35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego automatyczną reakcją nie było my, było ja.
W tych kwestiach, które dotyczyły Carbone'a, Sophie, jego przeszłości, wszystkich grzechów jakie wlókł za sobą przez życie. Nie dlatego, że chciał zająć się tym osobiście ponieważ on zrobiłby to lepiej, nie też dlatego, że on wiedział na temat Ventresci najwięcej.
Przede wszystkim to była j e g o odpowiedzialność.
To wszystko, co wydarzyło się w przeszłości nie było związane z Margo. Całe konsekwencje, jakie spadły na jego plecy nigdy nie miały jej uderzyć, nigdy nie miała do niego dołączyć w tej chorej drodze prosto w stronę urwanego klifu. Sam ten fakt budził jego złość, ta niesprawiedliwość związana z tym, jak nieświadomie wdepnęła w coś, w co być może nie chciałaby wejść z własnej woli gdyby wiedziała o tym na początku.
Inną rzeczą było jej bezpieczeństwo.
Tak samo, jak ona była skłonna do ryzyka jeśli dzięki temu wierzyła, że on będzie bezpieczny i on posiadał w sobie ten instynkt. Ten, który skłaniał go do odsuwania jej od samego początku, chęci zajęcia się tym samemu, tam, gdzie potencjalne reperkusje swoich słów lub czynów mogły uderzyć wyłącznie w niego. Wiedział, że wszystko, co zrobią, wywoła gwałtowną reakcję Ventresci i to on chciał przyjąć na siebie ten cios, ponieważ nie mógł znieść myśli, że choćby szrapnel mógłby dosięgnąć i jej.
Ale jej upór i jej słowa z wolna drążące barierę jego złości wreszcie się do niego przebiły.
Do my, nie ja. Do tego, że w tej sytuacji nie był w stanie niczego wziąć w swoje ręce, że nawet, gdyby zaparkował pod jej mieszkaniem, nie wyszłaby z samochodu. Nawet, gdyby udało mu się ją z niego wyrzucić, podążyłaby jego śladem, jak cień, tak samo, jak on podążyłby za nią.
I dlatego nie mógł tego zrobić.
Wypuścił powietrze z ust, czując, jak cała nagromadzona przez niego energia zaczyna go opuszczać, pozostawiając we wcześniej napiętych mięśniach odrętwienie. Jego noga uniosła się lekko, wreszcie odsuwając od pedału gazu, w reakcji na co samochód lekko, niemal niezauważalnie, zaczął zwalniać.
- Nie - mruknął wreszcie, odrywając skostniałą dłoń od kierownicy. Sięgnął w jej stronę, pomimo okna, w które się wcisnęła i nienaturalnej wręcz odległości między nimi. Odnalazł jej dłoń, splatając ich palce ze sobą nawet, jeśli musiałby rozewrzeć jej pięść siłą. - Żadne z nas tam nie pojedzie.
Nie dziś, przemknęło mu przez głowę, czego nie wypowiedział na głos. Ventresca była cierpliwa. Nie wątpił, że będzie czekała na któreś z nich, to, które jako pierwsze zdecyduje się zrobić coś głupiego.
Ale pomimo wściekłości wciąż gorejącej w jego sercu, nie mogło to być dziś.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiałaby się głośno, gdyby tylko zdecydował się wypowiedzieć te myśli na głos.
O jakiej odpowiedzialności mówił? Nie była już wyłącznie j e g o. Przestała nią być dawno temu, dokładnie w tej samej chwili, w której Sergio Carbone przestał być jedynie jego problemem, a Ventresca wyłącznie jego wyrokiem.
Doskonale o tym wiedział. Przecież sam widział, jak ta zależność zaciskała się wokół nich z każdym kolejnym tygodniem coraz mocniej, jak coś, co początkowo należało wyłącznie do niego, zaczęło oplatać również ją. Najpierw zupełnie nieświadomie i wbrew własnej woli stała się uczestnikiem tej historii, wciągnięta do niej przypadkiem, który wcale nie był przypadkiem. Później sama weszła głębiej, po omacku, ślepo, nie widząc już innego rozwiązania poza tym, by iść dalej razem z nim, nawet jeśli każdy kolejny krok prowadził ich coraz bliżej przepaści.
N i g d y - poza tamtym jednym razem, kiedy rozpacz rozdarła jej serce na tyle mocno, że nie potrafiła nad nią zapanować, nie miała mu tego za złe. Nie potrafiła spojrzeć na niego i pomyśleć, że był winny temu, co się działo, nawet jeśli logicznie rzecz biorąc wszystko zaczęło się od jego decyzji, jego błędów i jego tragedii. Przy każdym innym człowieku postawiłaby kropkę dużo wcześniej. Może przy pierwszym kłamstwie, może przy pierwszym odepchnięciu, może w chwili, w której zrozumiałaby, że ktoś ciągnie ją za sobą w miejsce pełne przemocy, strachu i brudu.
Przy nim jednak uparcie trwała.
Westchnęła cicho, rozluźniając palce i pozwalając mu na ten drobny gest, który ścisnął jej serce w znajomy, ciepły sposób. Doceniała takie chwile bardziej niż przypuszczał. Jeszcze jakiś czas temu zaciskałby zęby i dalej szukał słów zdolnych zranić ją mocniej. Dalej próbowałby odepchnąć ją od siebie tak brutalnie, aż w końcu sama odwróciłaby się i odeszła. Tymczasem teraz, jeśli robił to trochę nieporadnie i wciąż z resztkami własnego gniewu duszonego pod skórą, potrafił odpuścić. Potrafił przyciągnąć ją do siebie zamiast odsuwać coraz dalej.
Może była to jedna z tych dobrych rzeczy, które mu oddała - obok własnego serca, które dostał od niej bezwarunkowo i którego nigdy już nie odzyska w całości. To przecież ona zawsze była pierwsza. To ona nie odpuszczała. Ona była natrętna, uparta i nieznośnie konsekwentna. To ona podążała za nim krok w krok, dotykała go wtedy, gdy się odsuwał i dociskała do ściany, kiedy próbował uciekać.
Teraz to on zrobił krok w jej stronę pierwszy. - Mogę się na to zgodzić - mruknęła cicho, a w myślach także dopowiedziała - tylko dziś.
Reszta drogi minęła im dużo spokojniej. Cisza nie była już ciężka ani dusząca; osiadła między nimi miękko, przynosząc zmęczenie po zbyt intensywnym dniu i jeszcze bardziej wyczerpującej rozmowie. Co jakiś czas wymieniali krótkie spojrzenia, drobne gesty albo pojedyncze słowa, ale żadne z nich nie próbowało wracać do kłótni.
Kiedy w końcu dotarli do Toronto, Rhys ominął znajome ulice szerokim łukiem. Trzymali się daleko od dzielnicy, w której znajdowało się Mimmo’s. Pojechali okrężną drogą, wybierając dłuższą trasę wyłącznie po to, by ani przez chwilę nie znaleźć się w pobliżu obskurnego baru.

koniec

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”