Bez problemu mogła ciągnąć dalej ten temat, prowadzić dyskusję, która rozdrażniłaby ich jeszcze bardziej. Dla niej nie było to czymś nieważnym, także ciężko ot tak zapomnieć o rozmowie. Blair była mistrzynią udawania dobrej miny do złej gry i nawet jeśli teoretycznie
zapomni o tym, o czym jej mówił, to w praktyce będzie pamiętać to do końca swoich dni; a dodatkowo, pewnie wyciągnie mu to w dalszej lub bliższej przyszłości, boleśnie przypominając, że nie da się ot tak udawać, że dane słowa nigdy nie padły. Teraz jeszcze miała nadzieję, że ten wieczór miał szansę przetrwać i skończyć się całkiem dobrze. Napięcie jednak nie opadło i dość szybko zrozumiała, że rozmowa o ich wspólnym apartamencie, czy przyszłościowo wspólnym domu, była tylko wierzchołkiem góry lodowej, z której coraz to bardziej zaczynali spadać.
Wzięła głęboki oddech, spoglądając na niego póki co dość spokojnie. Miał rację, że ich ostatnie rozmowy wyglądały dość podobnie jak ta — pełne emocji i czasami nawet ciężkiej atmosfery, która między nimi wisiała. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak było. Dlaczego nagle osoba, którą znała jak własną kieszeń, coraz bardziej się od niej oddalała? Gdzie podziała się stara Blair i Charlie, którzy chodzili na spokojne kolacje, degustowali wina, a gdy dopadała ich zbyt duża tęsknota, to zostawali w domu, aby móc się sobą nacieszyć? Gdzie była ta para, dla której nie było tematów tabu, nawet jeśli wizja ślubu organizowanego przez rodziców, odciskała się na ich myślach, nieznośnie przygniatając? Mayfield uwielbiała gadać, choć w ich relacji kochała słuchać, co jej narzeczony miał do powiedzenia, niezależnie co to było; czy opowiadał jej o ciężkim dniu w firmie, czy o czymś ciekawym, co widział danego dnia, czy jak snuli plany na najbliższą przyszłość, na przykład zastanawiając się, jakie następne miejsce powinni zwiedzić. Teraz? Teraz absolutnie nie miała ochoty go słuchać.
— No i to chyba nie do końca jest normalne, prawda? — zasugerowała; nie było normalne w ani najmniejszym stopniu, bo w ich związku nie było miejsca na kłótnie, przepychanki czy gorzkie słowa. Potrafili wyjaśnić to, co ich poróżniło, czasami dyskutowali, czasami obrażali się na siebie na kilka godzin, ale koniec końców potrafili ze sobą rozmawiać. No, przynajmniej tak się Blair kiedyś wydawało.
— Bo próbuję zrozumieć, jak mogę ci jeszcze pomóc, skoro danie przestrzeni nie daje żadnego efektu, a jedynie jeszcze bardziej nas pogrąża — wypaliła. Sądziła, że w ostatnim czasie miał od niej przestrzeń — w końcu spędzali ze sobą tak mało czasu, że Mayfield realnie zdążyła się za nim stęsknić. Najwidoczniej miała jakieś delulu, skoro jego potrzeby były inne niż jej się wydawało.
— Poza tym wypalony od czego? Bo jak od pracy, to jak ja mam ci w tym pomóc? Możemy porozmawiać i może ci to coś pomoże. Możemy wyjechać gdzieś nawet na tydzień, żebyś mógł pobiegać na plaży, zjeść niezdrowe ilości owoców morza i po prostu przestać myśleć o pracy, ale jak mogę ci to zaproponować, skoro ze mną nie rozmawiasz — zauważyła, dalej drążąc ten temat. Miała zamiar drążyć tak długo, dopóki nie wydrąży; dopóki nie zacznie z nią rozmawiać tak jak zawsze, bo to nie była kwestia odpowiedzi, która jej się nie podobała, a braku szczegółów w tym wszystkim. Była przyzwyczajona do nieco bardziej rozbudowanych wypowiedzi niż do tylko zdawkowo rzuconych słów — bo tak, to akurat rzeczywiście jej nie pasowało.
Wybuchła, podpalona przez jego słowa; a raczej przez zwrócenie uwagi, które w ostatnim czasie, pełnym oczekiwań i sugestii, działało na nią jak płachta na byka. Czuła, że jej serce biło jak opętane i jednocześnie żołądek ściskał się w supeł przez cały stres, spowodowany tą ostrą wymianą zdań. Jednym słowem, czuła się okropnie, jednak nie chciała tracić okazji, aby móc choć trochę to wszystko wyjaśnić.
Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Parsknęła pod nosem na te słowa, wywracając oczami. Jej zagubienie trwało od dobrych sześciu miesięcy, a rozpoczęło się od pędzącego, ślubnego tematu i z tygodnia na tydzień coraz bardziej się pogłębiało. Nie zrzucała na nikogo winy, lecz nie dało się zaprzeczyć, że Charlie był jednym z głównym powodów jej niepewności. Skoro wymagał od niej nie analizowania jego słów, to oszczędziła sobie swoich dalszych przemyśleń. W końcu milczenie jest złotem, czy coś.
— Charlie. — Nie mogła powstrzymać się od ciężkiego westchnienia na kolejne zdanie, którym ją zaszczycił.
— Nie to miałam na myśli — rzuciła, bo nie chciała się wybielać ani sugerować, że jej wszystko szło jak po maśle. Może wybrzmiało to inaczej, może wyglądało to tak, jakby nie pozwalała mu mieć gorszego czasu, ale nie miała już siły wracać do punktu wyjścia i pić o tę rozmowę, której ostatnio między nimi brakuje.
— Po prostu zawsze tak było, a jakoś razem dawaliśmy radę — zaznaczyła dosadnie fakt, że czuła, jakby teraz grali do dwóch różnych bramek. Nie rozumiała skąd wzięło się to jego nastawienie. Nawet jeśli obecność innej osoby przeszła jej niejednokrotnie przez myśl, to jednak nigdy nie brała tego za pewnik. Dalej gdzieś go wybielała i próbowała usprawiedliwić jego zachowania, choć czasami już nie potrafiła wymyślić kolejnych argumentów.
Poruszanie tego tematu było dla niej trudne. Cały ten wieczór, który miał miejsce już jakiś czas temu, był tylko zlepkiem jej niepotwierdzonych faktów i domysłów, a także garści informacji, jakie dostała. Charlie osiągnął swój cel — lodowate spojrzenie sprawiło, że zmalała gdzieś wewnątrz siebie i od razu pożałowała, że dała ponieść się emocjom, rozpoczynając tę rozmowę. Mogła ugryźć się w język i dalej męczyć się z tym pytaniem w swojej podświadomości, zamiast patrzeć na niego teraz zagubionym wzrokiem.
— Nie sprawdzałam twoich godzin wyjścia z biura, tylko sam napisałeś mi, że zostajesz tego dnia dłużej w pracy. A to, że dowiedziałam się o tym, że jednak wyszedłeś wcześniej, to czysty przypadek — odpowiedziała,
tłumacząc się. Blair Mayfield właśnie zaczęła się tłumaczyć, zamiast atakować dalej. Nic dziwnego, skoro sama najchętniej zrobiłaby od niego dwa kroki w tył. Widziała, że był na nią zły i najchętniej wycofałaby się z tej rozmowy.
Miałem inne spotkanie, Blair; przeklęła w duchu, bo musiała przyznać rację Cherry, która w tamtym momencie uspokajała ją właśnie tym argumentem. Jebana Teneryfa. Nie skomentowała jego słów; bo co miała w tamtym momencie powiedzieć? Nie miała racji, ale przyznanie się do błędu w trakcie tak zawziętej kłótni było niczym wywieszenie białej flagi — a ona nie skapitulowała, Charlie jedynie co, to zdobył o punkt więcej w rundzie.
— Nie potrzebuje potwierdzeń z pieczątką — mruknęła pod nosem, patrząc na niego miną zbitego psa. Bo co jej pozostało? Zagrać w jego manipulatorską grę i spojrzeć na niego smutnymi oczami, które miała nadzieję, że choć minimalnie zmiękczą jego obecną postawę.
— Nieważne, zapomnij — wymamrotała, powtarzając jego słowa z początku rozmowy. Skoro ona miała zapomnieć o tamtym temacie, to czy on nie mógł zignorować poruszonej teraz sprawy? Jednak to działało w obydwie strony; to, że teraz o tym zapomną, nie znaczy, że słowa nie zostały wypowiedziane.
W tym momencie była zmęczona psychicznie i fizycznie, miała dość tej rozmowy i już była o krok od odwrócenia się na pięcie, aby po prostu udać się do sypialni. Albo pod prysznic, żeby oczyścić własne emocje i zatuszować ewentualnie słone łzy wodą z deszczownicy.
— Przeprasza się, gdy jest jakiś powód, a nie z widzimisię. O takich rzeczach się rozmawia, ale chyba straciliśmy tę umiejętność — odpowiedziała. Nie chciała się znowu tłumaczyć, tym bardziej że zupełnie inaczej to odbierała. Po całej rozmowie, przedstawienie swojego punktu widzenia zdawało się nie mieć najmniejszego sensu.
Szczelny uścisk, w którym tkwili i cicha, spokojna rozmowa odbijała się ogromnym kontrastem od tego, co było jeszcze chwilę temu. Emocje dalej w niej wrzały, jednak przez żal, który zakradał się w jej serce. Obydwoje wychodzili stąd ze zranionymi serduszkami. Blair chciałaby zachować pewien dystans, pokazać, że to wszystko nie spłynęło po niej jak woda, a jednak ogromnie potrzebowała bliskości i choć chwilowego zapewnienia, że jeszcze mogło być dobrze. Potrzebowała znowu poczuć się bezpiecznie w jego ramionach, poczuć zapach jego perfum, które od razu działały kojąco na jej zmysły, uzmysławiając, że po prostu była w domu. On był jej domem i nie powinna tego podważać. Westchnęła cichutko, słysząc nawiązanie do tego cholernego grafiku i wyjścia z pracy.
— Przepraszam — wymamrotała w jego koszulę, czując się zobligowana, aby te słowa padły z jej ust.
— Wyciągnęłam ten argument, bo najwidoczniej dalej siedziało we mnie niezrozumienie, dlaczego piszesz mi jedno, a dowiaduję się czegoś innego — dodała. W tamtym momencie było to dla niej dziwne, bo miała wrażenie, że Cherry wiedziała o wszystkim; jednak jak to jego siostra stwierdziła jeszcze tamtego wieczoru, Charlie miał własnych klientów, a przecież jebana Teneryfa była tym najważniejszym — i to bez zbędnej ironii.
— Po prostu przepraszam. Nie musisz mi nic udowadniać. Po prostu chcę, żebyśmy dalej szli przez wszystko razem, a nie przeciwko sobie. — To była chwila szczerości bez piekielnego żaru i goryczy, która wcześniej piekła ją w gardło. Pasowało jej, że nie musiała teraz walczyć z nim na spojrzenie, jednak zaraz uniósł jej podbródek, a ona zerknęła mu w oczy ze smutnym, kompletnie nie wymuszonym, wzrokiem.
— Nie sprawdzam, o której wychodzisz z pracy… — westchnęła. Nie była obsesyjna; choć może był to jej błąd. Może wtedy już dawno wiedziałaby, że tak naprawdę stoi na grząskim gruncie.
— Wiem, że życie nie jest prostolinijne, że nigdy nie będzie wyglądać tak samo, ale nie rozumiem, co się ostatnio między nami dzieje. — A działo się wiele. Odwoływanie wspólnych spotkań to jedno, ale unikanie jej spojrzenia czy spinanie się, gdy była blisko, zapalało u niej lampkę ostrzegawczą.
— I ufam ci. Jakbym mogła inaczej? — pokiwała na boki głową. Zaufanie ciągnęło za sobą całą masę rzeczy, a przede wszystkim to, że nawet w najcięższym czasie nie miała zamiaru go skreślać. Po to tu stała i dyskutowała, aby dojść do jakiegoś konsensusu, aby walczyć o nich i o ich wspólną przyszłość, o której przecież tak marzyła.
— Możemy przestać. Ale po prostu ze mną rozmawiaj. Nawet o pierdołach, o tym co ci leży na sercu. Albo wykrzycz mi to w twarz, jeśli tak będzie lepiej, ale po prostu nie milcz, Charlie — wyszeptała mu praktycznie że w usta, kiedy się do niej zbliżył. Odpowiedź na jej pytanie przyniosła niebywałą ulgę. Nawet jeśli podświadomie w to nie zwątpiła, to potrzebowała tego usłyszeć; że ta cała wymiana zdań nie sprawiła, że nagle zaczął myśleć o nich inaczej, że nie zaczął
jej inaczej postrzegać. Odpowiedź była niczym plasterek na jej połamane serduszko, a długi pocałunek jak cały bandaż, który miał zasklepić je na nowo. Potrzebowała czułości, gwarancji, że w tej całej pojebanej sytuacji i zawiłych emocjach, dalej była miłość. Przez jej głowę przeszła myśl, czy nie odpuszczała zbyt szybko; ale jak mogła inaczej postąpić wobec osoby, którą kochała całą sobą?
— Wyciągnijmy z tej rozmowy wnioski i obejrzyjmy film — poprawiła go, żartobliwie piorunując Charliego spojrzeniem. Nie powinni o tym zapominać, żeby nie wrócić do Toronto i nie znaleźć się znowu w punkcie wyjścia. W końcu na spokojnie usiedli na kanapie, a Blair oparła się głową o jego biceps, przyglądając, jak wybierał film.
— I jeśli mam być szczera, to nie wiem czy jutro zwlekę się na ten spacer po rogaliki — stwierdziła po chwili rozmyślań. Zmęczył ją jak nigdy, choć zazwyczaj robił to w o wiele przyjemniejszy sposób.
— Może po prostu przejdziemy się gdzieś po południu? Po drodze widziałam, że niedaleko jest jezioro. Może być ładnie, skoro już w Toronto wiosna zaczęła rozkwitać — zagadnęła, żeby na szybko zaproponować mu alternatywę. Chciała mu dać przestrzeń, ale jednocześnie chciała spędzić z nim czas na tym wyjeździe. Brakowało jej tego.
you're my home