-
urodził się tu, jako bobas wyruszył do Ottawy, a stamtąd znów do Toronto, nie wie że ma blizniaka, szuka wartości pieniądza i szybko biega przed policją.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie potrzebował w teorii zmieniać nic w swoim życiu. Już i tak było nad wyraz beznadziejne, zmieszane i skrzywione pod wpływem tempa upływającego czasu oraz jego własnych chorych decyzji. Miał jednak dość tego syfu, tym co się trudnił i faktem, że dostał po dupie. Życie nocne w Toronto udawało mu się do czasu aż sam dostał gonga. Dostał lekcję życia a pasmo więzienia było tuż za rogiem, dlatego też w teorii musiał się ogarnąć, zacząć szukać normalnej pracy i.. chociaż spróbować naprawić to poprane życie. Nie żeby był fanem wczesnego wstawania, ale jednak - skoro miał dzisiaj zaczynać i dostać szansę, pasowało się poświęcić. Poranki to była jego zmora, znacznie bardziej lubił nocne życie, a potem odsypianie za dnia. Chociaż sam nie ćpał i nie pił jak Ci którym ów towar dostarczał, tak po prostu często zostawał aby wczuć klimat imprezy, może i coś komuś ukraść dla pieniędzy. Colton już taki był, wykolejony i nauczony tego jak łatwo zarobić i się nie narobić. Ten chłopak, który marzył i chciał zostać kimś, utknął gdzieś w nim na dobre, bez perspektywy powrotu zza świata. Stał się kimś na kogo nie mógł patrzeć w lustrze, kimś kto był tą gorszą wersją jego samego. Niestety. Zostawiając życie w Ottawie, to tutaj miało majaczyć się jako szansa dla niego, coś dobrego i nowego. Tymczasem o to był znów na dnie swego istnienia, kołatany myślami w stylu - "po co ja właściwie żyje".
Dzisiejszego dnia miał zajrzeć do kawiarni, do miejsca w którym bywał kilka razy aby uzupełnić kofeinę i uciekać dalej w życie. Zazwyczaj nie przejmował się tymi ulotkami, które mieli ale jednego dnia zgarnął tą jedną z gorącym hasłem o poszukiwaniu pracownika. W zasadzie nie umiał nic w swoim życiu oprócz złodziejstwa i grania na nerwach, miałby więc sprawdzić się tutaj? Nie widział jakoś tego, ale gdy zadzwonił już na podany numer, umówił się z właścicielem iż wpadnie w tygodniu, ktoś go tam przyuczy i pokaże co z czym się wiąże. Jemu to odpowiadało, to miała być próba i bez z góry określonego planu test dla niego samego. A nóż się uda albo po prostu po godzinie pieprznie fartuchem i wróci do domu. Proste. Nie oczekiwał po tym miejscu cudów, od tak obsługa osób i sprzedaż słodkości, pieczywa, kawy z wzorkami. To miało być takie trudne? Chyba nie.
Lewis jednak był leniwy i był nieco nierozgarnięty, głównie przez swoje problemy oraz to co miał na głowie. Wciąż rozpamiętywał moment w którym go złapali i kazali donosić, policjanci czy też nie - był w ciemnej dupie. Sam nie wiedział co gorsze, a jego dalsza kariera dilera była aktualnie mocno napięta. Potrzebował grosza aby przeżyć, a jeśli miał to dalej czynić w Toronto, to wypadało się ogarnąć. Umył się i ubrał w swoje szerokie gangsterskie portki, a potem po prostu udał się na miejsce, z tym swoistym luzem i wyjebką. Sam nie widział siebie tutaj, parzącego kawę - więc w sumie na początku myślał o tym aby zrobić jak najgorsze wrażenie, a potem spadać stąd.
- Hejka! Nie wiem czy to do Ciebie miałem się zgłosić na dzień próbny. Kawka i herbatka, gadka i szmatka. No nie? - zarzucił swoim luźnym tekstem w stronę dziewczyny, która stała akurat za ladą. Dostrzegł plakietkę z jej imieniem i skojarzył fakty gdy szef o niej wspominał. To ona miała się nim zająć i sprawdzić czy się w ogóle nadaje.
Bonnie Miller
-
don't let me think I'm enough then disappear when the wine runs outnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już od kilku miesięcy starali się znaleźć kogoś na pełen etat, ale do tej pory niestety bez większych sukcesów. Niewiele osób odpowiedziało na ich ogłoszenie, z czego większość zdążyła zrezygnować już po pierwszym dniu próbnym. Zostało tylko kilkoro studentów do pomocy, którzy jednak pracowali zaledwie kilkanaście godzin tygodniowo… ale lepszy rydz niż nic.
— Jeśli jeszcze raz usłyszę, że w tym mieście trudno znaleźć pracę, to się pochlastam — mruknęła do telefonu, gdy Cole zadzwonił z pytaniem o to jak sobie radzi.
— Błagam, Bon. Spróbuj nie wystraszyć chłopaka, który ma dzisiaj przyjść na szkolenie. Ja wpadnę pomóc przy popołudniowej gorączce — starała się uśmiechnąć, słysząc spokojny, monotonny głos po drugiej stronie i wkrótce się rozłączyła, a na jej twarzy znów pojawił się dziwny grymas. Z tym „wystraszeniem” potencjalnego pracownika Sullivan oczywiście żartował, choć biorąc pod uwagę to ile osób się wycofało, już po pierwszym dniu szkolenia pod czujnym okiem Miller, można by pomyśleć, że to zdecydowanie jej wina.
Ale przecież była miła i cierpliwa wobec wszystkich! Jeśli zrazili się do tej roboty po paru godzinach, to na pewno nie przez nią. Im dłużej o tym rozmyślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że “tym młodym to się po prostu nie chce robić”... i zaczynała brzmieć jak jej własny ojciec. Okropność.
Po wyjściu z zaplecza, przeskanowała wzrokiem salę, by dopilnować, że wszystko było w porządku. Widząc chłopaka, czekającego przy kasie, podeszła bliżej i nim zdążyła go przywitać, ten odezwał się pierwszy i wyjaśnił jej po co się tam w ogóle znalazł. Nieco zaskoczona, przechyliła głowę w bok, mrużąc oczy. Krótka chwila zamyślenia, po czym pokiwała głową z westchnieniem. Nie chciała już od samego początku spisywać go na straty. Nie powinna. Byli zdesperowani.
— Hej… no, powiedzmy. Zapraszam — powiedziała w końcu, starając się mimo wszystko zabrzmieć pozytywnie. Uchyliła przejście w ladzie, by nieznajomy mógł dostać się na drugą stronę i od razu wręczyła mu ciemny fartuch - identyczny z tym jaki sama miała na sobie.
— Jestem Bonnie — przedstawiła się, wyciągając do niego dłoń. — Masz jakieś doświadczenie w pracy w kawiarni albo czymś w tym rodzaju? — spytała z uśmiechem i szczerze powiedziawszy spodziewała potwierdzenia z jego strony, bo wcześniej zabrzmiał jej na bardzo pewnego siebie, jakby zupełnie nie potrzebował od niej żadnego wprowadzenia i szkolenia. Cole niestety nie powiedział jej o chłopaku zbyt wiele. Właściwie to wiedziała tylko tyle, że miał się dziś pojawić - nic więcej.
— Na co czekasz? — rzuciła, wskazując podbródkiem na materiał fartucha, który wciąż ściskał w dłoniach. — Załóż to.
Colton Lewis
-
urodził się tu, jako bobas wyruszył do Ottawy, a stamtąd znów do Toronto, nie wie że ma blizniaka, szuka wartości pieniądza i szybko biega przed policją.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Oczami wyobraźni widział siebie jako spełniającego się hokeistę, grającego dla Maple Toronto albo innej kanadyjskiej drużynie występującej w NHL. Widział siebie jako skromnego zawodnika występującego na obronie, niech inni błyszczą. Wtedy jeszcze był skromny i pokorny, skory do pracy i nadstawiania się dla innych, aby to ktoś inny zbierał laury i był w blasku fleszy. Jemu wystarczyłby kontakt z ludźmi, stabilna wypłata na konto i możliwość gry w hokeja, zatracenia się w pasji. Gdzie wylądował dziś? Kiepskie najtańsze lokum z hałaśliwą patologią za ścianą, kran smutno zwiszający ze ściany, dający odrobinę zimnej wody. Wszystko inne wokół wyglądało jakby było wyrwane rodem z lat '70, dlatego też gdy ten raz obudził się w takim smutnym obrazie, jego głowa chciała coś zmienić, chciała ruszyć to nędzne życie. Natłok wydarzeń oraz wszystkiego co go ostatnio spotkało zaprowadziło go do tej właśnie kawiarni. Nie była to praca marzeń i snów, ale przynajmniej była legalnym, stabilnym czymś, czego w jego życiu aktualnie brakowało.
Nie powinien od startu pokazywać swojego podejścia, ale nie zależało mu na niczym poniekąd, był zmieszany swoją bezradnością, a do tego ster życia kierował go znów w stronę tej ciemnej strony. Nie umiał żyć inaczej, a do tego nauczył się, że będąc miłym i pokornym jedyne co może dostać to.. wpierdol. Stąd też pycha i nieco zakłamany obraz jaki doba reprezentował - nisko zwisające portki na tyłku, on sam wyglądający jakby urwał się z imprezy albo miał za chwile rapować z kumplami gdzieś z tyłu za blokami. Nic dziwnego, że robił kiepskie pierwsze wrażenie.
- Bonnie? Będziemy jak Bonnie i Clyde? - rzucił w pierwszej kolejności, nie słuchając do końca jej dalej gdy rozglądał się po lokalu i przechodził bliżej niej. Chwycił fartuszek i stanął nieco pokorniej przy jednej z maszyn, typowy ekspres kolbowy, który miał nawet zamiar już dotknąć ale powstrzymał się, jeszcze tutaj nie pracuje aby już coś psuć. - Mam doświadczenie w piciu kawy, różnego sortu i różnie zaparzanej, nawet zimną wodą. - zaśmiał się głośno i nawet w sumie nie miał z tego tytułu wyrzutów, widząc jednak jej spojrzenie, które karciło wręcz, przymknął się na moment i kiwnął głową. Przyglądając się fartuchowi, za chwilę po prostu go na siebie ubrał, starając się go jakoś sprawnie z tyłu zawiązać, wyszło jak wyszło.
- Co można robić w kawiarni, kawę? No nie wiem słuchaj jakie macie tu standardy, widzę maszyny, które w sumie to same robią kawy jakie się wyklika na ekraniku. Coś więcej muszę wiedzieć? W sensie... - trudno było się nie zdenerwował chyba na całą jego postawę jak i samo podejście, ale to nie tak że chciał ją wkurzyć czy coś. Osobiście uważał, że Bon musi chyba naprawdę lubić tą prace skoro jeszcze dała sobie czas aby go stąd nie przegonić od razu od momentu jak tylko otworzył usta. Lubić albo szukać kogoś kto odciąży ją w tej pieprzonej robocie.
Bonnie Miller