–
Bien sûr - odparł z twardym, kanadyjskim akcentem, wyławiając zapewnienie z odmętów pamięci jakoś tak łatwo i bez problemu. Od lat nie posługiwał się żadnym z obcych języków, ale widać czym skorupka za młodu nasiąknie… całe szczęście, że pozbył się innych naleciałości. A przynajmniej tak sądził, nie zauważając drobiazgów, które na stałe wpisały się w jego charakter, zaszczepione życiem elit i nieustanna nagonką rodziców. Jak choćby większa samoświadomość i pewność siebie.
Wolał jednak myśleć, że to kwestia osobowości, nie wychowania.
–
No proszę, kto tu teraz komu wypomina przeszłość - drażnił się z nią, tym samym omijając przyznanie jej racji. Przecież nie będzie wprost mówił lasce, którą chciałbym przelecieć, że faktycznie kiedyś ją zlewał. Tak, miał ją gdzieś, tak jak większość wszystkich tych grzecznych panienek, które albo zupełnie bały się świata, albo na przekór starym dawały dupy komu popadnie, mając ego większe niż on sam. Nie, żeby nie korzystał. Chętnie mu się oddawały, ale jednocześnie gardził ich głupotą i przeświadczeniem o zajebistości. Zresztą w tamtym czasie cały świat wydawał mu się pusty i pozbawiony realizmu. Z papierowymi ludźmi i relacjami z kartonu. Dopiero kiedy porzucił szkołę i rodzinę, zrozumiał że żaden z niego wyjątek i takich jak on było dużo więcej. W końcu to właśnie wśród elit znalazł na kilka lat kogoś, kto też pragnął znaleźć w świecie konwenansów coś prawdziwego.
I znalazł.
Znaleźli się, dwójka idiotów przeciwko światu i równie głupia, szaleńcza miłość.
Ach, stare dzieje.
Odruchowo objął Fran, kiedy czyjś nieświadomy ruch posłał ją w jego ramiona. Może przytrzymał ją dłużej niż wypadało, może ona też nie odsuwała się tak szybko, jak powinna. Co w kontekście jej wyznania było dziwne i jakieś takie niezręczne. Vala nie kręciły zajęte laski. Po tym jak kilka razy musiał wziąć się za łby z jakimś zazdrosnym fagasem, rozważniej dobierał sobie przygody. A jednak bliskość między nimi wydawała się tak naturalna, jakby przez te kilkanaście spotkań stali się sobie bliscy.
Bliżsi niż oboje chcieli i powinni przyznać.
Jej słowa, prawie zagłuszone przez szum tłumu, dziwnie go poruszyły. Mało kto mówił o miłości z taką prostotą, jednocześnie wydając się przy tym zupełnie szczerym. A ona bez fałszywej nieśmiałości stwierdziła oczywistość. Była jej tak pewna jak tego, że jutro znów wstanie słońce. Trochę jej tego zazdrościł. Nie samej szczerości, bo nie miał z nią problemu, pozazdrościł pewności drugiego człowieka.
Miał jednak ochotę powiedzieć hola hola, kto tu mówi o miłości, ale odniósł wrażenie, że gdyby zbagatelizował jej słowa, sprawiłby jej przykrość. Więc zamiast się wydurniać, uderzył w poważniejszy ton, który w zestawieniu z czułymi taktami piosenki i jego zniżonym głosem miał w sobie subtelność i intymność rozmowy między dwójką przyjaciół.
–
Nie wiem, nie znam cię tak jak on - zauważył, zarzucając jej dłonie na swoje ramiona. –
Ludzie w obliczu miłości odnajdują w sobie cechy, których się po sobie nie spodziewają. Ale to chyba już bez znaczenia, prawda? - Na krótko spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się kątem ust. Bez zawodu czy żalu. Nie szukał związku, skończył z nimi w chwili, w której rozpadł się ten, który uważał za jedyny prawdziwy, to po pierwsze. A po drugie Fran sama przyznała, że jest zajęta, tym sposobem sprawiając, że stali się tylko dwójką znajomych, która na kilka minut przytulańca pretendowała do czegoś więcej. Val się nie łudził, ale miło było trzymać ją w ramionach, mrucząc słowa piosenki jakby naprawdę coś dla nich znaczyły.
Pojawienie się obcego przebiło bańkę tej intymności.
Val zmrużył oczy, czując kostki jego palców na brzuchu, tuż nad paskiem spodni.
Co jest, kurwa? Cofnął biodra i ostro spojrzał mu prosto w oczy. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś tak ostentacyjnie podbijał do laski w czyichś ramionach.
A już szczególnie w
jego ramionach na
jego imprezie.
Nieznajomy był wyższy o dobre kilka centymetrów, ale Valentin bez wahania sprezentował mu swoje niezadowolenie. Theo przez moment widział więc, jak w jego ustach formuje się “spierdalaj, koleś", ale ostatecznie nic takiego nie padło bo zdał sobie sprawę z kim ma do czynienia.
Wykrzywił usta w czymś z pogranicza rozbawienia i zażenowania.
Zrozumiał co do siebie szeptali, a choć poczuł naturalną ochotę żeby się odsunąć i zostawić ich samych, to dłonie Fran wciąż owinięte wokół karku sprawiły, że nigdzie się nie ruszył.
Ciekawe. Nie miał pojęcia o co chodzi, szczególnie że facet nie wydawał się w żaden sposób zazdrosny. Nawet w jego pytaniu więcej było zaintrygowana niż zaborczości.
–
Tyle? - Val zaśmiał się cicho, jakby to, co robili było najbardziej niewinną rzeczą pod słońcem. Bo przecież było. –
Tylko tańczymy, tygrysie - zapewnił nonszalancko, łapiąc jego spojrzenie ponad ramieniem Fran, do którego nieznajomy przytulał nos w wyrazie równie ckliwej, co gorącej tęsknoty.
Koleś wyglądał jakby urwał się z konferencji i znalazł tu zupełnym przypadkiem. Jego ułożone włosy i jasna koszula kontrastowały z roztrzepanym towarzystwem ubranym w koszulki metalowych zespołów i wytarte dżinsy.
Widząc go Val pomyślał, że to takie oczywiste. Fran przygruchała sobie ulizanego chłopca z korpo, bo w głębi duszy sama wciąż była tą samą ułożoną panienką. Tkwiła w schematach, nic się nie zmieniło. Poczuł rozczarowanie, ale z drugiej strony, nie jego sprawa z kim prowadzała się koleżanka z przeszłości. Nie jego piaskownica i nie jego zabawki. Gość przynajmniej był niebrzydki. Miał w sobie ten wkurwiający korporacyjny sznyt, to prawda, ale coś w jego oczach sprawiało, że Val nabrał ochoty żeby zburzyć mu tę ułożoną fryzurkę, zaciskając w niej palce, kiedy będzie tkwił z fiutem głęboko w jego ustach.
Określenie Fran wyrwało go z fantazji i przywołało na twarz drapieżny, szelmowski uśmiech, którym zwykł sprawiać, że laski moczyły majtki. Może nawet echo wyobrażenia dodawało mu sugestywności. Co z tego, że wcale nie był najlepszym wokalistą w tej części świata? W tej chwili mógł być, specjalnie dla pana ważniaka.
Przeniósł spojrzenie na dziewczynę, właśnie odchylającą głowę na ramię kochanka. W tym jak eksponowała szyję i leniwie wplątała palce w jego włosy było coś szalenie erotycznego. Z trudem oderwał wzrok od jej rozchylonych w cwanym uśmieszku ust. Miał wrażenie, że sobie z nim, a może nawet z nimi, pogrywa. Świetnie, bo Vega chętnie podnosił rękawicę, szczególnie że poczuł nieodparte pragnienie sprawdzenia jak bardzo sztywny i grzeczny jest chłopak Fran, pretendującej przecież do miana niegrzecznej dziewczynki.
Piosenka powoli dobiegała końca, ale wciąż jeszcze trwała. Drżące w przestrzeni emocje lepiły się do ciała, jak zachłanne dłonie. Val w rytm muzyki przesunął swoje w górę pleców Fran, powoli, jakby chciał poczuć pod nimi każde zagięcie koszulki i ukryty pod nią aksamit jej ciała. Nie odwracał spojrzenia od jego oczu. Umyślnie zahaczył wierzchem palców o jego pierś jednocześnie przysuwając się ponownie, by znów poczuć dotyk jego knykci na brzuchu, tym razem całkiem oczekiwany.
Było coś fascynującego w tym jak bez trudu odnajdywali wspólny rytm, a Fran przypominała środek bardzo apetycznej kanapki.
Imię pasowało do niego, równie poważne i dostojne jak imiona pozostałej dwójki. Chociaż Val rzadko przedstawiał się pełnym.
–
Theodore - mruknął, smakując jego brzmienie. Przesunął wzrokiem po jego twarzy w ostentacyjny i jednoznaczny sposób, bezczelnie go obyczajając. –
Fran nie mówiła, że jesteś takim ładnym chłopcem. - Gdyby te słowa powiedział facet o aparycji twinka, miałyby zdecydowanie bardziej gejowski wydźwięk, ale w ustach Valentina, wypowiedziane niskim, chropawym głosem, brzmiały jak całkiem szczery komplement. Jego oczy, lśniące teraz wewnętrznym głodem potęgowały wrażenie seksownej arogancji, która pozwalała mu mówić takie rzeczy zupełnie bezkarnie. –
Szkoda tylko, że na co dzień pewnie przyduszasz się krawatem.
Popatrzył na Fran z rozbawieniem, uwalniając Theo od intensywności swojego spojrzenia.
-
Uważaj, laleczko, niedotlenienie organizmu powoduje śmierć szarych komórek. Szkoda by było takiego ładnego chłopca. - Potarł palcem guziki jego koszuli w geście tyle samo czułym, co prowokacyjnym. Mrugnął do niego przekornie, a potem odsunął się, dokładnie w momencie gdy ostatnie nuty kawałka właśnie cichły.
Francesca de Villiers Theodore Tellier