Powrót w rodzinne strony był powiewem świeżości w jego życiu. Nawet jeśli dla niektórych mogło to oznaczać porażkę, to dla Nico była to szansa na nowy start. Nie traktował tego jako czegoś negatywnego, może dlatego, że niezbyt przejmował się opinią innych ludzi, skoro sam miał świadomość, że cel jego powrotu był ważniejszy niż jakiekolwiek pogłoski o nieudanej karierze czy znudzeniu się przygodą, o której tak bardzo marzył. Nowy rozdział jego życia dopiero się rozpoczynał, nie więził się w rodzinnym Oakville, bo zdążył już zaaklimatyzować się w Toronto, nieco poznając osiedlowe uliczki, wybierając swój ulubiony sklep osiedlowy i opracowując najwygodniejszą trasę na spacer ze swoim psem. Brakowało mu jedynie wisienki na torcie, jaką było zdecydowanie się na własne lokum, jednak póki co korzystał z dobrodziejstwa brata, pomieszkując w jego pensjonacie, po pracy pomagając mu w remoncie, a wieczorami korzystał z wielkomiejskiego życia, odświeżając stare znajomości, a także zawierając te nowe. Poniekąd żył właśnie dlatego — przeprowadzka na studia do Nowego Jorku nauczyła go jeszcze większej otwartości do ludzi. Nie miał z tym nigdy problemu, jednak było to coś zupełnie innego. Znalezienie się w zupełnie nowym otoczeniu, wśród zupełnie obcych ludzi, nigdy nie było łatwe. Mógł liczyć, że ktoś wykona krok w jego kierunku, wciągając do jakiejś paczki i będzie mieć z góry wszystko załatwione, jeśli chodziło o jakiekolwiek relacje, jednak wolał sam wyjść z inicjatywą, chcąc samodzielnie zawalczyć o swój los i wybrać ludzi, z którymi najlepiej będzie mu przebrnąć przez długie lata edukacji. Wtedy łaknął świeżości, potrzebował bodźców, aby odwrócić swoją uwagę od złamanego serca i drastycznie zakończonego związku, którego w tamtym momencie nie zaczął nawet przepracowywać.
Dziś było podobnie; potrzebował odwrócenia uwagi od natrętnych myśli związanych z pewną brunetką, która po raz kolejny pojawiła się w jego życiu. Potrzebował wytchnienia od analizowania ich spotkania, wspomnienia pięknych oczu i radosnych iskierek, których dopatrywał się jak za czasów ich
młodości. Brzmiało to absurdalnie, bo przecież Nico nie był starym zgredem, jednak czasy jego związku z Lilian to było zdecydowane szczeniactwo. Wtedy wydawało mu się, że był panem swojego życia, a tak naprawdę gówno o nim wiedział. Teraz było (nieco) mądrzejszy, choć emocjonalnie znowu rozbity, bo bliskość z Davenport mąciła mu w głowie, mimo że uparcie wmawiał sobie, że przecież mogli się
przyjaźnić.
Wyjście ze znajomymi z pracy skończyło się szybciej niż przypuszczał i zastanawiał się, czy nie powinien zostać w barze, zagadując do dwóch ładnych dziewczyn, które kątem oka dostrzegł przy stoliku pod ścianą. Szybko z tego zrezygnował, nie mając nastroju na pijackie podrywy i gdy zaczął zbierać się do domu, zauważył, że nigdzie nie mógł znaleźć swojej kurtki. Nie przywiązałby do tego ogromnej wagi, w końcu to była tylko rzecz materialna, jednak fakt, że znajdowały się w niej klucze do jego obecnego lokum, nieco ostudziło jego luzackie podejście do sytuacji. Rozejrzał się po osobach wychodzących z lokalu, czy nikt nie miał jej na sobie bądź nie trzymał cudzej ramoneski w ręce, w międzyczasie próbując sklecić w swojej głowie wymówkę, którą zaserwuje Leonidasowi, kiedy poinformuje go, że zgubił nie tylko klucz do swojego pokoju, ale i do drzwi wejściowych pensjonatu. Zaczął zastanawiać się, czy gdy najstarszy z rodzeństwa wywali go z chaty, to powinien szukać schronienia u pośredniego brata, Marka, bądź u rodziców. I z tymi rozmyślaniami wyszedł z lokalu, rozglądając się po nieznajomych, odkrywając smutną prawdę, że na nic zdały się jego poszukiwania kurtki. I był tego pewien do momentu, w którym nie stanął przy ścianie, grzebiąc coś w telefonie i wtedy usłyszał nerwową dyskusję między rudowłosą dziewczyną, a jakimś nachalnym byczkiem. Spojrzał w ich kierunku, zirytowany faktem, jak chłopak odzywał się do kobiety, po czym dostrzegł, że ofiara sytuacji dodatkowo miała na sobie jego kurtkę. Czy to nie było idealne określenie do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu? Ocali damę w opałach i jednocześnie nie będzie musiał dzisiaj spać na wycieraczce. Choć drugi powód zdecydowanie był dodatkiem; nawet gdyby nie miał w tym swojego osobistego interesu, to prawdopodobnie również zainterweniowałby w tę przepychankę słowną. Czy to raz dostało się w mordę? Rosenhall był dobrym człowiekiem i nie przeszedłby obojętnie obok ludzkiej krzywdy, a na pewno nie w momencie, gdzie brak jego reakcji przyczyniłby się do tego, że mógłby mieć na sumieniu pewną piękną rudowłosą istotę.
— Lepiej ty bądź grzeczny i ją kurwa zostaw w spokoju — odezwał się, podchodząc do tej dwójki i szarpiąc ramię mężczyzny, przez co wypuścił z dłoni nadgarstek dziewczyny. Nicolaosowi towarzyszyło dziś jedynie połowa jego szczęścia; pomimo że sam byczek albo nie miał wybitnego cela, albo nie był zbytnio trzeźwy, to odwracając się do niego z pięścią, nie uderzył w niego z całą siłą, ale jednak wystarczająco, aby nieco rozwalić mu wargę.
— Misiaczku, po co ta agresja — zadrwił, stając przed rudowłosą, odgradzając ją osiłka. Mógłby mu oddać, ale czy potrzebował bójki przed barem?
— Wypierdalaj, szczeniaku, nie wtrącaj się w swoje sprawy — warknął w jego kierunku, zdecydowanie zdenerwowany tym, że ktokolwiek śmiał mu przeszkodzić w podbojach tej nocy. Już podnosił rękę, aby odepchnąć od swojej dzisiejszej
zdobyczy, jednak Nico gestem zatrzymał ten ruch, ciesząc się, że lata chodzenia na siłownię i dźwigania ciężarów w końcu się przydały.
— Powtórzę, zostaw ją w spokoju — rzucił opanowany, twardym spojrzeniem patrząc w oczy mężczyzny.
— Spróbuj jeszcze raz dotknąć moją kobietę, a skończy się bycie miłym — dodał, samemu chwytając ją za nadgarstek, żeby lekko pociągnąć dziewczynę za sobą.
— Idziemy — odezwał się do niej, wymijając faceta i z tyłu głowy trzymając kciuki, aby się na niego nie rzucił. Nie żałowałby swojej decyzji, jednak wolał dziś mocniej nie oberwać. Póki co nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że delikatnie krwawił z wargi; trzymała go adrenalina i irytował się tą całą sytuacją oraz wyzwiskami wypowiadanymi z ust pijanego oblecha, które towarzyszyły im na odchodne. Zarzucił dziewczynie rękę na ramiona i schylił się do jej ucha, co z perspektywy osób trzecich mogło wyglądać, jakby całował ją w skroń.
— Zaufaj mi, nie rzucę się na ciebie za rogiem — odezwał się cicho, bo póki co to chciał odciągnąć ją z zasięgu wzroku nieznajomego, tym bardziej skoro nadal czuł na ich plecach czyjeś spojrzenie.
— Wszystko w porządku? Zrobił ci krzywdę? — zadał jej dwa, kluczowe pytania. Bo może jednak powinien spuścić mu manto?
Adeline Covington