36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Louise nie przypuszczała, że wróci do miasta tak szybko.
Nie po tym jak zdecydowała się została zmuszona do podjęcia decyzji, by porzucić całe swoje dotychczasowe życie w Toronto i przenieść się do Vancouver. Ta przeprowadzka miała być dla nich szansą - nie tylko tą zawodową dla jej męża, ale również kolejną szansą dla ich związku. Dała sobie wmówić, że właśnie tego potrzebowali - wyrwać się na drugi koniec Kanady i z dala od wszystkich “zacząć od nowa”. Xavier nawijał jej makaron na uszy, wzbudzając w niej równocześnie poczucie winy, a przy tym ubierał to wszystko w piękne, przekonujące słówka. Przez lata małżeństwa zdołał dojść do mistrzostwa w swoich manipulacjach, więc wcale nie powinno dziwić to, że Louise - potulna jak baranek - pozwalała na to bez cienia niezadowolenia. To właśnie mąż podejmował najważniejsze decyzje za nich oboje, jak na przykład tę o przeprowadzce do innego miasta. Kontrolował ją na każdym kroku - musiał wiedzieć gdzie wychodzi, z kim i w jakim celu, a tłumaczył to wszystko oczywiście tym, że się o nią po prostu martwił. Sprawiał, że wierzyła, że z tej sytuacji nie ma ucieczki. Nie potrafiła się mu wyrwać ani jakoś specjalnie postawić i nie była to wyłącznie wina samego mężczyzny, ale także jej rodziców i ich metod wychowawczych. Zawsze musiała podporządkowywać się czyjejś woli, czy tego chciała, czy nie i zawsze zazdrościła bratu, że miał nieco bardziej buntowniczą naturę od niej. Wyfrunięcie z rodzinnego gniazda dało jej w pewnym sensie wolność, ale tylko przez chwilę, bo przecież niedługo po tym wpadła w ręce kolejnego tresera.
Wracając do Toronto, po zaledwie trzech miesiącach nieobecności, właściwie to wracać nie bardzo miała już do czego. Przed wyjazdem sprzedała swoją ukochaną firmę i od tamtej pory zarządzał nią już ktoś inny. Był to kolejny “wspaniały” pomysł Xaviera i jej największy błąd, co Lou zrozumiała niestety troszeczkę za późno. Być może już przy załatwianiu formalności z tym związanych przeczuwała, że prędzej czy później tego bardzo pożałuje, ale i tak postąpiła, jak zwykle, dokładnie tak jak sobie tego życzył. Miał przecież tak przekonujące argumenty - jeśli mnie kochasz, to zrobisz to dla mnie. Zawsze na nią działało.
Nie wliczając tego, że znów musiała “na żywo” znosić to jak upierdliwi potrafili być jej rodzice, to niewiele się zmieniło - czuła się dokładnie tak jak w Vancouver. Uwięziona w domu jak księżniczka w wieży, znudzona, odcięta od przyjaciół i rodziny, niepracująca i ograniczona wyłącznie do roli żony. A to wszystko dla ich dobra.
Była wdzięczna Karrionowi, że zadzwonił do niej kilka dni wcześniej z prośbą o spotkanie. Cieszyła się, choć nie była pewna czy bardziej z tego, że miała po długiej przerwie zobaczyć starego znajomego, czy z tego, że w końcu będzie mieć pretekst, by w ogóle wyjść z domu. Stifler już przez telefon zdradził jej, że chodziło o projekt rozbudowy jego letniej rezydencji, a Lou oczywiście od razu zgodziła się mu pomóc, zanim zdążyli cokolwiek omówić.
W umówionym miejscu zjawiła się sporo przed czasem i trzeba przyznać, choć to trochę żałosne, że już dawno nie była czymś tak podekscytowana. Siedząc z kawą przy jednym ze stolików i zerkając co kilka minut na zegarek, czekała na przybycie mężczyzny.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion nie należał do ludzi, którzy się spóźniali. Zwłaszcza jeśli chodziło o spotkania biznesowe. A to przecież właśnie tym miało być - przynajmniej oficjalnie.
Kiedy wszedł do kawiarni, od razu ją zauważył. Nie dlatego, że jej szukał wzrokiem od progu, chociaż dokładnie to robił. Po prostu Louise zawsze miała w sobie coś, co naturalnie przyciągało uwagę. Dawniej subtelniej, delikatniej. Dziś… chyba jeszcze bardziej. Dojrzała. Spokojniejsza. Piękniejsza niż ją zapamiętał, choć już wtedy potrafiła skutecznie odciągnąć jego myśli od treningów, sponsorów i kolejnych walk. A to nie zdarzało się wielu kobietom.
Na krótką chwilę zatrzymał się przy wejściu, przyglądając jej się zza ciemnych okularów, zanim w końcu ruszył w jej stronę. Miał na sobie ciemny, dopasowany t-shirt podkreślający szerokie barki i masywną sylwetkę, czarną kurtkę typu bomber oraz jasne jeansy. Całość wyglądała casualowo, ale przy jego posturze i tak sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał zlecenie na wyciągnięcie od kogoś haraczu. Nawet po zakończeniu kariery wyglądał bardziej jak zawodnik niż większość aktywnych sportowców.
- Lou - odezwał się niskim, spokojnym głosem, zatrzymując się przy stoliku. Kącik jego ust uniósł się lekko. Zdjął okulary i odsunął sobie krzesło naprzeciwko niej, ale zanim usiadł, pochylił się jeszcze odrobinę, żeby ją przywitać krótkim uściskiem.
- Miło cię widzieć - powiedział szczerze, bez typowej kurtuazji, wyuczonej na potrzeby dobrych pr-owych zagrań. Stifler nie musiał udawać, że ją lubił, bo tak było zawsze. Dość powiedzieć, że był etap, w którym był nawet trochę w niej zauroczony.
Usiadł w końcu naprzeciwko niej i przez moment przyglądał jej się uważnie, jakby próbował znaleźć w niej tamtą dziewczynę sprzed lat. Tę, którą jej rodzice niemal wciskali mu pod nos przy każdej gali i każdym bankiecie, przekonani, że świetnie będą razem wyglądać na zdjęciach. Może mieli rację. Problem polegał tylko na tym, że wtedy był zbyt głupi, zbyt młody i zbyt skupiony na własnej karierze, żeby w ogóle myśleć o czymkolwiek poważniejszym. Co nie zmieniało faktu, że dostrzegał jej urodę.
A potem pojawił się Xavier i paradoksalnie Karrion naprawdę go polubił.
- Dzięki, że znalazłaś czas - powiedział już spokojniej. - I że zgodziłaś się w ogóle rozważyć ten projekt. Jeśli ktoś ma zrobić z tej rezydencji coś, co nie będzie wyglądało jak miejscówka jakiegoś patoinfluencera, służąca tylko do sprowadzania małolat bez wiedzy żony, to zdecydowanie jesteś to ty - zachichotał lekko i oparł się wygodniej o krzesło. - Chociaż uczciwie uprzedzam… to może być ciężki przypadek. Dom jest duży, stoi w idealnym miejscu, ale kupowałem go jeszcze w czasach, kiedy uważałem, że im więcej szkła i marmuru, tym człowiek wygląda... bardziej poważnie? - znów zachichotał. - No i jeszcze kwestia współpracy z urzędasami w Hiszpanii. "Współpraca" - powtórzył i położył nacisk na ostatnie słowo, przypominając sobie, jak wiele musiał się nagimnastykować, by w ogóle nabyć tę nieruchomość mimo swoich pieniędzy, wpływów i reputacji.
Zmrużył lekko oczy, dalej patrząc na nią z zainteresowaniem.
- Ale zanim przejdziemy do pracy… co u ciebie, Lou? - spytał, nie chcąc przechodzić od razu do meritum spotkania. Inną sprawą było natomiast to, że autentycznie ciekawiło go, jak miewa się Beckett i że odkąd tylko ją zobaczył, chciał spędzić z nią jak najwięcej czasu... pytanie więc wydawało się być podwójnie zasadne w tej sytuacji.

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Beckett chyba bardziej traktowała to jednak jako spotkanie starych znajomych niż jak spotkanie biznesowe, aczkolwiek nie znaczy to, że do pomocy Karrionowi nie zamierzała podejść profesjonalnie. Świadczyć o tym mógł chociażby jej wygląd, bo ubrana była w coś co wpisywało się w standardy jej klasycznego mundurku jaki nosiła do pracy - elegancka koszula, idealnie skrojone spodnie, szpilki - czyli zdecydowanie nie „na luzie” i nie jak na typowe pogaduszki przy kawie.
Od rana miała dobry humor. Cieszył już ją sam fakt, że mogła tego dnia zastanowić się nad tym co na siebie włoży i pierwszy raz od jakiegoś czasu nie było jej wszystko jedno jak będzie wyglądać.
Na dźwięk swojego imienia uniosła wzrok, a na jej twarzy od razu pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła przed sobą Karriona. Na moment podniosła się z miejsca, by móc uściskać go na powitanie. Nie zmienił się znacząco, odkąd widziała go po raz ostatni, choć w sumie nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy to dokładnie było. Wyglądał… dobrze, zresztą jak zwykle.
Ciebie również. Cieszę się, że zadzwoniłeś — przyznała zupełnie szczerze. Nie dość, że była to dla nich dobra okazja do nadrobienia zaległości, to w dodatku dla Louise niosło to za sobą możliwość oderwania się od depresyjnej codzienności i zajęcia się czymś, co naprawdę lubiła robić. Najwyraźniej Stifler umiał łączyć przyjemne z pożytecznym.
Ich dawne spotkania, głównie na imprezach organizowanych przez Fraserów albo innych dzianych dupków, były dla niej niejako przełomowe, a to dlatego, że Louise bardzo rzadko sprzeciwiała się swoim rodzicom. Ich liczne próby swatania jej z bokserem spotykały się z wyraźną dezaprobatą kobiety, co Karrion przyjmował chyba z ulgą, a przynajmniej tak przypuszczała Louise, bo nigdy nie widziała z jego strony zainteresowania nią - nie w ten sposób.
Sama nie uważała, że cokolwiek było z nim nie tak - właściwie to przeciwnie, niczego mu nie brakowało. Być może na początku była nieco uprzedzona co do tego w jaki sposób zarabiał na życie, ale wystarczyło kilka interakcji z nim, by zrozumiała jak szczeniackie było to myślenie. Polubiła jego towarzystwo. Był w stosunku do niej zawsze uprzejmy i potrafił ją rozbawić. Może nie mieli zbyt dużo wspólnych zainteresowań, ale o dziwo nigdy nie brakowało im tematów do rozmów.
Miły. Zabawny. Przystojny. Na czym więc polegał problem? Najpewniej na tym, że to jej rodzicom spodobał się najpierw, a nie jej. Chciała, by chociaż raz, by chociaż ten jeden aspekt jej życia, zależał od niej samej. Ostatnie czego potrzebowała to małżeństwo aranżowane przez Margaret i Charlesa! Z drugiej strony poślubienie Xaviera nie było najlepszą decyzją jaką podjęła, ale raczej nie była jeszcze w pełni gotowa, by to otwarcie przyznać.
To ja dziękuję, że o mnie pomyślałeś. Doceniam, że wierzysz w moje możliwości — odpowiedziała po chwili zastanowienia, po tym jak zareagowała krótkim śmiechem na jego słowa, bo przecież czasu to miała ostatnio aż nadto.
Gdy zaczął opowiadać jej o posiadłości i trudnościach jakie mogą napotkać po drodze, wyciągnęła iPada z torby, by móc bez problemu notować wszystkie istotne szczegóły.
Damy sobie ze wszystkim radę, zaufaj mi — zapewniła go, zakładając nogę na nogę i zatrzymała na nim wzrok, gdy zmrużył nagle oczy, przyglądając się jej. Skinęła najpierw głową na pytanie, bo być może rzeczywiście zbyt szybko przeszła w tryb pracy, więc odłożyła sprzęt na stolik i zamiast tego, sięgnęła po swój napój.
U mnie wszystko w porządku — odpowiedziała, po czym wzięła łyk kawy i lekko się skrzywiła, ale nie z powodu jej smaku, ale swoich własnych słów. Wybrzmiały sztucznie, jak wyuczona formułka, w dodatku zupełnie nieprzekonująco. — Nie wiem czy wiesz, ale ostatnie kilka miesięcy mieszkaliśmy w Vancouver. Xavier…rozmyślił się. Chwila zawahania. — Cóż, nie była to dla nas dobra decyzja, dlatego wróciliśmy. — dopowiedziała zaraz, bez wdawania się w szczegóły i znów spojrzała na niego z uśmiechem, odstawiając filiżankę na spodek.
A co nowego u ciebie? Dużo zmian? — spytała, choć z jakiegoś, nieznanego sobie, powodu chyba najbardziej chciała wiedzieć czy przypadkiem w jego życiu nie pojawiła się potencjalna Pani Stifler.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion słuchał jej uważnie, nie przerywając ani razu, choć już po pierwszych kilku zdaniach coś zaczęło mu w tym wszystkim zgrzytać. Nie chodziło nawet o same słowa. Raczej o sposób, w jaki je wypowiadała. Louise zawsze była opanowana, ale dawniej jej spokój wydawał się naturalny. Teraz przypominał bardziej coś wyćwiczonego. Jakby ostrożnie dobierała każde zdanie, pilnując, żeby przypadkiem nie powiedzieć za dużo. A kiedy wspomniała o Vancouver i Xavierze, zauważył to zawahanie praktycznie od razu. Nie skomentował tego w żaden sposób.
- Brzmi jak bardzo romantyczny reset życia, albo początek kryzysu wieku średniego dla bogatych ludzi - przyznał żartobliwie, choć miał podejrzenia, że rzeczywistość nie była aż tak kolorowa. Kącik jego ust drgnął lekko, bardziej po to, żeby trochę rozładować atmosferę niż faktycznie żartować.
Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Nadal była piękna. Ale teraz dostrzegał też coś, czego wcześniej chyba nigdy u niej nie widział - zmęczenie. I to takie, którego nie przykrywały eleganckie ubrania, perfekcyjnie ułożone włosy ani uprzejmy uśmiech. Nie podobało mu się to, jednak zanim przyjdzie czas wyrokowania, najpierw trzeba wybadać odpowiednio sytuację, bo przecież wszystko mogło się rozchodzić wyłącznie o dyspozycję dnia.
- Ale skoro wróciliście, to zakładam, że Toronto jednak wygrało - rzucił spokojnie. - Albo przynajmniej ty wygrałaś - dodał, nie przypominając sobie żadnej sytuacji, w której Beckett narzekałaby na to miasto. A przynajmniej nie w takim stopniu, by realnie rozważać stąd wyjazd. Miała tu przecież rodzinę i do pewnego momentu także dobrze prosperującą firmę.
Na pytanie o siebie parsknął cicho pod nosem i odchylił się wygodniej na krześle.
- Dużo zmian? Zależy jak definiujemy "dużo" - potarł kciukiem bok kubka z kawą. - Oficjalnie jestem teraz emerytowanym sportowcem, który udaje poważnego przedsiębiorcę i co kilka miesięcy kupuje kolejne nieruchomości tylko po to, żeby później narzekać na architektów, urzędników i podatki - spojrzał na nią znacząco. - Nieoficjalnie dalej średnio odnajduje się w życiu bez ścisłej diety i cyklu przygotować do kolejnego starcia zwieńczonego występem w ringu - dodał to już trochę luźniej, więc Lou nie mogła mieć do końca pewności, czy wyolbrzymia, czy ironizuje i czy rzeczywiście jest trochę pogubiony na sportowej emeryturze.
Zaśmiał się krótko pod nosem, ale po chwili jego wzrok znów zrobił się odrobinę uważniejszy. Doskonale wiedział, o co naprawdę pytała,
- A jeśli pytasz o to czy kogoś mam, to nie - stwierdził wprost. - Ciężko poznać kogoś, kiedy większość czasu spędza się w pracy otoczony samymi facetami - wzruszył lekko ramionami. Trochę naciągał tę teorię, bo przecież udało mu się poznać Victorię podczas ćwiczeń czy Ophelię całkowicie przypadkiem, ale były to na tyle świeże relacje, że ciężko było nazwać je czymś, co definiowałoby na nowo jego status matrymonialny.
Zatrzymał na niej spojrzenie odrobinę dłużej niż powinien.
- Ty za to wyglądasz jak ktoś, kto od dawna nie robił nic dla siebie - zauważył nagle, ale spokojnie i bez przypierdalania się w jakiś sposób. - I zanim odpowiesz, że przesadzam, pamiętaj, że przez większość życia zarabiałem na analizowaniu ludzi kilka sekund przed tym, jak próbują przerobić moją twarz na konserwę turystyczną. Nie jestem może i najbystrzejszy, ale umiem dostrzec czasem trochę więcej, niż ktoś chce - sięgnął znów po swoją kawę, ale nawet wtedy nie odwrócił od niej swojego wzroku.
- Więc… - zaczął spokojniej. - Jeśli Vancouver było tak kiepskim pomysłem, jak próbujesz mi właśnie bardzo dyplomatycznie sprzedać, to dobrze, że wróciłaś - przytaknął sam sobie i na moment zerknął na odłożonego przez nią iPada. - Będąc całkowicie szczerym, Lou... liczyłem na to, że zgodzisz się na ten projekt nie tylko z grzeczności, ale też z sympatii - rzucił i uśmiechnął się lekko. - I chyba się nie pomyliłem, co? - poruszył wymownie brwiami, a następnie zachichotał cicho, starając się nie tylko rozluźnić ton, ale też wybadać, w jakim nastroju jest Louise.
Poprawił się na krześle, które dla kogoś o jego gabarytach nie było do końca wygodne i znów na nią spojrzał.
- No i też muszę dodać jedno... - zatrzymał się na chwilkę. - Świetnie wyglądasz. Naprawdę robisz wrażenie, Lou - przyznał otwarcie, nie podejrzewając samego siebie o taką bezpośredniość. Trudno mu było jednak ukryć to, jak bardzo mu się podobała w tym casualowo-biznesowym wydaniu. Beckett od zawsze mu się podobała, jednak dopiero teraz, kiedy patrzy trochę inaczej na kobiety niż te 10 czy 15 lat temu, zdał sobie sprawę, jak bardzo brunetka była w jego typie. Ładna, elegancka, podkreślająca atuty, a jednocześnie niewulgarna i przyciągająca swoją osobowością. W jego wieku szukało się spokojnych i miłych dziewczyn, a Louise z pewnością taką jest.
Wyprostował się na krześle i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
- Rozumiem, że skoro piszesz się na tę robotę, to mam bookować bilety do San Sebastian na przyszły tydzień? - zachichotał lekko, domyślając się, że same plany budynku i setki zdjęć nie wystarczą, by przygotować odpowiedni projekt i potrzebny jest też test oka na żywo. Pytanie tylko co na to jej mąż?

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czując presję ze strony męża i rodziców, dążyła do perfekcji… albo chociaż do zachowania pozorów, że wszystko w jej życiu było w jak najlepszym porządku. Przez lata doszła do wprawy w odgrywaniu roli idealnej, szczęśliwej żony i córki. Na co dzień nie ukazywała tego, że coś ją trapi - wiecznie pogodna i spokojna, zupełnie tak jakby w rzeczywistości nie była chodzącym kłębkiem nerwów. Ludzie wokół niej nigdy tego nie kwestionowali. Nawet jej starszy brat, który znał ją dużo lepiej niż ktokolwiek inny, zdawał się nie zauważać tego co tak naprawdę się z nią działo. Najwidoczniej miał wystarczająco dużo własnych problemów.
Louise, mimo tego jak bardzo się starała, by nie dać nic po sobie poznać, to skrycie pragnęła, by ktoś kiedyś w końcu się zorientował, że to wszystko to tylko iluzja. Chciała, by ktoś dostrzegł jej smutek. Równocześnie bała się tego, że jej maska opadnie w najmniej odpowiednim momencie.
Chyba to drugie — odpowiedziała, próbując utrzymać równie żartobliwy ton, celem rozładowania atmosfery, ale naprawdę tak uważała, że w tym całym wyjeździe - pomimo tego co wcześniej naobiecywał jej Xavier - nie było nic romantycznego.
Toronto wygrało — przyznała, chociaż na usta cisnęło jej się coś innego - ja nigdy nie wygrywam. Odpuściła. — Chciałam być bliżej rodziny — wypaliła zaraz i od razu przeklęła się za to w myślach. Miała pełne prawo do tego, by nie wyjawiać mu całej prawdy, jeśli nie chciała się swoimi przeżyciami dzielić, ale wcale nie musiała kłamać. Karrion zdecydowanie nie zasługiwał na taki fałsz.
Wzruszyła lekko ramionami bez słowa i bez doprecyzowania tego co sama rozumiała przez słowa „dużo zmian”. Po prostu na niego patrzyła i pozwoliła jemu samemu zdecydować o jakich wydarzeniach z ostatnich kilku lat swojego życia zechciałby jej powiedzieć.
Masz teraz mnie, więc nie będziesz już musiał narzekać na architektów — stwierdziła nieskromnie, nie mogąc się powstrzymać, by się nie wtrącić — Z urzędasami też sobie poradzę, jeśli będzie trzeba.
Trzeba przyznać, że zaimponował jej tym co powiedział. Nie chodziło wcale o to czym się zajął po przejściu na sportową emeryturę, ale o to, że nie obawiał się przyznać do swoich słabości - do tego, że „udawał poważnego przedsiębiorcę” albo do tego, że jeszcze nie do końca potrafił odnaleźć się w swojej nowej rzeczywistości. Ujęło ją to. Rzadko kiedy ludzie - zwłaszcza mężczyźni - czuli się na tyle swobodnie, by otwarcie o tym mówić.
W ogóle o to-… — urwała i zaśmiała się, kręcąc głową przecząco. Nie miała pojęcia jakim cudem wiedział dokładnie co miała na myśli, gdy zadała tak z pozoru niewinne i niesugerujące niczego pytanie.
Ciekawe. Zawsze miałam cię za kogoś, kto otacza się dużą ilością kobiet — nie miała na myśli nic złego mówiąc to. Podejrzewała po prostu, że nie miał większych problemów z tym, by kogoś poznać i że miał spore powodzenie wśród przedstawicielek płci pięknej. Dziwnym było dla niej to, że jeszcze żadna nie zdołała zdobyć jego serca - nie na tyle, by zechciał się ustatkować, założyć rodzinę.
Zaskoczył ją swoim kolejnym spostrzeżeniem. Może powinna poczuć się urażona? Czy naprawdę wyglądała aż tak źle? Nie zdążyła nic powiedzieć, nim zaczął wyjaśniać. Westchnęła cicho, starając się za bardzo nie uciekać od niego wzrokiem.
Ja nie jestem jednym z twoich przeciwników. Nie musisz mnie w ten sposób analizować — powiedziała, jakby to miało uchronić ją przed jego badawczym spojrzeniem i wnioskami, które wyciągał ze swoich obserwacji. Z drugiej strony podobało jej się to, że gdy na nią patrzył, zauważał więcej niż inni. Spoglądał w jej oczy tak, jakby chciał zajrzeć w głąb i poznać wszystkie jej myśli.
Nie, nie pomyliłeś się — zapewniła go z lekko tajemniczym uśmiechem, bo oczywiście, że zgodziła się na to głównie przez wzgląd na sympatię do niego. Gdyby go nie lubiła, to z pewnością nie wybierała by się na to spotkanie tak ochoczo, nieważne jak desperacko potrzebowała teraz zajęcia.
Utrzymując nadal kontakt wzrokowy, uniosła brwi, zaskoczona tymi komplementami i bezpośredniością mężczyzny. Na szczęście nie zawstydziło jej to jakoś mocno - raczej podbudowało. Nie pamiętała kiedy ostatnio usłyszała coś takiego od własnego męża. Coś, co nie byłoby wypowiedziane zupełnie nieszczerze i jedynie na pokaz, przy ludziach.
Przed momentem stwierdziłeś, że wyglądam jak ktoś, kto dawno nie robił niczego dla siebie. Nie brzmi to jak coś pozytywnego — przypomniała, trochę tym rozbawiona i przechyliła delikatnie głowę na bok — A teraz nagle robię wrażenie? Coś się chyba gubisz w zeznaniach, Stifler.
Jej drobna dłoń zadrżała, gdy znów sięgała po filiżankę z kawą. Przyszły tydzień? Nie była pewna czy wyjazd w ogóle wchodził w grę, a tym bardziej tak prędko. Westchnęła, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. Czymś tak zwyczajnym wprawił ją w zakłopotanie i miała nadzieję, że jakoś uda jej się to ukryć. Lepiej byłoby odmówić od razu, ale nie potrafiła znaleźć w głowie wytłumaczenia, które nie byłoby całkowitym blefem, ale też brzmiałoby wiarygodnie.
Przyszły tydzień? Och, no nie wiem… — zaczęła i tak jakby grała na czas, wzięła kilka powolnych łyków ciepłego napoju. — Muszę to skonsultować, bo właściwie dopiero co wróciłam i niewykluczone, że mam jakieś inne zobowiązania, o których jeszcze nie wiem — uśmiechnęła się blado, zupełnie nieświadoma tego jak nieprzekonująco brzmiała. — Dam ci jeszcze znać, dobrze? Aczkolwiek wątpię, że uda nam się polecieć tak szybko.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Stifler pokiwał przecząco głową i wzruszył lekko ramionami.
- Nigdy nie było ich zbyt wiele - zaczął. - Chyba, że liczysz hostessy, które odprowadzały mnie do ringu. Tych trochę było - zachichotał lekko i upił łyk kawy. - Nie mam żony, narzeczonej, nawet partnerki. Nie mam też dzieci, ani skandali obyczajowych za sobą. Nie podprowadziłem żony koledze... ogólnie nie korzystałem za mocno ze swojej popularności - wyjaśnił. - A mogłem, bo okazji było na pęczki - wzruszył znów ramionami, odkładając filiżankę z kawą. - Biorąc pod uwagę, jak skończyli moi koledzy, jestem dość rzadkim przypadkiem ułożonego, emerytowanego boksera - przyznał i choć była to trochę laurka dla samego siebie, tak była w pełni uzasadniona. Wielu na jego miejscu zachłysnęłoby się sławą, pieniędzmi i wpływami, przewaliło to wszystko w kilka lat i narobiło dzieciaków dziesiątkom przypadkowych kobiet. Tymczasem on skupił się na robocie, a teraz tylko pomnaża kapitał, żyje sobie spokojnie w Toronto i nakłania mężatki na romantyczne wakacje w Hiszpanii.
Karrion zauważył drżenie jej dłoni praktycznie od razu. Tak samo jak sposób, w jaki nagle zaczęła ostrożniej dobierać słowa przy zwykłym pytaniu o wyjazd służbowy. I właśnie wtedy coś zaczęło mu w tym wszystkim nieprzyjemnie zgrzytać. To nie wyglądało jak brak czasu, ani jak zwykłe niezdecydowanie. Louise zachowywała się raczej jak ktoś, kto musi najpierw sprawdzić, czy wolno mu podjąć decyzję samodzielnie.
Nie odezwał się jednak od razu. Nie chciał jej przypierać do ściany ani sprawiać, żeby poczuła się przesłuchiwana. Przez chwilę obracał tylko kubek z kawą między palcami, jakby naprawdę zastanawiał się nad logistyką całego wyjazdu. Dopiero po chwili uniósł lekko wzrok z powrotem na nią.
- Hej, spokojnie - odezwał się luźniejszym tonem. - To nie wezwanie do wojska. Nie musisz odpowiadać od razu - uśmiechnął się lekko. - Chociaż trochę zabolało mnie to "wątpię". Myślałem, że nasza wielka architektoniczna przygoda w Hiszpanii z chorizo w tle brzmi jednak trochę bardziej kusząco - zaśmiał się cicho, chcąc rozładować atmosferę, zanim wrócił do wcześniejszych tematów.
- I nie, nie gubię się w zeznaniach - odniósł się spokojniej do jej komentarza o komplementach. - Można wyglądać pięknie i jednocześnie na zmęczoną życiem. Jedno drugiego nie wyklucza - rzekł szczerze. - Poza tym gdybyś wyglądała źle, to bym ci tego nie powiedział. Nie jestem samobójcą - dodał żartobliwie, wyobrażając sobie przez moment wkurzoną takim komentarzem Beckett, która przy swoich warunkach fizycznych mogła co najwyżej... połaskotać go, a i to nie przyniosłoby pewnie żadnych efektów, bo Stifler po prostu nie miał łaskotek.
Odchylił się wygodniej na krześle i przez moment przyglądał jej się w milczeniu.
- Jeśli coś cię powstrzymuje przed tym wyjazdem, to nie musisz wymyślać eleganckich wymówek. Znamy się za długo - odezwał się po chwili spokojnie, bez żadnych oskarżeń w jej kierunku. - Zdaję sobie sprawę, że rzucenie wszystkiego i wylot do Hiszpanii może być problematyczny - przytaknął sam w sobie. - Po prostu założyłem, że chciałabyś jak najszybciej zobaczyć rezydencję i wrócić na pełne obroty - wzruszył ramionami, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że mógł nieco przeszarżować z tą propozycją. Niemniej okazja wydała mu się dobra, bo on sam miał znacznie mniej obowiązków w przyszłym tygodniu i po prawdzie już od tygodni planował wybrać się tam na weekend. Zwłaszcza, że było tam teraz przyjemnie, a jednocześnie nie upalnie, jak czasem ma miejsce latem.
- I dla jasności, Lou. Ten projekt nie musi powstać w tydzień. Nie mam ciśnienia. Dom stoi tam od lat i raczej nigdzie nie ucieknie - wzruszył lekko ramionami. - Po prostu przyszły tydzień mam znacznie lżejszy i czasowo byłoby mi to nawet na rękę tam polecieć właśnie teraz - wyjaśnił i zatrzymał wzrok na jej twarzy odrobinę dłużej. - Można by było przy okazji odpocząć i naładować baterię... - zrobił krótką pauzę. - Co zdaje się, jest potrzebne nam obojgu - zauważył.
Karrion potarł kark dłonią i westchnął cicho.
- A jeśli Xavier miałby z tym jakiś problem… - zaczął niby neutralnie, choć spojrzenie momentalnie zrobiło mu się uważniejsze. - To mogę z nim pogadać. Wiesz, profesjonalnie. Jak dwóch dorosłych facetów - kącik jego ust drgnął minimalnie, jednak pod płaszczykiem dowcipu kryło się coś znacznie poważniejszego. Niby nie powiedział tego wprost i raczej w żartobliwym tonie, ale tak naprawdę nie miałby problemu z tym, by rozmówić się z Xavierem i zawalczyć o wyjazd Louise.
Zaczynał odnosić wrażenie, że Louise wygląda jak kobieta, która musi prosić o pozwolenie na własne życie i choć nie powiedziała tego wprost, Stifler dodał dwa do dwóch. Znał przecież Becketta i wiedział, że nie jest tak kryształowy, jak starał się być w towarzystwie. Nigdy nie zwracał na to jakiejś większej uwagi, ale dało się dostrzec w nim nutkę despoty i toksyka. Jeszcze lata temu Karrion by tego nie rozumiał, jednak jego przeżycia z ostatnich lat nauczyły go patrzyć trochę szerzej na wszystko.

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchając jego wyjaśnienia, skinęła głową z uznaniem i nadal przypatrywała się mu, lekko się uśmiechając. Sukces, pieniądze i popularność bardzo szybko mogły okazać się czymś niebezpiecznym i zgubnym - nawet do tego stopnia, by zniszczyć komuś życie. Karrion jednak nigdy do tego nie dopuścił, co było naprawdę godne podziwu. Miał szczęście… albo po prostu wystarczająco dużo oleju w głowie. Nie szukał kłopotów, nie był skandalistą z głośnymi romansami na koncie ani nie prowadził przesadnie hulaszczego trybu życia, trwoniąc cały majątek na używki.
Louise dziwiło najbardziej to, że nie miał partnerki. Był naprawdę „dobrą partią”, jak to niegdyś powtarzał jej do znudzenia ojciec. Swoją drogą robiło jej się niedobrze na samą myśl o tym, że rodzice - choć upierdliwi do bólu - znów mieli rację. Zmrużyła oczy, zastanawiając się przez chwilę co takiego mogło być z nim nie tak. Wcześniej wytłumaczenie wydawało się proste - Stifler był zbyt skupiony na karierze, a tym samym niezdolny do poświęcenia się stałemu związkowi. A teraz? Może zwyczajnie nie chciał takiego życia. W końcu nie każdy marzy o spokojnym, przewidywalnym życiu u boku jednej kobiety, z dziećmi i psem, w domku z ogródkiem i białym płotem. Być może był jednym z tych mężczyzn, którzy woleli pieprzyć hostessy i wcale nie szukali żony.
Nie brnęła jednak dalej w ten temat. Nie była aż tak wścibska.
Jej zdenerwowania niestety nie dało się nie zauważyć. Zwykle dobrze się kryła w takich sytuacjach, maskując nerwy i wszelkie negatywne emocje. Samo pytanie o wyjazd nie było niczym zaskakującym, bo przecież decydując się mu pomóc z tym projektem była świadoma, że pojawienie się w rezydencji będzie konieczne. Nie miała więc pojęcia czemu aż tak ją to zestresowało, by nie mogła kontrolować swoich reakcji. Zastygła na moment, z filiżanką przy ustach i nieobecnym spojrzeniem. Głos mężczyzny sprowadził ją na ziemię, a jego łagodny ton pomógł się jej nieco rozluźnić.
Oczywiście, że brzmi kusząco. Nie w tym rzecz — odparła z tym samym, lekkim uśmiechem jaki gościł na jego twarzy.
Kolejny raz trafił. Kolejny raz prawidłowo odczytał wszystko co próbowała ukryć. Było jednak za wcześnie by jednoznacznie stwierdzić czy uważała to za wkurzające, czy może cieszyło ją to, że w końcu znalazł się w jej życiu ktoś, kto mimo tego, że wcale nie był jej tak bliski, to potrafił dostrzec prawdziwą Lou - tą bez żadnych masek. Przez chwilę myślała, że byłoby cudownie choć raz nie musieć przed nikim grać.
Może masz rację — miał. Była okropnie znudzona i zmęczona swoim życiem. Była zmęczona Xavierem, swoją własną uległością, udawaniem że wszystko gra oraz własnymi rodzicami, którzy nawet na odległość potrafili dać jej w kość. — Może weekend w Hiszpanii to coś czego potrzebuję — stwierdziła w końcu. Nawet jeśli te kilka dni to nie typowe wakacje tylko praca, to wiedziała, że zmiana otoczenia, a przede wszystkim wyrwanie się z kontrolujących szponów męża, na pewno poprawiłyby jej humor.
Odstawiając w końcu swoją kawę, zmarszczyła czoło na jego słowa i na chwilę spuściła wzrok, od razu kręcąc głową w odpowiedzi.
To żadne eleganckie wymówki, Karrion — powiedziała poważnie, znów na niego spoglądając. Zdecydowanie zbyt dobrze ją odczytywał — Oczywiście, że chcę ją jak najszybciej zobaczyć, by móc wziąć się do pracy — dalsze tłumaczenia wydawały jej się bezsensowne. Nie miała najmniejszego zamiaru powiedzieć mu gdzie tak naprawdę leżał problem i nie potrafiła zrozumieć dlaczego nie odpuszczał i tak po prostu nie przyjął od razu do wiadomości tego, że da mu znać… zaraz po rozmowie z Xavierem.
Mam na uwadze to, że akurat ten termin ci najbardziej odpowiada. Postaram się o to, by móc polecieć razem z tobą, ale nie gwarantuję — zapewniła spokojnie po wysłuchaniu go, choć chyba powoli cała ta sytuacja i rozmowa zaczynała ją irytować. Nie podobało jej się to jak się jej przyglądał - jakby był chodzącym wykrywaczem kłamstw i wyczuwał jej ściemy na kilometr. Nie podobało jej się to, że tak słabo kontrolowała pod jego czujnym okiem swoje odruchy oraz to, że jej starannie wyważone słowa nazywał „eleganckimi wymówkami”.
Jeśli Xavier miałby z tym jakiś problem…
Natychmiast podniosła wzrok. Przez moment zacisnęła szczęki, a między jej brwiami pojawiła się wyraźna zmarszczka. Nie odezwała się od razu, pozwalając mu brnąć w to dalej. Utrzymywał wszystko w lekkim, żartobliwym tonie, jednak Louise wiedziała już, że nie bez powodu mężczyzna uderzał w ten wyjątkowo drażliwy dla niej temat. Przejrzał ją.
Na koniec jego wywodu prychnęła.
Uznam to wszystko za nietrafiony żart — mruknęła z wyjatkowo kamienną twarzą, po czym westchnęła cicho i chwyciła za iPada. — Może lepiej przejdźmy już do tego po co tu właściwie przyszliśmy — zasugerowała, wystukując coś na ekranie i zaraz wzięła do ręki rysik, gotowa do notowania życzeń Karriona.
Zdawała sobie sprawę z tego, że jej zdenerwowanie tylko potwierdzało jego teorię, ale znów nie umiała w porę nad sobą zapanować i zareagować w inny sposób. Najbardziej ubodło ją to, że w jego oczach wyszła na ofiarę - na kobietę słabą i kompletnie komuś podporządkowaną. I nawet jeśli to prawda, to bardzo nie chciała by ją w ten sposób postrzegał.
Wszyscy, tylko nie on.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion zauważył moment, w którym coś się zmieniło. Nie potrzebował wieloletniej znajomości ani szczególnych zdolności obserwacyjnych, żeby dostrzec napięcie, które nagle pojawiło się w jej twarzy. Zmarszczkę między brwiami. Sposób, w jaki chwyciła iPada. To charakterystyczne wycofanie, kiedy człowiek zamyka właśnie jakieś drzwi i daje do zrozumienia, że dalej nie zamierza iść. I tym razem postanowił to uszanować.
- Dobrze - przytaknął spokojnie. Nie próbował się tłumaczyć ani wracać do tematu. Nie byli przecież tak blisko ze sobą, by móc wchodzić z buciorami w swoje życia. Po prostu odsunął od siebie kubek. - Wybacz, jeśli cię uraziłem - dodał, nie chcąc zaogniać sytuacji, a jednocześnie dając jej do zrozumienia, że bierze pod uwagę jej odczucia i nie zamierza ciągnąć czegoś, co jest niepożądane przez nią.
Stifler uśmiechnął się lekko.
- To jeden z efektów ubocznych sportowej emerytury. Człowiek ma za dużo czasu i zaczyna interesować się nie swoimi sprawami - wzruszył lekko ramionami, obracając to wszystko w żart.
Dopiero po chwili pochylił się nieco nad stolikiem, spoglądając w kierunku iPada, po którego sięgnęła Louise. Przez chwilę zastanawiał się od czego zacząć.
- Sama rezydencja ma około dziewięciuset metrów użytkowych. Działka jest duża, więc miejsce na rozbudowę mamy praktycznie z każdej strony poza południową częścią od klifu - sięgnął po smartfona i po kilku sekundach odnalazł zdjęcia. - To jest obecny układ - przysunął urządzenie w stronę brunetki. - Rezydencja jest efektowna, ale kompletnie niepraktyczna - przyznał, po czym zaczął wymieniać, co tak naprawdę mu doskwiera: przesadnie wielki salon, z którego praktycznie nie korzystał, zbyt małą siłownię jak na jego potrzeby, część gościnna przygotowana pod imprezy, których Karrion w ogóle nie organizował. Ponadto usytuowanie garażu też pozostawiało wiele do życzenia, bo znajdował się zbyt daleko od części głównej rezydencji.
Pomiędzy omawianiem metrażu i układu pomieszczeń, jego wzrok co jakiś czas wracał do Louise. Nie dlatego, że chciał wracać do niewygodnego tematu, ale dlatego, że nie potrafił pozbyć się wrażenia, że kiedy powiedziała "uznam to za nietrafiony żart", nie chodziło wyłącznie o ten żart.
Stifler wskazał palcem na jedno z pomieszczeń, które służyło jako pokój gościnny.
- Potrzebuję też wydzielić trochę przestrzeni na biuro dla siebie - zaczął. - Można byłoby zrezygnować z kilku pokojów gościnnych i zrobić z nich jeden duży gabinet - przyznał, po czym zmienił lokalizację i tym razem wskazał na teren wokół rezydencji. - Przydałoby się też trochę więcej zieleni wokół, może jakiś mały park z fontanną we wschodniej części? - spojrzał na brunetkę pytającym wzrokiem, ciekaw jej opinii co do tej propozycji.
Wyprostował się po chwili i westchnął cicho.
- I to większość zmian, które chciałbym wprowadzić - odezwał się po chwili. - Ostatnią jest zrobienie drogi na plażę. Rezydencję mam przy samym oceanie, a żeby pójść na plażę niedaleko, muszę jechać naokoło. Wystarczyłoby zrobić odpowiednio ogrodzoną drogę, może nawet drugie wejście po zachodniej stronie. Tam zrobienie ścieżki nie byłoby problemem. Wtedy mam bezpośrednie dojście na plażę i przy okazji omijamy klif. Jest to do zrobienia? - spytał, uśmiechając się lekko. Już wcześniej myślał o tym, by połączyć rezydencję z plażą, jednak dotąd był to tylko temat luźnych rozważań. Motywacja jednak momentalnie zwiększyła się w momencie, gdy mimowolnie pomyślał o Beckett w bikini... tak, to bardzo pobudziło jego myśli.

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
For good luck!
157 cm
architekt
Awatar użytkownika
I keep my distance but you still catch my eye
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bardzo szybko dotarło do niej, że może reakcja na jego słowa była zbyt przesadzona, ale nie chciała tego przyznać na głos. Nie byli ze sobą szczególnie blisko, zwłaszcza w ostatnim czasie, ale znała go na tyle długo, by wiedzieć, że nie był kimś kto życzyłby jej krzywdy, czy próbował ją w jakikolwiek sposób podejść. Jeśli czegoś była pewna, to tego, że Karrion nie miał wobec niej złych intencji.
Być może nie zrozumiała żartu. Być może nieświadomie uderzył tam, gdzie bolało ją najmocniej i stąd wybuch - o ile w ogóle można nazwać wybuchem to, że nie podchwyciła tematu i zachciała natychmiast przejść do omawiania projektu.
Nie uraziłeś — zapewniła cicho, bo chociaż tyle mu się należało w tej sytuacji, ale nawet już na niego nie patrzyła. Czuła się bezpieczniej nie utrzymując w tamtej chwili kontaktu wzrokowego. Tak jakby właśnie to miało ją uchronić przed jego osądami i pomóc w strzeżeniu murów, które zbudowała zarówno wokół siebie jak i swojego toksycznego małżeństwa.
To wszystko było do niej tak niepodobne.
Wystarczyła chwila nieuwagi, by odkryła zbyt wiele. Nie trzeba było być mistrzem odczytywania ludzkich emocji, by dostrzec, że coś było nie tak i że jego słowa wyprowadziły ją z równowagi z jakiegoś powodu. Nie musiała też wcale mówić tego wprost - wystarczyło, że Karrion obserwował jej mowę ciała i właściwie sam połączył sobie kropki.
Skupiona na tym co mówił, zapisywała najbardziej istotne punkty. W międzyczasie zerkała też na ekran jego telefonu, gdzie widoczny był aktualny projekt rezydencji. Skoncentrowanie się w pełni na pracy na szczęście przychodziło jej łatwo. Pomogło jej to w tamtym momencie odciągnąć myśli od tych niepożądanych rozważań, które burzyły jej spokój.
Zgodziła się z nim, gdy wspomniał o tym, że układ pomieszczeń był mało praktyczny. Co jakiś czas potakiwała głową na jego koncepcje, bo były naprawdę dobre. Wiedział dokładnie czego chciał - co wymagało rozbudowy, a czego mogli się pozbyć, by odzyskać trochę metrażu. Przygotował się, a Louise wzięła to za dobry znak dla ich dalszej współpracy.
Wszystko jest do zrobienia — zapewniła, gdy skończył przedstawiać jej swoją wstępną wizję i wtedy w końcu na niego spojrzała. Czekało ich sporo pracy, o czym mogła świadczyć dość obszerna notatka, którą zrobiła w tym czasie Lou, nie chcąc by cokolwiek z pomysłów mężczyzny jej umknęło. Wiedziała, że spędzi przy tym projekcie długi czas, ale wcale jej to nie martwiło - cieszyła się. Była świadoma, że to pierwszy raz, kiedy Stifler będzie mógł zobaczyć ją w akcji, bardziej od tej zawodowej strony, więc zależało jej na tym, by dobrze wypaść i by był zadowolony z efektów jej starań.
To duże zmiany. Dobrze byłoby, gdybyś zastanowił się nad budżetem jaki chcesz na to poświęcić — zaznaczyła, choć z pewnością był świadomy ile taka rozbudowa może pochłonąć pieniędzy — I jeśli możesz, to wyślij mi maila z tymi dokumentami — dodała, wskazując podbródkiem na jego smartfon.
Powróciwszy wzrokiem do ekranu swojego iPada, zamknęła notatki i przez chwilę wklepywała coś w wyszukiwarkę, myśląc intensywnie nad jego ostatnim życzeniem.
Czy ten kawałek plaży też należy do twojego terenu? — spytała i zaraz kontynuowała, nie czekając nawet na to aż jej rozmówca potwierdzi albo zaprzeczy — Tak czy inaczej, trzeba będzie to załatwić w urzędzie. Możliwe, że będziesz musiał zabawić w Hiszpanii trochę dłużej. W jeden weekend na pewno nie wyrobimy się z formalnościami, ale te kilka dni to dobry początek, bym mogła się rozejrzeć i zacząć coś robić — na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, gdy znów na niego spojrzała — Wracając do tego co powiedziałeś wcześniej - w tydzień nie może powstać nic dobrego, a na pewno nie projekt zmian na taką skalę. Jeśli jesteś na to przygotowany, to oczywiście się tego podejmę — wypowiedziała pewnie, niczym Katarzyna Dowbor mówiąca swoje słynne „wyremontujemy wasz dom!”.


Karrion Stifler
ave pogrzało
powiedz chociaż "oki to pa"
41 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Jeszcze kilka minut wcześniej każde zdanie dotyczące jej samej przypominało spacer po polu minowym. Teraz natomiast, gdy rozmawiali o projekcie, Louise wróciła do czegoś znacznie bardziej naturalnego. Mówiła pewniej, sprawniej, nie ważyła każdego słowa przez kilka sekund przed wypowiedzeniem go na głos. Stifler dostrzegł tę zmianę, jednak jej nie skomentował.
Taka wersja Beckett zawsze mu się podobała. Nie dlatego, że prezentowała fajny zawód, tylko dlatego, że wyglądała wtedy jak ktoś, kto w końcu odnalazł swoje miejsce. Wcześniej nie dostrzegał tego, jak bardzo zagubiona i nieszczęśliwa Lou mogła być. Aż do dzisiaj.
- Budżet nie będzie problemem - odpowiedział spokojnie. - Finansami się nie przejmuj, wyłożę, ile będzie trzeba. Między innymi dlatego poszedłem z tym do ciebie, bo wiem, że mnie nie orżniesz - zachichotał cicho, a gdy tylko zastanowił się chwilę dłużej nad użytym przez siebie określeniem, ucichł. Pomyślał bowiem o tym, że nie chciałby zostać orżnięty, ale gdyby Louise zdecydowała się go zerżnąć, to... z pewnością nie miałby nic przeciwko.
Kącik jego ust drgnął lekko.
- Raczej mi nie odpierdala przy takich kwestiach, więc hiszpański fiskus raczej się nie przywali do nas - zachichotał cicho, a gdy poprosiła o dokumenty, od razu skinął głową. - Wyślę ci wszystko jeszcze dziś wieczorem. Projekty, rzuty, mapy działki, dokumentację techniczną, mam nawet część starych ekspertyz geologicznych dotyczących klifu. Wszystko będzie - przytaknął sam sobie i przez chwilę obserwował, jak Lou wklepuje kolejne rzeczy na iPadzie. To go w pewnym sensie rozbawiło, bo pamiętał ją jako młodą kobietę, która próbowała urwać się spod skrzydeł despotycznych rodziców. Teraz siedziała naprzeciwko niego jako specjalistka, której ufał na tyle, by oddać w ręce wielomilionowy projekt. Jak widać, coś tam tej niezależności zyskała, choć może nie tak dużo, jakby sama tego oczekiwała.
- Fragment plaży nie należy do mnie - odpowiedział po chwili. - Ale granica działki kończy się jakieś sto pięćdziesiąt metrów od linii brzegowej. Dlatego właśnie dotąd nic z tym nie zrobiłem. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał walczyć z urzędnikami - parsknął cicho pod nosem. - A tego mam dość po ostatnich perypetiach z klubem - przyznał, przypominając sobie, że pozornie proste odkupienie klubu bokserskiego w Toronto trwało zbyt długo jak na to, na co się nastawiał.
Słuchał dalej jej wyjaśnień dotyczących formalności i tym razem nie próbował nawet polemizować, bo się z nią zgadzał.
- Jestem przygotowany - odpowiedział bez zawahania. - To kolejny powód, dla którego odezwałem się do ciebie - oparł przedramię o stolik. - Gdybym chciał szybko, wziąłbym pierwsze lepsze biuro projektowe na miejscu i za pół roku byłoby po sprawie - przez chwilę obracał telefon między palcami. - Nie zależy mi na szybkości, tylko na zrobieniu tego dobrze. A ty nie należysz do tych ludzi, którzy robią coś na odpierdol - powiedział szczerze. Nie komplementował jej dlatego, że mu się podobała, ale dlatego, że była fachurą w swoim zawodzie. Nigdy co prawda o nic jej nie prosił, ani nawet nie pytał, ale mieli przecież wspólnych znajomych, a ci korzystali z jej usług w mniejszym lub większym zakresie.
Po chwili Stifler wyprostował się na krześle.
- Właściwie jest jeszcze jedna rzecz - uniósł lekko brew. - Skoro właśnie zgodziłaś się poświęcić najbliższe miesiące na walce z hiszpańskimi urzędami, to wypadałoby przynajmniej zaprosić cię na obiad - uśmiechnął się lekko. - Bez Xaviera, urzędników, budżetów i ścian nośnych - zachichotał cicho. - Tylko ty, ja i chorizo - zaśmiał się znów, tym razem trochę głośniej, wyobrażając sobie ich wspólny obiad w Hiszpanii, siedzących przy stoliku i zajadających się z uśmiechem plasterkami hiszpańskiej kiełbasy. Brzmiało to trochę jak wytwór AI, ale czego to autorzy nie wymyślą, by dorzucić trochę podprogowej narracji w postach, prawda?
- Nie musisz odpowiadać od razu, to tylko niewiążąca propozycja - zaznaczył, by nie czuła się zobowiązania do spełnienia jego "zachcianki". - Byłoby mi jednak bardzo miło, gdybyśmy wspólnie zjedli. Nic tak nie pomaga we współpracy jak wspólny posiłek - przyznał spokojnie, prezentując swoją drugą, bardziej włoską stronę podejścia. Był wszakże wychowywany w kulturze zarówno kanadyjskiej, jak i włoskiej, więc matka zaszczepiła w nim wiele makaroniarskich cech. Ot choćby to, że posiłek jest czymś więcej niż tylko sposobem na walkę z głodem.

Louise Beckett
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”