roku, w ramach idiotycznie neutralnej (i pewnie równie bezowocnej co dzisiejsza...), wizyty kontrolnej?
Jakimś cudem myśl ta wydała mu się nagle dosłownie niemożliwa do zniesienia.
— W zasadzie… — zastanowił się, wybiegając myślą w stronę jakiejś spontanicznej improwizacji. Odchrząknął, poprawiając drapiący go nagle w bok szyi kołnierz koszuli — Będę musiał przeprowadzić badania. Na uczelnię. Pod koniec tego semestru. - Nie zająknął się, nie zawahał; nie tyle kłamiąc, co kombinując. — Potrzebuję przeprowadzić wywiady z osobami dotkniętymi przewlekłym stresem pourazowym. Z lekarzami też, jeśli zgodzą się uczestniczyć. Wszystko anonimowo, oczywiście.
Nie spytał przy tym, czy Howard mu pomoże. Zawiesił tylko głos, błahą sugestię pozostawiając między nimi jak przynętę


albo jak możliwość zadośćuczynienia.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po to, żebym i na niej się zawiódł?

Ograniczenia dzisiejszego dnia wyrastały z ziemi, jak dzikie plącza – poza jakąkolwiek kontrolą, i poza nawet świadomością samego Milesa, który dopiero opleciony w bluszczach ich rozmowy, a przy tym uwiązany ciasno w lekarską uprzejmość, orientował się prawdziwie w tym, jak mało przestrzeni pozostawało mu na cokolwiek, czy to w dalszej dyskusji, czy w dalszych działaniach.
Wciąż, mimo szczerych chęci, nie znał sposobu na niesienie pacjentowi większej pomocy, niż dotychczas zaproponowana, a im głębiej wchodzili w tę rozmowę, tym jedynie bardziej upewniał się w tym, że spotkanie właśnie w tym momencie powinno się zakończyć. Los dosadnie i skutecznie wciskał go bowiem w ramę roli, z której dr Howard nie znał wyjścia, albo do którego to wyjścia być może nie dostał klucza. Zgodnie z przysłowiem, fortuna kołem się toczyła, a przy tym życie wydawało się faworyzować innych poszkodowanych, ale pomijać samego Oleandra, któremu w efekcie Miles nie miał nic więcej do zaoferowania.
Przypadkowe mrugnięcie do garstki szczęśliwców, którym dzisiaj udało się uzyskać bardziej satysfakcjonującą opinię (nawet od samego Milesa), stanowiło tym samym istny policzek wymierzony zarówno w Everharta, jak i w Howarda. Oboje w bieżącej sytuacji pozostawali więc niezadowoleni i bez perspektyw na lepsze możliwości.
Przykro mi, że się zawiodłeś.
Mimo dłużyzny ciszy, w której to powinien mieć czas na zastanowienie się nad kolejno wypowiedzianą kwestią, słowa Milesa nie zabrzmiały ani trochę lepiej, niż gdyby zdecydował się na nie od razu. Po prawdzie nie miał jednak zamiaru ocieplać nastroju między nimi, który w ostatnich minutach znacznie przygasł. Sięgnął po frazes wytarty i grzeczny, bo była to opcja . b e z p i e c z n a. Taka, którą zamykało się rozmowę, do czego zresztą chciał zachęcić również samego Oleandra. Bo sądząc po poziomie rozgoryczenia, który właśnie wylewał się w przestrzeni ich rozmowy, nie dało się jej już dłużej ratować dalszymi propozycjami.
Westchnął cicho, zmęczony własnym altruizmem, przy zalegającym znowu milczeniu przekonany o tym, że wzmianka o pomocy poza diagnozą zostanie przez Oleandra zignorowana. Z tą myślą ruszył nawet w kierunku biurka, siadając za nim, by spisać krótkie podsumowanie dzisiejszej wizyty w karcie pacjenta. Wzrok przesuwał się przy tym po poszczególnych rubryczkach lekarskiego formularza, uzupełniając sprawnie pojedyncze pola. Trochę jakby zasadzał w historii ich spotkania pola minowe, których potem należało unikać. Drugi raz nie planował pochylać się głębiej nad potrzebami Oleandra „poza gabinetem”, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że pewna granica tego, na co pozwoliłby sobie kiedyś, została dyskretnie i nieznacznie przesunięta.
Hm...?
Krótki pomruk pytania rozległ się zaraz po tym jak Ollie postanowił jednak się odezwać. Jego głos, głęboki i płynny (tak go odczytywał Miles), zbiegł się przy tym z czasem uruchomionej przez doktora drukarki. Starte i wczepione przez jedne szczypce chwili, dźwięki nałożyły się na siebie i w krnąbrnym zespoleniu wyznaczyły między nimi nowy rytm.
Oparł dłoń w przegubie tuż przy krawędzi biurka, podnosząc nieznacznie brwi na znak zaskoczenia. Zaraz jednak, w stanie obudzonego na nowo skupienia, rozchylił nieco wargi, przygotowawczo, gotowy na dalszą część rozmowy.
Za jego szczeliną ust każda głoska, jeszcze niewyartykułowana, dotykała przy tym wyłącznie miękkości, rozpierzchały w nim myśli wszelkich ustępstw i ustaleń, z których żadne nie przewidywało odmowy.
W końcu sam zaproponował pomoc.
Musisz wiedzieć, że nie jestem zbyt rozmowny — ostrzegł tylko, wbrew pierwszym wątpliwościom, wyciągnął jednak długopis z kieszonki fartucha, by na dokumencie wizyty lekarskiej dopisać swój prywatny numer.
Ale w porządku. Napisz do mnie, to dopasujemy wspólnie ewentualny termin.
Zadośćuczynienie w tej formie musiało wystarczyć. W rękach lekarza nie istniała bowiem silniejsza waluta, niż czas. A ten... swój własny czas
właśnie mu ofiarował wraz z notatką na papierze.
KONIEC
oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”