-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz miała świadomość, że już ich nie było.
Pogrzeb odbył się niedawno, ale i tak zdecydowanie później, niż to normalne. O ile można mówić o normalności w kwestii konieczności chowania własnych rodziców będąc ledwie dwudziestoparolatką. Opóźniała jednak ceremonię nieprzyzwoicie, bo prochy czekały, a ona przez pewien czas zachowywała się tak, jakby samo niezdecydowanie mogło jeszcze utrzymać jej rodziców w jakiejś dziwnej, nienazwanej przestrzeni pomiędzy tym, co się stało, a tym, co trzeba było uznać za ostateczne. Musiała w końcu to zrobić i ustąpić, wpuścić absolutną pustkę, która wtargnęła do niej nie w momencie, w którym jeden z policjantów przekazał jej wieści, a w chwili, kiedy obie urny zostały wpuszczone do wykopanej mogiły i zasypane mnóstwem kwiatów, wrzucanych przez przeróżne osoby.
Przeróżne osoby, które później podchodziły do niej składać kondolencje. Wyrazy wpsółczucia. Wspomnieć o tym, jak to jej rodzice byli szanowani – przecież ona to wszystko wiedziała. Co z tego, że byli wspaniałymi, dobrymi ludźmi skoro mimo to ich koniec przyszedł nagle i niespodziewanie. I niesprawiedliwie.
A potem przyszedł temat otwarcia spadku. Tutaj nie miała możliwości opóźniania, bo ktoś z rodziny wniósł przed nią wniosek o jego otwarcie, a ona się nie kłóciła. Pojawiła się w gabinecie notariusza wraz z paroma osobami, które kojarzyła i które były rodziną, ale i niekoniecznie. Obecność jednej persony mocno ją zastanawiała – wysoki Włoch, który parę razy jadł z nimi kolację w ich domu. Zwykle po tym Maelle wychodziła z kuchni i zajmowała się sobą i nie zastanawiała się nad tym, o czym rodzice rozmawiają ze znajomym. Domyślała się, że chodziło o pracę. Stawiała, że był jednym ze sponsorów ich ekspedycji, bo tacy też przewijali się przez dom.
Teraz już cały rozdział miał się wydawać zamknięty. Nie było nic z formalności, co mogłoby jeszcze nagle i wyczekująco przypomnieć jej o tym, że jej rodzice stracili życie. W wypadku. W sposób taki, z którym nie chciała się pogodzić, ale jednocześnie nikt nie chciał jej nawet posłuchać i wziąć jej wątpliwości czy to, co sama uznawała za poszlakę, na poważnie.
Patrzyła więc w ekran starając się usilnie skupić na fabule – narzucając sobie jako zadanie, by zapamiętać choćby część dialogów, jakie padały. Zadanie, które miałoby ją zająć i pozwolić wypełnić jakoś tę pustkę, którą nosiła w sobie, a która pochłaniała w zasadzie wszystko. Wszystkie chęci do czegokolwiek, wszelką energię na cokolwiek.
Damon Tae
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na szczęście Giovanni dokładnie zapełniał mu jego napięty grafik.
Ochrona dziewczyny nie była czymś wymagającym. A przynajmniej się na to nie zanosiło. Nie wiadomo było kto stał za morderstwem jej rodziców. Nie wiadomo też było czy te same osoby będą chciały w ogóle przyjść po blondynkę, ale skoro Włoch nakazał mu ją chronić, to nic innego się nie liczyło. Przynajmniej do momentu w którym nie zostanie odwołany.
Bo kiedyś musiało to nastąpić.
Zanim zmierzył się z nią twarzą w twarz, postanowił podziałać w jej najbliższej okolicy. Sprawdził jej wszystkich znajomych. Bliższych, dalszych. Miejsca w których bywała, trasy, które pokonywała. Obserwował ludzi, otoczenie, a także nawyki, które przed śmiercią rodziców były jej codziennością. Niezauważanie chciał zapoznać się z ewentualnymi zagrożeniami wynikającymi ze środowiska w jakim żyła.
Nie było tam niczego, ani nikogo podejrzanego. Jeszcze.
Dopiero późnym wieczorem postanowił zajechać do domu dziewczyny. Zdążył zauważyć, że niewiele się z niego ruszała ostatnio. Domyślał się, że musiało chodzić o stratę, którą przeżywała. Jedni zamykali się w sobie oraz własnym domu, a inni rzucali się w wir pracy, aby nie myśleć.
Znał ten dom. Był tu już. Teraz jednak zamierzał sprawdzić go z każdej strony. Obszedł go dookoła, skanując urządzeniem do wykrywania podsłuchów. Sprawdził czy nie było nigdzie niebezpiecznych ładunków i czegokolwiek, co zwróciłoby jego uwagę. Był bardzo szczegółowy i skrupulatny w swojej pracy, niezależnie od tego co robił i kogo to dotyczyło.
Gdy uznał, że wszystko jest w porządku, raz jeszcze otoczył dom.
Zatrzymał się w półkroku, gdy do jego uszu doszły dźwięki butów stawianych na trawie. Przywarł do jednej ze ścian budynku, by wyjrzeć zza rogu na zbliżającą się osobę. Nieznajomego ubranego na czarno. Rozglądał się, w międzyczasie zasuwając kominiarkę na twarz. Poprawił rękawiczki i zbliżył się do drzwi od tarasu z intencją wejścia do środka.
Nie zamierzał czekać, aż mężczyzna wejdzie do domu.
Gdy mężczyzna rozpracowywał po cichu zamek, Damon wyciągnął nóż taktyczny, który miał przytroczony do biodra.
Drzwi do tarasu się otworzyły, a mężczyzna postąpił krok do przodu, ku dziewczynie siedzącej na kanapie, przed włączonym telewizorem. Jedna z desek na parkiecie wydała cięższy odgłos, zdradzając dodatkową osobę w domu. Tylko mężczyzna jak zrobił krok do przodu, trzymając w dłoni własny nóż, tak zamarł w miejscu z zaskoczonym spojrzeniem utkwionym z blondynce.
Odgłos dławienia się odbił się od ścian salonu, mieszając się z dialogami postaci na ekranie, a tęczówki nieznajomego zaczęły stawać się mętne.
Sekundę później rosły mężczyzna upadł bezwładnie na ziemię, krztusząc się jeszcze przez chwilę własną krwią. Tym samym całkowicie ujawnił drugą sylwetkę, która weszła do tego domu, tym samym wejściem. I była tuż za nim.
Postać, która już tu kiedyś była. A teraz beznamiętnie, obojętnie wręcz i przerażająco spokojnie czyściła ostrze swojej broni z krwi człowieka, który już nie żył.
— Maelle Lennox — powiedział twardo, analitycznie wręcz. Jakby nie mówił o osobie.
Podniósł na nią swoje czarne tęczówki, mierząc raz jeszcze dziewczynę spojrzeniem. Włos jej z głowy nie spadł. — Ostatnio nie było okazji poznać twoje imię. — Generalnie ich ostatnie spotkanie nie należało do najlepszych, ale przynajmniej pozwolił jej żyć i nie skrzywdził. Nie licząc drobnych otarć. — Spokojnie, blondi. Przyszedłem z pokojowymi zamiarami.
Na pewno ci uwierzy, Damon. Zwłaszcza po tym co sobą reprezentowałeś. I że nie miała z tobą najlepszych wspomnień… ale hej, przynajmniej zabił człowieka, który faktycznie chciał jej zrobić krzywdę. Czy to już nie było na plus?
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co by było gdyby odwiedziła ich na wykopaliskach; co by było gdyby zadzwoniła do mamy tego dnia; co by było gdyby nalegała na ich przyjazd?
Zmęczenie skutkowało tym, że była znacznie mniej czujna. Na tyle, by przegapić moment otwarcia przesuwnych drzwi tarasowych, faktu że żaluzje antywłamaniowe znowu się nie opuściły o wyznaczonej, późnowieczornej porze. Samo skrzypnięcie desek za nią nie przykuło od razu szczególnej uwagi, ale sprawiło, że najpierw pojawiło się przeczucie, a potem zwyczajne, odruchowe obejrzenie się za siebie.
Zamarła. A później nie zdążyła zareagować. Jej ciało nawet nie próbowało jej ratować, bo nie zerwała się z kanapy, nie sięgnęła po telefon, ani nie krzyknęła. Zanim w ogóle zdołała zresetować własny umysł, mężczyzna, który wtargnął do jej domu osunął się na podłogę odsłaniając coś, a raczej kogoś, znacznie gorszego. Kogoś, kogo znała i nawet nie z imienia a z reakcji własnego ciała. Jej gardło zacisnęło się jako pierwsze, kiedy ciało rozpoznawało wszystkie kontrapunkty – ból w żebrach, który towarzyszył temu, jak lufa broni wciskała się w nie; ból w całym grzbiecie który pojawił się, gdy z nieludzką wręcz siłą została ciśnięta na jedną ze ścian i zaciskające się pod cudzymi palcami gardło.
To był on. Ten intruz, który znów był w jej domu.
Jeśli tamten dzień okrzyknęła najgorszym we własnym życiu, to teraz miał bardzo mocnego kontrkandydata.
Głos przemocowca, z którym miała już do czynienia był przytłumiony. Dotarło do niej, że użył jej imienia i nazwiska i szczerze jej to nawet nie zdziwiło, że je znał. W końcu bardzo dosadnie dał jej do zrozumienia, że dowie się, jeśli ona powie komuś o tym, co zaszło. Ale przecież nikomu nigdy nie powiedziała. Nawet nie wspomniała. W dzienniczku nawet sobie nie zapisała.
Cofnęła się odruchowo na kanapie, czując jak jej ciało dosłownie kuli się pod tym widokiem. Nie chodziło nawet o mężczyznę, który padł bez życia na deski w jej salonie – on w tym wypadku nie był żadnym zagrożeniem. Ale facet, który stał w tym samym pomieszczeniu zdecydowanie był.
Słabo rejestrowała, co do niej mówił, bo miała wrażenie, że wszystko zagłuszało przyspieszone bicie jej własnego serca. W zasadzie – była wręcz przekonana, że nawet on był je w stanie usłyszeć. Czy ona właśnie doświadczała tego, tak zwanego starcia ze sleep paralisys demon?
Tylko właśnie nie przypominała sobie, żeby faktycznie zasnęła.
Spokojnie, blondi. Przyszedłem z pokojowymi zamiarami.
Pokojowe zamiary. I powiedział to człowiek, który ostatnim razem wdarł się do jej domu, przystawił dłoń do jej ciała i trzymał za gardło, udowadniając jak niewiele trzeba, żeby przestała oddychać. Powiedział to człowiek, który stał przed nią z nożem w ręce i cudzą krwią na ostrzu.
To było tak absurdalne, że prawie śmieszne, ale nie zaśmiałą się. Nie było jej do śmiechu. Jeśli miałoby jej być blisko do czegoś, to do faktycznego załamania. Nerwowego.
— To pan — powiedziała cicho. To było głupie. Oczywiście, że to był on. Przecież stał przed nią więc nie musiała go o tym informować. Niemniej było to pierwsze, co przeszło jej przez gardło. Wszystko inne zdawało się być zbyt ciężkie i zbyt bliskie historii. — Niech pan nie podchodzi — wydusiła w końcu. A to było jeszcze głupsze, bo nie był przecież kimś kto w ogóle liczyłby się z jej… prośbą? Rozkazem? Zakazem. Cokolwiek to było.
Dalej była świadoma tego, że miała trupa na środku salonu i jeśli teraz ten cały demon z koszmarów odejdzie to ona zostanie z problemem, bo przecież to nie Teksas, żeby tak po prostu móc zamordować kogoś, kto wtargnął do domu. Ale z drugiej strony kiedy tutaj nadal był i stał – wciąż była z problemem i chyba jeszcze większym.
Jej umysł rozbijał się i próbował chwycić czegoś stabilnego, logicznego, ale nie potrafił.
Nie sięgnęła po telefon, nie próbowała wstać bo po poprzednim razie wiedziała, jak kończą się jej próby bycia szybszą od niego. Zresztą – nawet gdyby chciała spróbować to by nie potrafiła. Bo to była ta część realnego sleep paralisys, przy czym ona nie spała, a mimo to była sparaliżowana i był też demon w tym wszystkim.
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jak się jednak okazywało, dziewczyna faktycznie była w niebezpieczeństwie i tym razem to nie z jego przyczyny. Nieruchome, wykrwawiające się ciało pod jego nogami było tego dowodem. Mężczyzna był przygotowany do włamania, możliwe, że porwania, ale także morderstwa. Bardzo prawdopodobne, że chciał potem przeszukać cały dom w poszukiwaniu wskazówek co do pracy jej rodziców. Córka w domu była niepotrzebną przeszkodą.
Jego beznamiętne spojrzenie utkwiło w wystraszonej blondynce. Nie ruszył się z miejsca. Brew mu jedynie drgnęła wyżej, na jej stwierdzenie „to pan”. Czyli go pamiętała. Z drugiej strony, mógł się spodziewać, że jego osoba porządnie wżarła się w jej pamięć, skoro był prawdopodobnie dość traumatycznym przeżyciem w jej, dotychczasowo niewinnym życiu.
Ale upewnił się, że do dzisiaj nikomu nie powiedziała o ich spotkaniu.
Niech pan nie podchodzi.
To była prośba, której nie planował uszanować.
— Nie panikuj blondi. Nie jestem tu po ciebie — powiedział, aby zaraz kucnąć przy ciele martwego, zamaskowanego mężczyzny, by zacząć go przeszukiwać. Miał przy sobie nie tylko broń białą, ale też palną. Kawałki papieru i zapiski z jej adresem oraz rysopisem.
Było też zdjęcie blondynki zrobione z ukrycia.
— Musisz naprawić te rolety — rzucił luźno, oglądając się za siebie, aby spojrzeć na wciąż otwarte drzwi na taras. Nie dało się nie zauważyć, że dom miał swoje zabezpieczenia, ale łatwo dało się przy nich majstrować. Coraz więcej ludzi w jego środowisku wiedziało jak radzić sobie z tego typu zabezpieczeniami. Dla niektórych nie było muru, którego nie dało się sforsować.
On był jednym z takich ludzi.
Zabrał to co było mu potrzebne i wstał. Sięgnął do telefonu, aby wykonać szybkie połączenie do jednego z podwładnych, który będzie odpowiedzialny za zajęcie się zwłokami. W końcu Giovanni miał w swoich szeregach wielu specjalistów, w tym tych, którzy dbali o to, aby na miejscu zbrodni nie pozostał ani jeden, nawet najmniejszy ślad po przestępstwie.
A ciała ofiar nigdy nie zostały znalezione.
Kilka zdawkowych informacji, wymiana zdań i rozłączył się, aby przenieść wzrok z ciała na blondynkę, która wciąż siedziała w tym samym miejscu.
— Jestem tu na zlecenie Giovanniego Salvatore — wyjaśnił obojętnie. Nie zależało mu na tym, aby mu wierzyła czy zaufała. Nie miał być jej dobrym kolegą, tylko ochroniarzem. Czy tego chciała czy nie. — Albo raczej na prośbę twoich rodziców. — Którzy prosili o jej ochronę Włocha. Musieli sami wiedzieć, że coś im grozi, a przy tym też ich jedynej córce. Rodzicielskie przeczucie jak zawsze nie zawodziło.
Schował ostrze noża z powrotem do pochwy przy jego biodrze.
— Mam cię chronić, blondi. Jak widać jest powód — dodał, zerkając krótko na martwego napastnika, który chciał tego wieczora pozbawić ją życia.
To dopiero był paradoks. Z jej nie tak dawnego oprawcy stawał się właśnie jedyną osobą, która mogła zagwarantować jej bezpieczeństwo.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chciałaby być tak samo niewzruszona jak i on – może łatwiej byłoby jej przetrwać nie tyle sam napad, ten pierwszy czy drugi, co samą żałobę. Ale u niej ten apatyczny stan jedynie potęgował dramatyzm tej chwili.
Nie miała na to nawet mądrej riposty. W zasadzie niemądrej, jak ostatnim razem, też nie miała, bo emocje, które wybuchły w jej ciele były najlepszą formą knebla. Trauma, którą zostawił po sobie tamtego wieczoru, jedynie zaciskała tę pętlę. Już nawet nie plotła trzy po trzy.
Gdy on rozmawiał przez telefon – a ona starała się udawać, że w c a l e nie słyszy o czym – uniosła jedną ze swoich dłoni, które do tej pory kurczowo wciskała palcami w obicie kanapy. Spojrzała jak mocno drży i uświadomiła sobie, że nawet nie jest w stanie tego opanować. Chyba pospieszyła się z tym określeniem najgorszego dnia w jej życiu, którym tak chętnie okrzyknęła tamtejszy wieczór z intruzem. Bo akurat znalazł się bardzo mocny kontrkandydat.
Dzięki bogu za tę kanapę, że nie musiała widzieć martwego ciała. Już od samego charczenia wcześniej jej żołądek strzelił fikoła, a pewnie gdyby musiała spojrzeć na świeże zwłoki, treść wątpliwej jakości kolacji znalazłaby drogę powrotną. Niby ludzka reakcja, ale jednak trochę wstyd pohaftować się przy własnym oprawcy.
Tak jakby nie miała większych problemów teraz.
Opuściła dłoń dopiero, gdy usłyszała tę część w dialogu, która wskazywała na zakończenie rozmowy przez telefon. Nie wodziła jednak spojrzeniem za mężczyzną tylko dalej twardo patrzyła pustym spojrzeniem w eter. Chciało jej się płakać. Bardzo. Szkopuł był jednak w tym, że był teraz taki etap w jej życiu, który skutecznie wyciskał z niej niemal całą wodę płaczem, a kiedy tylko pojawiało się cokolwiek w rezerwach, to od razu to wykorzystywał. Żałoba mocno ją wypłukała, ale to wcale nie znaczyło, że wyprała z uczuć.
Chodziło bardziej o fakt, że nie miała zasobów do płaczu.
Jego głos był jak przytłumiony. Jakby między nimi stała wielka, gruba szyba. Słyszała go, rozumiała, a jednak wcale nie tak ostro, jak gdyby stał tuż obok. Jej umysł zawiesił się jednak na imieniu i nazwisku, które rzucił. Przez parę chwil próbowała dopasować je do twarzy, aż w końcu znalazła tę, którą widziała – wcale nie tak dawno temu – na otwarciu spadku.
Wtedy była zdziwiona, że mężczyzna w ogóle był w nim przewidziany. Wtedy zaczęła nawet podejrzewać, że może on miał coś wspólnego ze śmiercią jej rodziców – bo pracowali dla niego, a skoro był wymieniony w testamencie, to może go wymusił i teraz dążył do wypłaty?
Ale kolejne zdanie wytrąciło jej to oskarżycielskie narzędzie z ręki. Nie całkowicie – bo teraz nie wierzyła absolutnie w nic ze struprocentową pewnością.
Podniosła jednak niekontrolowanie spojrzenie na mężczyznę, bo wspomniał jej rodziców. Obrzuciła go nierozumiejącym wzrokiem, czując że jest spowolniona – że za wolno kojarzy fakty i je opracowuje.
To na pewno przez tę szczękę, która jej latała i sprawiała, że szczękała zębami, choć wcale nie było jej zimno.
Nim jednak zdołała opracować to, co już usłyszała, facet rzucił kolejnym zdaniem z kategorii, jego ulubionej najwyraźniej, a b s u r d ó w
Mam cię chronić.
Haha!
Wcale nie było jej do śmiechu.
I jemu najwyraźniej też nie. Już pomijając fakt, że sprawiał wrażenie faceta, któremu morda by popękała, gdyby chociażby się uśmiechnął, a co dopiero miał śmiać. I chyba tylko dlatego mogła wziąć na poważnie to, czym rzucił. To oświadczenie o tym, jakoby to właśnie on miał ją chronić. Na polecenie Giovanniego Salvatore. A raczej jej własnych rodziców.
Jeśli wierzyć temu wszystkiemu, to oznaczało, że wcale nie zwariowała i nie była foliarą, która tworzyła teorie spiskowe o śmierci własnych rodziców, gdzie ‘nieszczęśliwy wypadek’ nie miał być wypadkiem.
I nawet jeśli to wszystko mogło zacząć mieć sens, to jedyne, co opuściło jej usta, to było jedno, inteligentne:
— Co?
Damon Tae
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie miał więc zbytniej wyrozumiałości i empatii dla kogoś, kto był mniej wprawiony w boju.
Był tutaj, aby przede wszystkim zrobić swoją pracę, a nie być jej kolegą czy wsparciem emocjonalnym. Wszyscy wiedzieli, że Damon był najgorszą osobą do tego typu rzeczy, ale jeśli Giovanni chciałby jej zapewnić psychologa, to znalazłby lepszą osobę. On miał ją chronić, a do ochrony nie potrzebował z nią nawet specjalnie rozmawiać. Chociaż to zapewne ułatwiłoby mu trochę roboty, zwłaszcza jakby dowiedział się rzeczy, które go interesują.
Co?
— Słyszałaś — odpowiedział sucho, nie zamierzając się najwyraźniej powtarzać.
Zrobił większy krok nad ciałem napastnika, aby zacząć przechadzać się po domu. Jego spojrzenie nie lokowało się w dziewczynie, a przeskakiwało po kolejnych ścianach i przedmiotach w środku, które mogłyby przykuć jego uwagę.
Na zewnątrz wszystko sprawdził. Teraz został mu środek.
— Wiesz nad czym pracowali? — spytał, bezczelnie zaglądając za jakieś rodzinne pamiątki lub do kolejnych szuflad, gdzie trzymane były rzeczy. Żadnego „przykro mi”, ani „chcesz o tym porozmawiać?”. Jego przede wszystkim interesowały informacje, nawet te szczątkowe, które mogłyby go chociaż częściowo przygotować na kolejnych przeciwników. Chciał wiedzieć czy ona coś wiedziała. Czy faktycznie była cennym świadkiem dla ludzi, którzy dorwali jej rodziców, czy tylko niewinną córką, która nie jest w nic wprowadzona.
To byłoby w zasadzie logiczne. On zwykł wyznawać tą samą zasadę – im mniej wiesz, tym bezpieczniejsza jesteś. Chociaż jak widać było na przestrzeni czasu, nie zawsze to działało.
Wszystko dookoła wydawało się być… nudnie normalne. Zwyczajny dom rodzinny ze zdjęciami z wycieczek, zakończenia szkolnego czy pocztówki z różnych miejsc powieszone na lodówce. Zważając na to, że mężczyzna, który się chciał dostać do jej domu nie miał podrobionego klucza i musiał się włamywać, mógł przypuszczać, że wcześniej nie było nikogo niepożądanego w środku.
Ale upewnić i tak się upewni.
Przeszedł za jej plecami na drugą stronę kanapy, dzie sprawdził jeszcze dwie kolejne szafki w których nic nie znalazł, poza jakimiś rachunkami za wodę i prąd. Nic co miałoby mieć jakieś większe znaczenie czy na dłużej go zastanowić.
— Jesteś w niebezpieczeństwie, blondi — a upewnił go w tym ten mężczyzna, który leżał na jej podłodze. Jej rodzice woleli się upewnić, że nie skończy tak samo jak oni. Nawet nie było sensu udawać, że zginęli w wypadku. A nawet jeśli, to na pewno był on upozorowany. Nikt nie napada na dom i dzieci ludzi, którzy zmarli przypadkiem. — Dlatego musisz ze mną współpracować i powiedzieć co wiesz o tym co robili, z kim się zadawali i czy ostatnio spotkali się z kimś, kto wydawał się podejrzany — powiedział, przenosząc na nią swoje ciemne spojrzenie i zatrzymując się ze skrzyżowanymi rękoma przy boku kanapy na której siedziała. — Co wiesz?
Możliwym było, że nie wiedziała nic.
Maelle Lennox
-
Don't concern themselves with the opinions of lambs
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale tego, że ten papier ścierny będzie sam się przyciskać do tej rany i sam ją, z pełną premedytacją, sobą pocierać, miała się dopiero nauczyć.
Zawiesiła się nad jego pytaniem, w głowie jeszcze mlemlając jego burknięcie. Gdyby słyszała, to by nie pytała. Problem był taki, że części naprawdę nie pytała – bo była jak za tą szybą – wygłuszona i zakrzywiona, a druga część niezrozumiała już na poziomie logicznym. Może w innych warunkach, może gdyby się nie bała tego faceta, to uświadomiłaby go, że czasami takie rzucone ‘co’ wcale nie było ekwiwalentem ‘możesz, proszę, powtórzyć’ a pytaniem o ciąg przyczynowo-skutkowy, który do tego doprowadził.
Dupek.
No to, wracając, czy wiedziała nad czym pracowali.
Trochę tak, trochę nie.
— Nie — odpowiedziała słabo, może odrobinę mało przekonująco. Ale zwykłe nie było lepszym wyborem, niż butne ‘nawet gdybym wiedziała, to i tak bym ci nie powiedziała’. Bo jej daleko było do wyszczekanych, głównych bohaterek opowieści z wattpada, które mają tyle odwagi, by do chodzącego redflaga pyskować i jeszcze go prowokować.
Nie chciała mówić mu o niczym, co wiązało się z pracą rodziców. Uznała jednak, samo to pytanie, za pewną poszlakę, która wskazywała na to, że to właśnie to, czym się zajmowali ostatnio, to o czym ojciec piąte przez dziesiąte opowiadał podekscytowany w ostatnim telefonie przed zdarzeniem, mogło być zapalnikiem do tych wszystkich wydarzeń.
Jesteś w niebezpieczeństwie, blondi.
Tak. Była. Nawet to niebezpieczeństwo do niej mówiło i informowało ją o tym, że była zagrożona. Cóż za ironia losu.
Nie ufała mu za grosz. Ba, nawet pojawiło się w jej głowie, że całość mogła być usnutą intrygą. Że być może całe to zdarzenie przed chwilą było zaplanowane, aby zdobyć jej zaufanie i później wycisnąć z niej informacje dotyczące tego, co robili jej rodzice.
Dlatego milczała, kiedy strzelał konkretnymi pytaniami, nawet na niego nie patrząc. Ani wtedy, ani w momencie, gdy zatrzymał się nieopodal. Swoje spojrzenie miała utkwione w kawałku podłogi między jej nogami. Uniosła je tylko trochę, aby padło na jej smartfon, który znajdował się na stoliku kawowym.
Nie rób nic głupiego.
To, co planowała, dla niej w żadnej kategorii nie podchodziło pod głupotę. Podchodziło pod najbardziej logiczne zachowanie, jakie mógłby wybrać człowiek. Bo przecież tak wychowywano ludzi od dziecka – w sytuacji zagrożenia wybierano numer alarmowy. Pozostawał tylko bilans zysków i strat, bo wiedziała, że policja już wtedy nie była na rękę mężczyźnie i odgrażał się, że jeśli piśnie choćby słowo po fakcie o tym, że go widziała, to będzie miała problem.
A ona problem miała już. Stał tutaj. Za blisko niej.
Ale skoro rzekomo miał ją ‘chronić’ to czy zaatakuje ją, bo zamierzała wezwać policję? Lub z drugiej strony, tej po której go postawiła, skoro chciał od niej informacji na temat jej rodziców to czy będzie mógł ją zabić? Zabić pewnie nie, ale na pewno sprawić, żeby bardzo zabolało. Raczej nie potrzebowała wiele.
Nie wahając się zbyt wiele, po prostu w paru szybkich ruchach złapała telefon i trzycyfrowy numer na panelu i połączenie, od razu wpuszczając telefon wgłąb rękawa. Po co? Aby nie dało się połączenia tak prosto rozłączyć, gdyby ją złapał.
Najwyżej po drugiej stronie usłyszą zamieszanie, szarpaninę i… nie przyślą nikogo. Bo zanim dowiedzą się gdzie to i tak pewnie będzie martwa. Albo wyniesiona.
-
They call me a monster, a weapon for hire. But for you I'd walk straight into the fire. Just one look at you and my heart turns to stone. You're the only kingdom that I'll ever own.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Widział, że dziewczyna była przerażona. Umiał czytać ludzi oraz ich emocje. Potrafił dedukować. Dostrzegł, że się bała. Że była przy okazji też smutna. Że siedziała na tej kanapie już jakiś czas, bo dookoła były puste opakowania po jedzeniu na wynos. Możliwe, że była też tak zamyślona, że nie słyszała jak drzwi od tarasu się rozsuwają.
Nie był tu jednak po to, aby ją pouczać. Ani pocieszać.
Musiał ją jednak wprowadzić w sytuację w jakiej się znajdowała, bo od dzisiaj, czy tego chciała czy nie, musieli współpracować. Mogła nie być z tego faktu zadowolona, ale mało go to obchodziło. Jakby nie było. Giovanni nakazał tylko zapewnić jej bezpieczeństwo, niezależnie od środków jakich musiał użyć. To zostawił jemu.
Jej zdawkowe odpowiedzi także niespecjalnie go ruszały. Mogła go okłamywać, ale on i tak sprawdziłby dwa razy to co mu powiedziała. Upewniłby się na swój sposób i przeszukał całe mieszkanie, bo prędzej czy później zrobiłby to ktoś inny. Jak nie ona, to Giovanni zdradziłby mu to, co powinien wiedzieć. I tak się stanie – prędzej czy później. Dlatego też nie odpowiedział, tylko dalej przeszukiwał mieszkanie, jakby miał dostrzec jakąkolwiek wskazówkę.
Wszystko było idealnie czyste i wręcz… nudne. Zwykły dom.
Przypatrywał jej się ze skrzyżowanymi rękami na piersi, wyczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Miał sporo czasu. Był też cierpliwy, ale nawet jego cierpliwość miała swoje granice. Ostatnio były one węższe niż dotychczas ze względu na niedawne wydarzenia, które go podkurwiły i mocno nadszarpnęły, ale wciąż istniały.
Widział jej spojrzenie. Widział gdzie, albo raczej – na co patrzyła. Brew mu drgnęła wyżej w zaciekawieniu, ale jeszcze niczego nie zrobił. Mógłby ją zatrzymać już teraz, zanim jeszcze sięgnęła po telefon, ale miał gdzieś w sobie nikłą, bardzo malutką nadzieję, że dziewczyna jednak pójdzie po rozum do głowy i…
Wybiła trzy cyfry, a do jego uszu dotarł sygnał połączenia.
Nieważne.
Westchnął ciężko pod nosem i wywrócił oczami. W kolejnym ułamku sekundy doskoczył do niej, aby zacząć się z nią szarpać. Nie zamierzał jej skrzywdzić, ale zdecydowanie zamierzał ją spacyfikować. Skoro nie wybrała opcji pokojowej, to musiał wykorzystać siłę i odrobinę przemocy, aby ją ogarnąć. Musiał jednak przyznać, że była paskudnie zażarta, a jej drobna postawa trochę utrudniała sprawę. Może i nie była silna, ale strasznie upierdliwa.
W końcu schwycił jej nadgarstek i siłą wyciągnął z jej rękawa telefon, gdzie odezwała się już dyspozytor, pytający o sprawę. Zanim jednak zdążył dokończyć pytanie, telefon roztrzaskał się na przeciwległej ścianie, momentalnie kończąc połączenie.
Dopadł ponownie do koleżanki, dociskając jej ręce po bokach do ziemi, samemu zawieszając się nad dziewczyną.
— Nie jesteś zbyt rozsądna, co blondi? — rzucił, ale nie spodziewał się odpowiedzi. To był kolejny raz, kiedy zrobiła coś głupiego w jego towarzystwie. Już wiedział, że ta współpraca będzie jak jebany rollercoaster, a ona nie będzie zbyt dobrą partnerką w pracy. Na pewno mu niczego nie ułatwi. — Mam cię chronić, ale jak będziesz dalej mnie wkurwiać, to przywiążę cię do krzesła w kontenerze i wyślę na środek oceanu. — Tam na pewno nikt jej nie dostanie. Gorzej jak natrafią na jakiś sztorm i kontener zdmuchnie do oceanu. Giovanni raczej nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. — Zrozumiałaś? — Możliwe, ale czy weźmie to na poważnie?
Powinna.
Maelle Lennox