
Zawsze trochę za szybko mówił, trochę za dużo machał łapami, trochę za bardzo wchodził wszystkim w słowo. Za bardzo ignorował instrukcje, stale wymyślając jakiś lepszy patent na zrobienie prostego zadania. Odkładał wszystko na później — aż było za późno.Uczeń jest energiczny i kontaktowy, jednak wykazuje wyraźne trudności z utrzymaniem uwagi podczas zajęć. Ma problem z zapamiętywaniem oraz stosowaniem się do poleceń. Łatwo się rozprasza, działa impulsywnie i przeszkadza innym uczniom. Szybko traci zainteresowanie powtarzalnymi zadaniami. Zdarza mu się angażować w częste, ale drobne konflikty z rówieśnikami. Rekomenduję dalszą obserwację oraz konsultację z pedagogiem szkolnym/psychologiem.
~ fragment notatki ewaluacyjnej, Berner Trail Junior Public School, kwiecień 2006
W dzieciństwie miał zadatki, by być nazywanym "zdolnym, ale leniwym". Problem był taki, że zdolności niestety nikt nie dostrzegał. To, co wysuwało się na pierwszy plan, to plączące się słowa, nerwowe wykręcanie palców czy podrygiwanie nóg pod ławką, niemożność skupienia się w ciszy i ten wieczny słowotok, którego nic nie było w stanie zatrzymać.
Poza tym wszystkim był po prostu typowym dzieciakiem z dzielnicy robotniczej. Mieszkali na czterdziestu metrach kwadratowych w pięć osób, oboje rodzice harowali na etatach za kiepskie pieniądze, od wielkiego dzwonu chodzili do kościoła i generalnie starali się być w porządku — i wychować Ricky'ego tak, by też był w porządku.
Mimo wszystko bardziej — jakkolwiek by to nie brzmiało — wychowała go ulica; szlajanie się z podobnymi sobie dzieciakami, popalanie pierwszych papierosów jeszcze w podstawówce, przesiadywanie w skateparku dopóki czyjaś matka nie pojawiła się, by przypomnieć, która jest godzina. Pierwsze bójki i nieśmiałe całowanie dziewczyn w policzek. Zwolnienia pisane na kolanie przed lekcjami i składanie się całą paczką na jeden wspólny popcorn w kinie.
Dobrze znane przysłowie mówi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.— O'Hara, zostań po lekcji.
Słowa, których nienawidził chyba każdy dzieciak. Alan szturchnął go ramieniem, co Ricky skwitował tylko krzywym uśmieszkiem, kopiąc rytmicznie w metalową nogę szkolnego stolika. Zastanawiał się, co tym razem zrobił lub czego nie zrobił. W pewnym momencie przestał już liczyć te rozmowy.
— Co zrobiłem?
Panna Matthews skrzyżowała ręce na piersi, patrząc na niego zza drucianych okularów. Lubił ją. Chyba jako jedyna jeszcze nie straciła nadziei, że jest w stanie do niego dotrzeć; nawet kiedy sam Ricky już w siebie kompletnie nie wierzył.
— Jeszcze jedna nieobecność i zawalisz angielski. Nie wspomnę o tym, że zalegasz mi z dwoma wypracowaniami. Termin d o d a t k o w y minął w piątek. Mamy wtorek. — Pozwoliła mu dodać dwa do dwóch. — Jak tak dalej pójdzie, zawalisz nie tylko przedmiot, ale...
— Będę kiblował.
— Będziesz kiblował — potwierdziła po chwili wahania, po raz pierwszy nie korygując jego języka. — Przecież wiem, że stać cię na więcej.
Trampki szurnęły buntowniczo o wytarte linoleum. Już dawno przestał wierzyć w takie słowa.
Doświadczenie nauczyło Ricky'ego z kolei, że prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, że nie próbują wciągać nikogo w swoje brudy tak zaciekle, by posunąć się do podrzucenia jedynemu abstynentowi w ekipie paczki z podjebanymi dragami. Wciąż nie do końca wie, jak udało mu się z tego wszystkiego wybronić, bo wszyscy jego kumple — tak, ci sami, z którymi uczył się jeździć na desce, z którymi pił pierwsze piwo i z którymi spędził całe dzieciństwo — wypięli się na niego i wskazali palcem jako winnego bez choćby drgnięcia powieki.
To właśnie byłaby historia o tym, jak Richard O'Hara w wieku lat siedemnastu został zupełnie z przypadku informatorem policji — tylko że jest za długa i zbyt zawiła, by ją tu przytaczać w całości.
Wbrew przeświadczeniu większości nauczycieli, jego własnych rodziców, a nawet samego Ricky'ego, udało mu się skończyć szkołę. Co prawda przewidywania panny Matthews okazały się słuszne i faktycznie kiblował w drugiej klasie liceum, ale ku zdziwieniu wszystkich zainteresowanych podziałało to nie jak demotywacja, a raczej zimny prysznic i sygnał, że należy się ogarnąć.
Akademia policyjna nie była oczywistym wyborem dla nikogo — ani dla jego otoczenia, ani dla samego Richarda, który zdawał się uczestniczyć w procesie rekrutacyjnym... trochę z braku laku. Może był to chichot losu, że udało mu się (rzutem na taśmę) zakwalifikować, może instruktorzy dostrzegli w nim coś, czego on sam w sobie dotychczas nie zauważał, a może — jak podejrzewają liczni starsi stażem czy stopniem koledzy — po prostu komuś w kadrach się nudziło, skoro dopuszczono do służby kogoś takiego.
Tak czy siak ktoś taki pracuje w TPS już blisko dziesięć lat, a dzięki ponadprzeciętnemu zaangażowaniu w kilka przedłużających się spraw jakieś pół roku temu otrzymał awans na detektywa w wydziale zabójstw i zaginięć. W jego życiu tak naprawdę niewiele się zmieniło — poza tym, że śledczy mają u siebie trochę lepszą kawę niż patrolówka, a pensja pozwala mu już nie tylko wynajmować klitkę w rodzinnym Malvern i żywić się chińszczyzną. Teraz może jeszcze czasami wyskoczyć na drinka i nawet go komuś postawić, zamiast tylko żebrać.
"Richie? To ostatni dupek... i błazen. Ostatnio się zapomniał i wjechał na komisariat na deskorolce. Przypadkiem wylądował z nosem tuż przed moim dekoltem."
~Cheryl Dubois, sekretarka
"Za każdym razem, kiedy wysyłałem go na interwencję bez nadzoru, modliłem się by nikt nie złożył skargi. Okazało się, że słuch Pana Boga jest bardzo wybiórczy..."
~sierż. Anthony Kendrick
"O'Hara to dobry chłopak. Niegłupi, chociaż nieźle udaje. Jest po prostu kurewsko nieprzystosowany do pracy w strukturach. Prędzej czy później ugryzie go to w dupsko."
~starszy posterunkowy Gary Torrance
"Praca z nim to jak pilnowanie nadpobudliwego dzieciaka, któremu czasem przypadkiem uda się rozwikłać sprawę tkwiącą od miesięcy w martwym punkcie. Skubaniec ma intuicję, ale za grosz instynktu samozachowawczego."
~det. Vincent Delacroix, obecnie na emeryturze
