-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przyjrzał się Blair jeszcze raz. Czyli mamy już całkiem przestać rozmawiać? Przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć, bo przypomniał sobie te wszystkie momenty, które spędzali razem, sam na sam. Gdy rozmawiali do świtu na tarasie, pijąc herbatę pod kocem i obserwując nocne niebo Toronto, gdy spędzali noc w altanie w Toskanii, wdychając zapach cytrusów i rozgrzanej słońcem ziemi, gdy trzymał ją za rękę, kiedy obserwowali wznoszące się nad horyzont słońce... Wtedy wszystko wydawało się takie proste i... tak dużo kiedyś rozmawiali i nie dlatego, że musieli coś wyjaśniać, ale żeby chłonąć siebie nawzajem, bo nigdy nie miał dość dzielenia się z nią swoimi poglądami. A teraz? Teraz Blair pytała go, czy powinni już całkiem przestać rozmawiać. - Tego nie powiedziałem, ale każda z naszych rozmów wygląda ostatnio w podobny sposób - zauważył dość rzeczowo. Nie chciał się z nią kłócić, ale nie pozostawiała mu wyboru. Zarzucasz mi, że cię osaczam? Od kiedy nasze rozmowy są dla ciebie osaczające? Charlie, masz rozwiązanie tego na wyciągnięcie ręki. Potrzebuję rozmowy, tak, bo bez tego nie jestem w stanie zrozumieć, o co ci ostatnio chodzi. Pokręcił głową, bo miłe wspomnienia zderzyły się z duszną atmosferą panującą w salonie. Wiedział, że Blair chciała szczerości, ale on nie mógł jej tej szczerości dać. Nie dziś. Nie był gotowy. No i przez to chyba jeszcze bardziej się zirytował. - Od kiedy nasze rozmowy są dla mnie osaczające? - powtórzył pod nosem, po czym wyprostował się powoli i spojrzał na Blair z frustracją wymalowaną na twarzy. - No nie wiem, może od kiedy mówię ci, o co mi chodzi, a tobie nie podoba się odpowiedź? Nie wyczaruję ci innej, zadowalającej odpowiedzi, dlatego chyba wolę nic nie mówić - wyrzucił z siebie, a zaraz wziął głęboki wdech i kontynuował, bo to nie był koniec. - Próbuję ci tłumaczyć, że jestem wypalony, że potrzebuję przestrzeni, a ty drążysz dalej - dodał, marszcząc brwi.
Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał. Myślał, że jasno jej to zakomunikował - że potrzebuje przestrzeni, czasu, wyrozumiałości - ale najwidoczniej niezbyt dobitnie. Od jakiegoś czasu nie mogli się ze sobą porozumieć, bo do żadnego z nic nie docierały potrzeby tego drugiego. Zupełnie jakby mówili w dwóch różnych językach, mimo że używali tych samych słów. Kiedyś ich myśli biegły tym samym torem, kończyli za siebie zdania, rozumieli się bez mrugnięcia okiem... A teraz? A co do mnie pasuje? Siedzenie cicho i potakiwanie na wszystko, co każdy ode mnie chce? A może spełnianie cudzych oczekiwań i gubienie się w tym wszystkim, bo inni mają już wizję na moje życie? Może ty też masz już gotowy scenariusz na tę rozmowę? Proszę, przedstaw go. Przełknął ślinę i wytrzymał jej palące spojrzenie na swojej twarzy. Nastała głucha cicha, przerywana tylko przez ich przyspieszone, zdenerwowane oddechy. - Blair, proszę cię… - odezwał się w końcu, nie wiedząc, w jaki sposób uniknąć eskalacji, ale miał wrażenie, że wybuch między nimi był nieunikniony. Ba, było już za późno na udobruchanie Blair, ale i tak nie byłby sobą, gdyby nie próbował. - Nikt nie każe ci potakiwać. Jesteś dorosła, zawsze robiłaś to, co chciałaś. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Nie mam żadnego planu na tę rozmowę, chciałem po prostu normalnie spędzić czas. Jeśli zamierzasz dalej tak gorzko analizować każde moje słowo, to chyba rzeczywiście nie mamy o czym gadać - rzekł w końcu, równie gorzkim tonem jak ona. Nie chciał eskalować problemu, ale cierpliwość dawno mu się skończyła. Przypominam ci, że również pracuję, również mam milion rzeczy na głowie, projektów, kontraktów, ale nie użalam się nad sobą i nie znajduję w tym przykrywki na odwoływanie większości planów. Przewrócił oczami. Nie chciał umniejszać jej osiągnięciom, co to, to nie, po prostu... podziwiał ją, że radziła sobie tak świetnie bez jego pomocy, ale... jednocześnie uraziło to jego męską dumę. - Bardzo się cieszę, że radzisz sobie lepiej ode mnie - odrzekł chłodno, splatając ramiona na piersi. Zachowywał się jak dzieciak, doskonale to wiedział, ale zabolały go jej słowa. Zupełnie jakby nie miał prawa przyznać się do słabości, bo ona sobie świetnie radziła pomimo trudności. Jednak było też drugie dno. Drażniło go to, że Blair rzeczywiście potrafiła pogodzić wszystko ze sobą, a on używał pracy jako tarczy, za którą chował rozwijający się romans z Ivy. Był słaby. No i ta świadomość cholernie bolała. Już otwierał usta, żeby przeprosić ją za swoje słowa, kiedy zrzuciła na niego prawdziwą bombę.
Gdzie byłeś w dniu, kiedy w Northland Power było spotkanie zarządu, przedstawiające Hartleya? Mówiłeś, że zostajesz dłużej w pracy, a jednak wyszedłeś z niej szybciej. Co? Skąd o tym wiedziała? Jak się dowiedziała? Zamarł na moment. Tamtego dnia... tak, wyszedł wcześniej z pracy, bo... chciał spotkać się z Ivy. Sam na sam, z dala od wścibskich spojrzeń. No ale nie mógł jej tego powiedzieć. Nie dziś. Zacisnął usta, a jego myśli odbijały się szaleńczo jedna od drugiej. To musiała być Cherry. To na pewno Cherry wypaplała wszystko Blair i zdradziła jej, że Charlie wyszedł wcześniej. Cholera. Nie przewidział tego. Kurwa, igrał z ogniem, ale nie zamierzał dać po sobie poznać, że Blair trafiła w samo sedno. Nie mógł. - Słucham…? - wyrwało mu się, a jego brwi powędrowały do góry. - Naprawdę? Serio? Teraz będziesz sprawdzać godziny mojego wyjścia z biura? - przerwał, żeby przeszyć ją lodowatym spojrzeniem, które miało sprawić, żeby poczuła się winna za samo zadanie tego pytania. - Miałem inne spotkanie, Blair. Poza biurem. I zgadnij z czym było związane? Z Teneryfą! - wyrzucił z siebie gładko, jakby to kłamstwo naprawdę nie sprawiło mu żadnego problemu. Zaczął powoli przechadzać się po salonie, nie mogąc ustać w jednym miejscu. - Najwyraźniej muszę mieć na wszystko potwierdzenie z pieczątką - dodał, gestykulując. Temat Teneryfy wracał jak bumerang. - Może powinienem teraz zadzwonić do Cherry i powiedzieć jej, że nie mogę lecieć, bo moja narzeczona ma obiekcje co do moich godzin pracy? - urwał, po czym zatrzymał się i utkwił wzrok w brunetce. Tylko to mu zostało. W końcu każdy wiedział, że najlepszą strategią obrony był atak, no i tylko to mu pozostało, żeby odciągnąć Blair od tematu. A jednocześnie... znów tracił jej zaufanie. Wiedział, gdy to wszystko w końcu się wyda, będzie miał przejebane, jednak wolał odciągnąć to w czasie. Jak tchórz.
Przeszło mu przez głowę, że jeszcze chwila, no i w ogóle nie będzie miał ochoty jechać na tę Teneryfę, która była jego idealną wymówką od kilku tygodni, bo temat powoli zaczynał go przerastać. Kiedy zmuszałam cię do przeprosin? Wtedy, kiedy ciągle ci powtarzam, że nie masz mnie przepraszać? No i znowu to samo. - Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś - westchnął. Znowu zapędziła go w kozi róg, a on znowu musiał skorzystać z manipulacji, żeby z niego uciec. Nie chciał tego robić, ale zmuszała go do tego. - Przepraszam, bo widzę, że jesteś niezadowolona, a tobie to nie pasuje. Nie przepraszam, oskarżasz mnie o brak zaangażowania. Zdecyduj się w końcu - mruknął pod nosem. No i znowu ta myśl. Nie chcę, żeby odeszła. Ahhh.
Dobrze, po powrocie porozmawiamy na ten temat z rodzicami. To była jedna z tych rzeczy, na które zupełnie nie miał ochoty. Nie chciał rozmawiać z rodzicami, nie chciał wyciągać tematu ślubu i nie chciał znów podporządkowywać się ich opiniom. Jednak... - Dobrze - przytaknął, żeby zamknąć temat. Oczami wyobraźni już widział twarz ojca, który kazałby mu naprawić wszystko to, co spierdolił, oraz twarz matki, która po poznaniu sytuacji, zaczęłaby narzucać różne rozwiązania ich problemu dla ich wspólnego dobra. Jednak na szczęście nie musiał długo rozmyślać o twarzach rodziców, bo Blair znów zmieniła temat. Staram się wspierać ciebie na każdym kroku i gdy myślę, że naprawdę jestem wyrozumiała, to nagle dowiaduję się, że jestem jędzą i manipulantką. - Blair, przestań. Nigdy tak o tobie nie pomyślałem, a już na pewno nie to chciałem ci przekazać - powiedział. Tkwili teraz w szczelnym uścisku, Blair ułożyła policzek na jego klatce piersiowej, tak samo jak dłoń ozdobioną pierścionkiem zaręczynowym, a Charlie oparł brodę o czubek jej głowy. - Doceniam, że jesteś wyrozumiała, naprawdę, ale rozmowa i wsparcie nie polegają na wyciąganiu mi grafiku pracy sprzed kilku dni. To po prostu boli, Blair. Boli, bo mam wrażenie, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wciąż muszę ci coś udowadniać - mówił już cicho, spokojnie, nawet zaczął gładzić Blair delikatnie po plecach, żeby choć trochę ukoić jej nerwy. Po dłuższej chwili uniósł jednak jej podbródek tak, by musiała spojrzeć mu w oczy. - I nie uciekam. Jestem i nie uciekam, Blair, próbuję z tobą to wyjaśnić, więc... posłuchaj - zawiesił na chwilę głos, żeby pogładzić ją po policzku. - Czuję się tak, jakbyś nie widziała, jak bardzo staram się to wszystko poskładać. A kiedy wracam i słyszę, że sprawdzasz, o której wyszedłem z firmy, to czuję się, jakbyś mi nie ufała. A bez zaufania... co nam zostaje? - spytał, miał nadzieję, że dość czysto retorycznie. - Przepraszam, że uniosłem głos. Jestem po prostu cholernie zmęczony walką ze wszystkimi dookoła. Nie chcę walczyć jeszcze z Tobą. Jesteś jedyną osobą, przy której chciałem po prostu... odpocząć. Możemy już przestać? - zapytał i nachylił się w jej stronę, tak blisko, że czuł zapach jej perfum. Uwielbiał ten zapach. A przy okazji... skoro jej twarz znajdowała się tak blisko tej jego, badał teren, czy Blair zaraz go nie odepchnie albo nie ucieknie do sypialni, wyrywając się z tego uścisku.
Kochasz mnie jeszcze? Rozczuliło go to pytanie, bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, mimo że bardzo pogubił się w... tym... wszystkim... co robił. - Oczywiście, że cię kocham. Jak możesz w ogóle to pytać? - odparł, po czym nachylił się i w końcu odważył się na pocałowanie jej. Pocałunek był długi, powolny, czuły, jakby miał wyjaśnić wszystko to, czego nie udało im się powiedzieć. Kryzys stłumiony, ogień ugaszony, a Blair... udobruchana? Miał taką nadzieję. Przerwał pocałunek i musnął nosem jej policzek, po czym westchnął. - Chodź, zapomnijmy o tej rozmowie i obejrzyjmy film - rzucił, kierując ją delikatnie w stronę kanapy. Miał tylko nadzieję, że ją przekonał.
my love
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wzięła głęboki oddech, spoglądając na niego póki co dość spokojnie. Miał rację, że ich ostatnie rozmowy wyglądały dość podobnie jak ta — pełne emocji i czasami nawet ciężkiej atmosfery, która między nimi wisiała. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak było. Dlaczego nagle osoba, którą znała jak własną kieszeń, coraz bardziej się od niej oddalała? Gdzie podziała się stara Blair i Charlie, którzy chodzili na spokojne kolacje, degustowali wina, a gdy dopadała ich zbyt duża tęsknota, to zostawali w domu, aby móc się sobą nacieszyć? Gdzie była ta para, dla której nie było tematów tabu, nawet jeśli wizja ślubu organizowanego przez rodziców, odciskała się na ich myślach, nieznośnie przygniatając? Mayfield uwielbiała gadać, choć w ich relacji kochała słuchać, co jej narzeczony miał do powiedzenia, niezależnie co to było; czy opowiadał jej o ciężkim dniu w firmie, czy o czymś ciekawym, co widział danego dnia, czy jak snuli plany na najbliższą przyszłość, na przykład zastanawiając się, jakie następne miejsce powinni zwiedzić. Teraz? Teraz absolutnie nie miała ochoty go słuchać. — No i to chyba nie do końca jest normalne, prawda? — zasugerowała; nie było normalne w ani najmniejszym stopniu, bo w ich związku nie było miejsca na kłótnie, przepychanki czy gorzkie słowa. Potrafili wyjaśnić to, co ich poróżniło, czasami dyskutowali, czasami obrażali się na siebie na kilka godzin, ale koniec końców potrafili ze sobą rozmawiać. No, przynajmniej tak się Blair kiedyś wydawało. — Bo próbuję zrozumieć, jak mogę ci jeszcze pomóc, skoro danie przestrzeni nie daje żadnego efektu, a jedynie jeszcze bardziej nas pogrąża — wypaliła. Sądziła, że w ostatnim czasie miał od niej przestrzeń — w końcu spędzali ze sobą tak mało czasu, że Mayfield realnie zdążyła się za nim stęsknić. Najwidoczniej miała jakieś delulu, skoro jego potrzeby były inne niż jej się wydawało. — Poza tym wypalony od czego? Bo jak od pracy, to jak ja mam ci w tym pomóc? Możemy porozmawiać i może ci to coś pomoże. Możemy wyjechać gdzieś nawet na tydzień, żebyś mógł pobiegać na plaży, zjeść niezdrowe ilości owoców morza i po prostu przestać myśleć o pracy, ale jak mogę ci to zaproponować, skoro ze mną nie rozmawiasz — zauważyła, dalej drążąc ten temat. Miała zamiar drążyć tak długo, dopóki nie wydrąży; dopóki nie zacznie z nią rozmawiać tak jak zawsze, bo to nie była kwestia odpowiedzi, która jej się nie podobała, a braku szczegółów w tym wszystkim. Była przyzwyczajona do nieco bardziej rozbudowanych wypowiedzi niż do tylko zdawkowo rzuconych słów — bo tak, to akurat rzeczywiście jej nie pasowało.
Wybuchła, podpalona przez jego słowa; a raczej przez zwrócenie uwagi, które w ostatnim czasie, pełnym oczekiwań i sugestii, działało na nią jak płachta na byka. Czuła, że jej serce biło jak opętane i jednocześnie żołądek ściskał się w supeł przez cały stres, spowodowany tą ostrą wymianą zdań. Jednym słowem, czuła się okropnie, jednak nie chciała tracić okazji, aby móc choć trochę to wszystko wyjaśnić. Nie zwalaj teraz na mnie tego, że czujesz się zagubiona. Parsknęła pod nosem na te słowa, wywracając oczami. Jej zagubienie trwało od dobrych sześciu miesięcy, a rozpoczęło się od pędzącego, ślubnego tematu i z tygodnia na tydzień coraz bardziej się pogłębiało. Nie zrzucała na nikogo winy, lecz nie dało się zaprzeczyć, że Charlie był jednym z głównym powodów jej niepewności. Skoro wymagał od niej nie analizowania jego słów, to oszczędziła sobie swoich dalszych przemyśleń. W końcu milczenie jest złotem, czy coś. — Charlie. — Nie mogła powstrzymać się od ciężkiego westchnienia na kolejne zdanie, którym ją zaszczycił. — Nie to miałam na myśli — rzuciła, bo nie chciała się wybielać ani sugerować, że jej wszystko szło jak po maśle. Może wybrzmiało to inaczej, może wyglądało to tak, jakby nie pozwalała mu mieć gorszego czasu, ale nie miała już siły wracać do punktu wyjścia i pić o tę rozmowę, której ostatnio między nimi brakuje. — Po prostu zawsze tak było, a jakoś razem dawaliśmy radę — zaznaczyła dosadnie fakt, że czuła, jakby teraz grali do dwóch różnych bramek. Nie rozumiała skąd wzięło się to jego nastawienie. Nawet jeśli obecność innej osoby przeszła jej niejednokrotnie przez myśl, to jednak nigdy nie brała tego za pewnik. Dalej gdzieś go wybielała i próbowała usprawiedliwić jego zachowania, choć czasami już nie potrafiła wymyślić kolejnych argumentów.
Poruszanie tego tematu było dla niej trudne. Cały ten wieczór, który miał miejsce już jakiś czas temu, był tylko zlepkiem jej niepotwierdzonych faktów i domysłów, a także garści informacji, jakie dostała. Charlie osiągnął swój cel — lodowate spojrzenie sprawiło, że zmalała gdzieś wewnątrz siebie i od razu pożałowała, że dała ponieść się emocjom, rozpoczynając tę rozmowę. Mogła ugryźć się w język i dalej męczyć się z tym pytaniem w swojej podświadomości, zamiast patrzeć na niego teraz zagubionym wzrokiem. — Nie sprawdzałam twoich godzin wyjścia z biura, tylko sam napisałeś mi, że zostajesz tego dnia dłużej w pracy. A to, że dowiedziałam się o tym, że jednak wyszedłeś wcześniej, to czysty przypadek — odpowiedziała, tłumacząc się. Blair Mayfield właśnie zaczęła się tłumaczyć, zamiast atakować dalej. Nic dziwnego, skoro sama najchętniej zrobiłaby od niego dwa kroki w tył. Widziała, że był na nią zły i najchętniej wycofałaby się z tej rozmowy. Miałem inne spotkanie, Blair; przeklęła w duchu, bo musiała przyznać rację Cherry, która w tamtym momencie uspokajała ją właśnie tym argumentem. Jebana Teneryfa. Nie skomentowała jego słów; bo co miała w tamtym momencie powiedzieć? Nie miała racji, ale przyznanie się do błędu w trakcie tak zawziętej kłótni było niczym wywieszenie białej flagi — a ona nie skapitulowała, Charlie jedynie co, to zdobył o punkt więcej w rundzie. — Nie potrzebuje potwierdzeń z pieczątką — mruknęła pod nosem, patrząc na niego miną zbitego psa. Bo co jej pozostało? Zagrać w jego manipulatorską grę i spojrzeć na niego smutnymi oczami, które miała nadzieję, że choć minimalnie zmiękczą jego obecną postawę. — Nieważne, zapomnij — wymamrotała, powtarzając jego słowa z początku rozmowy. Skoro ona miała zapomnieć o tamtym temacie, to czy on nie mógł zignorować poruszonej teraz sprawy? Jednak to działało w obydwie strony; to, że teraz o tym zapomną, nie znaczy, że słowa nie zostały wypowiedziane.
W tym momencie była zmęczona psychicznie i fizycznie, miała dość tej rozmowy i już była o krok od odwrócenia się na pięcie, aby po prostu udać się do sypialni. Albo pod prysznic, żeby oczyścić własne emocje i zatuszować ewentualnie słone łzy wodą z deszczownicy. — Przeprasza się, gdy jest jakiś powód, a nie z widzimisię. O takich rzeczach się rozmawia, ale chyba straciliśmy tę umiejętność — odpowiedziała. Nie chciała się znowu tłumaczyć, tym bardziej że zupełnie inaczej to odbierała. Po całej rozmowie, przedstawienie swojego punktu widzenia zdawało się nie mieć najmniejszego sensu.
Szczelny uścisk, w którym tkwili i cicha, spokojna rozmowa odbijała się ogromnym kontrastem od tego, co było jeszcze chwilę temu. Emocje dalej w niej wrzały, jednak przez żal, który zakradał się w jej serce. Obydwoje wychodzili stąd ze zranionymi serduszkami. Blair chciałaby zachować pewien dystans, pokazać, że to wszystko nie spłynęło po niej jak woda, a jednak ogromnie potrzebowała bliskości i choć chwilowego zapewnienia, że jeszcze mogło być dobrze. Potrzebowała znowu poczuć się bezpiecznie w jego ramionach, poczuć zapach jego perfum, które od razu działały kojąco na jej zmysły, uzmysławiając, że po prostu była w domu. On był jej domem i nie powinna tego podważać. Westchnęła cichutko, słysząc nawiązanie do tego cholernego grafiku i wyjścia z pracy. — Przepraszam — wymamrotała w jego koszulę, czując się zobligowana, aby te słowa padły z jej ust. — Wyciągnęłam ten argument, bo najwidoczniej dalej siedziało we mnie niezrozumienie, dlaczego piszesz mi jedno, a dowiaduję się czegoś innego — dodała. W tamtym momencie było to dla niej dziwne, bo miała wrażenie, że Cherry wiedziała o wszystkim; jednak jak to jego siostra stwierdziła jeszcze tamtego wieczoru, Charlie miał własnych klientów, a przecież jebana Teneryfa była tym najważniejszym — i to bez zbędnej ironii. — Po prostu przepraszam. Nie musisz mi nic udowadniać. Po prostu chcę, żebyśmy dalej szli przez wszystko razem, a nie przeciwko sobie. — To była chwila szczerości bez piekielnego żaru i goryczy, która wcześniej piekła ją w gardło. Pasowało jej, że nie musiała teraz walczyć z nim na spojrzenie, jednak zaraz uniósł jej podbródek, a ona zerknęła mu w oczy ze smutnym, kompletnie nie wymuszonym, wzrokiem. — Nie sprawdzam, o której wychodzisz z pracy… — westchnęła. Nie była obsesyjna; choć może był to jej błąd. Może wtedy już dawno wiedziałaby, że tak naprawdę stoi na grząskim gruncie. — Wiem, że życie nie jest prostolinijne, że nigdy nie będzie wyglądać tak samo, ale nie rozumiem, co się ostatnio między nami dzieje. — A działo się wiele. Odwoływanie wspólnych spotkań to jedno, ale unikanie jej spojrzenia czy spinanie się, gdy była blisko, zapalało u niej lampkę ostrzegawczą. — I ufam ci. Jakbym mogła inaczej? — pokiwała na boki głową. Zaufanie ciągnęło za sobą całą masę rzeczy, a przede wszystkim to, że nawet w najcięższym czasie nie miała zamiaru go skreślać. Po to tu stała i dyskutowała, aby dojść do jakiegoś konsensusu, aby walczyć o nich i o ich wspólną przyszłość, o której przecież tak marzyła. — Możemy przestać. Ale po prostu ze mną rozmawiaj. Nawet o pierdołach, o tym co ci leży na sercu. Albo wykrzycz mi to w twarz, jeśli tak będzie lepiej, ale po prostu nie milcz, Charlie — wyszeptała mu praktycznie że w usta, kiedy się do niej zbliżył. Odpowiedź na jej pytanie przyniosła niebywałą ulgę. Nawet jeśli podświadomie w to nie zwątpiła, to potrzebowała tego usłyszeć; że ta cała wymiana zdań nie sprawiła, że nagle zaczął myśleć o nich inaczej, że nie zaczął jej inaczej postrzegać. Odpowiedź była niczym plasterek na jej połamane serduszko, a długi pocałunek jak cały bandaż, który miał zasklepić je na nowo. Potrzebowała czułości, gwarancji, że w tej całej pojebanej sytuacji i zawiłych emocjach, dalej była miłość. Przez jej głowę przeszła myśl, czy nie odpuszczała zbyt szybko; ale jak mogła inaczej postąpić wobec osoby, którą kochała całą sobą? — Wyciągnijmy z tej rozmowy wnioski i obejrzyjmy film — poprawiła go, żartobliwie piorunując Charliego spojrzeniem. Nie powinni o tym zapominać, żeby nie wrócić do Toronto i nie znaleźć się znowu w punkcie wyjścia. W końcu na spokojnie usiedli na kanapie, a Blair oparła się głową o jego biceps, przyglądając, jak wybierał film. — I jeśli mam być szczera, to nie wiem czy jutro zwlekę się na ten spacer po rogaliki — stwierdziła po chwili rozmyślań. Zmęczył ją jak nigdy, choć zazwyczaj robił to w o wiele przyjemniejszy sposób. — Może po prostu przejdziemy się gdzieś po południu? Po drodze widziałam, że niedaleko jest jezioro. Może być ładnie, skoro już w Toronto wiosna zaczęła rozkwitać — zagadnęła, żeby na szybko zaproponować mu alternatywę. Chciała mu dać przestrzeń, ale jednocześnie chciała spędzić z nim czas na tym wyjeździe. Brakowało jej tego.
you're my home
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Możemy przestać. Ale po prostu ze mną rozmawiaj. Nawet o pierdołach, o tym co ci leży na sercu. Albo wykrzycz mi to w twarz, jeśli tak będzie lepiej, ale po prostu nie milcz, Charlie. - Będę rozmawiał, obiecuję - odparł na jej słowa, mimo że obietnica wcale nie płynęła prosto z jego serca. Powiedział to tylko dlatego, że doskonale wiedział, co Blair chciała w tej chwili usłyszeć i co ostatecznie mogło zażegnać ich konflikt. Cóż, wyglądało na to, że musiał zacząć kłamać lepiej, albo po prostu schować wyrzuty sumienia głęboko do kieszeni i mówić jej dokładnie to, czego potrzebowała. Tak jak teraz. Choćby miał zdobyć Oscara za najlepszego aktora w filmie Nie kłam, kochanie: Toronto edition. Było to bardzo brutalne i wyrachowane myślenie wobec kobiety, która zrobiłaby dla niego wszystko - dlaczego więc to robił i brnął w kłamstwa dalej, zamiast zakończyć tę farsę? Och, to akurat proste, łatwiej było założyć maskę i grać idealnego narzeczonego, niż stanąć w obliczu prawdy jako nielojalny kłamca. Zwłaszcza, że gdy chwilę później odwzajemniła jego pocałunek, poczuł coś na kształt natychmiastowego znieczulenia i upragnionego zawieszenia broni, no i Charlie, oczywiście, chwycił się tej szansy całym sobą, mimo że w ogóle na nią nie zasłużył. Ten pocałunek faktycznie przypominał plaster naklejony na całą ich relację, mimo że rana pod spodem ciągle była głęboka i żaden prowizoryczny opatrunek nie zdołałby zatamować krwawienia.
Wyciągnijmy z tej rozmowy wnioski i obejrzyjmy film. - Wnioski, racja - zawtórował jej, posyłając brunetce uśmiech. Ta jego narzeczona potrafiła być cholernie bystra, serio, nawet kiedy była cholernie wykończona po całym dniu i niedawnej kłótni, i ten drobny przytyk doskonale mu o tym przypomniał. - Zgoda, wyciągamy wnioski i oglądamy - przytaknął i pokiwał głową, mimo że nie chciał myśleć o wnioskach. Doskonale znał te wnioski. Powinien kłamać lepiej. Jednak, oczywiście, nie powiedział tego na głos, bo chciał spokojnie przespać tę noc i spędzić z Blair miły wieczór.
Najwyraźniej jednak jakieś wnioski zostały wyciągnięte, bo gdy tylko usiedli na kanapie, nadeszła spokojna, domowa normalność. Blair oparła głowę o jego ramię, a Charlie bezmyślnie przeglądał bibliotekę Netflixa w poszukiwaniu czegoś interesującego, przy okazji całując brunetkę gdzieś w okolicy skroni. Po kilku minutach przeglądania w końcu włączył pierwszy lepszy serial - Problem Trzech Ciał, gdyby to kogoś interesowało - bo żadne z nich i tak nie zamierzało pilnie śledzić fabuły, mimo że brzmiała obiecująco. No dobrze, to Charlie nie planował pilnie śledzić fabuły pierwszego odcinka, bo delektował się tym całym słońcem wychodzącym po burzy, czyli ciszą między nimi i bliskością. Nawet nie zarejestrował, kiedy zaczął bezwiednie błądzić dłonią po ramieniu, talii i udzie Blair, bo to było między nimi po prostu naturalne, tak samo jak mruganie albo oddychanie. No i znów ciepło jej ciała uświadomiło mu, jak niewiele brakowało, by to wszystko stracił. Blair przesunęła się nieznacznie, wygodniej układając się w jego ramionach, a Charlie automatycznie zacieśnił uścisk i pocałował ją ponownie, tym razem w czubek głowy. Pachniała ich domem - świeżym praniem i czymś jeszcze - zapachem, który od lat oznaczał dla niego bezpieczeństwo. No i kiedy na ekranie migały kolejne sceny chińskiej rewolucji kulturalnej i jakieś skomplikowane teorie fizyków, on skupiał się tylko na rysowaniu wzorów na jej skórze, bo skoro dostał to swoje zawieszenie broni, to zamierzał z niego skorzystać.
Jedna z głównych bohaterek właśnie zaczynała widzieć dziwne cyfry przed oczami, kiedy Blair odezwała się ponownie. I jeśli mam być szczera, to nie wiem czy jutro zwlekę się na ten spacer po rogaliki. - Od tego masz mnie - mruknął z uśmiechem, dalej gładząc ją po udzie. - Przyniosę ci te rogaliki prosto do łóżka - dodał ciszej prosto do jej ucha. Przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić po dzisiejszym rollercoasterze emocjonalnym. Albo przynajmniej tyle mógł zrobić, żeby uspokoić swoje własne wyrzuty sumienia. Może po prostu przejdziemy się gdzieś po południu? Po drodze widziałam, że niedaleko jest jezioro. Może być ładnie, skoro już w Toronto wiosna zaczęła rozkwitać. Propozycja brzmiała kusząco. Spokojny poranek i aktywne popołudnie. - Brzmi obiecująco, jestem za - odparł na jej propozycję, kątem oka podziwiając nanowłókna, które właśnie dawały popis na ekranie telewizora.
No i kiedy pierwszy odcinek serialu dobiegł końca, zgasili telewizor i przenieśli się do sypialni. Wykąpali się osobno - najpierw Blair, a zaraz po niej Charlie. Gdy po kilkunastu minutach w końcu wszedł do sypialni, wycierając włosy ręcznikiem, w pokoju panowała już absolutna cisza, bo w czasie jego nieobecności Blair zdążyła zasnąć. Leżała na boku, wtulona w poduszkę, z twarzą częściowo przesłoniętą pasmami ciemnych włosów. Chwilę przyglądał się jej w milczeniu, zanim powiesił ręcznik na drzwiach, po czym wsunął się pod kołdrę i ostrożnie, byle tylko jej nie wybudzić, przyciągnął Blair do swojej klatki piersiowej. Wtulił się w nią mocno, schował nos w jej karku i zasnął, niemal od razu, uciekając od natrętnych myśli, które nie chciały opuścić go od momentu, gdy tutaj przyjechali.
Gdy kilka godzin później otworzył oczy, słońce leniwie przedzierało się przez szczeliny w roletach. Spojrzał na zegarek - była dopiero, albo aż, siódma. Blair wciąż smacznie spała, cicho i miarowo oddychając. Wyglądała bardzo spokojnie i tak niewinnie, że nie chciało mu się zwlekać z łóżka, ale coś jej wczoraj obiecał, tak? Dlatego bez gwałtownych ruchów wysunął się spod kołdry i wstał. Zarzucił na siebie sportowe ubrania, zawiązał sznurówki i wymknął się z domku na poranny jogging i wizytę w piekarni. No i dopiero gdy był na zewnątrz zdał sobie sprawę, jak bardzo potrzebował tego wyjścia. Potrzebował rześkiego powietrza i fizycznego wycisku, żeby przewietrzyć głowę i przemyśleć całą tę sytuację, mimo że od kilku dni wniosek był jeden - nie mógł jeszcze powiedzieć jej wszystkiego - dlatego nie wiedział, czemu ciągle wracał do tego myślami. Biegł przed siebie, narzucając sobie mordercze tempo, jakby próbował uciec przed samym sobą, no i dopiero gdy zobaczył przed sobą szyld piekarni, zwolnił i skierował się w jej stronę. Cel był jasny. Rogaliki. Chwilę później wyszedł z piekarenki z papierową torbą pełną świeżych, wciąż parujących maślanych croissantów. Mission completed. Skoro miał zamiar udowodnić Blair, że znowu grają do jednej bramki, zamierzał zacząć od małych kroków. Od rogalików, jak durnie by to nie brzmiało.
Po powrocie wziął ekspresowy, chłodny prysznic i z ręcznikiem przewiązanym wokół bioder przeniósł się do kuchni, gdzie zaczął przygotowywać śniadanie. Na tacy położył talerz z jeszcze chrupiącymi croissantami, obok wylądowały dwie miseczki, jedna z konfiturą, a druga z miodem, a całość dopełnił talerz pełen owoców - ot, truskawki, maliny, borówki i jeżyny. Do tego... filiżanki z kawą. Czarną. Po chwili namysłu dorzucił jeszcze dzbanuszek z mlekiem, na wszelki wypadek, gdyby Blair nie miała ochoty na czarną kawę. Gdy skończył, złapał tacę w dłonie i skierował się z powrotem do sypialni. Pchnął biodrem drzwi i wszedł do środka akurat w momencie, gdy Blair (chyba) zaczynała się przebudzać. - Dzień dobry - zaczął, po czym podszedł do łóżka i ostrożnie postawił tacę na pościeli. Pocałował Blair przelotnie na powitanie, po czym usiadł obok niej i zerknął na francuskie śniadanie, które jej zaserwował. - Prawie jak w Paryżu rok temu, pamiętasz? - zagadnął z uśmiechem, po czym podał jej filiżankę kawy. Ach, Paryż. Zaczynał żałować, że śniadania jedli zazwyczaj w hotelowych lub przydrożnych restauracjach zamiast w hotelowym łóżku, bo widok zaspanej narzeczonej w koszuli nocnej był wart grzechu.
𝑔𝑖𝑟𝑙𝑏𝑜𝑠𝑠
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie chciała roztrząsać dzisiejszej rozmowy, mimo że dobrze wiedziała, że wróci ona do niej w najmniej odpowiednim momencie. To co zostało rzucone nie ulotniło się wraz z latającym w powietrzu kurzem, choć teraz, po wyrzuceniu wszystkiego, co jej ślina na język przyniosła, miło było tkwić w jego mocnym uścisku i przez chwilę zapomnieć, że wyrządzili sobie nawzajem naprawdę sporą przykrość; bo w tym wszystkim było jednak coś oczyszczającego. Być może przejawiała się przez to szczerość, na którą nie potrafili się od dłuższego czasu zdobyć, nawet jeśli nie wszystko zostało dzisiaj powiedziane. Musiała chłodno myśleć, aby nie ponieść się dalej emocjom, ale też żeby to wszystko nie poszło na marne. Skoro nie znali się od wczoraj, to Mayfield miała świadomość, że Charlie lubił ją udobruchać i załagodzić konflikty, byle przestała się wkurzać. Zdarzało mu się ignorować to, co było dla niego niewygodne, a ona w kontrze przeciwko niemu, nie dawała tak łatwo o tym zapominać, zwłaszcza jeśli coś było ważne. I oprócz tego małego przytyku, dzisiaj również chciała odpuścić, dając im odetchnąć chociaż w ten jeden wieczór, jeden weekend, którego od dawna im brakowało. Bez firmowych kryzysów, bez telefonów potwierdzających sprawy, bez osób trzecich, które zakłócają ich spokój i kradną wzajemną uwagę. Bez myśli i tematów o jebanej Teneryfie, o ślubie zbliżającym się wielkimi krokami, bo to co leżało jej na sercu, zostało dzisiaj powiedziane — nawet jeśli w ogólnym rozrachunku czuła się z tym źle, bo postawił ją pod ścianą, przez co wychodziła na histeryczkę, atencjuszkę i dodatkowo niewdzięczną narzeczoną, skoro tak ciężko pracował, a ona nie potrafiła tego docenić.
Westchnęła cicho, skupiając się na czytaniu tytułów z ekranu, byle tylko zająć swoje myśli i przestać zawracać sobie głowę zdarzeniami sprzed godziny. Nawet jeśli ciężko było skupić się jej na fabule serialu, to zmuszała się do tego, aby zbytnio nie odbiegać myślami w chmury. Przyjemny dotyk na jej ramieniu, a później udzie, szybko zaczął ściągać wszelkie troski. Coraz bardziej zatapiała się w jego ramionach, które od lat dawały jej poczucie bezpieczeństwa i możliwość schronienia się przed złem świata. Ramiona osoby, która dobrze wiedziała, jak ją rozweselić, pocieszyć, jaką herbatę zaparzyć, gdy denerwowała się pracą, kiedy przytulić, mimo że twierdziła, że wszystko było w porządku. Przez chwilę bardziej skupiła się na obserwowaniu męskiej dłoni błądzącej na jej nodze niż fabule, która rozgrywała się na ekranie. Byłaby w stanie przysnąć na kanapie, po tym całym emocjonującym dniu, a zamiast tego odezwała się, wykazując zainteresowanie wszystkim, tylko nie snem. Uśmiechnęła się na ciche słowa przy swoim uchu, czując jak serce mocniej jej zabiło. Uwielbiała te małe gesty, na które czas mieli zazwyczaj właśnie na wyjazdach — jak przynosił jej kawę do łóżka, budził słodkimi pocałunkami po powrocie z porannego biegania. Lubiła, że mogli razem zjeść posiłek w czterech ścianach, kompletnie nieogarnięci, bez pośpiechu i celebrując wspólny czas. Uniosła lekko głowę i trzema, miękkim pocałunkami obdarowała jego żuchwę, nim zwrócił na nią uwagę, przenosząc spojrzenie prosto w jej oczy. — Dziękuję, jesteś kochany — powiedziała, dosięgając do jego ust, aby po raz kolejny tego wieczoru, złączyć je w spokojnym, lecz czułym pocałunku. Po tej całej kłótni, słodkie czułości miały w sobie więcej niewypowiedzianych emocji niż zazwyczaj, ale być może właśnie dzięki temu, tak bardzo miała ochotę co rusz do tego wracać?
Miała ambicję by doczekać momentu, w którym Charlie wróci do sypialni, jednak po szybkim prysznicu i podsuszeniu włosów, położyła się do łóżka i nawet nie potrafiła stwierdzić, kiedy dokładnie zasnęła. Przebudziła się dopiero w środku nocy, kiedy w pokoju panowała błoga cisza i ciemność, oświetlona jedynie niewielkim światłem księżyca, które wpadało przez okno. Czuła ciasno oplatające ją ramiona i nawet nie potrafiła wyobrazić sobie momentu, w którym ten wieczór mógłby skończyć się inaczej. Jakby leżeli odwróceni do siebie tyłkami, śmiertelnie na siebie obrażeni i z niepewnym jutrem. Jej głowa dość szybko się rozbudziła i po paru minutach nieustannego zmuszania się do ponownego zaśnięcia, w końcu odpuściła. Delikatnie obróciła się przodem w kierunku Charliego, uważając, aby nie wybudzić go ze spokojnego snu i przyjrzała się narzeczonemu. Hamowała się przed roztrząsaniem tego wieczoru, jednak jej myśli błądziły w kierunku tego, co czekało ich jutro — albo w bliżej nieokreślonej przyszłości, bo gdy zaczęła teraz o tym myśleć, to nie do końca wiedziała, dokąd zmierzają. Sama nie chciała robić czegoś pod dyktando innych, już w ostatnim czasie szczególnie zaczęło przeszkadzać jej to, że ich rodzice ciągnęli za sznureczki ich związku. Marzyła, żeby je odciąć, zabrać im jakąkolwiek decyzyjność, nawet na temat głupich kwiatów, które miały ozdabiać salę. Patrzyła na pogrążonego w śnie mężczyznę i zastanawiała się, czy byli w stanie przebić się przez to dyktando, żeby zrobić wszystko tak, jak chcieli i jak lubili; czyli w spokojnych warunkach, bez wystawiania się na świecznik całej śmietanki towarzyskiej, zostawiając tę chwilę, która miała być najpiękniejsza w całym życiu, tylko dla nich. Bo od kiedy rzucił pół-żartem o Las Vegas, była skłonna to zrobić, byle zaprzeczyć każdemu wymaganiu i całej profesjonalności, którą od nich wymagano. Przez dobre czterdzieści minut błądziła myślami po różnych tematach, a w końcu zmęczona samą sobą zasnęła, budząc się dopiero rano, wyciągając się jak kot na słoneczku i czując, jak jej powieki były zbyt ciężkie, aby zacząć dzień. Zdobyła się jedynie na wyciągnięcie ręki w bok, upewniając się w swoim przekonaniu, że Charliego obok nie było i oplotła się szczelniej kołdrą, dając sobie jeszcze chwilę, aby się zwlec. I jakie było to piękne, że nie musiała wstawać z łóżka, bo wszystko co ją interesowało przyszło do niej. Dopiero słysząc głos narzeczonego, otworzyła zaspane oczka i leniwie uśmiechnęła się na widok, który zastała. — Możesz mnie tak codziennie budzić? Jeszcze z takimi widokami? — zagadnęła po krótkim, powitalny buziaku i przetarła oczy, zaraz lekko unosząc się na łokciach w akompaniamencie ziewnięcia, którego nie udało jej się stłumić. — Pamiętam. Lało przez pół wyjazdu, więc leniliśmy się jak nigdy przez dwa dni — zaśmiała się cicho, bo mimo że uwielbiała zwiedzać, chodzić po miastach i chłonąć wszelkie widoki, tak pamięta, że był to jeden z tych wyjazdów, z którego wróciła najbardziej wypoczęta. Podniosła się lekko do siadu, uważając na tacę ze śniadaniem, nie dostrzegając jak ramiączko od piżamy nieco zsunęło jej się z ramienia. — Dziękuję. Wszystko wygląda wspaniale — rzuciła, przejmując od niego filiżankę z kawą, biorąc łyka napoju w jego najbardziej podstawowej postaci; bo lubiła latte na owsianym, tak samo jak czarną jak smołę kawę, która rano najlepiej stawiała na nogi. W akompaniamencie z takim śniadaniem nie mogło być lepiej. — Nawet nie wiem, kiedy wczoraj zasnęłam — przyznała z rozbawieniem. Nieczęsto zdarzało jej się odpaść aż tak szybko, wręcz szybciej niż niemowlak, jednak wcześniejsze mizianie przez Charliego i późniejszy ciepły prysznic, zdecydowanie sprzyjały atmosferze szybkiego zaśnięcia. — Jak się biegało? — zagadnęła, przyglądając się chwilę Marshallowi. Zanim cokolwiek zje, musiała się nieco rozbudzić, bo po oczach nadal czuła, że bez problemu mogłaby pójść dalej spać; jednak spędzenie tego dnia z Charliem było zdecydowanie bardziej kuszącą opcją niż dalsze przekręcanie się z boku na bok.
handsome
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Rimanere a letto ancora un po'
E sentirti giù in cucina che
Gia prepari il mio caffè
Zapach świeżo parzonej kawy i chrupiących croissantów szybko wypełnił sypialnię - poranek idealny, można by rzec. Przyglądał się Blair, gdy mrużyła oczy przed słońcem i przecierała twarz, wciąż będąc w połowie w krainie snów. Wyglądała tak... naturalnie i bezbronnie, że na moment zapomniał o całym świecie poza tym łóżkiem. - Jak ładnie poprosisz to rozważę tę sugestię - zaśmiał się, przyglądając się, jak Blair zaczęła się leniwie przeciągać na łóżku. Uwielbiał te ich powolne, niespieszne poranki, gdy świat zwalniał, a czas przestawał mieć znaczenie. Co prawda, poczucie winy po wczorajszym wieczorze nie znikło jeszcze całkowicie, zwłaszcza gdy do jego świadomości dobijała się jedna, cholernie niewygodna myśl. No bo, cholera, jak mógł siedzieć tutaj, podawać jej kawę do łóżka i udawać idealnego faceta, kiedy jeszcze niedawno jego dłonie błądziły po ciele innej kobiety? Wyglądało na to, że była to przerażająca prawda o nim samym - kiedy był z Blair, istniała tylko ona. Jej zapach, jej uśmiech. A kiedy był z tą drugą - świata poza tamtą nie widział. Przerażała go ta rzeczywistość, ale dzisiaj nie chciał wracać do wczoraj i rozpamiętywać wszystkich swoich moralnych rozterek. Chciał poświęcić ten czas wyłącznie swojej narzeczonej, spędzić z nią idealny, spokojny dzień i w końcu trochę ją rozpieścić, żeby zrekompensować jej ostatnie ciche dni. Nawet przypomniał sobie o prezencie dla Blair, który grzecznie czekał w jego walizce na odpowiedni moment. - Z perspektywy czasu myślę, że ta pogoda to była najlepsza rzecz, jaka nas tam spotkała - przytaknął, dalej wspominając tamten paryski wyjazd. No i nagle przyszło mu do głowy, dlaczego coraz rzadziej urządzali sobie takie krótkie wycieczki? Przecież... nie musieli nawet opuszczać Kanady, tak wiele rzeczy było tutaj do zobaczenia. Chociaż... Europa była kusząca. Może teraz, zamiast Paryża, powinni uciec na Sycylię? Poczuł nagłą, niemal fizyczną tęsknotę za upalnymi, włoskimi nocami, zapachem rozgrzanej ziemi i aromatycznym espresso wypijanym o poranku w drewnianej altanie, wokół której rosły dojrzałe, ciężkie cytryny. Tam nikt by ich nie znalazł. Ani jego rodzina, ani Teneryfa, ani formalności ślubne.
Kiedy Blair usiadła na łóżku i koronkowe ramiączko koszulki nocnej zsunęło się z jej ramienia, Charlie bezwiednie zerknął w tamtym kierunku i przeciągnął po nim powolnym, uważnym wzrokiem. Ojej. Ojej, ups. A więc dalej cieszyły go takie szczegóły? Hmm... Dziękuję. Wszystko wygląda wspaniale. Gdy Blair ułożyła się wygodniej i uniosła filiżankę do ust, uśmiechnął się do niej ciepło. Naprawdę lubił sprawiać jej przyjemność. Lubił widzieć błysk zadowolenia w jej oczach, kiedy czuła się zaopiekowana i kiedy jej ramiączko zwisało bezwiedn... Co? Cholera, może ten poranek był znakiem? Może miał mu przypomnieć, co tak naprawdę było najważniejsze? Że najważniejsze było to, co miał na co dzień, i że nie powinien tego wszystkiego zaprzepaścić? Zdecydowanie powinien docenić to, co miał. A miał właśnie obok siebie przepiękną, mądrą kobietę, która nawet nie zdawała sobie sprawy, jak na niego działała. Nawet nie wiem, kiedy wczoraj zasnęłam. - Mam wrażenie, że trzy sekundy po tym, jak wszedłem do łazienki - dodał z rozbawieniem. Faktycznie, szybko wczoraj zasnęła. Nie miał jej tego ani trochę za złe - widział przecież, jak była wykończona po całym dniu, a ciepły prysznic i leniwy odcinek serialu po prostu... dopełniły dzieła. Może tak było lepiej? Oboje odpoczęli i zasnęli, wtuleni w siebie.
Jak się biegało? - Pusto, rześko... zupełnie inaczej niż w mieście, wiesz? - odparł na jej pytanie dotyczące biegania, po czym westchnął. - Moglibyśmy częściej wyjeżdżać. Twoja kolej na zorganizowanie romantycznego weekendu - rzucił, po czym mrugnął do niej jednym okiem. Ta Sycylia brzmiała coraz lepiej w jego głowie i był cholernie ciekaw, czy Blair podłapałaby temat, gdyby teraz go wyciągnął. A może wzięliby cichy ślub na Sycylii...? Stop. Powinien przestać fantazjować, przynajmniej dopóki nie załatwi... pewnych spraw. Znowu miał wrażenie, że teraz niby wiedział, co powinien zrobić, ale bał się, że po powrocie do Toronto znów pomieszają mu się priorytety. Fuck.
Nagle przysunął się bliżej, nachylił nad nią i bez słowa wtulił twarz w zagłębienie jej szyi, jakby chciał ukryć swoje poczucie winy w jej włosach, kolejny raz podczas tego weekendu. Złożył tam jeden - a zaraz też drugi - powolny i miękki pocałunek, wdychając jej ciepły, znajomy zapach. Jednocześnie jego dłoń bezwiednie powędrowała na jej udo, gładząc materiał pościeli i szukając kontaktu z jej ciałem. Nie zamierzał rezygnować z tych drobnych czułości, o których ostatnio... cholera, zapomniał. Głupi był, dając się tak bez reszty pochłonąć rzeczom, które ostatecznie nie miały większego znaczenia, podczas gdy to bezpieczne ciepło miał na wyciągnięcie ręki. - Pójdę się ubrać - wymruczał w jej szyję, ale nawet nie ruszył się z miejsca. Jakoś tak... nie chciało mu się. Przylgnął do niej mocniej, pozwalając, by ta leniwa część poranka trwała jak najdłużej. - A pamiętasz Sycylię? - wymruczał jeszcze, zaciskając dłoń na jej udzie. Cóż, na Sycylii nie padało. Na Sycylii było bardzo gorąco.
𝐸𝑛𝑡𝑖𝑟𝑒𝑙𝑦 𝑀𝑖𝑛𝑒
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Cicho zaśmiała się na jego komentarz; nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, bo nawet nie spodziewała się, że ją tak odetnie. Przynajmniej obydwoje mogli się wyspać, teraz od rana mogąc nadrobić ewentualny brak rozmowy przed snem — chociaż czy po ostatnim czasie było to jakoś szczególnie doskwierające? Przez ostatnie miesiące Blair zdążyła się przyzwyczaić, że przed snem albo rozmawiali krótko i rzeczowo, albo wracał gdy już spała. Czuła dystans między nimi, choć teraz zdawał się on nieco skracać; nie zmienia to jednak faktu, że kompletnie nie była świadoma, a raczej zapomniała, jak małe, teoretycznie nic nie znaczące gesty bądź szczegóły, mogą działać na jej narzeczonego.
— Uroki małych miasteczek… a nawet zadupia, bo jesteśmy nawet na obrzeżach tego miasta — zaśmiała się, bo wyjechali w naprawdę spokojne miejsce. Przyjechali wczoraj na wieczór, więc nie mogła dostrzec zbyt dużo, ale nie mogła doczekać się wyjścia na zewnątrz i zaczerpnięcia świeżego powietrza. — Idealne warunki do biegania — zauważyła, bo dla niej takie warunki były najlepsze, chociaż z ich dwójki to nie ona była naczelną biegaczką. U niej było to sporadyczne, zwłaszcza w formie oczyszczenia umysłu, chociaż i tak wtedy wolała wybierać inne aktywności. Wolała iść wyciszyć się na jodze, wyżyć się uderzając piłkę paletką tenisową albo od padla. Moglibyśmy częściej wyjeżdżać. Nie mogła powstrzymać wymownego spojrzenia w jego kierunku, ale nie odezwała się ani słowem, nie chcąc rozpoczynać żadnego piekielnego tematu odnośnie jego ostatniego bywania w domu. Nie teraz, kiedy ledwo co wstała i było… naprawdę dobrze. Mogłaby nawet rzec, że tak jak zawsze. — Skoro ewidentnie jest potrzeba na częstsze wyjazdy, to i następny musi być już niedługo — zastanowiła się na głos, żeby zdradzić, że nie miała zamiaru czekać. Trzeba było kuć żelazo póki gorące, więc już po powrocie będzie musiała zerknąć w ich wspólny kalendarz.
Wzięła kolejnego łyka kawy, odkładając ją zaraz na szafkę obok, żeby zaraz nieco zdziwić się nagłą bliskością od Charliego. Bez problemu mógł poczuć, jak serce zabiło jej kilka razy mocniej i zaraz zarzuciła mu ręce na ramiona, aby przyciągnąć go bliżej siebie, delektując się spokojem tej chwili i kilkoma, delikatnymi pocałunkami w zgięciu jej szyi, które lekko łaskotały jej skórę. Niezadowolona mruknęła cicho, kiedy powiedział, że pójdzie się ubrać, jednak całe szczęście nie ruszył się nawet o krok, nie zostawiając jej jedynie z chłodnym powiewem pustki po jego obecności. — A po co, daj spokój — rzuciła cicho, z niewielkim rozbawieniem, wolnym i delikatny dotykiem, przejeżdżając dłońmi z ramion w dół jego pleców, zaraz obejmując go w pasie, aby zablokować mu jakąkolwiek drogę ucieczki; jeśli będzie chciał gdzieś iść, to będzie musiał zmierzyć się z pasażerem na gapę, bo była w stanie uwiesić się n nim jak koala, byle przedłużyć tę poranną bliskość. — O Sycylii nie da się zapomnieć — stwierdziła z uśmiechem, czując bezpośredni dotyk jego dłoni na swoim udzie. Ta włoska wyspa niosła ze sobą coś więcej niż kolejne wakacje. Nie dawała o sobie zapomnieć, bo skutki tego wyjazdu ciągnęły się aż do dzisiaj i były widoczne na jej palcu; to było miejsce, które wspominała z szerokim uśmiechem, bo właśnie tam powiedziała pierwsze tak Charliemu. — Przepiękna wyspa, z cudownymi widokami i pięknym wschodem słońca — rzuciła, bo po długim wieczorze żegnali dzień wschodzącym słońcem, które wdzierało się do ich apartamentu przez wielkie okna. To były widoki, które Blair do dzisiaj miała przed oczami i w myślach wspomnienie tego dnia było dla niej nadal całkowicie żywe. — Może zamiast zdawać się na los rzutek, powinniśmy wrócić na Sycylię? — zasugerowała, łatwo podłapując temat i jednocześnie czytając z jego myśli. Zrzucając lekko pościel z jednej z nóg, aby przycisnąć ją bardziej do boku Charliego i powoli sunąc nią wzdłuż jego nogi. — Wiesz, ty, ja, zachód słońca, piknik z winem i owocami na kamienistej skarpie. Lokalna kuchnia, pyszne makarony, długie wieczory, krótkie noce — rozmarzyła się, jedną z dłoni przesuwając na jego szyję, delikatnym gestem opuszków przejeżdżając po jego karku, błądząc w tej okolicy palcami i rysując bliżej nie określone wzorki. Czuła to ciepłe powietrze i zapach sycylijskich pomarańczy. Gdziekolwiek by nie chciał pojechać, ona była w stanie to zaplanować, ale powrót do tego pięknego miejsca zdawał się być dobrym rozwiązanie, zwłaszcza jeśli we wczorajszej rozmowie padło, że raczej czeka ich rozmowa o przełożeniu tegorocznego ślubu.
italian fiancé
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
prima di fare l´amore
vesti la rabbia di pace
W takie poranki jak ten nadzwyczaj łatwo było pamiętać, dlaczego właściwie zakochał się w Blair Mayfield. Owszem, była jego wieloletnią przyjaciółką, a ich rodziny od zawsze dopingowały ten układ, ale... Charlie stracił dla niej głowę już w liceum. Kochał w niej między innymi to, jak potrafiła czytać z jego twarzy, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Kochał też jej wdzięk i klasę, które towarzyszyły jej na każdym kroku... Kochał nawet jej upór, z którym przyszło mu nieraz walczyć. Teraz, gdy poranne światło odbijało się w jej jasnych, przenikliwych oczach, tworząc kontrast z ciemnymi pasmami włosów rozsypanymi na poduszce, poczuł znajome ukłucie w sercu - tym razem należało ono do tych przyjemnych, które przypominały mu, dlaczego spośród wszystkich kobiet na świecie wybrał właśnie ją. Przyciągała go do niej niewidoczna siła, jakiś przeklęty magnetyzm... Niby nie wierzył w przeznaczenie, ale gdy trzymał ją w swoich ramionach, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ich dusze naprawdę związały się już dawno temu. Proszę przepięknie, będąc zahipnotyzowana twoim widokiem i oczarowana zapachem kawy. - No i jak mam odmówić w obliczu takich negocjacji? - zaśmiał się cicho. Gdyby tak dało się przewinąć czas do jutra, natychmiast uległby jej uroczej prośbie i przyniósł śniadanie do łóżka ponownie. - Przypominam tylko o prowizji dla szefa kuchni - mruknął prosto w jej skórę, po czym uniósł głowę i znacząco wysunął policzek w jej stronę, oczekując buziaka w ramach podziękowania.
Kiedy go dostał (albo i nie), uśmiechnął się, a jego dłoń powędrowała na talię Blair. Delikatnie ją do siebie przyciągnął, po czym sięgnął wolną ręką w stronę tacy ze śniadaniem, chwycił jedną z borówek i ostrożnie wsunął owoc prosto do jej ust. Zdecydowanie, bo gdyby nie deszcz to nie odpoczęlibyśmy aż tak, to po pierwsze, a po drugie, na zwiedzanie zawsze przyjdzie pora. Ach, ten deszcz... - To może wyobrazimy sobie, że dzisiaj też pada? - zaproponował z rozbawieniem, po czym sam również poczęstował się jednym z owoców. Chyba wylosowała mu się jeżyna. Przełknął owoc powoli, nie odrywając spojrzenia od przenikliwych oczu narzeczonej. Pomysł wcale nie brzmiał tak źle - chętnie wróciłby pod kołdrę i spędziłby z nią tak nie tylko cały poranek, ale też popołudnie... Możliwe, że wieczór również. Nagle ogarnęło go dziwaczne uczucie tęsknoty za ich dawną relacją, rozmowami do rana, podróżami i wszystkim tym, co ich łączyło jeszcze kilka lat temu. - Zgadzam się, wylosujmy coś na ślepo... Ja zakręcę globusem, a ty go zatrzymasz - zaśmiał się. Oczywiście, mówił o globusie, który stał na biurku w jego domowym gabinecie - czasem, gdy czuli nudę i znużenie, podchodzili do niego, wprawiali go w ruch i wybierali destynację całkowicie na oślep. No i... Charlie uwielbiał fakt, że budżet nigdy ich nie ograniczał, bo gdyby tylko zechcieli, mogli polecieć na drugi koniec świata, do Azji, Australii albo Nowej Zelandii, choćby jutro, nie przejmując się kosztami, a jedyne, co stało na przeszkodzie, to tylko cholerne firmowe grafiki i obowiązki, bo gdy tylko udawało się je zgrać, nic nie mogło ich zatrzymać. Aż przypomniał mu się wspólny wyjazd do Monako - nie byli wtedy oficjalnie parą, a jednak była w tym wszystkim niesamowita wolność wyboru siebie nawzajem. Mieli cały świat u stóp, nieskończony wybór, a i tak z jakiegoś powodu za każdym razem wybierali siebie. Pamiętał ten wieczór w jednym z klubów, kiedy natrętna blondynka proponowała mu spędzenie wspólnej nocy, a on bez wahania spławił ją, po czym podszedł do Blair i po raz pierwszy po licealnym zerwaniu wyznał jej miłość, mimo że w tym samym czasie wokół niej kręcił się jakiś uparty Alonso. Po tamtych wakacjach każde z nich co prawda znowu poszło w swoją stronę i oboje znów randkowali z innymi, ale gdy tylko odebrali dyplomy... znów zaplanowali wspólną podróż. Tym razem wyjechali na włoską Sardynię i to właśnie tam zaczęli być oficjalnie razem, bo bez względu na to, ile przerw sobie robili, po każdej z nich jego myśli i tak wracały tylko do niej. - Racja - przytaknął po chwili, wracając do rzeczywistości i zgadzając się z jej słowami o urokach małych miasteczek i zadupiów, na jednym z których się znaleźli. Nagle przechylił głowę na bok - gdzieś w myślach pomiędzy Monako a Sardynią pojawiło się natrętne wspomnienie wczorajszej dyskusji, które nie dawało mu spokoju. Teoretycznie nie chciał do tego wracać, ale praktycznie... te słowa, które wczoraj padły, wciąż mu ciążyły. - A może... chciałabyś następnym razem pobiegać ze mną? - zaproponował nagle. Brzmiało to niewinnie, ale w świetle ich ostatnich spięć i dystansu, był to z jego strony wyraźny krok naprzód. Propozycja wpuszczenia jej do tej części jego świata, którą dotychczas rezerwował tylko dla siebie i swoich samotnych ucieczek... To było coś. Skoro ewidentnie jest potrzeba na częstsze wyjazdy, to i następny musi być już niedługo. Słowa Blair sprowokowały go do następnego wyznania. - Wiesz... jak wrócę z Teneryfy i jak tylko Cherry wróci do pracy, od razu wezmę urlop - dodał, poważniejąc na moment, bo nie zamierzał całkowicie zamiatać wczorajszego tematu pod dywan. Gładził przy tym delikatnie jej talię i przyszło mu do głowy, że ta cienka koszulka nocna była całkowicie zbędna, ale nie chciał zmieniać tematu. - Nawet jeśli nie uda nam się nigdzie pojechać, albo jeśli ty nie będziesz mogła wziąć wolnego... Wezmę urlop. Naprawdę potrzebuję odpoczynku. Od wszystkiego - te ostatnie słowa wymruczał już do jej ucha, po czym musnął przelotnie ustami jej szyję.
Chwilę później, gdy usłyszał jej odpowiedź na informację, że zaraz pójdzie się ubrać, zaśmiał się pod nosem. A po co, daj spokój. W tym samym momencie Blair przejechała dłońmi po jego plecach i objęła go w pasie, uniemożliwiając mu ewentualną ucieczkę. - "Daj spokój"? Dobrze się panienka czuje, panno Mayfield? - skomentował z rozbawieniem, unosząc brew. Oczywiście, na taką reakcję liczył. Dokładnie tego potrzebował. Jej bliskości. O Sycylii nie da się zapomnieć. Przepiękna wyspa, z cudownymi widokami i pięknym wschodem słońca. Może zamiast zdawać się na los rzutek, powinniśmy wrócić na Sycylię? Ach, Sycylia. Przepiękna wyspa - to właśnie tam, na jednym z mostów z widokiem na Morze Jońskie, podjął najważniejszą decyzję w swoim życiu i poprosił Blair o rękę. Charlie sięgnął po kolejny owoc z tacy, przeżuł go powoli i pozwolił, aby palce Blair błądziły po jego karku, rysując na skórze niewidzialne wzory. Już zdążył zapomnieć, jak bardzo to było przyjemne i jak bardzo za tym... tęsknił. - Kusząca propozycja - odpowiedział powoli, rozkoszując się jej dotykiem, gdy przylgnęła do jego boku i zaczęła sunąć nogą po jego udzie. Wiesz, ty, ja, zachód słońca, piknik z winem i owocami na kamienistej skarpie. Lokalna kuchnia, pyszne makarony, długie wieczory, krótkie noce. O tak, długie wieczory i krótkie noce... Zwłaszcza ten ostatni aspekt, podszyty jej zmysłowym dotykiem, był dla niego bardzo istotny. - Powiedziałbym nawet, że bardzo kusząca... - wymruczał w jej szyję. Prowokowała go, a on nie miał najmniejszego zamiaru z tym walczyć. Wykorzystał moment, w którym była rozkojarzona własną opowieścią, i ostrożnie, dbając o to, by taca ze śniadaniem nie ucierpiała, pociągnął Blair na siebie. Pozwolił, by pościel zsunęła się całkowicie, gdy jednym płynnym ruchem pomógł jej zmienić pozycję tak, by usiadła okrakiem na jego udach. Górowała nad nim, a jej ciemne włosy opadały luźno na ramiona... Dlaczego była tak cholernie seksowna w tej swojej koszulce nocnej, z niesfornymi włosami i uśmiechem na ustach? Charlie oparł dłonie na jej biodrach i westchnął cicho, po czym nachylił się nieznacznie i jego wargi niemal otarły się o płatek jej ucha. - Nadal chcesz iść na ten spacer? - wymruczał, gdzieś pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, którymi akurat zaczął obdarowywać jej szyję, bo tak się składało, że całkowicie stracił ochotę na ubieranie się.
𝑙𝑎 𝑚𝑖𝑎 𝑏𝑒𝑙𝑙𝑖𝑠𝑠𝑖𝑚𝑎
-
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils cannieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
To wszystko zdawało się wygasnąć — a może wypalić? Blair dostrzegała problem w ich ślubie, organizowanym przez matki i wedding plannerkę, która chyba miała pannę młodą na szybkim wybieraniu. Czasami cieszyła się, że miała pracę taką, a nie inną i za pięć nieodebranych połączeń od którejś z kobiet, mogła zrzucić winę na spotkania, rozmowy, przetargi i inne rzeczy, na które ostatnio wypychał bardziej ją jej ojciec, jakby miała jeszcze za mało obowiązków na głowie. Miała nieodparte wrażenie, że w tym natłoku obowiązków wszystko zaczęło się sypać, a zwłaszcza w momencie kiedy zaczęli ulegać manipulacji i będąc zmęczeni dyskusjami z rodziną, poddali się przesądzonemu z góry losowi. Miała nieodparte wrażenie, że chaos wprowadziły urzeczywistniające się przygotowania — kiedy pojechała przymierzać suknię, pierwszy raz mając przed sobą obraz tego, co będzie miało miejsce za kilka miesięcy. I to nie tak, że przerażał ją fakt wzięcia ślubu z Charliem, a fakt, w jaki sposób miało się to wszystko odbyć.
Zaśmiała się cicho, odganiając z głowy niedobre wyobrażenia i skupiła się na tym, co było teraz — a musiała opłacić podatek za śniadanie do łóżka i były to zdecydowanie najprzyjemniejsze podatki, jakie przyszło jej zapłacić. Wychyliła się bardziej w jego kierunku, składając na policzku mężczyzny czuły, ale krótki pocałunek. Zaraz została bliżej przyciągnięta w jego kierunku, a serce zrobiło jej fikołka z emocji jak u nastolatki. Lekko musnęła jego palec, gdy włożył jej borówkę do ust, nie spuszczając z niego spojrzenia. — Ah, kwiecień plecień, znowu pada — westchnęła, rzucając rozmarzone spojrzenie w kierunku okna, za którym dzisiaj jak na złość była bardzo ładna pogoda i świeciło słońce, ale nie było to dla niej problemem, aby zwizualizować sobie trochę deszczu. Zwłaszcza jeśli miało to jej pomóc, aby zatrzymać narzeczonego w łóżku i sprawić, że w dalszym ciągu będzie trzymać ją tak blisko siebie.
Ekscytował ją fakt wyboru miejsca w tak losowy sposób — w końcu dzięki temu odkryli wiele naprawdę pięknych miejsc, udając się nie tyle co do dużych państw, ale i na pomniejsze wysypy, które natrafiły się pod ich palce. Nie ograniczali się w swoich wyborach, bo nie musieli. Obydwoje uwielbiali zwiedzać świat i gdy tylko nadchodziła ich upragniona luka w kalendarzach, nie mieli problemu, aby szybko się spakować i wyjechać, dopóki nikt nic od nich nie chciał. Tak było od zawsze, przez to półtora roku ich narzeczeństwa, wcześniejsze lata bycia po prostu razem, ale i nie tylko. Nawet gdy mieli ze sobą przerwę, będąc na dwóch różnych kontynentach, umawiali się się na wakacje, czasami zachowując się wtedy, jakby żadna rozłąka nie miała miejsca; bo miło było być w jego ramionach, podczas rejsu na bezkresnym morzu, bo zrzucenie przed sobą ubrań nie było problemem, aby wykąpać się w oceanie o trzeciej w nocy, bo w tych krótkich tygodniach przypominali sobie, że życie razem smakowało nieco bardziej słodko niż wtedy, kiedy byli osobno. I wśród pięknych ludzi, których spotkali na swoich wakacyjnych drogach, i tak w tłumie ludzi odnajdywali swoje spojrzenia, ignorując lepiące się blondynki i alvaro, którzy świecili swoimi klatami.
Blair była pamiętliwa, więc wczorajszy wieczór nie odszedł w zapomnienie, jednak mimo to, nieco łatwiej było jej o tym na chwilę zapomnieć, kiedy skutecznie zwracał jej uwagę na siebie swoją bliskością, której tak bardzo łaknęła. Jego nagłe słowa nieco przywołały ją do rzeczywistości. Spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, nawiązując z nim kontakt wzrokowy, aby utwierdzić się w przekonaniu, że to była rzeczywista propozycja. — Oczywiście, że chciałabym. Bardzo chętnie — odpowiedziała, uśmiechając się i w sercu czując coś na kształt ulgi. Tego uczucia spadającego kamienia, a przynajmniej jego częściowego odłamka, bo najwidoczniej ich rozmowa przynosiła skutki — Charlie podjął kroki, decydując się na wpuszczenie jej do swojego świata, a ona czuła się wręcz zaszczycona tym faktem. — Należy ci się wolne, kochanie — rzuciła, unosząc dłoń do jego twarzy, aby delikatnie pogładzić go po policzku. — Początek roku był do bani, dużo się działo i nic dziwnego, że tego potrzebujesz — dodała ciszej. Oprócz tego weekendu, ostatni raz na wakacjach byli pod koniec zeszłego roku, kiedy beztrosko jedli mango na hawajskiej plaży. Ona sama najchętniej uciekłaby gdzieś, żeby odpocząć, ale w myślach miała obraz swojego kalendarza, który był zapchany terminami na najbliższe trzy tygodnie.
Bez sensu było myśleć o tym, co będzie za jakiś czas. W tym momencie liczyło się to, czego doświadczali w obecnej chwili. Cicho zaśmiała się na jego zdziwienie, szczelniej obejmując go ramionami. — Czuję się fantastycznie, ale to dlatego, że jesteś tak blisko — stwierdziła otwarcie. Miała dobry humor, jakże mogłoby być inaczej? Dostała kawę i śniadanie do łóżka od narzeczonego w samym ręczniku, na dodatek dostała upragnioną bliskość oraz czułości, więc świat wydawał się znowu być piękny. — Więc sądzę, że poważnie może mi zaszkodzić, jeśli pójdziesz się ubrać — dodała, zbliżając się do jego ust, żeby zaraz krótko je pocałować, uświadamiając mu, co mógł stracić, gdyby tylko wyszedł z łóżka chociażby na kilka sekund. Oprócz tego, że przyjemnie było leżeć teraz razem z łóżku, to na dodatek przyjemne było wyobrażanie sobie leżenia na gorącej plaży, łapania ciepłych promieni słonecznych, a wieczorami korzystania z błogiego czasu, którego nikt nawet nie odważy się im zakłócić. Sama siebie kusiła tą wizją i gdyby nie fakt, że na początku tygodnia Charlie wylatywał, a ona musiała stawić czoła swojemu kalendarzowi, to zabrałaby ich obecne walizki i pojechała na lotnisko z nadzieją, że uda jej się kupić najbliższy bilet do Włoch na tu i teraz. Ta spontaniczna wizja wyglądała na zbyt piękną, aby mogła być prawdziwa. Straciła czujność na chwilę i ze zdziwieniem spojrzała na niego, gdy pociągnął ja na siebie. Czuła, że serce bije jej jak opętane i nie potrafiła go uspokoić, zwłaszcza jeśli czuła na swojej szyi wolne pocałunki. Palce jednej z dłoni wplątała w jego włosy, odchylając szyję i domagając się więcej. Nie chciała, aby przestawał, żeby oddalał się chociaż na milimetry. Czy chciała iść na spacer? To pytanie wydawało jej się wręcz absurdalne i straciłaby rozum, gdyby właśnie teraz postanowił zagrać na jej uczuciach i spełnić wczorajsze życzenie. Blair z wczoraj, a Blair z dzisiaj miały zupełnie inne potrzeby. Przeniosła dłonie na jego klatkę piersiową, nieznacznie popychając go, aby ułożyć się na plecach. Przesunęła się bliżej na jego biodra i przejechała dłońmi o dołu jego torsu wzwyż, po czym pochyliła się nad nim, podpierając się na rękach na jego klacie. — A chcesz iść na spacer w środku ulewy? — zapytała szeptem, prosto w jego usta, w końcu łącząc je w powolnym, ale namiętnym pocałunku. W końcu ustalili, że dzisiaj znowu padało, prawda? Nikt nie bronił im zostać w domu nawet i podczas ładnej pogody, ale wyobrażenie sobie tej paryskiej aury przywoływało miłe wspomnienia — na tyle miłe, żeby powtórzyć tę wycieczkę w kanadyjskich realiach i zostać w łóżku na długie godziny, bez skrupułów mogąc nacieszyć się sobą, po długim czasie braku wzajemnej bliskości, czego ewidentnie obydwojgu brakowało i przez chwilę mieć chociaż przeświadczenie, że tak naprawdę nic się nie zmieniło.
one and only