Słowa ojca i wpajane jej przez lata druzgocące wartości, przyczyniły się do zobojętnienia Isobel. W jej umyśle emocje zaczęły stopniowo tracić status czegoś naturalnego i stawały się raczej słabością, którą należało kontrolować albo całkowicie eliminować. Taki sposób myślenia, choć podszyty pozorną logiką przetrwania, w rzeczywistości wypaczał granice między koniecznością a okrucieństwem. Był to jeden z mechanizmów, które nie rodzą się w człowieku same z siebie, lecz są w nim cierpliwie budowane — zdanie po zdaniu, zakaz po zakazie, egzekucja po egzekucji. W pewnym momencie zaczynało się wierzyć, że brak empatii jest równoznaczny z siłą, choć w rzeczywistości było to przekleństwo czyniące człowieka odrętwiałym na konsekwencje wynikające z podjętych decyzji. Moralność w Isobel nie gasła z dnia na dzień, ona była w niej systematycznie wygaszana, aż stała się czymś odległym, niemal mistycznym. Długi czas tłumiła emocje, próbowała je wyciszyć, lecz to wyciszenie na niewiele się zdało — uczyniło ją bardziej podatną na impulsy. Zwłaszcza na nagłą złość i niechęć. Tłumioną złość przeradzała w makabryczne czyny, często autodestrukcyjne, choć bywały również destrukcyjne dla całego otoczenia.
Isobel nie zamierzała na siłę doszukiwać się dobra w kimś, kto w prowokująco spokojny sposób naginał własne bezpieczeństwo dla adrenaliny.
— Życie samo w sobie jest rozczarowujące, ambicje dodatkowo je komplikują. Tak myślę — wzruszyła ramionami, wygłaszając tę oczywistość tonem tak suchym, jakby każde jej słowo było ziarnem piasku przesypującym się przez gardło, a sama rzeczywistość rozciągała się wokół nich jak bezkresna pustynia, w której wszystko traciło sens. Cameron nie potrafiła wygłaszać motywacyjnych przemów. Swoją ciepłą, przepełnioną wyrozumiałością osobowością, prędzej namówiłaby drugą osobę do popełnienia samobójstwa, niż pomogłaby w odnalezieniu sensu życia.
I nie miałaby obiekcji przed spaleniem czyjegoś mieszkania lub podpalenia samochodu tylko po to, by sprawdzić, jak czyjaś codzienność zaczyna pogrążać się w chaosie.
Brak rozsądku był częścią zamętu. Na szczęście jej to nie dotyczyło, bo w jej słowniku nie istniało pojęcie zdrowego rozsądku. O czym już zdążył przekonać się również Max, gdy zaproponowała wspólną wycieczkę do miejsca o wątpliwym poziomie bezpieczeństwa. Na obrzeżach miast często można było spotkać ciekawe lokale — a przynajmniej takie spotykało się w mieście, z którego pochodziła. Tutaj, w Toronto sytuacja mogła wyglądać nieco inaczej. Rzuciła propozycją obrzeży, ale las... Las był równie intrygującym pomysłem, na który zamierzała przystać. Bo w lesie mogło wydarzyć się dużo więcej niż na obrzeżach.
Słysząc jego pytanie, spojrzała na niego wymownie — jakby nie rozumiała, w czym widział problem. Wsiadłaby z nim do samochodu nawet po dwóch minutach rozmowy, gdyby od razu zaproponował, że wywiezie ją do lasu. Mimo nieprzyjemnych sytuacji wciąż nie nauczyła się, że być może nie powinna była tego robić. Z drugiej strony, chęć doświadczenia czegoś niebezpiecznego była nieodłącznym elementem jej funkcjonowania. Przywykła do intensywności, do adrenaliny, do tej chorej potrzeby, która nie była już emocją, tylko fizycznym przymusem. Coś w jej wnętrzu zaczynało się ruszać, drapać i przeżerać od środka, kiedy świat wokół stawał się zbyt spokojny, a ona nie lubiła walczyć z tym uczuciem. Na ogół brała leki na uspokojenie, które wyciszały fizyczne dolegliwości. W końcu nie bez powodu zostały jej przepisane. Stagnacja nie była dla niej odpoczynkiem, tylko stanem rozkładu.
— Po prostu wszystko mi jedno, co się ze mną stanie. Niczym mnie nie zaskoczysz. Że niby co? Wywieziesz mnie do lasu, zaczniesz torturować i zgwałcisz? — wywróciła oczami, wypowiadając ze znużeniem te słowa. — Spróbujesz mnie zamordować? Nie byłbyś pierwszy. Naćpasz mnie i zakopiesz? Mam to w dupie — mogłaby wymieniać dalej, odsłaniając przed nim kolejne krzywizny swojej osobowości. I tak od dawna była martwa, a tego morderstwa dokonał jej własny ojciec poprzez sprowadzenie jej na świat.
Oczywiście, że się nie zawahała.
Była pewna swoich słów i nie zamierzała rzucać ich na wiatr.
Uniosła z zadowoleniem kąciki ust, gdy jasnowłosy mężczyzna wyminął ją z westchnięciem i otworzył drzwi od strony pasażera. Prawdopodobnie klasnęłaby w dłonie, gdyby była w stanie wykrzesać z siebie odrobinę więcej entuzjazmu. Zamiast tego wsunęła ponownie dłonie do kieszeni i zajęła miejsce obok kierowcy. — Las brzmi jeszcze lepiej — ile razy pytała swojego ulubionego znajomego, czy wybrał już sobie miejsce na dół w lesie, który wcześniej miał sobie sam wykopać? Wielokrotnie. Zdecydowanie lubiła lasy.
Siedziała w milczeniu, wyglądając przez okno na mijane starym pickupem budynki. W stronę Maxa zerkała rzadko. Co jakiś czas zadawała sobie tylko pytanie o to, co siedziało w jego głowie. Czy się jej obawiał? Czy faktycznie rozważał makabryczną zbrodnię? Czy choć przez chwilę się zawahał, ale nie zamierzał jej o tym wahaniu informować? Ona myślała o innych rzeczach. O tym, czy mógłby zrobić jej krzywdę i sprawić, że faktycznie cokolwiek by poczuła. Rozmyślała też o tym miejscu w lesie. Co takiego mógł ukrywać przed światem las? Czym było miejsce, do którego ją zabierał?
Nie wysiadła po pięciu minutach. Nie wysiadłaby nawet po dwudziestu.
— Wiesz... — odchrząknęła, szukając odpowiednich słów, za pomocą których mogłaby udzielić odpowiedzi na temat planowanej zbrodni. — Psychiatrzy ciągle pytali mnie, czy odczuwam empatię. Nigdy nie wiedziałam, co powinnam odpowiedzieć. Mówiłam, że tak. No i kłamałam. Nieważne jak bardzo byłbyś problematyczny ze swoim kiepskim humorem i tak nie zrobiłoby mi to różnicy. Po prostu bym cię zabiła na jakiś chory sposób, gdybym miała taką zachciankę. Jak na razie jej nie mam, więc nie musisz o tym myśleć — rzekła brutalnie szczerze. Wyrządzenie mu krzywdy było naprawdę kuszącą propozycją, ale po to chodziła na terapię, by tłumić w sobie te zabójcze instynkty. Nie traciła nad sobą panowania, choć wewnątrz faktycznie wrzała za każdym razem, gdy wyobraźnia podsuwała jej makabryczne obrazy.
W końcu dojechali na miejsce.
— Strzelać i rzucać nożami do celu. Takie hobby, rozumiesz — i oczywiście nie było w tym n i c z e g o nienormalnego. W końcu wiele kobiet w jej wieku odczuwało dziwną słabość do ostrych przedmiotów. Nie musiała zadawać się z rówieśniczkami, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie. Z dziesięciu osób może jedna wykazałaby czymś takim zainteresowanie. Nieszczególnie przeszkadzało jej to, że Max odpowiedzi już nie usłyszał. Jeszcze dwa lata temu rozmawiała sama ze sobą, więc mogła wrócić do tamtego stanu.
Z samochodu wysiadła chwilę za nim. Trzasnęła drzwiami, niezbyt mocno, bo nie chciała zniszczyć ani uszkodzić samochodu. Jeszcze musiałaby płacić, a ta wizja przerażała ją bardziej niż spędzenie czasu z obcym człowiekiem wewnątrz podejrzanej, ukrytej za drzewami drewnianej konstrukcji. Z zaciekawieniem przyglądała się pękowi kluczy, chłonąc wygląd i kształt tego, który służył akurat do otwarcia tego zamka. Zabezpieczenie było solidne. Oznaczało to tylko tyle, że wewnątrz musiało kryć się coś ważnego. Musiała przyznać, że miała niezłego farta. Mężczyzna, którego poznała na parkingu, miał klucze do tak specyficznego miejsca. I być może w tym momencie w głowie Isobel powinno pojawić się czerwone światło; i coś faktycznie się pojawiło. Nie było to ostrzeżenie, raczej impuls fascynacji przechwycony przez mózg.
— Miałeś rację. Nie zamierzam o nic pytać — przyznała, nawiązując do jego wcześniejszych słów. Gdy tylko Max otworzył drzwi, odczekała kilka sekund — wpuściła go oczywiście przodem. Była tutaj gościnnie.
Max Korhonen