Ona jest w tym momencie dla mnie wszystkim.
A czy dla Wyatta nie była?
Była jedynym, co pozostało mu po zmarłej żonie. Była córką, którą mieli wspólnie wychować, w której życiu mieli brać czynny udział, razem, nawet jeśli Sophie by tego nie chciała. Wiedzieli, że kiedyś przyjdzie taki czas, że staną się dla niej wrogiem numer jeden, ale liczyli, że wspólnie uda im się przez to przejść. Przez wszystkie trudy wychowania, te szkolne, a później licealne dramaty, ale razem. Aż w końcu wywieźliby ją na studia, Wyatt zakładał, że medyczne, Rose by płakała, a jej mąż obejmowałby ją ramieniem i pocieszał, że przecież wróci. Aż w końcu mała Sophie stała by się dużą Soph, poznała kogoś, jakiegoś chłopaka, którego Wyatt by nie trawił, za to uwielbiałaby go Rose. W końcu Sophie też założyła by rodzinę, a wtedy Ward i jego żona mogliby się spokojnie zestarzeć. Wierzyli, że któregoś dnia będą siedzieć na werandzie swojego domu w The Beaches i wtedy Rose będzie mogła powiedzieć, dobrze nam poszło Wyatt, wychowaliśmy Sophie na dobrego człowieka. Ale teraz ten mały człowiek musiał mierzyć się ze światem bez swojej matki. Chociaż Daisy stanęła na wysokości zadania, doskonale zastępowała Rose, jednak czy ona też będzie mogła kiedyś powiedzieć Wyattowi - daliśmy radę?
Szczerze w to wątpił. Wątpił też w to, że się zgodzi. A przynajmniej jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, lepiej żeby odmówiła. Ile możecie udawać, że jest w porządku? W końcu, któreś z was pęknie.
Tak, pójdę z Wami, gdzie tylko Sophie będzie chciała.
Wyatt wiedział, że Sophie na takie wyjście miała masę pomysłów, nie raz od niej słyszał,
szkoda, że nie ma cioci, mogliśmy zabrać ciocię, gdyby ciocia tu była, czemu nie zaprosiłeś cioci... Teraz też zaczęła opowiadać, że jak pójdą na lody, to później mogliby do parku, ale lepiej nie, bo już byli i źle się to skończyło. Za to świetnym pomysłem jest zjedzenie razem spaghetti, które miał ugotować tata, albo może pójście do kina na jakąś nową bajkę, albo do tej bawialni, co nigdy do niej nie chodzą, albo do sklepu zoologicznego. Może mogliby wtedy kupić króliczka, albo chociaż chomika, bo wtedy tata nie mógłby powiedzieć, że ciocia musi podjąć decyzję, bo ona byłaby obok.
Pewnie drążyłaby kwestię króliczka, bo Wyatta namawiała na niego średnio trzy raz w tygodniu, ale zainteresowały ją rybki w holu, na dole. To było ogromne akwarium, przykuwało uwagę. Ward chciał iść za Sophie, pokazać jej swoje ulubione rybki, te które obserwował między pacjentami pozwalając swojemu mózgowi na chwilę wytchnienia, ale wtedy odezwała się Daisy, zatrzymał się w miejscu, trochę dalej od dziewczynki.
Chciał coś powiedzieć, jakoś się bronić, że przecież ją pilnuje, że przecież stara się jak może, ale w tej chwili to już sam myślał, że może za mało? Przecież innym ludziom nie zdarzają się wypadki, przecież inni ojcowie umieją dopilnować swoje córki, może gdyby nie pracował na sorze, to by w to uwierzył, w to, że jest najgorszym ojcem na świecie.
-
Postaram się - rzucił, bo liczył na to, że to ją uspokoi, jak zwykle, kiedy to mówił, a mówił często, i że odpuści. Nie odpuściła. Słuchał jej słów zastanawiając się co jej powiedzieć. Bo przecież nie mógł oznajmić, że spanikował, bo on pracował na oddziale ratunkowym, powinien zachować zimną krew, zawsze to robił, ale nie umiał, gdy chodziło o jego córkę. Zabrał ją do szpitala, żeby być pewnym, żeby ktoś jeszcze potwierdził, to, co sam wiedział, żeby jeszcze sprawdzili, czy na pewno wszystko jest w porządku, bo co, gdyby nie było?
-
Nie musisz się martwić, pójdę do przedszkola. Porozmawiam też z dyrektorem szpitala, ja tylko kazałem tamtej pielęgniarce, żeby zrobili jej tomograf, a ona się obraziła, że na nią krzyczę, kazała mi wyjść... Ordynatorowi kazała wyjść z sali - wywrócił oczami, bo to wciąż było dla niego dziwne. Ale to pewnie dlatego, że on się nie pokazał na tym spotkaniu inauguracyjnym, a później jeszcze spóźnił się na tę pogadankę z personelem i teraz wychodziły takie cuda, że nie wszyscy go kojarzyli. Chyba jeszcze nie powiedział Daisy, że został ordynatorem oddziału ratunkowego, ale to w sumie świeża sprawa, no i bał się, że zaraz w jej głowie powstanie taka wizja, że teraz jako ordynator, to już w ogóle nie będzie miał czasu dla swojej córki.
-
Daisy ja po prostu chciałem sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Wiedziałem, że jest, ale musiałem to sprawdzić, rozumiesz? Ja też nie chcę, żeby cokolwiek jej się stało - Sophie nie miała żadnych objawów, może gdyby była pacjentką na jego oddziale, to nawet nie zleciłby tego tomografu, nie było podstaw. Ale Sophie nie była zwykłą pacjentką, dla niego też była
wszystkim.
-
Przecież wiesz, że nie pozwolę, żeby coś jej się stało - chciał ją zapewnić, ale jego głos delikatnie zadrżał, można było w nim wyczuć nutę niepewności, a wszystko to podszyte było tym, że wciąż myślał o tym, kiedy składał Rose przysięgę,
i, że Cię nie opuszczę aż do śmierci, a później opuścił, później pozwolił jej zdenerwowanej wyjść z domu...
Nie umknęła jego uwadze ta samotna łza, która spłynęła po policzki blondynki, ale starał się nie dać po sobie poznać, że to zauważył. A może powinien? Chwilę walczył ze sobą, aż w końcu oparł jej rękę na ramieniu, delikatnie, w geście pokrzepienia.
-
Daj już spokój Daisy, wszystko jest okej, a ja będę na nią bardziej uważał, obiecuję. Pójdziemy na lody, a później jeśli będziesz chciała to zabierzesz ją do domu - powiedział chociaż tak cholernie nie chciał, żeby zabrała ją do siebie, to miał być ich weekend, ale czuł, że to chociaż odrobinę uspokoi blondynkę, to, że ona ma tutaj kontrolę, że wszystko zależy od niej. Każde jego być, albo nie być z Sophie zależało od Daisy. Zabrał rękę i westchnął jakoś tak ciężko, tak przecież będzie lepiej. Później podszedł do Sophie, żeby chwycić ją w ramiona i posadzić sobie na barana, pokazał jej palcem rybki, które pływały wyżej.
-
Tamta żółta ma na imię Sophie.
-
Sophie? Przepięknie! A kto ją tak nazwał?
-
Ja.
-
A Ty możesz nazywać tu rybki tato?
Poczekali, aż Daisy do nich dołączy.
-
Idziemy?
Daisy Jenkins