Byliśmy w dolinie śmierci. Dotknęliśmy skalistego dna, spustoszenia, ciemności i rozpaczy.
Ale gdy noc jest najciemniejsza, świt jest w zasięgu ręki. Song Meiling
W ażurowej doniczce z czarnego bambusa pysznił się miniaturowy biały świerk, prowadzony starannie tak, by wpasowywał się w koncept na krajobraz penjing, choć nic poza intencjonalnie poskręcanym drzewkiem nie znajdowało się w jego otoczeniu. Na ladzie, która tymczasowo stała się zarazem warsztatem i ekspozycyjną platformą odpoczywała para krótkich, stalowych nożyc oraz kilka z tych gałązek, które widocznie nie zakwalifikowały się do pozostawienia ich przy życiu.
Brakowało jedynie obecności człowieka, któremu najwyraźniej przerwano w trakcie i zmuszono, by skierował swoją uwagę na coś o wyższym priorytecie.
Chryzantema była ledwo widoczna z ulicy, a jedyne dwa okna, które wychodziły od frontu kamienicy pierwszą linią reprezentacyjną zupełnie nie spełniały swej roli. Przysłonięte zaraz przed samą zaparowaną szybą parawanem z laki, z motywem kwiatowym i obramowaniem z drewna różanego nie przepuszczały ani światła do wewnątrz ani też nie zachęcały nielicznych przechodniów do wykonania gwałtownego skrętu w bramę przejazdową pomiędzy kamienicami, gdzie kierując się światłem słabo przeciekającym przez - a jakże - kolejne zasieki parawanów przed witrynami skierowanymi w pustkę cichego wnętrza tunelu, zupełnie niemal bezużytecznie utknęły drzwi.
Witraż znajdujący się za przeplotką żeliwnej kraty zawierał w sobie przyjazne odcienie pomarańczy, czerwieni i żółtych plamek, a w jego centralnej części kwitła symbolicznie chryzantema, cała w cesarskiej purpurze i gdyby nie osobliwy zbiór podłużnych kartek powtykanych między przęsła, zapewne odgrywałaby kluczową rolę.
Spisane odręcznie na cienkim ryżowym papierze komunikaty brzmiały kolejno: Zazwyczaj otwarte. Nie podajemy kawy. Nie obsługujemy dzieci do lat siedmiu. Płatność tylko gotówką.
Użycie liczby mnogiej było w tym przypadku mylne i nie odnosiło się do stanu faktycznego, ponieważ poza właścicielem trzymającym się zwykle zaplecza i lady w Chryzantemie nie pracował nikt inny, choć podobno ów główny rezydent roztaczał wokół tak dziwną i trudną do zignorowania aurę, że wystarczało za dwóch.
W ciągu najbardziej ruchliwych dni lokal gościł dwóch, góra trzech gości, w pozostałe ani jednego, co ewidentnie nie było rozpatrywane jako realny problem, bo próżno było szukać jakiejkolwiek reklamy w najbliższej okolicy. Nawet mieszkańcy pobliskich kamienic stłoczonych wokół przylegającego do herbaciarni skweru nie zawsze kojarzyli, że w miejscu w którym dawniej mieścił się wiecznie zamknięty zakład stolarski wyrosło coś nowego.
Chryzantema sprawiała wrażenie jakby usiłowała ignorować miasto, jednocześnie ciesząc się tym, że zdawało się ono odwzajemniać tę neutralną niechęć, a w swoich progach najwyraźniej wolała gościć ciszę niż klienta z krwi i kości.
Niewykluczone, że stanowiła tym samym przedłużenie podejścia swojego właściciela.
Późne lato miało to do siebie, że w Toronto płynnie - nomen omen - przechodziło w jesień i ciężko było jednoznacznie wskazać granicę pomiędzy jednym a drugim. Od kilku dni deszcz siąpił żałobnie i nieustępliwie, od czasu do czasu decydując się smagnąć w okna z większą zaciekłością i wtedy przechodniom nie pomagał ani łamiący się parasol ani wysoki kołnierz.
W wilgotnym powietrzu unosiły się również zapachy. Jego balkon na piętrze wychodził na zamknięty między kamienicami skwer, na którym wysokie klony ochraniały zaimprowizowane rabaty przed powodzią rwących rzek w jakie zamieniły się zwykle spokojne strumienie płynące do studzienek, i stojąc na nim w ciszy poranka, zanim jeszcze słońce sięgnęłoby ponad dachy, Lian czuł słodkawą woń ziemi oraz przekwitającego na dole złotlinu japońskiego.
Nie przepadał natomiast za miastem, w którym odór przepełniających się kubłów na śmieci mieszał się z zawiesiną dymów i smogu, a od niespójnego, zróżnicowanego olfaktorycznego krajobrazu zapachów noszonych przez mrowie ludzi robiło mu się słabo.
W Chryzantemie czuć było głównie drewno natarte cedrowym olejkiem, słodkawą gorycz herbaty i kadzidło, jakie tliło się na krążku węgla z kilkoma kryształkami żywicy i ciągnęło się srebrnymi wstążkami w powietrzu pomimo czapeczki z miedzianego tygielka. Dodatkowym atutem był piec kaflowy, który znajdował się zaraz za ladą i ciągnął w górę, by dostarczyć ciepło na wyższe piętro. Bursztynowe płytki zlewały się w harmonijną całość z resztą wystroju, z przypominającymi physalis lampionami zwieszającymi się z belkowanego ożebrowania sufitów oraz ladą, gdzie w roli kasy występowały stosy uporządkowanych papierów oraz archaiczne liczydło z koralikami z seledynowego jadeitu.
Wisienką na torcie tego silva rerum był ogromny kredens inkrustowany szylkretem, w jakim zamknięto na klucz całą kolekcję rzeźbionych szkatułek.
Kiedy drzwi skrzypnęły cicho, a nowej obecności nie zaanonsował żaden dzwonek, gościa powitała w progu pachnąca słodko para oraz gramofon wygrywający cicho uszczerbioną na krawędzi płytę z chińskimi przebojami minionej epoki. Nieśmiertelna Teresa Teng właśnie kończyła New everlasting love.
Po właścicielu nie było śladu w zasięgu wzroku, ale jedwabny pas wyszywany w żurawie i pełniący rolę zasłony pomiędzy wysepką za kontuarem a zapleczem poruszał się tak, jakby ktoś zaledwie chwilę temu trącił go przechodząc.
Herbaciarnia była całkowicie pusta i przez liczne parawany oraz doskonale tłumiące dźwięki z ulicy witryny miało się wrażenie, jakby przekraczając próg pokonywało się jakąś mistyczną barierę.
Pomimo braku dzwonka, którego z pewnych względów Lian nie zawiesił w drzwiach, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś właśnie naruszył jego święty spokój i poza deszczem z ulicy przyniósł konieczność podjęcia kontaktu.
W klaustrofobicznej kuchni znajdującej się za zasłoną panowała kompletna ciemność, jedynie pasmo światła wpadało przez szczelinę między framugą i zasłoną w wąskim łuku, ale Lian i tak go nie potrzebował. Ciche, ledwo słyszalne westchnienie poprzedziło równie ciche stuknięcie filiżanki o spodek, skrzypnęło krzesło i rozległ się niejednoznaczny szmer. Zanim w nienaturalnej ciszy wyrósł za ladą i odnalazł wzrokiem mąciciela spokoju, chusteczką otarł kącik ust oraz górną wargę z krwi. Nie chciał marnować ulubionej 0 Rh+ więc z niezadowoleniem musiał dopić duszkiem.
一 Zgubiłeś się? 一 zapytał spokojnie znad karłowatego drzewka, ponownie chwytając za nożyce i przenosząc wzrok na wciąż żywe gałązki.
Daniel Moore