-
What comes after love?
I wanna know there's something for me after us
I don't think my heart was made to break this much
Tell me there is happy ever after love
Tell me there is happy ever after usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Wydaje mi się, że wtedy nagromadziło się za dużo złych emocji, trudnych chwil, które nas po prostu przerosły. I zamiast jakoś to ogarnąć poszliśmy po najmniejszej linii oporu. Pewnie kwestie niestety zaczyna się rozumieć zdecydowanie za późno, a potem nie ma do czego już wracać.
Gdyby teraz posiadali tę wiedzę, dziś być może to ona paradowałaby dumna po mieście z pierścionkiem zaręczynowym. Wybierała suknię ślubną i wymarzoną podróż poślubną. Ale wtedy, w nerwach, miała bardzo wąskie pole widzenia, czubek własnego nosa i swoje problemy. One były najważniejsze.
- Nie sądzisz, że lepiej tego nie roztrząsać? - Zaplotła dłonie na plecach nie wiedząc, co z nimi zrobić. - Nawet jeśli faktycznie, jest sporo racji w tym, co mówisz, to już jest za nami. Lepiej skupić się na teraźniejszość, bo łatwo stracić te ważne obecnie momenty.
Nauczyły ją tego ostatnie miesiące i obserwowanie jak babcia nie jest w stanie pozbierać się po śmierci swojego męża. Każda śmierć jest bolesna, chociaż być może ją to ominie? Nic nie wskazywało, by w najbliższej przyszłości poznała tego jedynego. Wierzyła, że tą osobą był właśnie Tucker, a być może podświadomie wciąż tak uważała. Dlatego tak trudno odnajdywała się w tych paru związkach, jakie miała na przestrzeni ostatnich lat. Nieświadomie porównywała każdego z nich do Tuckera?
- Naprawdę to doceniam - zdobyła się na lekki uśmiech, żeby atmosfera nie była za ciężka. W końcu to w zasadzie było ostatnie chwile, gdy ze sobą rozmawiają. Po pożegnaniu nie będzie powrotu. Staną się dla siebie obcymi ludźmi mijającymi się na ulicy bez słowa.- Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć tobie i twojej wybrance wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia - dodała siląc się na miły ton głosu, robiąc dwa kroki do przodu.
Jeśli mieli się rozstać się już tak na poważnie i ruszyć dalej z czystymi kartami, to nie wypadało łypać na siebie z drugiego kąta pokoju. Przynajmniej ona to tak widziała, chociaż tak cholernie trudno było być tak blisko i jedynie móc się uśmiechać.
- Mój dziadek do samego końca wierzył, że jednak się zejdziemy - wyrwało jej się nim zdążyła ugryźć się w język- chociaż mówiłam mu, że to się nie wydarzy.
Tucker Darby
-
Sooner or later, you'll find out. I live in a pattern of breakdowns. You'll bend to my silence, it's so loud and then you'll lose me to the crowd
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3osczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Gdy zrobiła dwa kroki w jego stronę, poczuł jak mięśnie mimowolnie napinają mu się w ramionach. Ten niewielki ruch nagle skrócił dystans, który przez cały wieczór próbował utrzymywać. A potem padły życzenia i jego spojrzenie natychmiast przygasło. Przez sekundę wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale chyba najzwyczajniej w świecie zabrakło mu odwagi. W końcu wypuścił powoli powietrze. — Tak właśnie powinienem odpowiedzieć, prawda? — na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Nie był szczęśliwy. Nie był nawet przekonujący — Podziękować i powiedzieć, że też życzę Ci wszystkiego najlepszego. Uśmiechnąć się i pozwolić Ci wyjść — pokręcił głową i przesunął dłonią po karku — Tylko że od kilku godzin próbuję robić to, co powinienem i jakoś cholernie mi to nie wychodzi — spojrzał jej prosto w oczy, tym razem nie uciekł wzrokiem. Mimo wszystko odpuścił. Odwrócił się o kilka stopni nie chcąc budować napięcia. Bał się, że zrobi coś głupiego, bo przy Sorayi nie potrafił się kontrolować.
— Brzmi jak on — odezwał się cicho, wspominając o jej dziadku. Przypomniał sobie starszego mężczyznę siedzącego na werandzie, rzucającego mu te wszystkie znaczące spojrzenia i komentarze, których wtedy uparcie nie chciał słuchać. W tamtym czasie wydawało mu się, że wszyscy wokół przesadzają. Że życie po prostu toczy się dalej. Teraz nie był już tego taki pewien — Twój dziadek zawsze miał irytującą tendencję do mówienia rzeczy, które później okazywały się prawdą — parsknął cicho, choć w jego głosie nie było rozbawienia.
Soraya Cano
-
What comes after love?
I wanna know there's something for me after us
I don't think my heart was made to break this much
Tell me there is happy ever after love
Tell me there is happy ever after usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Logicznie tak powinno być. On się żenił, a ona pozostawała echem przeszłość zakończonej burzliwie oraz boleśnie. Na dobrą sprawę, wcale nie powinna tu przychodzić, a pośpiech to najgorszy doradca. Pomimo tego na swój sposób cieszyła się z możliwości ponownego spotkania, nawet jeśli to bolało.
- Najpewniej skończyłoby to inaczej, co do tego się zgadzamy - przytaknęła.
Nic więcej nie dało się dodać w tym temacie. Mogli gdybać do rana, bez efektów. Najgorsze w tym wszystkim było, to że chociaż zachowywali się dość neutralnie, to dało się wyczuć subtelną nadzieje. Ale na co? Przyjaźń raczej nie by nie wyszła.
- To jest za nami - poprawiła go, bo zaczynała się wahać w swoich postanowieniach. Tucker skutecznie, nie świadomie, podkopywał jej wiarę, że ich czas minął.
Nie wchodzi się dwa razy o tej samej rzeki, jak mówiło przysłowie. Cichy głosik w jej głowie, niestety, szeptał, żeby nie odpuszczać. Skoro pojawiały się u niego wątpliwości, to to obecna narzeczona nie spełniała do końca wszystkich oczekiwań? A ślub był tylko po to, żeby o niej, Sorayi, próbować zapomnieć? Pojawienie się takich myśli nie wróżyło niczego dobrego, zwłaszcza że byli za blisko.
Zmniejszyła dystans, bo miało to wyglądać po przyjacielsku, a znów coś poszło nie ta. Bliskość Tuckera utrudniała racjonalne myślenie i bezpieczne odpowiedzi. Zacisnęła mocniej skrzyżowane za plecami ręce, by nie dać się porwać chwili, chociaż niebezpiecznie ją to kusiło.
- Dasz rade, na pewno jakoś to sobie poukładać - starała się zabrzmieć w miarę neutralnie, ale też nieco przekonywująco. Czy jej się udało tego nie wiedziała, bo nie była najlepsza w udawanie. - Ostatecznie dziadek chociaż raz nie miał racji. W sumie nie powinnam tu przychodzić, bo niepotrzebnie tylko mieszam - powiedziała w końcu. Nie chciała, ale nie widziała innej opcji, by Tucker przestał się miotać jak lew w klatce. Inaczej żadne z nich tak na prawdę nie ruszy dalej z miejsca. - Pójdę już, tak będzie najrozsądniej. Mimo wszystko miło było się spotkać, to trzymaj się - uśmiechnęła się po raz ostani i nie czekając na nic odwróciła się na piecie.
Chociaż kierowała się do drzwi z wyprostowaną sylwetką, czuła jak oczy zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do płaczu. Ich już nie było. W teorii wszystko było w porządku, prawda? Prawda?
Zt x2