-
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W końcu to było wyłącznie spotkanie udające towarzyskie.
Obiad, dzięki któremu mógł wysondować jej prawdziwą opinię na temat procesu, którego się podjęła. Sprawić, by może nie odkryła schowanych przez siebie kart, ale chociaż mógł dostrzec ile z nich potencjalnie tkwiło w jej talii. Carrington fascynowała go i interesowała wyłącznie na profesjonalnym podłożu.
A jednak jego wzrok z uwagą śledził język sunący po czerwonej wardze w geście, który tkwił w kontraście z profesjonalną i chłodną fasadą pani adwokat.
Jej obecność była niemożliwa do zignorowania we wnętrzu samochodu.
Nie dlatego, że próbowała wypełnić ciszę między nimi słowami - wręcz przeciwnie, ta cisza przynosiła większą świadomość j e j. Tego, w jaki sposób przesunęła się w fotelu na pierwszym skrzyżowaniu. Jak wygładziła dłonią ciemny materiał ubrania, którego szelest dotarł do niego znad warkotu silników.
W tej ciszy dostrzegł, z jaką łatwością prowadziła ich grę - oraz z jaką łatwością on ją kontynuował.
Oraz to, do czego mogła prowadzić.
Tkwiąc pod wysokim wieżowcem, w którym oczywiście mieszkała Venus Carrington, przesunął dłonią po szczęce w geście zastanowienia. Odwrócił ku niej głowę, na nieznośne kilka sekund pozwalając jej propozycji zawisnąć między nimi. Światło latarni wpadało przez okna samochodu, rozświetlając jej jasne włosy i pełne usta, lecz był przekonany, że błysk w jej oku nie miał nic z tym wspólnego.
- Ma pani rację - przyznał z fałszywym ociąganiem, pozwalając, by silnik zgasł, a przy braku jego warkotu cisza między nimi wyłącznie zgęstniała.
Wyszedł na zewnątrz jako pierwszy - obchodząc samochód by uchylić jej drzwi jak na dżentelmena przystało. Dżentelmen z pewnością podałby jej również rękę i pomógł się wydostać z niskiego siedzenia, jednak Myers tkwił obok, na przekór temu, czekając, aż jej nogi wysuną się na zewnątrz i spoczną na asfalcie.
- Wiele niebezpiecznych osób kręci się po mieście o takiej porze - dodał, wsparty o otwarte drzwi pochylając się w jej stronę w z b ę d n y sposób.
W sposób, który zamiast oferować jej pomocną dłoń jedynie ograniczał jej przestrzeń, zmuszał ją, by wychodząc z samochodu i prostując się znalazła się zbyt blisko, niż pozwalałaby na to przyzwoitość.
- Powinna pani coś o tym wiedzieć - westchnął, wraz z oddechem rześkiego, nocnego powietrza chłonąc jej zapach, unoszący się wokół jak słodkie opakowanie z trującym wnętrzem, które pod osłoną nocy wydawało się cholernie kuszące. - Własnoręcznie ich pani wypuściła.
kusicielka
-
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie umknęło jej, że nie podał ręki. Tak samo jak nie umknęło jej, że zrobił wszystko inne, by utrudnić jej wyjście. Kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie, odrobinę się wznosząc, jakby chciała się uśmiechnąć, ale nie była pewna czy to dobry pomysł. Powoli wysunęła nogi na zewnątrz samochodu. Obcas zetknął się z asfaltem cicho, niemal bezgłośnie. Potem drugi, tym razem towarzyszyło mu stuknięcie o twardą powierzchnię. Gdy podniosła się z siedzenia, przestrzeń, którą celowo pozostawił zbyt małą, rzeczywiście zmusiła ją do znalezienia się blisko niego.
Zdecydowanie bliżej, niż wymagała sytuacja.
Zdecydowanie bliżej, niż przeszkadzało któremukolwiek z nich.
Nie zwiększała tej odległości umyślnie, obserwując i zaciągając się jego zapachem, który teraz czuła dużo wyraźniej, niż w restauracji, nawet wyraźniej, niż aucie podczas jazdy. Woń chłodnego powietrza mieszała się z wonią jego perfum. Przez moment miała wrażenie, że całe miasto ucichło; ruch uliczny zostawili kilka przecznic dalej, pojedyncze światła w oknach wieżowca wydawały się odległe, a wejście do budynku nagle przestało być najważniejszym punktem tej sceny.
Poprawiła pasek torebki na ramieniu, odważnie wpatrując się w jego oczy, w pewnym momencie wyglądało to trochę jak bitwa na spojrzenia, którą każdy koniecznie chce wygrać i żadne z nich nie zamierzało się cofać ani uciekać wzrokiem. Chyba byli tutaj właśnie po to, po porównanie swoich sił, co mogłoby się przydać do dalszej strategii.
一 To bardzo wygodne podejście, Jonathanie 一 zauważyła, zmieniając jednak odrobinę intonacje, zdawała się być łagodniejsza, niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Wyglądało też na to, że postanowiła porzucić mocno oficjalny ton i zwrócić się do niego po imieniu. Dawno nie była aż tak spontaniczna, przynajmniej częściowo. 一 Prawda jest taka, że to nie ja ich wypuszczam. Nie ode mnie zależy ostateczne słowo. Chyba, że to jakaś gra słów, która ma na celu obwinić kobiety o całe zło świata, ale muszę cię zmartwić. Ostatnio odchodzi się od tej teorii 一 powiedziała, na koniec powoli go wymijając i kierując się do głównego wejścia do budynku. Obejrzała się, kiedy otworzyła już drzwi i przytrzymała je.
Jonathan Myers
-
seeing high in your tower, you had your power; i'll watch it slip through your hands
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie spodziewał się niczego innego od kobiety, która przez cały wieczór traktowała rozmowę jak pojedynek, z gracją poruszając się po niewidocznej planszy między nimi. Większość ludzi odruchowo zwiększyłaby dystans. Odsunęłaby się o krok, spuściła wzrok, rozładowała napięcie jakimś żartem lub uprzejmą formułką kończącą spotkanie.
Venus Carrington zdawała się należeć do grupy osób, które dostrzegały napięcie i zamiast je rozpraszać, z zainteresowaniem sprawdzały, jak długo można utrzymać je przy życiu. Jak daleko można je przeciągnąć, zanim jedna ze stron popełni błąd.
Problem polegał na tym, że on robił dokładnie to samo.
Zamarł w tej niewygodnej odległości między nimi, w której woń jej perfum mieszała się z zapachem jego wody kolońskiej. Na parę uderzeń serca zbyt długo pozwolił, by ta bitwa spojrzeń przeciągała się bardziej, niż powinna. Nic z tego nie było p o p r a w n e, nie w relacji dwójki, stojących sobie naprzeciw prawników.
Odsunął się dopiero wtedy gdy go minęła. Odwrócił się, śledząc ją wzrokiem, dłonie chowając w kieszeniach płaszcza. Chłodne powietrze ciągnęło od strony ulicy, poruszając jasnymi kosmykami jej włosów, lecz przez moment wydawało mu się, że noc wokół nich rzeczywiście nieco ucichła.
A może uczyniło to wypowiedziane przez nią imię.
J o n a t h a n, nie pan Myers, którym był dotychczas.
- Podoba mi się ta linia obrony - odrzucił z rozbawieniem, bardzo powoli wspinając się na stopnie prowadzące do drzwi, które ostentacyjnie zostawiła uchylone. - Chociaż opieranie się o mój domniemany szowinizm jest dość kruchym fundamentem.
Zrównał się z kobietą, przejmując od niej drzwi w niemal dżentelmeńskim geście, który znów był wyłącznie powierzchowny. W praktyce szukał pretekstu, by znów znaleźć się obok, nawet jeśli nie był tego w pełni świadomy.
- Mój stosunek do kobiet nie ma nic do zarzucenia - dodał beztrosko, w tej ciasnej przestrzeni, w której jeden oddech mieszał się z drugim. - Nawet tych wrednych, Venus.
Jego ramię uniosło się w górę, nieopodal jej talii, przytrzymując drzwi i pozwalając jej ruszyć przodem, i dopiero gdy to zrobiła, ruszył za nią.
żmijka
-
Even good boys bleed. How bad do you want me?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak była ciekawa. Głównie tego, że ta ich mała gra spodobała się jej bardziej, niż byłaby w stanie teraz przyznać. Miała podejrzenie, że nie tylko jej.
Słyszała jego kroki za sobą i to był przyjemny dźwięk. Miał miękki, ale pewny siebie chód, co w jej opinii świadczyło o tym, że z jakiegoś powodu był zdeterminowany i ten powód narazie pozostawał tajemnicą, ale taką, którą chciała odkrywać stopniowo.
Kiedy padło jej imię, uniosła lekko jedną z brwi, ale nie odwróciła się od razu. To imię zawisło między nimi, podobnie jak wcześniej jego. Kolejny raz odbił piłeczkę, co było już przewidywalne, ale w ten całkiem miły sposób. Lubiła wiedzieć czego się spodziewać.
Ich imiona były znacznie mniej bezpieczne od nazwisk.
Dopiero przy windzie spojrzała przez ramię, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. Uśmiechnęła się, trochę zbyt beztrosko, patrząc na niego przez chwilę uważnie. Myślała o szowinizmie, o jego skutkach, z których jednym był strach mężczyzn przed rzucanymi im pod nogi oszczerstwami.
一 Wrednych? 一 Powtórzyła to słowo z wyraźnym zainteresowaniem, jakby właśnie przedstawił nową teorię procesową. — To bardzo odważne oskarżenie, mecenasie 一 zauważyła, chociaż od razu można było zobaczyć, że podjęła kolejną grę. Oparła się lekko o ścianę obok panelu wind, krzyżując ręce na piersi. Metalowe drzwi pozostawały zamknięte, a czerwona cyfra powoli zmieniała się wskazując coraz niższe etapy podróży.
一 Zwłaszcza że nie jesteś w stanie przedstawić żadnych dowodów 一 zauważyła, a jej spojrzenie przesunęło się po jego twarzy z tą samą uwagą, z jaką zapewne analizowała zeznania świadków. 一 Co najwyżej poszlaki. A poszlaki bywają niebezpieczne, bo ludzie często widzą w nich tylko to, co chcą zobaczyć. Niezależnie od prawdy.
Winda zatrzymała się na parterze z cichym sygnałem. Drzwi rozsunęły się powoli i Venus weszła do środka pierwsza, ale zanim się odwróciła, jej dłoń na moment zatrzymała się na panelu z przyciskami. Przez sekundę sprawiała wrażenie, jakby nad czymś się zastanawiała lub zawahała się.
一 Przez cały wieczór oboje zachowujemy się tak, jakbyśmy prowadzili jakąś skomplikowaną grę 一 odezwała się spokojnie, gdy drzwi zaczęły się zamykać. W lustrzanej powierzchni windy wyraźnie widziała jego odbicie. 一A przecież mieliśmy tylko zjeść kolację. Gotowy na rundę drugą?
Odwróciła się i zmierzyła go zaciekawionym spojrzeniem. Cały czas go testowała, sprawdzała jak zachowuje się w różnych sytuacjach, ile czasu potrzebuje na reakcje, jak reaguje na stresujące momenty i na ile kalkuluje kolejne ruchy, a na ile jest spontaniczny, nawet jeżeli nie do końca świadomie. Miał chwilę na decyzje. Pojedzie z nią na górę, czy pożegna się i pozwoli, aby drzwi zamknęły się między nimi, kończąc ich dzisiejsze spotkanie?
Jonathan Myers