-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
she always brings a souvenir
Ostatnie dwa miesiące minęły Vicie cholernie szybko. Zamiast cieszyć się małżeństwem... szukała ucieczki. Ucieczki od własnych uczuć, a najgorsze w tym wszystkim było to, że szukała jej też od Alexisa. Nie zrobił nic złego. Był wręcz wzorowym mężem... partnerem, przyjacielem. Zawsze cieszył się na jej powrót do mieszkania. Zawsze był skłonny zrobić cokolwiek, o co tylko go poprosiła, byleby mogli spędzić razem trochę czasu. Jednak ona... nie potrafiła. Tak, jakby w momencie, w którym stanęli na stałym gruncie po wyjściu z samolotu, coś się w niej przestawiło. Jakiś włącznik, który jeszcze chwilę wcześniej krzyczał, że była zakochana na zabój, nagle przełączył się na powolną autodestrukcję. Na głos wmawiający jej, że nie zasługuje na kogokolwiek. Na cokolwiek, co miałoby oznaczać, że będzie kochana, pragniona, wspierana.
Zostawała coraz dłużej w pracy. Imprezowała. Robiła wszystko, by spędzać w domu jak najmniej czasu i nie być sam na sam z Lexim. Bo bycie w jego towarzystwie oznaczałoby, że jednak czułaby coś w rodzaju euforii. Szybsze bicie serca. Uczucia rosnące gdzieś nisko w podbrzuszu, w dalszym ciągu oddające wrażenie tych cholernych motylków, których doznała za pierwszym razem, gdy go zobaczyła po tak długim czasie. A to... to było zbyt ciepłe. Zbyt bezpieczne.
Na coś takiego NIE MOGŁA sobie pozwolić.
Nie zasługiwała na to. Powinna być sama. Niekochana. Niechciana. Dosłownie tak jak wmawiała jej własna matka. Sama idea utraty kontroli, oddania się emocjom, które powoli zżerały ją od środka, była zbyt mocna. Zbyt intensywna... przerażająca. Nie mogła się temu tak po prostu oddać. Więc wybrała najłatwiejsze wyjście z tej całej sytuacji... ucieczkę. I taki też miała plan tamtego wieczoru.
Wiedziała, że nie zrobi tego na trzeźwo. Nie da rady patrzeć w te jego piwne ślepia i prosić o rozwód. Wiedziała jak bardzo ją kochał, przecież udowadniał to jej każdego cholernego dnia, damn it! Musiała wlać w siebie coś mocniejszego, więc po zmianie została jeszcze jakieś dziesięć minut, żeby napić się kilku shotów ze swoim ulubionym klientem, Rodneyem. Co jakiś czas zerkała na mieniący się pierścionek na swoim palcu i przełykała ślinę, aż w końcu podniosła się z miejsca i zarzuciła torbę na ramię. Do domu dotarła po jakichś trzydziestu minutach. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi, pod którymi chwilę później pojawił się Milo. Wzięła głęboki oddech, widząc Lexiego. Odłożyła torbę, zsunęła buty, wsunęła stopy w klapki i podeszła do niego. Z jej ust wydostały się tylko słowa, - Lexie... musimy porozmawiać.
cause when she loves..
she only shows it through dead deer
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Which alters when it alteration finds,
Or bends with the remover to remove:
O no! it is an ever-fixed mark
That looks on tempests and is never shaken.”
Był.. zagubiony? Rozdarty? Z jednej strony szczęśliwy, z drugiej idiotycznie samotny, a z trzeciej zaciskało mu się gardło za każdym razem, gdy wracał do pustego domu, lub obracał się w łóżku tylko po to, by dotknąć zimną pościel.
Tęsknił za nią. Tak cholernie tęsknił do szczęścia, które mu dawała, do uśmiechu, do ciepłych uczuć, do tego wyższego rodzaju spełnienia, który nie miał nic wspólnego z seksem, a wszystko wspólne z jej obecnością. Z jej śmiechem. Ze sposobem w jaki jej oczy błyszczały, a nos i kąciki oczu marszczyły się w szerokim uśmiechu. Oh, jak cholernie bolało go serce, bo tak dawno tego nie widział.
- Nie będzie łatwo. Będziecie się kłócić i tracić, nie zgadzać, mijać, unikać.. Ale warto. Warto dla powrotów, dla zgód, dla tego ciepłego uczucia, kiedy wiesz w stu procentach, że ta kobieta jest twoim domem, twoją duszą i życiem. - łatwo było mówić staremu Bennettowi, choć nigdy nie podejrzewał go o taką.. poetyckość. Po kimś w końcu musiał to mieć, prawda? Jednorazowe serce, które uparcie rwało się tylko do tej jednej osoby, jednej kobiety, którą sobie ukochał, którą stawiał na piedestale i wielbił tak, że czasami graniczyło to z obsesją. Niech i tak będzie. Niech będzie obsesja. Jak szczęśliwym mężczyzną byłby, obsesyjnie kochając swoją żonę, prawda..?
Nie było jej. Nie miał pojęcia co robił źle, co się zmieniło, kiedy wylądowali znów w Toronto i przeszli do normalnego życia. Odsuwała się od niego, stopniowo, wracała do domu później, wychodziła wcześniej, potem nie wracała na noc i chociaż wiedział, że nie ma nikogo prócz jego, i tak bolało. Tylko dlaczego? Nie był ślepy ani głupi, nawet jeśli czasami naprawdę chciał być i wychodziło mu całkiem nieźle udawanie w przeszłości.. Tym razem nie chciał udawać. Zależało mu zbyt bardzo, a jego miłość była zdecydowanie zbyt pewna, by zachwiać się tylko dlatego, że... Właśnie, że co? Dlaczego nie chciała mu powiedzieć co było nie tak? Dlaczego z uporem i sztucznym uśmiechem na ustach próbowała udawać, że wszystko było okay. Nie było. Nic nie było okay.
Nienawidził tego, jak bardzo słaba była jego wola. Im dłużej utrzymywała tą szaradę i go unikała, tym częściej myślał o tym, że może gdyby wrócił odrobinę do bycia bardziej zabawnym, to może znów by go chciała? Może jego trzeźwość tak bardzo ją odpychała? W końcu świat się nie skończy, jeśli napiłby się drinka czy dwóch..
Nie mógł.
Nie chciał.
Bał się.
Oh, tak cholernie się bał, że Vita do niego nigdy nie wróci, a on sam skończy znów gdzieś w rynsztoku, potwierdzając jej i całemu światu, że nie był w stanie bez niej funkcjonować. Był słaby i nie warty jej ciepłych uczuć. Co-dependent. Toksyczny. Niestabilny, a w ostatnim czasie wiecznie senny, jakby jego ciało starało się odespać traumę, przez które je przeciągał latami.
Zupa z soczewicy była jej ulubioną, którą przyrządzała kiedyś jego mama, wieki temu, czasami wydawało mu się, że w innym życiu i.. Poprosił o przepis, zapisał wszystko skrupulatnie, pożyczył wszystko co było mu potrzebne z restauracji po swojej zmianie i zamiast paść na mordę po prysznicu, sączył energetyka, gotując. Dla Vity. Dla nich. Bo, do kurwy nędzy, był dobrym mężem i nie miał zamiaru się poddać, dopóki w końcu z nim nie porozmawia... A zupa była zajebista, chociaż może trochę za słona w jego wykonaniu.
Akurat kosztował, kiedy usłyszał klucze przy drzwiach wejściowych. Ciasna obręcz spięła jego żołądek z mieszanki nerwów i radości. - Hey! - rzucił krótko przez ramię, wyłączając gaz pod garnkiem, odrzucając na blat fartuch, który przed momentem miał na sobie. Odwrócił się w jej stronę, a kiedy tylko na nią spojrzał, włoski stanęły mu dęba na karku, czując na odległość jej determinację. Oh, fuck. Oparł się o blat, przyglądając jej, kiedy bez słowa podchodziła bliżej. Lexie... musimy porozmawiać. Tak, musieli.. Zamiast odpowiadać od razu, podniósł dłoń, by w czułym gestem założyć jej włosy za ucho, zaraz potem przesunąć palcami po policzku, przyglądając się błękitnym oczom i próbując coś z nich wyczytać. Bez sukcesu.
- Zjedz coś najpierw? - skinął krótko głową w stronę posiłku nad którym pracował ostatnie kilka godzin, a zamiast opuścić dłoń, oparł ją w jej talii, przyciągając V bliżej siebie. Tylko trochę. Dobry Boże, jak on ją kochał. Jak jej potrzebował. To było nielogiczne, nienormalne i przekraczało wszelkie obsesje. - Proszę? Możemy rozmawiać przy jedzeniu. - pochylił głowę tylko odrobinę, by znaleźć się na tej samej wysokości, tym samym pokazując jej jak bardzo próbował się przedrzeć przez ten mur, który wokół siebie stawiała.
I cannot live without my life.
I cannot live without my soul.
You will be the death of me, my love.
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sabotaż, który był jej tak cholernie bliski… wszystko, czego się obawiała, tylko nabierało siły. Nie mogła spać, a nocami, leżąc u boku Lexiego - jeśli już wracała do domu - leżała obrócona w kierunku okna, wpatrując się w nie ze łzami w oczach, aż w końcu po prostu zasypiała. Zależało jej na nim. Kochała go. Darzyła go prawdziwymi uczuciami. To nie było coś w rodzaju pstryknięcia palcami, coś, co znikało wtedy, kiedy tylko się chciało. Jednak racjonalność uderzała w nią z coraz większą siłą.
Myśli i niepokój przepełniały ją coraz częściej. Myśli, które krzyczały, przecież tyle go nie widziałaś, tak naprawdę go nie znasz, czy to wszystko nie wydarzyło się za szybko? Czy to jest styl życia, jaki chcesz wieść do końca życia? Czy jesteś gotowa zrezygnować z czegoś, co uważasz za miłość, na rzecz świętego spokoju ducha? Mętlik myśli i kompletny rozgardiasz emocjonalny panowały w niej od dwóch miesięcy.
Po prostu musiała to zakończyć… nie tylko dla swojego dobra, ale i dla dobra Lexiego. Nie zasługiwała na niego i wiedziała o tym. Miłość, którą potrafił przekazać drugiej osobie, była czymś przepięknym. Czymś, czego ona, w jej własnym mniemaniu, nigdy nie powinna doświadczyć. Nie nadawała się do kochania. Nie nadawała się do jakiejkolwiek akceptacji ani do przebywania z kimkolwiek. Samotność i odrzucenie. To były jedyne zjawiska, które były bliskie jej sercu i do których przyzwyczaiła się na tyle, że gdy ciepło uczuć muskało jej policzki, zamiast wywoływać uśmiech, sprawiało, że czuła niepokój.
Bo wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, no nie? Wolała skończyć to sama, zanim znowu doświadczy najbardziej bolesnego rozstania.
Wchodząc do mieszkania, poczuła, jak w nozdrza uderza ją ten znajomy zapach ulubionej zupy, który zawsze wywoływał nostalgiczne uczucia i roztapiał jej zimne serce. Zacisnęła kurczowo dłoń, zdając sobie sprawę, że ta rozmowa będzie jeszcze cięższa, niż jej się wydawało. Przełknęła ślinę, wsuwając klapki, po czym podeszła do niego, informując, że muszą porozmawiać. - Ładnie pachnie - wymamrotała pod nosem, gdy przesunął palcami po jej policzku. Fuck. Poczuła ciepło rozchodzące się po policzkach w formie delikatnego różu, zanim odwróciła wzrok od jego piwnych tęczówek. Znowu zacisnęła pięść, starając się wrócić do swojej determinacji sprzed kilku minut, jednak było to jeszcze trudniejsze, niż jej się wydawało. Zwłaszcza że teraz próbował przyciągnąć ją do siebie. Odsunęła się od niego, unosząc wzrok. - Nie jestem głodna, Lexie - odparła, odwracając się od niego i idąc w kierunku kanapy, na której usiadła chwilę później. Czuła, jak kręci jej się w głowie. Było jej niedobrze od natłoku uczuć, niedomówień i niepokoju, który w sobie nosiła. - Proszę, usiądź… naprawdę muszę z tobą porozmawiać… - zakryła twarz dłońmi, opierając łokcie o kolana, zanim uniosła twarz i spojrzała na niego, dodając ciszej, - O nas.
Nie poznawała siebie w tamtym momencie, jednak wiedziała, że jeżeli choć na moment opuści gardę, zakotwiczy spojrzenie w jego piwnych tęczówkach… pozwoli mu zbliżyć się jeszcze bardziej… dotknąć jej… to najzwyczajniej w świecie nie da rady. Nie będzie w stanie powiedzieć mu tego, co czuje. Tego, że wolałaby zostać przyjaciółmi. Kochała go, to fakt. Bardzo jej na nim zależało, jednak strach i niepokój górowały w ich związku, a dopóki nie będzie w stanie wyleczyć się z tego we własnym czasie, wiedziała, że nie będzie w stanie wspierać Lexiego w jego trzeźwości. Nie będzie w stanie być idealną partnerką… bo jak można darzyć kogoś uczuciami, gdy nie darzy się nimi samego siebie?
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie winił jej. Naprawdę. Przez ostatnie kilka miesięcy częściej spał rzeczywiście był używalny na nogach, a kiedy już był przytomny, zwykle albo pracował, odrabiając swój dług wobec rodzinnego biznesu, albo biegał za naprawianiem własnego zdrowia. To drugie stawiał całkiem wysoko w hierarchii, bo jeśli znów by sobie je zaniedbał, jeśli pozwoliłby sobie na mały poślizg, mogło skończyć się różnie. Nie zrobiłby jej tego. Vita była jego rodziną, tą najważniejszą; była ponad jego rodzicami i siostrami, stojąc na pierwszym miejscu w priorytetach, jako żona. A mimo to coś musiał po drodze zjebać, żeby ją zranić, co? Typowo.
Podążył za nią, niemo zgadzając się, by zjadła coś później; czy raczej nie naciskając i nie robiąc dramatu z niczego. Były ważniejsze rzeczy, które musieli przedyskutować i obydwoje o tym wiedzieli. Nerwowy węzeł zacisnął się wokół jego żołądka tak czy siak, sprawiając, że nawet jeśli by spróbował coś zjeść, prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło. Złapał głębszy oddech, wstrzymał go na kilka sekund, zanim powoli wypuścił przez usta, a zanim zajął miejsce, przyglądnął się jej po raz kolejny. Kiedy schowała twarz w dłoniach, mimowolnie poczuł bolesne, empatyczne ukłucie gdzieś głęboko w klatce. Cierpiała. Widział to już od jakiegoś czasu i zamiast coś powiedzieć, milczał, unikając konfliktu? A tłumaczył się przed samym sobą tym, że "dawał jej przestrzeń"? Fucking asshole..
Usiadł na stoliku przed Vitą, jej kolana miał między swoimi, własne przedramiona oparł na udach, a dłonie luźno oparł o jej łydki, pochylając się lekko w jej stronę. Całą swoją uwagę, całego siebie oddawał tej kobiecie, jak zawsze, ale miał wrażenie, że w tamtym momencie było to jeszcze ważniejsze. Nie była sama. Z czymkolwiek walczyła w swojej głowie, miała go w swoim narożniku i naprawdę potrzebował, by cała jego mowa ciała wykrzyczała to w jej stronę, przedzierając się przez mur, który wokół siebie zbudowała. Miała go. Nie była sama. Był nadal na wyciągnięcie ręki i była dla niego najważniejszą istotą na tej planecie. Nie ważne z czym się borykała, znajdzie sposób, by pomóc, a jeśli naprawdę nie będzie mógł, zrobi wszystko, żeby pomóc jej się przygotować. Opatrzy po każdej rundzie, nakarmi, okryje ciepłym kocykiem albo powachluje, by złapała oddech. Tak długo, jak nie będzie walczyła z nim, a obok niego, wszystko będzie dobrze.
- Wiem, że cierpisz i przepraszam, że nie powiedziałem nic wcześniej. Jestem tchórzem i egocentrycznie bałem się zapytać, gdybym tak przypadkiem był powodem twoich zmartwień.. - zaczął, ale zaraz zmarszczył brwi i lekko potrząsnął głową. Tu nie chodził o niego i jego niepewności, tego był w stu procentach pewny. Nie chciał przybierać postawy "ja, ja, ja". Kciukami pogłaskał ją po łydkach, łapiąc szybki, głębszy oddech, zanim znów zaostrzył na niej spojrzenie. - Powiedz mi co czujesz. Co myślisz. - był bezsilny tak długo, jak długo pozostawał w niewiedzy. Bo jeśli to on coś zjebał gdzieś po drodze, to musiał najpierw wiedzieć co, żeby móc się poprawić i jakoś jej to wynagrodzić, prawda? A jeśli problem leżał poza nim.. Czymkolwiek by nie był, chciał stanąć na głowie, by móc się z nim zmierzyć. Tęsknił za swoją żoną, do cholery, za emocjonalnym połączeniem, które zniknęło jakiś czas temu, po które sięgał raz po raz, by odbić się od jej barykad. Musiał wiedzieć dlaczego je postawiła, by móc je zrównać z ziemią.
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przecież szczęśliwe zakończenia nie istnieją. Są tylko bolesne zderzenia z szarą, przygnębiającą rzeczywistością, która nieustannie przypomina ci, jak mało znaczysz. Jak bardzo jesteś zależna od zasad tego zepsutego, skorumpowanego świata.
Skąd miała mieć pewność, że tym razem nie zrobi jej tego samego? Że nie złamie jej serca na tysiące drobnych kawałków, których tym razem nie będzie już w stanie pozbierać? Była tak cholernie zmęczona. Rozmyślaniem. Analizowaniem. Tworzeniem w głowie kolejnych scenariuszy opartych wyłącznie na strachu. Najgorsze było to, że przez ostatnie dwa miesiące wiedziała, że mogła z nim porozmawiać. Po prostu usiąść i powiedzieć mu wszystko. A jednak nie potrafiła. To było za wcześnie. Za wcześnie ze względu na jego leczenie. Wolała poczekać, aż będzie miała pewność, że naprawdę sobie radzi. Ostatnim, czego chciała, było zniszczenie wszystkiego, na co tak ciężko pracował. Wszystkich spotkań, wyrzeczeń i kroków naprzód tylko dlatego, że sama nie potrafiła poradzić sobie z czymś, czego przez ostatnie miesiące unikała jak ognia. Samotnością. A teraz sama do niej lgnęła. Teraz jej pragnęła. Była czymś porównywalnym do powietrza, które miało wypełniać jej płuca, by mogła poczuć, że w końcu oddycha. I właśnie tego dnia zrozumiała, że musi mu o tym powiedzieć. Musi odsunąć na bok niepewność, zwątpienie i strach przed zranieniem go, bo sama już nie dawała rady. Każdy oddech bolał. Każde uderzenie serca przypominało rozrywany papier, rwący się na coraz mniejsze strzępy. Ta rozmowa musiała się odbyć.
Wzięła głęboki oddech i schowała twarz w dłoniach. Dopiero po chwili poczuła, że usiadł naprzeciwko niej. Czuła jego obecność. Jego ciepło. Był blisko. Tak cholernie blisko. Powoli uniosła wzrok. Sięgnęła po jego dłonie i ułożyła je na swoich kolanach. - Tchórzem w tym pomieszczeniu jestem tylko ja, Lexie - westchnęła cicho, wpatrując się w jego tęczówki. - J-ja nie wiem, jak to powiedzieć… - Odwróciła wzrok i spojrzała na Milo, desperacko próbując uporządkować myśli. Stres znów ścisnął jej gardło. Nawet nie zauważyła, kiedy mocniej zacisnęła palce na jego dłoniach. W końcu spojrzała na niego ponownie. - Ten ślub nie był dobrą decyzją.. - Już samo wypowiedzenie tych słów wywołało bolesny ucisk w klatce piersiowej. - Pospieszyliśmy się… Ja… ja nie czuję się pewnie w tym związku.- Łzy natychmiast napłynęły jej do oczu. Była to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek musiała powiedzieć. Ale wiedziała, że musi być szczera. Musiała postawić sprawę jasno. Przełknęła ślinę. - Chcę rozwodu, Lexie.
Alexis
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kochał ją. Chciał jej pokazać, że mimo swoich korzeni, potrafiła stworzyć z nim coś dobrego. Że zasługiwała na to, tak samo jak i on.
Słuchał jej, posłusznie trzymając dłonie na jej kolanach, pozwalając, by je trzymała. Wydawała się rozdarta. Przyglądał się jej spod zmarszczonych podświadomie brwi, nie wchodząc w słowo, chociaż to wymagało samozaparcia i ugryzienia się w język. Ten ślub był najlepszą decyzją, jaką podjął w swoim życiu; szczerze tak uważał, ale wyraźnie był jedyną osobą w tym mieszkaniu z podobnym podejściem, hm? Jej kolejne słowa.. Na moment wstrzymał oddech, pozwalając, by między nimi zapadła cisza, przyglądając się intensywnie twarzy V, zanim podniósł jedną z dłoni do jej policzka, łagodnie przesuwając po nim kciukiem, palce opierając o długą szyję.
- Po kolei, hm? Powiesz mi, co sprawia, że czujesz się niepewnie? - postanowił na tamtą chwilę całkowicie zignorować wzmiankę o rozwodzie, bo nie było o czym gadać. Jeśli naprawdę będzie chciała zaciągnąć go przed sąd cywilny, będzie musiała powołać się na kanadyjskie prawo pozwalające na jednostronne rozwiązanie małżeństwa, bo on nie miał zamiaru się zgadzać. To nie było coś, co mógł zrobić, nawet jeżeli swoje przysięgi składali przed Elvisem. Nie i już. Był jej, a ona była jego... A gdyby rzeczywiście go zostawiła, w swojej głowie nigdy nie przestałby być żonaty. Nie mógł. Małżeństwo było na całe życie i Vita Bennett była jego żoną. Koniec, kropka, roll the credits. Z tego powodu właśnie chciał się dowiedzieć co wytrącało ją z równowagi do tego stopnia, odkryć, czy mógł coś w tej kwestii poradzić, a jeśli nie, to czy może mógł coś wymyślić. Jak na męża przystało, chciał jej zaoferować cały wachlarz swojej pomocy, bo po to był.. Musiała się tylko zdobyć na to, by mu powiedzieć.
vita
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poczuła jak gardło zaciska się jej tak mocno, że przez moment nie wiedziała czy da radę złapać kolejny oddech. Musiała odejść. Musiała być przy tym cholernie stanowcza... na tyle by jednak doszło do niego co chciała mu przekazać. - Ehm… - odkaszlnęła, wciąż na niego patrząc. - Lexie… - Przymknęła oczy na moment, gdy przejeżdżał kciukiem po jej policzku, zanim zmarszczyła brwi i nos w grymasie dezaprobaty, uniosła rękę i odsunęła jego dłoń. - Przestań, proszę… staram się ci powiedzieć, co we mnie siedzi - westchnęła głośno, zatrzymując swoje niebieskie tęczówki na jego twarzy. Fuck, było to cięższe niż się spodziewała. Nigdy nie była wylewna w kwestii swoich uczuć... zawsze zamykala je w sobie, więc sam fakt, że teraz musiała mówić to co tak naprawdę czuła... bolało to jeszcze bardziej - Ja nie chcę być twoją żoną. Nie czuję się bezpiecznie, będąc w tym związku. - Odwróciła wzrok na moment, zanim znowu na niego spojrzała. - Powrót do domu to najcięższa część mojego dnia od ostatnich dwóch miesięcy. - Powiedziała to na bezdechu.
Emocje i uczucia tliły się w niej, jakby znajdowały się w jakimś cholernym ringu, gdzie nie było wiadomo, co wyjdzie z niego żywe, a co już dawno umarło. Nie chciała go ranić. To była ostatnia rzecz, jaką miała na celu, ale sama cierpiała. Już wystarczająco długo. To był moment, w którym powinna postawić na siebie i własne szczęście, nawet jeżeli miałoby to oznaczać, że odbierze je komuś innemu. A tym kimś innym był on.
Jej pierwsza miłość.
Nie był niczemu winny. Może tylko temu, że zaufał takiej osobie, jaką była Vita Holloway. Nic niewartej, chłodnej kobiecie, która bała się zaangażować, a dotarło to do niej dopiero po tym, jak wsunęła na palec srebrną obrączkę. - Ty niczemu nie jesteś winny, obiecuję ci to. To po prostu ja… ja bardzo cię proszę o rozwód, Alexis. - Głos jej się zatrząsł, gdy wpatrywała się w niego. Nie wiedziała, jak wyczytać emocje z jego twarzy. Nie wiedziała, co siedziało mu w głowie, co myślał… Zwykle potrafiła odczytać wszystkie sygnały z jego twarzy, z oczu, z najmniejszego drgnięcia ust. Teraz? Teraz nie była w stanie. - Mam papiery w torbie. Podpisałbyś je? - zapytała cicho, odwracając wzrok gdzieś na bok. Nie była w stanie spojrzeć mu prosto w twarz, gdy zadała te pytanie.
Alexis