ODPOWIEDZ
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Did you stand there all alone?
Oh I cannot explain what's going down
I can see you standing next to me
In and out somewhere else right now


Miał spotkać się z August. Naprawdę miał taki zamiar - zdążył wziąć prysznic, przebrać się w czyste ciuchy i już pakował Laysy i Desperadosy do plecaka, kiedy telefon zawibrował mu w kieszeni. Wiadomość od nieznanego numeru była krótka. "Greektown, 21:00, podwójna stawka". To oznaczało tylko jedno - kolejną walkę na horyzoncie. Zacisnął szczęki i długo wpatrywał się w ekran, zanim podjął decyzję, ale... potrzebował tej kasy. Nie zastanawiał się dłużej i po prostu napisał wiadomość do Dust.
Ducky 🦆
Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło, wynagrodzę Ci to w przyszłym tygodniu 🦆
Buziak.
Wiadomość...
Wysłał tę wiadomość, zanim sumienie zdążyło go powstrzymać i od razu wrzucił komórkę do kieszeni. Nie chciał widzieć odpowiedzi, bo jeszcze zmieniłby zdanie. Przebrał się, wypakował prowiant z plecaka i zamiast piwka i chipsów, znalazł się tam sportowy strój, bandaże, ręcznik i bidon na wodę.

You sigh look away
I can see it clear as day
Close your eyes so afraid
Hide behind that baby face


Pół godziny później wysiadł z autobusu - Greektown o tej porze tętniło życiem, ulice pachniały pysznym jedzeniem, a on przeciskał się przez tłum, dopóki nie zszedł z głównej ulicy. Z łatwością odnalazł boczne, obskurne wejście do piwnicy starej piekarni. Gdy znalazł się w środku, uderzyła go fala gorąca - to, niestety, nie była klimatyzowana, przystosowana do walk bokserskich sala treningowa tylko podziemna dziura, gdzie było tłocznie, głośno i gęsto od dymu papierosowego. - Hallywood! Już myślałem, że się nie pojawisz - głos Caesara przebił się gwar. Hallywood. Nienawidził, gdy nazywali go w ten sposób. Alex podszedł bliżej. Caesar, włodarz tego bałaganu, stał przy stoliku tuż obok schodów i przeliczał gruby plik banknotów. Alex bez słowa podał mu dłoń i wymienili uścisk. - Ludzie stawiają na ciebie niezłą kasę. Niektórym się podoba ta twoja ładna buźka - dodał, ale Alex tylko skinął głową, ignorując zaczepkę. - Z kim będę walczyć? - spytał rzeczowo, rozglądając się po tłumie. Jak zwykle, roiło się tu od szemranych typów, ich panienek i pomagierów. Łączyło ich jedno. Kasa. - Wielki ruski, nazywają go Iwan. Ma łapę jak bochen chleba, ale rusza się jak lodowiec. Dasz radę, tylko nie daj się złapać - Caesar puścił mu perskie oczko i poklepał po plecach. - Idź się przygotować, wchodzicie jako trzeci - dodał, po czym wrócił do rozmowy z jakąś panienką.

Alex przekręcił oczami i przecisnął się przez spocony tłum do prowizorycznej szatni, która w rzeczywistości była jedynie zagraconym kantorkiem na tyłach piwnicy. Ściągnął bluzę i koszulkę, po czym zaczął owijać dłonie bandażami. Z korytarza dobiegały do niego stłumione odgłosy pierwszych walk - padanie na deski, okrzyki bólu i ryk tłumu, który zawsze domagał się więcej krwi. Przyszło mu do głowy, że nie miał co liczyć na żadne fanfary po skończonej walce, przecież nie był Rockym Balboa, tu mógł liczyć tylko na plik banknotów wciśnięty do ręki. O ile wygra. - Hall! Pięć minut! - wrzasnął ktoś z korytarza, bębniąc w drzwi. Alex wstał i rozciągnął kark aż chrupnęło. - Dobra, wy nienasycone sępy! Czas na danie główne! HAAALLLYYYWOOOOD! - ryczał Caesar na zewnątrz. No i Alex znów przekręcił oczami. Nie trawił gościa, serio. No ale miał hajs i go tutaj zaprosił, więc... musiał go tolerować. Wyszedł z kanciapy i wkroczył w blask żarówek, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Zabawa. Czas. Start.

Iwan już stał w ringu - faktycznie był, kurwa, wielki. Alex przeszedł pod linami, a jego wzrok spotkał się z oczami przeciwnika. Adrenalina już zaczynała krążyć w jego żyłach, gdy zaczął powoli rozgrzewać się w miejscu, przeskakując z nogi na nogę. Nagle rozległ się gong, piwnica eksplodowała rykiem, a Iwan ruszył na niego jak taran. Ochuj.jpg, o kurwa. Na szczęście, Alex był szybki. Nie daj się złapać, tak mu powiedział Caesar, no i zamierzał się tego trzymać. Nieraz już walczył z takimi, wystarczyło być po prostu cierpliwym.

You can drive all night
Looking for the answers in the pouring rain
You wanna find peace of mind
Looking for the answer


W połowie drugiej rundy Iwan w końcu go dopadł. Krótki, potężny prawy sierpowy wylądował na żebrach Alexa. Zatkało go na moment i serio, na chwilę zapomniał, jak się oddycha. Iwan bezlitośnie wykorzystał ten ułamek sekundy nieuwagi i wycelował lewym prostym prosto w łuk brwiowy Alexa... no i trafił, rozcinając skórę. Niedobrze. Hall poczuł tępy ból nad okiem, ale jeszcze nie wiedział, że typ rozorał mu brew aż do krwi. Musiał działać szybko - wiedział, że w tym stanie nie przetrwa trzeciej rundy, dlatego wykorzystał moment, w którym olbrzym zbyt pewnie zamachnął się do kolejnego ciosu, po czym zanurkował pod jego ramieniem i po prostu mu PRZYJEBAŁ, bo zwykłym ciosem nie można było tego nazwać, a chwilę potem poprawił serią krótkich uderzeń w szczękę i szyję olbrzyma. A ostatni cios posłał Rosjanina na deski.

Tłum oszalał, a Caesar od razu wskoczył do ringu, triumfalnie unosząc dłoń Alexa w górę. Wygrał. Kurwa. Cudem. Świetnie, po prostu kurwa świetnie. - Mamy zwycięzcę! Hallywood znowu to zrobił! - ryczał włodarz, ale Alex szybko wyrwał swoją rękę z jego uścisku, przeklął pod nosem i z trudem przeszedł pod linami, próbując ignorować ludzi, którzy chcieli klepać go po plecach.

Odprowadzany skandami dotarł do kantorka, przebrał się z powrotem i usiadł na krześle, żeby napić się wody. Ból był coraz silniejszy, no ale sam tego chciał, więc nie mógł narzekać. Po chwili do kantorka wpadł Caesar. - Dobra robota, dzieciaku, ale wyglądasz jak gówno - rzucił, wciskając mu do łapy banknoty. Alex bez słowa zgarnął kasę, szybko zebrał swoje rzeczy i wyszedł na ulicę - nocne powietrze owiało jego policzki, kiedy przystanął w bocznej uliczce. Przez chwilę żałował, że nie poszedł spotkać się z August, ale... teraz przynajmniej będzie mógł naprawić auto, nie? Apropos auta, przejrzał się w szybie zaparkowanego obok BMW. Rozcięty łuk brwiowy, spuchnięty policzek i zakrwawiona koszulka. - Kuuurwa - mruknął pod nosem, dotykając ręką obolałych żeber. Dawno nie wyglądał tak strasznie. Wyglądało na to, że jednak nie uda mu się spotkać z Dust w przyszłym tygodniu.

dust ✨
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

never thought I would feel like this
such a mess when i'm in your presence


Nie było chyba nic gorszego niż uczucie, kiedy najlepszy przyjaciel po raz kolejny odwołuje wspólne plany. Powoli właśnie to stawało się nową rzeczywistością relacji August i Alexa. Jasne, zawsze próbował rzucić wszystko i pojawić się przy niej w losowe popołudnie albo wieczorem - szczególnie wtedy, gdy poprosiła go, żeby wpadł do pubu poznać tego gościa, z którym się umówiła, tego niedźwiedziowatego aspirującego strażaka. Ale ilekroć robili plany tylko dla siebie... jakoś zawsze coś się zmieniało. Zawsze wypadało coś ważniejszego. Zawsze pojawiał się jakiś nagły zwrot akcji. Ale nie dzisiaj... August wyszykowała się, żeby spotkać się z nim o 20:30 pod stacją Danforth, bo mieli iść do jednego z tych game arcades i zrobić z siebie kompletnych idiotów, zaraz po zakupach przy jej mieszkaniu. Zawsze lubiła robić większe spożywcze zakupy, kiedy miał przyjść, bo był silny, okej? Mógł unieść dwa razy więcej niż ona, więc zwyczajnie było to wygodne. A ona odpłacała mu ciastem, lunchem na następny dzień i, oczywiście, swoim zajebistym towarzystwem. Win-win, prawda? Więc kiedy już się ogarnęła i weszła do supermarketu, poczuła wibrację telefonu w kieszeni. NOPE... Kurwa. Nie czytam tego. Taka była jej pierwsza myśl, bo gdzieś tam, głęboko w środku, i tak już wiedziała, że znowu odwołał. Gdy w końcu wyciągnęła telefon i otworzyła jego wiadomość, poczuła, jak mocniej zaciska palce na krawędziach obudowy. Przewróciła oczami, zostawiła mu jedynie reakcję ''👍'' zamiast odpisać, po prostu wyszła ze sklepu, wkurwiona do granic. Poszła się przejść. Wsadziła słuchawki do uszu i włóczyła się po okolicy, próbując wychodzić z siebie całą tę złość. Około 20:40 wracała przez swoje sąsiedztwo, przez Greektown, kiedy zobaczyła... Alexa? Mogłaby przysiąc, że właśnie wysiadł z autobusu. Wait a damn minute. To niemożliwe.

Uniósłszy brew, bez większego zastanowienia przyspieszyła kroku, żeby dotrzymać mu tempa, ale zostawała kawałek z tyłu, żeby przypadkiem jej nie zauważył. Przysięgam, jeśli odwołał mnie tylko po to, żeby spotkać się ze swoją ekipką i nawet nie miał jaj, żeby powiedzieć mi, że woli siedzieć z nimi, to go zabiję, a potem jeszcze będę go straszyć po śmierci. TAK, W ZAŚWIATACH. Tak sobie pomyślała. Ale im dłużej za nim szła, tym bardziej gwarną, żywą ulicę zastępowały jakieś podejrzane boczne uliczki. I wtedy zobaczyła, jak wchodzi do jakiegoś obskurnego miejsca. Piwnica? Stała z tyłu przez jakieś dziesięć minut, próbując zdecydować, czy wejście tam i zrobienie sceny to aby na pewno dobry pomysł. Ale August nie byłaby August, gdyby nie postanowiła jednak dać mu paru groszy własnej wkurwionej opinii. Więc w końcu weszła.
Od razu uderzył ją zapach potu, alkoholu, czegoś stęchłego i tych wszystkich zbyt głośnych, zbyt bliskich ludzi. Natknęła się na dwóch ochroniarzy zbudowanych jak dwa byki. - Zgubiłaś się, słoneczko? - zapytał jeden z nich. - ummm.. nie - wyrzuciła z siebie. - No to pięćdziesiąt dolców za wejście i drugie pięćdziesiąt za obstawienie, kto wygra jedną z dzisiejszych walk. - Oczy August rozszerzyły się gwałtownie. O ja pierdolę. Na szczęście miała przy sobie gotówkę. Wyciągnęła banknoty i podała mu je. - Nie wiem, na kogo postawić. Daj po prostu na swojego faworyta.
- Hallywood, it is! - parsknął śmiechem, po czym dodał, - Biedny chłopak zamieni się dziś w kałużę, jak tylko zderzy się z górą lodową. - Zaśmiał się, podał jej bilet i wskazał, gdzie ma iść... Przepychając się przez spocone ciała i obrzydliwie pijanych ludzi, którzy wrzeszczeli obsceniczności, August miała wrażenie, że wylądowała w jakimś chorym, nowoczesnym koloseum. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Patrzyła, jak ludzie walczą na ringu, a tłum drze się tak, jakby chciał jeszcze więcej krwi rozlanej na macie. Jakby samo obijanie sobie twarzy nie wystarczało i wszyscy czekali, aż w końcu ktoś naprawdę zrobi drugiemu krzywdę. Dlaczego on tu w ogóle był? Nie musiała długo czekać na odpowiedź.

''Dobra, wy nienasycone sępy! Czas na danie główne! HAAALLLYYYWOOOOD!''

Uniósła brew, a potem go zobaczyła. I wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na tym drugim facecie - ogromnym, masywnym gościu, który był dosłownie trzy razy większy od Ducky’ego. Kurwa mać. Wyglądał jak the Mountain z Gry o tron.
Po chwili ten charakterystyczny dźwięk wdarł się do jej uszu razem z wrzaskiem tłumu, przepychankami i naporem ludzi, więc automatycznie dała się porwać bliżej ringu. Nie było czasu myśleć. W pewnym momencie nawet poczuła, jak na ułamek sekundy się uśmiecha - dumna z niego, z tego, jak dobrze sobie radził. Był szybki. Zwinny. Naprawdę dawał sobie radę. A potem tamten wielki skurwysyn wyprowadził cios. k r e w. Przysięgłaby, że widziała krople krwi rozpryskujące się po ringu. Tłum kompletnie oszalał, wyjąc, przeklinając i drąc się tak głośno, że prawie pękły jej bębenki. A August poczuła, jak serce opada jej gdzieś do żołądka, a oczy natychmiast zachodzą łzami. Chciała krzyknąć jego imię. Chciała, żeby to się zatrzymało. Żeby ktoś to przerwał. Żeby on sam się zatrzymał. Ale wiedziała, że to nic nie da. Musiał...

w y g r a ć

Bo jeśli nie wygra, tamten facet go zabije...
Nigdy w życiu nie była tak przerażona. Nawet wtedy, gdy sama leżała w szpitalu. Na szczęście, do cholery, Alex się ogarnął. Odzyskał rytm, oddał ciosy, był szybszy od tamtego potwora i ostatecznie wygrał walkę. W chwili, gdy ten cały pseudosędzia uniósł jego rękę do góry, August zaczęła się powoli wycofywać... a potem praktycznie wybiegła z tego miejsca, nie wierząc w to, czego właśnie była świadkiem. Widziała, jak jej przyjaciel kłamał ją prosto w twarz. I nie tylko ją okłamywał. Ryzykował własnym życiem tuż pod jej pieprzonym nosem. A ona mieszkała ledwie dwadzieścia minut stąd. Dwadzieścia!!! Znalazła się na zewnątrz niemal odruchowo, pobiegła do sklepu na rogu i kupiła sobie paczkę papierosów, żeby jakoś się uspokoić. Nie była palaczką, ale musiała zebrać myśli do kupy. Trzęsącymi się dłońmi odpaliła jednego, usiadła na schodkach przy wejściu do alejki i zaciągnęła się głęboko, pozwalając, żeby dym wypełnił jej płuca. Pomyślała wtedy, że jeśli zobaczy go w ciągu najbliższych dziesięciu minut, to uzna to za znak od wszechświata, że ma mu wreszcie powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. No i proszę. Czy życie nie bywa czasem kurwa przezabawne? Był tam. Na szczęście poszedł w inną stronę, więc jej nie zauważył. Rzuciła papierosa na ziemię, przydeptała go i ruszyła za nim. Idąc kilka kroków za jego plecami, wahała się, czy bardziej chce go przytulić, czy na niego wrzasnąć. Ale potem się zatrzymał, spojrzał na swoje odbicie w szybie samochodu, a kiedy usłyszała, jak syczy pod nosem kurwa, cała złość i całe poczucie zdrady wróciły do niej ze zdwojoną siłą.

Tam, na ringu... to nie był Alex. To był ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto był w stanie dosłownie zabić. Lejąca się krew. Pot kapiący na matę. Krzyki pijanych ludzi i przekleństwa unoszące się w powietrzu, zmieszane z dymem papierosowym i czymś stęchłym. Jak mogła o tym nie wiedzieć? Jak on mógł ukrywać to przed nią? Wiedzieli o sobie wszystko, prawda? Tak przynajmniej myślała. Do tego momentu. - Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło. Wynagrodzę ci to w przyszłym tygodniu. Buziak. - wyrecytowała jego esemesa słowo w słowo, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jego ramieniu, żeby zmusić go do spojrzenia na nią. - Masz mnie za idiotkę? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy i zaciskając drugą dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie boleśnie wbijały jej się w skórę. - Iwan był ważniejszym powodem do spotkania, Hallywood? - Nie dała mu dojść do słowa. Nie mogła. Bo dobrze wiedziała, że jeśli tylko otworzy usta, jeśli spróbuje się tłumaczyć, coś w niej pęknie i nie zdąży wyrzucić z siebie tego całego gniewu, bólu i zawodu, które właśnie rozpychały jej klatkę piersiową od środka. Wpatrywała się w niego zaszklonymi oczami. I nawet nie chodziło tylko o to, co robił. Znała go tyle lat. Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej przez głowę, była wręcz rozpaczliwie prosta - może potrzebował pieniędzy? Może nie chciał pożyczać? Może nie chciał prosić? Ale z drugiej strony, stojąc teraz tak blisko niego, czuła się tak, jakby dzieliła ich przepaść. Przepaść niedomówień. Przepaść przemilczeń. Przepaść pośrodku przyjaźni, która wydawała jej się czymś niezniszczalnym, czymś, co przetrwa całe ich życie. Przyjaźni, która miała opierać się na prawdzie - nawet tej najgorszej. A on? On prowadził dosłownie inne życie.

hear the fallen and lonely cry out...
Pokręciła głową i zaśmiała się bezradnie sama do siebie, choć ten śmiech od razu załamał się w łknięciu. - Holy shit... - wyrzuciła z siebie, jakby właśnie wszystkie elementy wskoczyły jej na miejsce. - Nielegalne walki, te dziwne odwoływanie planów w ostatniej chwili… - przygryzła policzki od środka, byle tylko nie stracić gruntu pod nogami. Byle nie zobaczył, jak bardzo to nią wstrząsnęło. - Z czym jeszcze mnie okłamywałeś? Czego mi nie mówisz? - spojrzała na niego, a jej usta delikatnie zadrżały. - Chciałeś dać się zabić?! Chciałeś, żebym dowiedziała się o tym z cholernego nekrologu albo przez telefon, jeśli dalej trzymasz mnie jako swój emergency contact?! - Otworzyła dłonie i pchnęła go lekko w klatkę piersiową. - Cholerny samolub! - wyrzuciła z siebie, tłumiąc łzy zbierające się w oczach. To nie była walka. To nie był Alex, który trenował boks, sparował na ringu, ćwiczył na sali gimnastycznej. To znała. Tam była dyscyplina. Kontrola. Świadomość, że robi się to dla sportu.
A tutaj? Tutaj widziała żądzę krwi. Walkę o przetrwanie. Chęć zrobienia komuś potwornej krzywdy ze świadomością, że jeśli samemu nie zada się ostatecznego ciosu, istnieje ryzyko, że to ty go przyjmiesz. On tak po prostu był gotów zaryzykować tragedią. For what? Quick fucking bucks? Selfish. To jedno słowo dudniło jej w głowie raz za razem. - Masz zamiar z tym skończyć? - spojrzała na niego, przecierając wierzchem dłoni łzy spływające po policzku. Czuła się tak, jakby patrzyła na nieznajomego, a nie na osobę, z którą tak naprawdę podzieliła połowę swojego życia.
I chyba właśnie to bolało najbardziej. Nie sam ring, krew czy to obrzydliwe miejsce. Tylko to, że nagle przestała wiedzieć, kim on tak naprawdę był. A w tym wszystkim bała się jednego - że jeśli będzie chciał dalej w to brnąć, nie była pewna, czy zdoła to znieść i dalej być częścią jego życia. Nie dlatego, że go nie kochała. Bo kochała go chyba aż za bardzo. Na tyle mocno... że nie potrafiła wyobrazić sobie rzeczywistości, w której Alexa po prostu by przy niej nie było.

I hope i die first
cause i don’t wanna live without you


hallywood ˊᴖˋ
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I can't escape this hell
So many times i've tried
But i'm still caged inside
Somebody get me through this nightmare


Podstawowe pytanie brzmiało - dlaczego Alex tak bardzo starał się ukryć to wszystko przed wszystkimi bliskimi? Odpowiedź była prosta. Nie chciał, żeby patrzyli na niego jak na jakiegoś patusa, bo nie tylko jego matka była alkoholiczką i się zapiła, ale też wychował się w bidulu i nikt nigdy nie pokładał w nim wielkich nadziei co do przyszłości. Urodził się jako margines społeczny i nim miał pozostać - nie potrzebował ratunku, moralizowania ani potępienia, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robił i nie zamierzał przestawać. Zwłaszcza, że czasem nie chodziło już tylko i wyłącznie o pieniądze, a o potrzebę rozładowania wszystkich negatywnych emocji bez żadnych konsekwencji. No i może właśnie ten ostatni powód najbardziej sprawiał, że czuł obrzydzenie do samego siebie.

Dalej stał przy jakimś starym sedanie, gapiąc się w szybę jak cielę w malowane wrota. Naprawdę wyglądał fatalnie. Próbował wierzchem dłoni wytrzeć tę krew, która spływała mu z łuku brwiowego, ale tylko bardziej rozmazywał czerwoną ciecz po całej twarzy. Nie miał przy sobie nic - nawet głupiej chusteczki - czym mógłby to jakoś zatamować.

A wtedy usłyszał znajomy głos.

Słowo w słowo wyrecytowała jego esemesa. Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło. Wynagrodzę ci to w przyszłym tygodniu. Buziak. Po chwili dodała jednak coś od siebie. Masz mnie za idiotkę? Iwan był ważniejszym powodem do spotkania, Hallywood? Nie musiał się odwracać, aby widzieć wkurwiony wyraz twarzy August Winters. Jezu, był tak zamroczony, że nawet nie zauważył, kiedy stanęła tuż za nim. Dopiero gdy położyła dłoń na jego ramieniu, przeklął pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i stanął z nią twarzą w twarz. Zmierzył ją wzrokiem, posłał jej chłodne spojrzenie i zacisnął usta w wąską kreskę - no bo co niby miał jej odpowiedzieć na tę zaczepkę? Prawdę? O nie, to byłoby zbyt proste. Przynajmniej adrenalina powoli zaczynała do niego wracać, let’s go. - Nie powinno cię tu być, Winters - rzucił pod nosem i wbił dłonie w kieszenie. Gdyby pod jego stopami był jakiś zbłąkany kamyk, na pewno by go kopnął.

Holy shit… Nielegalne walki, te dziwne odwoływanie planów w ostatniej chwili… Nawet nie próbował się tłumaczyć, po prostu stał naprzeciwko niej z wysoko podniesioną głową i krwią spływającą po twarzy. Zapędziła go w kozi róg, oczywiście, że tak, a w jego głowie i tak ciągle krążyło tylko jedno pytanie, jak neon, pojawiało się i gasło, on, off, on, off. Jak? Śledziła go? Weszła do środka? Przeciskała się przez tłum, żeby go zobaczyć? Miał ochotę nią potrząsnąć i zapytać, czy zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo to było niebezpieczne, przecież w każdej chwili jakiś facet mógłby położyć na niej swoje łapska i wkurwiał się na samą myśl, że mogłoby się jej coś stać, z jego powodu na dodatek! No ale z drugiej strony… chciał zapaść się pod ziemię, że odkryła jego tajemnicę, że wszystkie puzzle wskoczyły jej na swoje miejsce, że każdą odmowę spotkania przypisze teraz do jego walk… Not cool. Przyglądał się jej w ciszy i wiedział, że coś pomiędzy nimi bezpowrotnie pękło. Po prostu wiedział. Z czym jeszcze mnie okłamywałeś? Czego mi nie mówisz? Nigdy jej nie okłamał, po prostu nie mówił jej całej prawdy, bo chciał chronić nie tylko ją, ale też siebie i swoje ego. Dlaczego nie mogła tego zrozumieć? - Z niczym - odparł i wzruszył ramionami, jakby rozmawiali o pogodzie, a nie o kłamstwach wspólnej relacji. Co innego mógł powiedzieć? No nic. Jego mechanizm obronny zatrzasnął się w momencie, w którym zacytowała jego wiadomość - pozostało mu trzymać się tego muru, który właśnie między nimi wyrastał. Nigdy nie prosił o łaskę i teraz też nie zamierzał. Minę miał zaciętą, gdy tak patrzył na nią z góry i pozwalał jej na te wszystkie gesty i słowa, jakby wiedział, że na nie wszystkie zasłużył.


I can't escape myself
So many times i've lied


Chciałeś dać się zabić?! Chciałeś, żebym dowiedziała się o tym z cholernego nekrologu albo przez telefon, jeśli dalej trzymasz mnie jako swój emergency contact?! Był zaskoczony swoją chłodną reakcją na wszystkie jej słowa. Nawet gdy pchnęła go w klatkę piersiową, nie drgnął, mimo że poczuł nieprzyjemne ukłucie w miejscu, w którym oberwał od tego wielkiego Rosjanina. W sumie - wolał, żeby go nienawidziła, niż żeby zaczęła nad nim płakać, przynajmniej dopóki w jej oczach naprawdę nie zaczęły zbierać się łzy. Wtedy… odwrócił wzrok, bo jakoś nie potrafił wziąć jej łez na klatę. Nie w tym momencie, kiedy chciał się od tej sytuacji emocjonalnie odciąć, bo tylko to potrafił robić. Mógł stać nieruchomo, gdy go wyzywała, mógł milczeć, gdy go szturchała ale… zbierające się w jej oczach były zbyt bolesne. Kurwa. - Nie dramatyzuj. Wiedziałem, co robię - powiedział w końcu, gdy tylko pozwoliła mu na wtrącenie się w jej monolog. - Szybko mnie skreśliłaś - dodał po chwili i przeniósł spojrzenie na drzwi od piwnicy, przez które musiała przejść, tak samo jak wcześniej on. Nie widział, jak otarła łzę z policzka, bo usilnie starał się na nią nie patrzeć. Nie chciał, aby zobaczyła wszystkie jego emocje kotłujące się pod skórą - wstyd, złość, troskę, gorycz, strach… Tak, najgorszy był strach, bo właśnie pojawiła się między nimi przepaść, której na razie żadne z nich nie potrafiło przeskoczyć. Kurwa, chciał ją złapać, potrząsnąć nią i błagać, żeby nie zmieniała o nim zdania, ale jedyne, co potrafił, to stać tam ze sztywnym karkiem i udawać, że miał to wszystko w dupie, super. Masz zamiar z tym skończyć? Nie zamierzał kłamać. Nigdy jej nie okłamał. - I co wtedy? - zapytał krótko. - Skończę z tym, i co dalej? Zaczniesz płacić moje rachunki, hm? - dokończył, zaciskając dłoń w pięść w kieszeni, więc miał nadzieję, że tego nie widziała. Jezu, naprawdę to powiedział? Było mu niedobrze od swoich własnych słów. Najwyraźniej jednak musiał ją tak potraktować, żeby miała siłę odwrócić się na pięcie i odejść. He can do that. Dla jej dobra. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył, bo… - Nie będę z tobą dyskutować, to moja sprawa, idę do domu - oznajmił nagle, po czym wyminął August - kurwa, nie wiedział, że zwykłe kroki będą tak wiele go kosztować - i zaczął zmierzać ku przystankowi autobusowemu po drugiej stronie ulicy, mimo że każda komórka ciała błagała go, aby tego nie robił i został, żeby choć odrobinę spróbował się wytłumaczyć, no ale nie.

No cóż, najwyraźniej Alexander Hall potrafił tylko rozpierdalać wszystko naokoło siebie, łącznie z sobą i swoim życiem.

Somebody help me through this nightmare
I can't control myself


ᴘʟᴀʏᴇʀ ᴛᴡᴏ
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

you’re my best friend
and we are dancing in this world alone


p r z y j a ź ń

Pojęcie, które August wydawało się najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Zjawisko, którym szczyciła się przed wszystkimi, bo jednak takiej przyjaźni, jaką miała z Alexem, życzyła każdej osobie, którą spotykała na swojej drodze. Był jej odbiciem i największym oparciem w tym jej szaleńczym życiu. Aż do teraz. Do tamtej chwili.

''Nie powinno cię tu być, Winters.''

Wbiła w niego swój zamroczony wzrok, bo przecież nie patrzyła właśnie na kogoś, kogo nazywała nie tylko swoim najlepszym przyjacielem, ale rodziną. Wbijała wzrok w człowieka, którego widziała tym razem pierwszy raz na oczy. Kogoś, kto w żadnym wypadku nie przypominał jej Alexa. Rozbity łuk brwiowy z zaschniętą krwią. Ledwie widoczne siniaki na twarzy, które z pewnością nabiorą koloru burgundu w ciągu kilku dni, jak nie kilku godzin. Ściskało ją od środka. Ze złości... smutku i zdrady. Nie mogła pojąć, jak mógł ukrywać TAK POWAŻNĄ część siebie przed nią. Przecież mieli iść za sobą na koniec świata i jeszcze dalej. On był Woodym do jej Buzza Astrala. Duo chaosu klimatycznego. Coś niewytłumaczalnego, a jednak takiego, co po prostu miało sens...
Przez moment miała ochotę wysunąć dłoń. Nie po to, by go uderzyć, ale po to, by przejechać opuszkami palców po tej poobijanej twarzy. By powiedzieć mu, że tu jest. Że nie musi niczego przed nią ukrywać. Ale sam fakt, że tak zareagował na to, jak ją zobaczył… że zachowywał się, jakby była jakimś cholernym inconvenience, bo w ogóle się tutaj zjawiła… Jakby zapomniał, że odwołał ich spotkanie, a potem bezczelnie pojawił się w JEJ OKOLICY. Tam, gdzie MIESZKAŁA. No bezczel. Szybko zacisnęła dłonie przy udach, trzymając je blisko siebie, żeby nie wyjawić, jak bardzo była na niego wściekła w tamtym momencie. Nie obchodziło jej, o czym myślał. Co sądził. Jedyne, co migało jej przed oczami, to ogromny napis...

k ł a m s t w o

Ha. Zabawne, jak niektórym przychodziło to łatwiej niż innym. Zabawne, jak niektórzy potrafili przykleić łatkę białego kłamstwa do zwykłego wymijania prawdy. Zabawne, jak łatwo było ukryć się za tym słowem, twierdząc, że robiło się coś dla czyjegoś dobra. Nie mogła tego pojąć. Nie rozumiała tego. Nie raz w szpitalu słyszała, jak rodzice jej znajomych mówili im, że wszystko będzie dobrze. Że pokonają to cholerstwo. Tylko po co? Żeby dać im złudną nadzieję do samego końca? Może po części to rozumiała. Fakt, że darzyło się kogoś ogromnym uczuciem i myślało tylko i wyłącznie o jego dobru. Ale to nie było coś, czego sama oczekiwała. Winters wydawało się, że zaznaczała to przy nim nie raz. Od wielu… wielu cholernych lat... Od pierwszego momentu karmienia kaczek przy jeziorze, przez wieczór, który spędzili przy ognisku, ogrzewając się w cieple płomieni, bo oboje za bardzo bali się spać w namiotach na campingu zorganizowanym przez ojca August, aż po ten cholerny pierwszy raz, który przeżyli razem, i moment, w którym oficjalnie wróciła, ogłaszając, że jest w remisji. Obiecali sobie szczerość. Konieczną szczerość.No ale chyba nie zrozumieli tego w taki sam sposób. A przynajmniej Hall nie zrozumiał. A gdy odparł ''z niczym'' na jej pytanie, poczuła, jak robi jej się niedobrze. Dosłownie miała wrażenie, że zakręciło jej się w głowie i że zaraz zwymiotuje. Tego było za dużo. Jej oczy krzyczały, że stoi przed swoim przyjacielem, ale mózg i serce w ogóle tego nie rejestrowały.

Jednak to nie było wszystko... Jego reakcja... To, jak stał. Stoicko. Bezdusznie. Jakby nie obchodziło go, że mogłaby odebrać telefon, który nawiedzałby ją do końca życia. Miał to kompletnie w dupie, a kiedy popchnęła go w klatkę piersiową, on po prostu… stał. Czuła, jak oczy zaczynają ją piec.Winters nie płakała. Nigdy nie płakała. A samo uczucie łez zbierających się w kącikach oczu było nie tylko niekomfortowe, ale też cholernie obce. Zacisnęła usta w wąską linię, szybko przecierając policzki i te cholerstwa spływające po nich, tylko po to, by dosłownie zamarznąć w miejscu na jego kolejne słowa. - Nie dramatyzuj? - wyrzuciła z siebie zszokowana, próbując przełknąć gulę goryczy, która zebrała jej się w gardle. - Jak śmiesz, Alexander? - Fuck. Już nie pamiętała, kiedy ostatni raz nazwała go pełnym imieniem. Na nic innego nie zasługiwał w tamtym momencie. - To ty skreśliłeś mnie w momencie, gdy zdecydowałeś się okłamywać mnie za każdym razem, kiedy odwoływałeś nasze spotkanie - rzuciła, zirytowana i pokrzywdzona. Wiedziała, że ratunek… tego… czymkolwiek to było albo cokolwiek znaczyło dla niego, wydawał się jedynym logicznym wyjściem. Musiał z tym skończyć. Albo chociaż musiał chcieć z tym skończyć. Niedługo. W najbliższej przyszłości. Chciała po prostu wiedzieć, że istnieje rzeczywistość, w której nie będzie tak chętnie wchodził na ring i ryzykował swoim życiem na wagę jednego ciosu, który mógłby skończyć się dla niego tragicznie. Miała cholerną nadzieję. But goddammit, she didn’t know how wrong she was. Słuchając go, uchyliła usta w szoku i parsknęła śmiechem. Tylko przez moment, zanim znowu spoważniała. - A nie jest to oczywiste? - spojrzała na niego. Ale zanim zdążyła dokończyć, on już postanowił, że będzie wracał do domu.

Żartował, prawda? To się nie działo naprawdę. Jedyne, co po chwili poczuła, to podmuch wiatru i zapach jego perfum zmieszany z potem oraz walką wyniesioną z tamtego miejsca. - Don’t go! You know that I’ve got your back, Alex… - krzyknęła za nim, a chwilę później dodała jeszcze, - Proszę. - To jedno słowo delikatnie załamało się na pograniczu szlochu i krzyku. Strużki łez popłynęły po jej policzkach, a ona bezwiednie wysunęła dłoń, jakby mogła go dosłownie złapać. Jakby mogła sprawić, żeby nie odchodził. Głośny szloch wydobył się z jej gardła. Coś niezrozumiałego, na granicy błagania, żeby jednak został. Widząc jednak, że się nie zatrzymywał, poczuła, jak rozpacz, żal i gniew zaczynają tlić się w niej coraz mocniej. Jak mógł zostawić piętnaście lat przyjaźni za sobą w ciemnej alejce?
Zagryzła policzki od środka, ścisnęła pięści tak mocno, że czuła, jak paznokcie wbijają się w skórę dłoni, i zrobiła jedyną rzecz, co do której miała nadzieję, że zadziała. Chociaż nie była pewna. Już niczego nie była pewna. Zaczęła powoli biec za nim, krzycząc jego imię, prosząc, żeby poczekał. A po chwili… po prostu upadła na ziemię, uderzając biodrem o nierówny chodnik. - OUCH… pomocy! - krzyknęła głośno. Leżała tam, zerkając, czy jednak się zatrzyma, czy będzie szedł dalej. Swoją drogą, ten upadek zajebiście kurewsko bolał. Ale jeżeli to miało znaczyć, że jeszcze przez chwilę będzie mogła z nim porozmawiać, spojrzeć na niego… nawet jeśli faktycznie miało to oznaczać ostateczne pożegnanie… to przynajmniej ostatnie wspomnienie będzie miała takie, że jej były przyjaciel chciał jej pomóc po upadku. A nie takie, że zostawił ją na pastwę losu. Samą. W zaciemnionej... alejce. i know we are not everlasting
we’re a train wreck
waiting to happen
𝐬𝐭𝐫𝐚𝐧𝐠𝐞𝐫
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”