Tell me your dreams
Am I in them?
Tell me your fears
Are you scared?
Gdy podnosiła ku niej spojrzenie raz jeszcze — ostatni raz tego wieczoru, choć obie doskonale znały naturę podobnych kłamstw — widziała w niej coś na wzór źle zszytej harmonii; piękno przesunięte o milimetr za daleko, dokładnie tam, gdzie zaczynało trącić gniciem ambicji i gorzką pewnością własnej wielkości. Była bowiem jednym z tych stworzeń, które nie tyle istniały pośród ludzi, co żerowały na ich spojrzeniach niby smukły drapieżnik wyciągnięty na granicy światła scenicznych reflektorów. Oddychała aprobatą, lecz jeszcze łapczywiej pochłaniała brak dostępu — świadomość, że inni pozostawali poza jej kręgiem, niedopuszczeni do wnętrza pracowni, do zapachu przypalonej bawełny, do popiołu osiadającego cieniem na szkicach rozciągniętych wzdłuż podłogi. Zbyt późno zauważyła, że każdy projekt od miesięcy nosił jego ślady: agresywnie piękne cięcia materiału, przesadnie wydłużone linie sylwetek, brutalną elegancję czegoś, co bardziej niż zachwycać miało dominować.
Pracownia pachniała dymem, rozgrzanym metalem lamp i kurzem starych tkanin; ciężkim odorem procesu tworzenia, który dawno przestał mieć w sobie cokolwiek romantycznego. Tworzenie było przecież bliższe sekcji zwłok niż natchnieniu — rozcinaniem własnych obsesji, wyciąganiem ich na światło i zszywaniem ponownie w coś, co ludzie nazwą sztuką tylko dlatego, że bali się nazwać to chorobą.
Stała boso pośród porozrzucanych skrawków materiału, a ciemne drewno podłogi lepiło się do skóry od rozsypanego brokatu, popiołu i resztek rozlanej gdzieś kilka godzin wcześniej kawy. Muzyka dudniła cicho z głośników, lecz była już tylko odległym biciem serca tego miejsca — nierównym, zmęczonym, niknącym pod jej głosem.
— Nie tak — pouczyła dwojako, uśmiechając się zza okularu ledwo dychającego aparatu.
River miała być wyzwolona.
Okazać później światu, w czym tkwi siła pięknej
Minimalnie. Ledwie zauważalnie zmieniła postawę, odrzucając stopą rozwiązane wcześniej wstążki za siebie. Dostrzegała wszystko; każdy odruch niepewności, każde pęknięcie postawy, każdy bunt mięśni próbujących wrócić do naturalności. Nienawidziła naturalności. Natura była przecież miękka, chaotyczna, słaba — pragnęła z ludzi wydrapać formę doskonałą, wyprostowaną aż do bólu, wyniosłą niczym ostrze noża przyłożone do gardła świata. Papieros tlący się między palcami dogasał już niemal do filtra, lecz nadal zaciągała się nim odruchowo, bezmyślnie, jakby nikotyna była częścią procesu oddychania. Kolejny niedopałek dołączył do reszty na parapecie; małego cmentarzyska spalonych nerwów. — Ma belle, zostań tak chwilę dłużej — nakazała, podpowiedziała — cokolwiek w repertuarze donośniejszych słówek pazernej dyktatury.
Za oknem miasto tonęło w wilgoci późnego wieczoru. Neonowe światła rozmywały się na mokrych szybach niczym rozmazany tusz pod cudzym okiem po płaczu, którego nikt nie chciał oglądać. Toronto zdawało się wtedy ogromnym organizmem — gnijącym powoli od środka, lecz wciąż wystarczająco pięknym, by ludzie oddawali mu swoje młodości dobrowolnie.
Fran oddała już dawno.
I być może właśnie dlatego, kiedy spojrzała na gotową kreację osadzoną na ciele przyjaciółki — na tę smukłą sylwetkę, zszytą z koronki, taśmy i chwilowej obsesji — nie poczuła dumy.
Poczuła głód.
(Gorszy od poprzednich.)
— Będziesz chciała odbitki? — Sztywność osiadła z wolna na karku, ramiona pulsowały głuchym bólem od utrzymywania aparatu w nieustannej gotowości; tej samej, której wymagała od ludzi sztuka żarłoczna, bezwstydna i nigdy naprawdę nienasycona. Mimo to nadal regulowała ostrość z nabożną czcią, jak chirurg poprawiający cięcie na otwartym organie, bo przecież wystarczył jeden zły ruch —
jedno drgnięcie światła,
jeden oddech za wcześnie,
jedno mrugnięcie towarzyszki —
aby cały czar rozpadł się w coś banalnego.
A banalności bała się bardziej niż porażki.
Obiektyw pozostawał wycelowany ku niej niby źrenica drapieżnika, chłonąc każdy detal; połysk kości policzkowych pod światłem lampy, leniwe rozchylenie ust, ruch uda odsłaniającego fragment skóry w sposób tak naturalny, że aż wyuczony do granic instynktu. W końcu odpuściła. Migawka umilkła, a wraz z nią coś w atmosferze pracowni opadło ciężko na podłogę między rozsypane szkice i niedopałki papierosów. Uśmiechnęła się wtedy — tym zmęczonym, lekko przekrzywionym uśmiechem ludzi, którzy zbyt długo żyją wewnątrz własnej głowy — po czym osunęła się na miękkość kanapy tuż obok niej. Kieliszek czerwonego wina zakołysał się w dłoni, ledwie tknięty; cienka smuga alkoholu oblepiała szkło niczym ślad pozostawiony przez język. Dziesięć minut. Może godzina. Czas od dawna przestał mieć tu znaczenie, rozciągnięty pomiędzy błyskami flesza a kolejnymi oddechami przesyconymi zapachem kurzu, kosmetyków i rozgrzanego materiału.
— Czy zwyczajnie mogę dołączyć Twą personę do prywatnej kolekcji, hm? — Pukiel czarnych włosów owinęła wokół palca z niemal dziecięcą bezmyślnością, lecz spojrzenie pozostawało zbyt uważne, zbyt inteligentnie głodne, by gest mógł uchodzić za niewinny. Przyglądała się River tak, jak ludzie obserwują ogień: z fascynacją podszytą ostrożnością, wiedząc, że płomień bywa najpiękniejszy dokładnie w chwili, gdy zaczyna pożerać.
Czekała.
Na anegdotę.
Na polecenie.
Na dalszy ciąg.
(na cokolwiek, co nada tej nocy kierunek)
River Cross