tematy dotyczące śmierci i religii
Nie wierzył w grzechów odpuszczenie.
Nie wierzył w ciała zmartwychwstanie.
Nie wierzył w żywot wieczny.
Amen?
Obrazy stają się żywe - zyskują odrębny krwiobieg, unoszą się i pulsują, unoszą się ponad umysł i syczą jak gęsty dym który wkrótce łapczywie, szczelnie rozpocznie wypełniać ciało. Każdy z nich jest granicą - wspomnienie to cienka linia, linia pomiędzy jego tutaj i teraz a starą szatą wydechów, słów i potrząśnięć serca - linia którą przekroczy. Zdania, które mówi kobieta są gęste i niemal lepkie od śluzu nagłej obsesji. Może znów doskonale odczuć na sobie wagę jej spojrzenia, w jej oczach tkwi pewna dzikość, którą mają bezpańskie, zabłąkane stworzenia jakie nie potrzebują rąk potrafiących dłużej je wykarmić. Noc, w której mogli się zetknąć musiała być wyjątkowa.
Był przekonany, że jej o tym nie powie, tak samo jak ona nie miała dotąd odwagi przyznać się bezpośrednio, nie powie co miało miejsce w jego rodzinnym mieście, nie powie, jak nienawidził być słaby, jak sądził, że bez uderzeń, bez krzyku, bez zaciśniętych pięści jest nikim, jest nic nie warty, jest bierny jak jego matka, jest łupem i jest ofiarą. Zaciskał więc pięści silniej aż stały się całkiem blade, odsłaniając szczerzące się, górskie łańcuchy kości napiętych pod błoną skóry, aż nie czuł tępego bólu gdy zaczął uderzać w twarz, gdy nie runęli na posadzkę łazienki w wartkim, zwierzęcym krzyku. Krew była wtedy przyjemna, a krzywda była nagrodą. Pamiętał że nigdy wcześnej i nigdy później nie poczuł się w taki sposób, zupełnie jak gdyby wtedy wszedł na zupełnie inny i wyższy poziom istnienia a potem nagle się spalił w kontakcie z bezwzględnym słońcem i stracił chorągwie skrzydeł. Nigdy wcześniej i później. Obecnie był wypalony, łudząc się, że potrafi nadać swojemu życiu jakąś wartość. Tydzień po tym zdarzeniu skierował się do spowiedzi, matka błagała go, by przemyślał to wszystko i udał się do kościoła. Czuł się rozczarowany, że ktoś równie wielki jak bóg byłby w stanie tak łatwo mu wybaczyć. Księża musieli kłamać - bóg nigdy nie miał być słaby, na tyle słaby by udawać że nie dostrzega rdzy w której wszyscy bez przerwy korodują.
Obserwują się. Uważnie się obserwują, każdy ruch, każde drobne, na pozór niewinne drżenie, każdy afekt mimiki. Przypominają jedne z ostatnich figur pozostawionych na planie szachownicy, mdłej szachownicy stworzonej przez szorstki chodnik, bez pojęć czerni i bieli. Nie mają historii, imion. Nie mają nawet właściwych, mogących ich zadowolić odpowiedzi.
-
Nie wiem, czy ich zabijam - opuścił głowę, nie patrząc się dłużej w niebo. Odwrócił się, stając naprzeciwko kobiety. Oparł się wygodnie plecami o ścianę jednego z budynków. Czy był w tej chwili w potrzasku? -
Ktoś może pewnie stwierdzić, że tak - uniósł leniwie kącik swoich ust. Słyszał dużo opinii, o konowałach, o złych bezdusznych rzeźnikach którzy nie znali treści starożytnej przysięgi, którzy hańbili zawód. Czyjaś babcia, czyjś ojciec, rozległy tłum pokrzywdzonych. Granica pomiędzy błędem a właściwą decyzją potrafi zniknąć za mgłą. Nie spieszył się i pozwalał milczeniu by pokazało wszystkie swoje szpony. Kobieta podniosła się, dystans bardziej tlił się. Zanikał.
-
Wiesz - rzucił, jak gdyby od niechcenia -
kiedy mówisz o śmierci, masz tyle różnych emocji. To nawet poetyckie. Przepiękne - powiedział jej nawet z lekkim cieniem zachwytu. Nie wyglądała jak wszystkie te osoby które widywał przywiezione z ulic w momencie prób, przedawkowań oraz innych sytuacji kryzysowych. Była inna - miała w tym pewną niemalże literacką elegancję. Czas nadal leniwie płynął, oplatając się dookoła ich sylwetek.
-
Problem polega na tym, że śmierć wcale taka nie jest. W chwili, gdy następuje, dziwisz się, że twój oddech nadal jest taki sam. Pora dnia się nie zmienia - wyprostował się, zrobił niewielki krok. Znów mówił do niej półszeptem, głos tworzył strużkę jak szkic, ponownie miał tę manierę, pozbawioną zupełnie żadnej temperatury, ogrzaną tylko przez ciepło własnych rozchylanych ust. Ile widziała śmierci? Czy dostrzegała ją tylko w telewizji jak ludzie obserwujący z wypiekami na twarzy, z tą pewną nienaturalną chęcią postrzegania kolejnych wygłoszonych tragedii, mówiących, o jaka szkoda, uzależnionych od nich jak od ciężkich używek? Czy kiedyś widziała ciało zastane bez oznak życia? Opadły, wiotki podbródek, ostry, odmieniony kształt rysów, zmętniałe szyby ich oczu? Śmierć nie była niezwykła, bo była w tym wszystkim niezwykle naturalna, a wszystko, co jest bezwzględnie częścią samej natury nie powinno rozbudzać większego niż jest to niezbędne poruszenia.
Rozumiesz? Teraz rozumiesz?
-
Nic się nie zmienia - dodał ciszej -
w zasadzie.
Isobel Cameron