Czując presję ze strony męża i rodziców, dążyła do perfekcji… albo chociaż do zachowania pozorów, że wszystko w jej życiu było w jak najlepszym porządku. Przez lata doszła do wprawy w odgrywaniu roli idealnej, szczęśliwej żony i córki. Na co dzień nie ukazywała tego, że coś ją trapi - wiecznie pogodna i spokojna, zupełnie tak jakby w rzeczywistości nie była chodzącym kłębkiem nerwów. Ludzie wokół niej nigdy tego nie kwestionowali. Nawet jej starszy brat, który znał ją dużo lepiej niż ktokolwiek inny, zdawał się nie zauważać tego co tak naprawdę się z nią działo. Najwidoczniej miał wystarczająco dużo własnych problemów.
Louise, mimo tego jak bardzo się starała, by nie dać nic po sobie poznać, to skrycie pragnęła, by ktoś kiedyś w końcu się zorientował, że to wszystko to tylko iluzja. Chciała, by ktoś dostrzegł jej smutek. Równocześnie bała się tego, że jej maska opadnie w najmniej odpowiednim momencie.
—
Chyba to drugie — odpowiedziała, próbując utrzymać równie żartobliwy ton, celem rozładowania atmosfery, ale naprawdę tak uważała, że w tym całym wyjeździe - pomimo tego co wcześniej naobiecywał jej Xavier - nie było nic romantycznego.
—
Toronto wygrało — przyznała, chociaż na usta cisnęło jej się coś innego -
ja nigdy nie wygrywam. Odpuściła. —
Chciałam być bliżej rodziny — wypaliła zaraz i od razu przeklęła się za to w myślach. Miała pełne prawo do tego, by nie wyjawiać mu całej prawdy, jeśli nie chciała się swoimi przeżyciami dzielić, ale wcale nie musiała kłamać. Karrion zdecydowanie nie zasługiwał na taki fałsz.
Wzruszyła lekko ramionami bez słowa i bez doprecyzowania tego co sama rozumiała przez słowa „dużo zmian”. Po prostu na niego patrzyła i pozwoliła jemu samemu zdecydować o jakich wydarzeniach z ostatnich kilku lat swojego życia zechciałby jej powiedzieć.
—
Masz teraz mnie, więc nie będziesz już musiał narzekać na architektów — stwierdziła nieskromnie, nie mogąc się powstrzymać, by się nie wtrącić —
Z urzędasami też sobie poradzę, jeśli będzie trzeba.
Trzeba przyznać, że zaimponował jej tym co powiedział. Nie chodziło wcale o to czym się zajął po przejściu na sportową emeryturę, ale o to, że nie obawiał się przyznać do swoich słabości - do tego, że „udawał poważnego przedsiębiorcę” albo do tego, że jeszcze nie do końca potrafił odnaleźć się w swojej nowej rzeczywistości. Ujęło ją to. Rzadko kiedy ludzie - zwłaszcza mężczyźni - czuli się na tyle swobodnie, by otwarcie o tym mówić.
—
W ogóle o to-… — urwała i zaśmiała się, kręcąc głową przecząco. Nie miała pojęcia jakim cudem wiedział dokładnie co miała na myśli, gdy zadała tak z pozoru niewinne i niesugerujące niczego pytanie.
—
Ciekawe. Zawsze miałam cię za kogoś, kto otacza się dużą ilością kobiet — nie miała na myśli nic złego mówiąc to. Podejrzewała po prostu, że nie miał większych problemów z tym, by kogoś poznać i że miał spore powodzenie wśród przedstawicielek płci pięknej. Dziwnym było dla niej to, że jeszcze żadna nie zdołała zdobyć jego serca - nie na tyle, by zechciał się ustatkować, założyć rodzinę.
Zaskoczył ją swoim kolejnym spostrzeżeniem. Może powinna poczuć się urażona? Czy naprawdę wyglądała
aż tak źle? Nie zdążyła nic powiedzieć, nim zaczął wyjaśniać. Westchnęła cicho, starając się za bardzo nie uciekać od niego wzrokiem.
—
Ja nie jestem jednym z twoich przeciwników. Nie musisz mnie w ten sposób analizować — powiedziała, jakby to miało uchronić ją przed jego badawczym spojrzeniem i wnioskami, które wyciągał ze swoich obserwacji. Z drugiej strony podobało jej się to, że gdy na nią patrzył, zauważał więcej niż inni. Spoglądał w jej oczy tak, jakby chciał zajrzeć w głąb i poznać wszystkie jej myśli.
—
Nie, nie pomyliłeś się — zapewniła go z lekko tajemniczym uśmiechem, bo oczywiście, że zgodziła się na to głównie przez wzgląd na sympatię do niego. Gdyby go nie lubiła, to z pewnością nie wybierała by się na to spotkanie tak ochoczo, nieważne jak desperacko potrzebowała teraz zajęcia.
Utrzymując nadal kontakt wzrokowy, uniosła brwi, zaskoczona tymi komplementami i bezpośredniością mężczyzny. Na szczęście nie zawstydziło jej to jakoś mocno - raczej podbudowało. Nie pamiętała kiedy ostatnio usłyszała coś takiego od własnego męża. Coś, co nie byłoby wypowiedziane zupełnie nieszczerze i jedynie na pokaz, przy ludziach.
—
Przed momentem stwierdziłeś, że wyglądam jak ktoś, kto dawno nie robił niczego dla siebie. Nie brzmi to jak coś pozytywnego — przypomniała, trochę tym rozbawiona i przechyliła delikatnie głowę na bok —
A teraz nagle robię wrażenie? Coś się chyba gubisz w zeznaniach, Stifler.
Jej drobna dłoń zadrżała, gdy znów sięgała po filiżankę z kawą. Przyszły tydzień? Nie była pewna czy wyjazd w ogóle wchodził w grę, a tym bardziej tak prędko. Westchnęła, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. Czymś tak
zwyczajnym wprawił ją w zakłopotanie i miała nadzieję, że jakoś uda jej się to ukryć. Lepiej byłoby odmówić od razu, ale nie potrafiła znaleźć w głowie wytłumaczenia, które nie byłoby całkowitym blefem, ale też brzmiałoby wiarygodnie.
—
Przyszły tydzień? Och, no nie wiem… — zaczęła i tak jakby grała na czas, wzięła kilka powolnych łyków ciepłego napoju. —
Muszę to skonsultować, bo właściwie dopiero co wróciłam i niewykluczone, że mam jakieś inne zobowiązania, o których jeszcze nie wiem — uśmiechnęła się blado, zupełnie nieświadoma tego jak nieprzekonująco brzmiała. —
Dam ci jeszcze znać, dobrze? Aczkolwiek wątpię, że uda nam się polecieć tak szybko.
Karrion Stifler