ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
I think it's 'cause I'm clumsy
I try not to talk too loud
Maybe it's because I'm crazy
I try not to act too proud

trigger warning
morderstwo, krew, przekleństwa
Zwyczajny wieczór — przynajmniej tak próbowała go traktować. Jeden z tych rzadkich dni, kiedy mogła wyjść z teatru bez ciągłego oglądania się przez ramię, bez irytacji zaciskającej się na karku za każdym razem, gdy telefon zawibrował w kieszeni płaszcza. Cisza wydawała się niemal podejrzana, ale mimo wszystko przyjemna.
Od kilku dni nie widziała jego twarzy.
Nie pojawiał się pod budynkiem. Nie przysyłał kwiatów, które bardziej przypominały demonstrację możliwości finansowych niż jakikolwiek romantyczny gest. Nie próbował zaczepiać jej po próbach, myśląc perfidnie, że prędzej czy później wszystko da się kupić — uwagę, prywatność, sympatię, cudze granice. Najgorsze było jednak to, że twierdził, iż coś o niej wiedział. Za każdym razem, gdy o tym wspominał, czuła nieprzyjemny chłód pod skórą, choć rozsądek podpowiadał jej, że blefował. Musiał blefować. Ich sekret był zbyt szczelnie zamknięty, zbyt ostrożnie pilnowany przez ostatnie trzy lata. Cała trójka nauczyła się żyć tak, by nie zostawiać śladów. Żadnych wiadomości. Żadnych zdjęć. Żadnych błędów.
Dlatego nie zgłaszała go na policję.
Zresztą znała realia aż za dobrze. Ludzie naprawdę znikali. Naprawdę ginęli. Funkcjonariusze mieli ważniejsze rzeczy na głowie niż bogaty stalker kręcący się wokół kobiety z teatru. Dopóki ktoś nie robił się agresywny, wszystko pozostawało tylko niewygodą. Problemem do przeczekania. Może właśnie dlatego, gdy skręciła w boczną uliczkę za teatrem, jej mózg przez kilka pierwszych sekund kompletnie nie rozumiał tego, na co patrzy.
Dostrzegła sylwetkę opartą o mur.
Potem ciemną plamę rozlaną po mokrym bruku.
A dopiero później twarz. Ciało spoczywało niezgrabnie przy ścianie kamienicy, jak marionetka, której przecięto wszystkie sznurki naraz. Deszcz przykleił jasne włosy do bladego czoła, a otwarte oczy patrzyły gdzieś ponad nią — martwe już nie tylko biologicznie, ale i społecznie, pozbawione tej nieznośnej iskry samozachwytu, która zawsze doprowadzała ją do furii. Pisk wydarł się z gardła cienko, niemal żałośnie, zupełnie niepasująco do kobiety, która jeszcze kilka godzin wcześniej z wyższością rozszarpywała ego jakieś stażystki na części pierwsze. Teraz jednak stała pośrodku cuchnącej alei, a rzeczywistość oblepiała kostki ciężarem czegoś gorszego niż strach — panicznej świadomości konsekwencji. Oczy biegały nerwowo po ciemnych frontach kamienic, po mokrym bruku, po rozmytych światłach latarni drżących w kałużach krwi niczym chore refleksy sumienia. Szukała pomocy. Świadka. Dorosłego, który wyrwałby ją z tej absurdalnej sceny i powiedział, co należy zrobić dalej, jakby nagle cofnęła się do dzieciństwa, do czasów, gdy odpowiedzialność należała jeszcze do cudzych barków.
Przecież niczego mu nie zrobiła.
Nigdy nawet go nie dotknęła; to on krążył wokół niej wcześniej niczym wygłodniały kundel, agresywny w tej swojej obleśnej pewności, że kobiece granice istnieją wyłącznie po to, by odpowiednio silny mężczyzna mógł je przesuwać. A teraz leżał martwy. Lub prawie martwy. Lub — do cholery — oby jeszcze żywy.
Bucior obsunął się niepewnie w gęstej jusze.
Oddech ugrzązł jej w płucach.
Dłoń szarpała materiał płaszcza w panicznym poszukiwaniu telefonu, palce plątały się niezgrabnie między podszewką, jakby ciało nagle utraciło całą wyuczoną elegancję i zostało sprowadzone do czystego biologicznego chaosu. Serce waliło brutalnie o żebra, boleśnie, niemal zwierzęco; organizm rozumiał zagrożenie szybciej niż rozum, szybciej niż duma.
Cholera... cholera... — Kucnęła przy nim; drżące palce dotknęły szyi mężczyzny i momentalnie przeszył ją odruch obrzydzenia — skóra była dziwnie lepka, nienaturalnie ciężka w bezruchu. Szukała tętna rozpaczliwie, desperacko nawołując jego receptory do wznowienia swej pracy. Nie chciała jego śmierci; chciała wyłącznie, żeby przestał być jej problemem. Żeby wstał, splunął krwią, zwyzywał ją nawet i odszedł w cholerę z własnym ego oraz paskudnym zapachem wody kolońskiej. — H-halo... policja?Jeden sygnał, drugi... nieubłagalnie trzeci, gdy nareszcie zasłyszała po drugiej stronie spokojny głos kogoś z dyspozytorni. Co właściwie miała powiedzieć?! Znalazła trupa, ale go nie zabiłam? W uszach jej szumiało, jakby krew wdzierała się w kanały słuchawe, mącąc jej trzeźwość dziwnym letargiem. — Znalazłam tru... ciało! Znalazłam ciało...
Spoiler
Frankie :podrywacz:
Chyba mam problem...
Pomóż mi
Wiadomość...
Aaron Blackwood
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mel Lastman Square”