
Aiden był spokojny od dziecka. Co prawda, darł się wniebogłosy przez pierwsze miesiące swojego życia, aby później nauczyć się, że spędzanie czasu z samym sobą nie było złe. Potrafił sam bawić się klockami, wymyślać różne zadziwiające historie dinozaurów, a także usiąść do stoliczka i zacząć rysować milion laurek, które finalnie wylądowały tylko na drzwiach lodówki u babci. Potrafił bawić się z dziećmi, nawet często zaczepiał obce maluchy w piaskownicy, będąc otwartym na nowe znajomości, jednak czasami samotna zabawa była lepsza, gdy dopadały go dziecięce smutki z powodu dłuższej nieobecności rodziców. Po dwóch latach pojawiła się jego siostra, która z początku denerwowała go tym, że tylko leżała i nawet nie mógł się z nią pobawić. Wszyscy cierpliwie mu tłumaczyli, że potrzeba czasu, aby mała podrosła i będą mogli razem biegać — jednak dwulatek był zdeterminowany, aby pokazać jej świat tu i teraz. Czekał długi rok, aż dziewczynka zrobiła pierwsze kroki i jeśli wszyscy myśleli, że Aiden był ciekawym świata dzieckiem, to z pewnością nie doceniali, jaka może być druga pociecha młodych prawników. Dorastając, szybko zaakceptował, że sporo się różnili i był bratem na medal, który nie dał podnieść nawet małego palca na jego małą siostrzyczkę. Pokazywał jej zabawy, gonił ją z żabami w rękach na podwórku, ale też ocierał łzy i przyklejał kolorowe plasterki na obdarte kolana, pocieszając, że zagoją się one szybciej niż pojadą z rodzicami na wakacje. A było do czego odliczać, skoro ten raz w roku uwaga skupiała się na nich, a nie na stertach papierów znajdujących się w domowym gabinecie. Szybko jednak zrozumiał, że prawdziwe szczęście nie wynikało z tych sztucznych, rodzinnych wyjazdów, a z samego faktu posiadania pokrewnej duszy, nawet jeśli charakterami byli jak ogień i woda.
Czasy szkolne były dla niego jak rozmyty sen. Rodzice, a zwłaszcza ojciec, nakładali większą dyscyplinę, wyrywając dzieci z czasów, kiedy były mocno rozpuszczane przez dziadków. Miał nawijany makaron na uszy, że powinien solidnie przykładać się do nauki i narzucano na niego presję kontynuowania rodzinnego zawodu, często wspominając, że kiedyś będzie fantastycznym prawnikiem. Może dlatego, że już od dziecka umiał dobrze argumentować i bez skrupułów wypowiadać swoje zdanie? Zdecydowanie duży wkład w ten rozwój miała jego miłość do książek, które pochłaniał w niezdrowych ilościach. W opozycji do tego wszystkiego stali jego dziadkowie — przedstawiający mu dość sielankową wizję, że może być kim chce, ale też nie powinien marnować swojego potencjału. Nie zmuszali go do prawa, jednak sugerowali, że jeśli nie ten kierunek, to powinien wybrać coś innego, równie ambitnego. Presja najbliższego otoczenia była obciążająca, zwłaszcza jeśli gdzieś w głębi serca nie odczuwał potrzeby, aby być tym dobrym dzieckiem. Nie potrzebował poklepania po ramieniu, pustych słów, które nic nie znaczyły, bo rzucone w przestrzeń gratulacje nie miały w sobie większej emocjonalności, a od ojca nie usłyszał nigdy, że był on z niego dumny. Zawsze mogło być lepiej — bo dlaczego nie przyniósł piątki? Dlaczego nie wziął udziału w kiermaszu charytatywnym, aby zdobyć dodatkowe punkty? Dlaczego zignorował to nadprogramowe zadanie, które być może w przyszłości pomogłoby mu zaplusować na matematyce?
Liceum było okresem pierwszej poważnej miłości; z dziewczyną, w której zielonych oczach zakochał się od pierwszego wejrzenia. Spędzili razem całą szkołę średnią, a pod koniec… może to było impulsywne, ale chciał jej się oświadczyć. Nie widział poza nią życia, wiedział, że to była ta jedyna. Poinformował swoich rodziców, wplątując się w drakę z ojcem, która na dodatek pomieszana była z wypowiedzianymi na głos wątpliwościami apropo pójścia w kierunku prawa. Nie otrzymał ani grama akceptacji z jego strony, co strasznie do zdenerwowało. Jego anielskie pokłady cierpliwości wykończyły się i postanowił zrobić tak, jak sam chciał. Napisał końcowe egzaminy na wysokie wyniki, że najlepsza uczelnia prawnicza w Toronto przyjęłaby go z otwartymi ramionami, a to wszystko po to, aby utrzeć nosa temu staremu prykowi. To była jedynie połowa jego planu. Ta druga zakładała zaręczyny, o których gadał od pół roku. Może nie uklęknął z nie wiadomo czym, a jedynie jakimś tanim pierścionkiem z sieciówy, ale liczył się gest. Dziewczyna była wzruszona, mając w ostatnim czasie gorszy okres psychiczny w swoim życiu. Aby oderwać się od rzeczywistości, postanowili spakować się w plecak, aby wyruszyć na kilkumiesięczną podróż po Stanach. Miał oszczędności, które odkładał za niewielkie prace czy pieniądze, które dostawał na różne okazje. To była podróż życia, jednak jego narzeczona czuła się coraz gorzej. Dochodziły do tego problemy zdrowotne, o których wcześniej mu nie wspominała, aż jednego dnia wstał później niż ona, obudzony przez poruszenie w hotelu i dobijanie się do drzwi.
W czasie kiedy on smacznie spał, jego miłość życia skoczyła z ósmego piętra na ich balkonie, tym samym popełniając samobójstwo.
To zdarzenie sprawiło, że coś w nim pękło. Wrócił do Toronto, będąc od razu oskarżonym przez rodziców dziewczyny, że nie zajął się nią odpowiednio dobrze i odebrał im córeczkę. To był czas, kiedy dostał najwięcej wsparcia od swojej rodziny, choć ojciec dalej milczał, swoją otuchę sygnalizując poprzez nie dorzucanie swoich komentarzy do pieca. Te wydarzenia rozjebały go psychicznie, przez półtora roku chodził co tydzień na terapię, która teoretycznie przyniosła niewątpliwe skutki, jednak myślenie Aidena nie uległo drastycznym zmianom. Był przekonany, że nie zasługuje na miłość, a nawet ba, że prawdziwa, szczera i bezbolesna miłość nie istnieje. Z tyłu głowy zakotwiczyła mu się myśl, że skoro raz nie podołał, to druga szansa mu się po prostu nie należała. Nie chciał skrzywdzić kolejnej, niewinnej osoby.
Po rocznej przerwie po skończeniu liceum, zdecydował się iść na studia — na to nieszczęsne prawo, po drodze próbując przejść przez swoją healing era, ale nie przyniosło to takich rezultatów, jak każdy by oczekiwał. Wiedział, że oszukiwał swoją terapeutkę. Nie było to dobre rozwiązanie, ale nie mógł się powstrzymać. Zbyt bardzo nauczony był, aby dostosowywać się do czyiś wymagań, a i tutaj nie czuł się do końca swobodnie. Przez całe studia nie wszedł w żaden poważniejszy związek, skupiając się na przelotnych relacjach i uciekając za każdym razem, gdy zaczynało robić się poważniej.
Minęło już kilka lat od tego, jak jego życie wywróciło się do góry nogami. Jest młodszym prawnikiem w zaprzyjaźnionej kancelarii prawniczej i chciałoby się powiedzieć, że dalej szuka szczęścia w życiu — choć prędzej można byłoby to nazwać po prostu życiem z dnia na dzień.
— w tygodniu jest rannym ptaszkiem, zaczyna dzień od mocnej, czarnej kawy, za to w weekendy odbija sobie to poranne wstawanie i jeśli może, to zdarza mu się spać nawet do południa.
— od czasu sprzeczki z ojcem, ich relacja jest dosyć chłodna, a interakcje zachodzą tylko wtedy, kiedy są potrzebne. Nie czuje się mu winny za nic, ani za studia, ani za renomę, bo rodzina wykorzystała jego ciężki okres w życiu, aby zmanipulować go do powrotu do prawa.
— od czasu śmierci swojej narzeczonej, nie wierzy w prawdziwą miłość. Uważał to zjawisko za zbyt ulotne i kruche, aby móc znowu komuś oddać swoje serce.
— wieczorami pyka w gierki na konsoli, aby oczyścić myśli po ciężkim dniu w pracy.
— miłość do książek została mu do dzisiaj, jednak nie ma zbyt wiele czasu na czytanie. Stara się jednak pilnować tego, aby przed snem przeczytać chociaż dziesięć stron.
