ODPOWIEDZ
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Obrazek Byliśmy w dolinie śmierci.
Dotknęliśmy skalistego dna, spustoszenia, ciemności i rozpaczy.
Ale gdy noc jest najciemniejsza, świt jest w zasięgu ręki.
Song Meiling

I.


W ażurowej doniczce z czarnego bambusa pysznił się miniaturowy biały świerk, prowadzony starannie tak, by wpasowywał się w koncept na krajobraz penjing, choć nic poza intencjonalnie poskręcanym drzewkiem nie znajdowało się w jego otoczeniu. Na ladzie, która tymczasowo stała się zarazem warsztatem i ekspozycyjną platformą odpoczywała para krótkich, stalowych nożyc oraz kilka z tych gałązek, które widocznie nie zakwalifikowały się do pozostawienia ich przy życiu.
Brakowało jedynie obecności człowieka, któremu najwyraźniej przerwano w trakcie i zmuszono, by skierował swoją uwagę na coś o wyższym priorytecie.
Chryzantema była ledwo widoczna z ulicy, a jedyne dwa okna, które wychodziły od frontu kamienicy pierwszą linią reprezentacyjną zupełnie nie spełniały swej roli. Przysłonięte zaraz przed samą zaparowaną szybą parawanem z laki, z motywem kwiatowym i obramowaniem z drewna różanego nie przepuszczały ani światła do wewnątrz ani też nie zachęcały nielicznych przechodniów do wykonania gwałtownego skrętu w bramę przejazdową pomiędzy kamienicami, gdzie kierując się światłem słabo przeciekającym przez - a jakże - kolejne zasieki parawanów przed witrynami skierowanymi w pustkę cichego wnętrza tunelu, zupełnie niemal bezużytecznie utknęły drzwi.
Witraż znajdujący się za przeplotką żeliwnej kraty zawierał w sobie przyjazne odcienie pomarańczy, czerwieni i żółtych plamek, a w jego centralnej części kwitła symbolicznie chryzantema, cała w cesarskiej purpurze i gdyby nie osobliwy zbiór podłużnych kartek powtykanych między przęsła, zapewne odgrywałaby kluczową rolę.
Spisane odręcznie na cienkim ryżowym papierze komunikaty brzmiały kolejno: Zazwyczaj otwarte. Nie podajemy kawy. Nie obsługujemy dzieci do lat siedmiu. Płatność tylko gotówką.
Użycie liczby mnogiej było w tym przypadku mylne i nie odnosiło się do stanu faktycznego, ponieważ poza właścicielem trzymającym się zwykle zaplecza i lady w Chryzantemie nie pracował nikt inny, choć podobno ów główny rezydent roztaczał wokół tak dziwną i trudną do zignorowania aurę, że wystarczało za dwóch.
W ciągu najbardziej ruchliwych dni lokal gościł dwóch, góra trzech gości, w pozostałe ani jednego, co ewidentnie nie było rozpatrywane jako realny problem, bo próżno było szukać jakiejkolwiek reklamy w najbliższej okolicy. Nawet mieszkańcy pobliskich kamienic stłoczonych wokół przylegającego do herbaciarni skweru nie zawsze kojarzyli, że w miejscu w którym dawniej mieścił się wiecznie zamknięty zakład stolarski wyrosło coś nowego.
Chryzantema sprawiała wrażenie jakby usiłowała ignorować miasto, jednocześnie ciesząc się tym, że zdawało się ono odwzajemniać tę neutralną niechęć, a w swoich progach najwyraźniej wolała gościć ciszę niż klienta z krwi i kości.
Niewykluczone, że stanowiła tym samym przedłużenie podejścia swojego właściciela.


Późne lato miało to do siebie, że w Toronto płynnie - nomen omen - przechodziło w jesień i ciężko było jednoznacznie wskazać granicę pomiędzy jednym a drugim. Od kilku dni deszcz siąpił żałobnie i nieustępliwie, od czasu do czasu decydując się smagnąć w okna z większą zaciekłością i wtedy przechodniom nie pomagał ani łamiący się parasol ani wysoki kołnierz.
W wilgotnym powietrzu unosiły się również zapachy. Jego balkon na piętrze wychodził na zamknięty między kamienicami skwer, na którym wysokie klony ochraniały zaimprowizowane rabaty przed powodzią rwących rzek w jakie zamieniły się zwykle spokojne strumienie płynące do studzienek, i stojąc na nim w ciszy poranka, zanim jeszcze słońce sięgnęłoby ponad dachy, Lian czuł słodkawą woń ziemi oraz przekwitającego na dole złotlinu japońskiego.
Nie przepadał natomiast za miastem, w którym odór przepełniających się kubłów na śmieci mieszał się z zawiesiną dymów i smogu, a od niespójnego, zróżnicowanego olfaktorycznego krajobrazu zapachów noszonych przez mrowie ludzi robiło mu się słabo.
W Chryzantemie czuć było głównie drewno natarte cedrowym olejkiem, słodkawą gorycz herbaty i kadzidło, jakie tliło się na krążku węgla z kilkoma kryształkami żywicy i ciągnęło się srebrnymi wstążkami w powietrzu pomimo czapeczki z miedzianego tygielka. Dodatkowym atutem był piec kaflowy, który znajdował się zaraz za ladą i ciągnął w górę, by dostarczyć ciepło na wyższe piętro. Bursztynowe płytki zlewały się w harmonijną całość z resztą wystroju, z przypominającymi physalis lampionami zwieszającymi się z belkowanego ożebrowania sufitów oraz ladą, gdzie w roli kasy występowały stosy uporządkowanych papierów oraz archaiczne liczydło z koralikami z seledynowego jadeitu.
Wisienką na torcie tego silva rerum był ogromny kredens inkrustowany szylkretem, w jakim zamknięto na klucz całą kolekcję rzeźbionych szkatułek.
Kiedy drzwi skrzypnęły cicho, a nowej obecności nie zaanonsował żaden dzwonek, gościa powitała w progu pachnąca słodko para oraz gramofon wygrywający cicho uszczerbioną na krawędzi płytę z chińskimi przebojami minionej epoki. Nieśmiertelna Teresa Teng właśnie kończyła New everlasting love.
Po właścicielu nie było śladu w zasięgu wzroku, ale jedwabny pas wyszywany w żurawie i pełniący rolę zasłony pomiędzy wysepką za kontuarem a zapleczem poruszał się tak, jakby ktoś zaledwie chwilę temu trącił go przechodząc.
Herbaciarnia była całkowicie pusta i przez liczne parawany oraz doskonale tłumiące dźwięki z ulicy witryny miało się wrażenie, jakby przekraczając próg pokonywało się jakąś mistyczną barierę.
Pomimo braku dzwonka, którego z pewnych względów Lian nie zawiesił w drzwiach, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś właśnie naruszył jego święty spokój i poza deszczem z ulicy przyniósł konieczność podjęcia kontaktu.
W klaustrofobicznej kuchni znajdującej się za zasłoną panowała kompletna ciemność, jedynie pasmo światła wpadało przez szczelinę między framugą i zasłoną w wąskim łuku, ale Lian i tak go nie potrzebował. Ciche, ledwo słyszalne westchnienie poprzedziło równie ciche stuknięcie filiżanki o spodek, skrzypnęło krzesło i rozległ się niejednoznaczny szmer. Zanim w nienaturalnej ciszy wyrósł za ladą i odnalazł wzrokiem mąciciela spokoju, chusteczką otarł kącik ust oraz górną wargę z krwi. Nie chciał marnować ulubionej 0 Rh+ więc z niezadowoleniem musiał dopić duszkiem.
Zgubiłeś się? 一 zapytał spokojnie znad karłowatego drzewka, ponownie chwytając za nożyce i przenosząc wzrok na wciąż żywe gałązki.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1
Wiekowy antykwariat upchnięty w piwnicy kamienicy mieszkalnej, ze schodami wychodzącymi na główną ulicę między małą, rodzinną cukiernią, a odcinającym się od okolicznej zabudowy, jaskrawym lokalem z bubble tea, pachniał kurzem i upływem czasu. Siwy staruszek siedzący za ladą, pokrytą stosami książek dość wysokimi by wystawał z nad nich jedynie czubek jego głowy, raz na kilka minut podnosił wzrok znad gazety, która sądząc po kolorze przedstawiała najnowsze wiadomości sprzed przynajmniej trzydziestu lat, by skontrolować jedynego klienta kręcącego się między stołami uginającymi się pod stertami staroci. Daniel w wypłowiałym, ale wciąż wesoło błękitnym swetrze w misie, odcinał się od ciemnych brązów i długich cieni rzucanych przez pojedynczą, ciepłą żarówkę pod kloszem równie zakurzonym co każda jedna książka, jaka przeszła mu przez ręce. Czując na sobie wyczekujący wzrok właściciela i nerwowo wertując pożółkłe strony i obdrapane okładki zbierał na boku górkę potencjalnych zakupów, gdy jeden tytuł rzucił mu się w oczy na samym dole aktualnie przewracanej do góry nogami wieży. Porzucając wcześniejsze dylematy sprawdził stan tomu, zanotował potrzebę doklejenia naderwanej, twardej oprawy i posprzątał po sobie, starając się odłożyć resztę książek tam, gdzie je znalazł, bez przypadkowego strącenia ich na podłogę trzęsącymi się dłońmi. Świadomość wzroku śledzącego każdy ruch jego rąk od kiedy zaczął swoje porządki wykręcała jego nerwy jak urodzinowe serpentyny aż do wyjścia z lokalu po zapłaceniu dwóch dolarów, wydukaniu podziękowania i schowaniu swojej własnej kopii Sillmariliona do plecaka. Po pchnięciu drzwi wyfrunął z lokalu jak oparzony w próbie otrząśnięcia się z niekomfortowej atmosfery, zgarnął opartą o schody deskorolkę i wskoczył na nią gdy tylko wdrapał się z powrotem na jeszcze mokry chodnik.
Śmigające wkoło niego budynki, samochody i pojedyncze żywe dusze wydawały się ospałe i szare, włącznie z pogodą oferującą od rana wyłącznie ciężką warstwę groźnie wyglądających chmur i przelotne deszcze, przez co większość społeczeństwa raczej słusznie nie wydawała się zachęcona do opuszczania własnych czterech kątów. Moore z kolei znajdował się w grupie nie mającej innego wyjścia i właśnie był w trakcie rozważań na ile mógł już zacząć kierować się z powrotem w stronę akademika, gdy niebo rozdarło się nad jego głową i ciężkie krople momentalnie zlały go od czubka głowy po znoszone, fioletowe trampki. Nie widząc na ulicy żadnego zadaszenia, skręcił w najbliższą uliczkę w poszukiwaniu schronienia i z deską pod ręką przekroczył próg Chryzantemy szczerze zaskoczony faktem, że nie miał pojęcia o jej istnieniu pomimo regularnego przemierzania ulicy, przy której stała.
Po ostrożnym oparciu swojego środka transportu o ścianę przy drzwiach na raz zwrócił uwagę na brak innych ludzi, łagodny podkład muzyczny będący jedynym dźwiękiem w całym pomieszczeniu i specyficzny zapach, który w większym natężeniu mógłby wydać się zbyt duszący dla jego osłabionych oskrzeli, w tym natomiast uzupełniał wrażenie ciepła i odcięcia lokalu od reszty świata. A zwłaszcza od szalejącej za oknami ulewy. Moore rozejrzał się wkoło z zaciekawieniem, zaciskając palce na zarzuconym na jedno ramię plecaku, którego zawartość chciał chronić przed deszczem bardziej niż siebie, skacząc wzrokiem między meblami, lampionami i parawanami zasłaniającymi witryny. Przez zniekształcające wizję krople deszczu osiadłe na okularach, dla wygody zsunął je z nosa i poszedł bliżej jednego z parawanów, który mignął mu przez okno w drodze do drzwi wejściowych, by przyjżeć się jego wzorom. Niespodziewany głos zza pleców wstrząsnął całym jego ciałem i podniósł mu ciśnienie jakby właśnie przeszedł przez niego piorun, a gdy odwrócił się na pięcie wzdrygnął się jeszcze raz na widok ciemnej plamy za ladą, której nie było w tym miejscu jeszcze chwilę temu. Upchnąl okulary z powrotem na nos, a policzki zalały mu się różem przez zażenowanie tak gwałtowną reakcją na drugiego człowieka.
- Nie? N-nie sądzę - odparł marszcząc czoło i spoglądając na drzwi wejściowe. Widział, gdzie się znajduje. A przynajmniej wiedział dokładnie przy jakiej ulicy się znajdował oraz jak na nią wrócić, a to był dla niego dostateczny sukces by nie uznawać się za zagubionego. - Prze-przepraszam, zamykacie? Bo lunęło i chciałem... Nie chciałem zmoczyć książek - wyjaśnił pokrótce, podrzucając pasek plecaka na ramieniu w ramach dopowiedzenia o czym właściwie mówił. Po pytaniu mężczyzny oraz jego aktualnym zajęciu wnioskował, że ten nie spodziewał się klientów, przez co Daniel miał ochotę zwinąć manatki i przestać zawracać mu głowę. Aktualnie powstrzymywały go przed tym wyłącznie podręczniki i nowy, cenny zakup upchnięty między nimi. Po drodze nie zwrócił uwagi na żadne tabliczki z godzinami otwarcia, a komunikat znajdujący się między resztą zasad na drzwiach nie był w tym temacie szczególnie pomocny, niemniej to by tłumaczyło brak innych osób i zasłonięte okna.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Chryzantema musiała posiadać jakiś wybiórczy filtr. Gdy chodziło o tłumienie dźwięków, doskonale odsiewała te z zewnątrz z pominięciem deszczu, który stukał o zaparowane szyby ciekawsko, zwłaszcza gdy stary winyl zacinał się i Lian musiał ręcznie przekładać igłę na właściwą rynienkę. Wtedy przez moment w herbaciarni robiło się na tyle cicho, by dało się słyszeć najcichszą mżawkę.
Wyostrzony węch - szczególnie, że właśnie odżył po własnej wersji obiadu - z niewielkim poślizgiem rozebrał na części pierwsze wszystko z czym Daniel przyszedł z ulicy. Mei rozpoznał złożony akord petrichoru, gryząco nieprzyjemny zapach sztuczności szamponu i żelu pod prysznic oraz coś, co moczący mu podłogę z sosnowych klepek dzieciak doprecyzował tłumacząc swoją obecność: nie chciałem zmoczyć książek. A więc stąd zapach wilgotnego papieru.
W odpowiedzi Lian machnął w jego stronę lekceważąco ręką, tak jakby odganiał się od natrętnie bzyczącego owada. Nożyce trzymane w drugiej ręce zapikowały w dół i po kategorycznym ciachnięciu mającym w sobie jakąś nieodwracalność, drzewko straciło boczną gałązkę. Nie pasowała mu do konceptu.
Nad miastem przetoczył się burzowy pomruk, a igła podskoczyła na płycie na jednej z wielu nierówności i pomijając przydługi wstęp wprowadziła ich prosto w środek kolejnej sennej ballady w języku bladej ceramiki i chryzantem; nawet Lian z trudem powstrzymał się przed zaintonowaniem refrenu, musiał skubnąć się w język.
Wobec jego kompletnego braku zainteresowania klientem, Daniel sam musiał wybrać sobie stolik i zdecydować, czy wolał usiąść bliżej szylkretowej gablotki pełnej egzotycznych variété czy kaflowego pieca. Tam, zaraz obok niskiego regału z bardzo cudacznym doborem wyświechtanych książek dostępnych dla potencjalnych odwiedzających (tytuły takie jak „孫子兵法“ leżące zaraz obok „How to talk to your cat about gun safety“ najwyraźniej wydawały się być właściwą ofertą dla klientów w oczach właściciela lokalu) znajdowała się również pozbawiona wieka skrzynia, w której znalazło się to, co miał trafić w niedalekiej przyszłości na śmietnik, w tym leciwa płyta z jednym utworem Édith Piaf. „Non, je ne regrette rien“. Lian najwyraźniej czegoś jednak musiał żałować, bo winyl znajdował się w kopercie w dwóch kawałkach.
Zaraz podejdę 一 oświadczył krótko i na bardzo płytkim wydechu, przez co ledwo go było słychać wśród zawodzeń Teresy Teng o niewdzięcznej miłości i sennego tła deszczu. Dopóki jego miniaturowy świerk wciąż posiadał za dużo gałązek Daniel nie miał co liczyć na jakąkolwiek uwagę.

Mniej więcej po kwadransie ostatnie ciachnięcie spadło na drzewko i Lian odłożył nożyce na blat, wierzchem dłoni zgarnął cały bałagan z lady i zagonił do podsuniętego pod krawędź kubła. Na najbliższe kilka tygodni musiało wystarczyć, roślina i tak została przez niego potraktowana zbyt brutalnie jak na swój młody wiek.
Jedno spojrzenie w kierunku stolików wystarczyło, by upewnił się w przekonaniu: dzieciak wciąż tam był, tak samo przemoczony i tak samo drażniąco ludzki jak wcześniej.
A więc nie zrezygnował.
Z zaciśniętymi płasko bladymi wargami Lian wyprawił się za ladę z dwustronicową kartą herbat formatu przeciętnego notesu - podobnie jak z informacjami na drzwiach, ta również została wypełniona odręcznie - i przystanął zaraz za oparciem krzesła, na którym kulił się ten nieszczęsny nosiciel deszczu i obcych zapachów.
Ponura satysfakcja z przewagi jaką dawała mu pozycja - mógł przez dłuższą chwilę pozostać niezauważony - odbiła się anemicznym uśmiechem w kącikach jego ust, a te drgnęły odrobinę żywiej gdy spojrzenie Liana odkryło zaróżowione od chłodu policzki. Zapragnął również usłyszeć, więc zanim ostrożność przywołała go do porządku, przez kilka sekund świadkował rytmicznym uderzeniom serca, uspokajającym się w złudnym poczuciu bezpieczeństwa i cieple. Po prawdzie bardziej wyczuwał je niż faktycznie rejestrował jako dźwięk, ale trwało to zaledwie chwilę. W tym czasie stało się coś jeszcze, co łatwo było przeoczyć lub obarczyć winą grę niespokojnych świateł; ludzkie źrenice zazwyczaj lubiły rozszerzać się niekontrolowanie pod wpływem niektórych emocji i nie było w tym nic zastanawiającego. Tęczówki natomiast - te zwykle posiadały stałą wielkość. U Liana coś jednak drgnęło i czerń rozlała się pochłaniając niemal całą biel wokół, aczkolwiek szybko cofnęła się z powrotem i już znieruchomiała.

Proponuję Yesheng Shai Hong. Zeszłoroczny zbiór, Lincang, prowincja Yunnan. 一 Karta została wyciągnięta sztywno w stronę Daniela, którego Mei w ten a nie inny sposób postanowił uświadomić o swojej obecności, coś jednak w tonie w jakim wyrecytował zachętę sugerowało, że lepiej było na nią przystać zamiast zagłębiać się w menu. Wrażenie to stało w ostrej kontrze do nieoczekiwanie łagodnej aury i uprzejmego uśmiechu, choć mogło zdawać się, że odrobinę zmęczonego. Wtórowała mu bladość, jednak koniec końców Lian pochylił się nawet usłużnie, jakby w obawie, że jego silny akcent i przyciszony głos doprowadzą do nieporozumienia. 一 I może suszone owoce. Kandyzowany żeń-szeń? Rozchorujesz się.


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”