Anthony zdał sobie z tego sprawę tuż po tym, kiedy postawił kropkę i jeszcze zanim Love zdążyła go skontrować. To znaczy – to wcale nie tak, że już wcześniej zupełnie nie zauważał swojej hipokryzji czy podłości; nie, było wręcz przeciwnie, a sumienie często pożerało go w całości, natomiast Bellore po prostu nie pozwalał sobie na komfort użalania się nad sobą. Ten ksiądz, którego redaktor Roderick prawdopodobnie pozna za jakieś dwa lata, powtarzał mu zawsze, że to tylko namiastka tego, co czeka na niego w czyśćcu, ale to było zbyt mało, żeby go zniechęcić. Był na to zbyt słabym mężczyzną – na to albo w ogóle, skoro to dużo młodsza od niego dziewczyna z taką łatwością potrafiła mu to wszystko wyrzucić. Prosto w twarz i patrząc mu w oczy pewnie głębiej niż kiedykolwiek.
Prawdę mówiąc, Love już niczego więcej nie musiała dodawać. Szkoda energii. Anthony tak bardzo skupił się na tym najbardziej oczywistym zarzucie, że jej dalsze słowa… No – docierały, a on zapamiętywał je i rozumiał, ale było mu z nimi obojętnie. Decydujący cios już padł, cała reszta posunięć to było tylko metodyczne doprowadzanie ceremonii pogrzebowej do końca. Aż w końcu powiedziała coś, co już nie tyle nie powinno zrobić na nim jakiegokolwiek wrażenia, ale po prostu nie miało prawa. Nie, dopóki nosił na palcu obrączkę, powtarzał swojej żonie, że ją kocha i nawet nie myślał o tym, żeby cokolwiek zmienić; mógł widzieć w Love tylko tę „młodą kochankę”, którą sama się nazwała i nikogo więcej.
A jednak. Tylko nie miał prawa tego zdradzić.
Wpatrując się w twarz dziewczyny, Bellore pozostawał niewzruszony. Ściągał wargi w tej swojej manierze a’la musztra w wojsku, wolno oddychał i nie „biegał” spojrzeniem dookoła tylko gapił się w jakby jeden, wybrany punkt na jej policzku albo czubku nosa. Ktoś inny mógłby się tym zestresować, zwłaszcza w toku tak intensywnej dyskusji, ale ona chyba zdążyła się już go nauczyć. Pytanie brzmiało tylko – „jak bardzo?”; czy potrafiła w tej masce odnaleźć coś, co zdradzało, że wcale nie
– Nie mów tak. – Anthony odezwał się po dłuższej chwili milczenia. Jego ton głosu nadal był chłodnawy, ale już brakowało w nim pretensji czy żalu. – Nie mów tak – powtórzył i nerwowo odchrząknął, a potem przestąpił z nogi na nogę w taki sposób, żeby nieco zmniejszyć dzielący ich dystans. – Nie jesteś „jakimś tam” dodatkiem do mojego życia, Love. Nie chcę, żebyś tak myślała. Nie ma żadnego szeregu ani… Może nie jestem najlepszym mężczyzną, jakiego spotkałaś w życiu, ale aż tak gównianym, jak teraz myślisz, też nie – urwał na chwilę, a w ramach pauzy westchnął gorzko i pokiwał głową na boki. – I sam już nie wiem, co myślę. Jak już przestałem panikować po tym, jak do nas podeszłaś, to pomyślałem, że cokolwiek się właśnie wydarzyło, będziemy udawać, że to się nie stało. Po prostu. Ale potem… Potem to już sama wiesz. Zamilkłaś, ja miałem za dużo czasu na myślenie i… Jesteśmy tutaj. Na pięć minut przed katastrofą. – Westchnął. – Dlaczego po prostu nie zapytałaś? Jaka ona jest? Jacy jesteśmy? Wiem, że to nie to samo, ale przecież w domu nie jesteśmy tymi samymi ludźmi co na tym bankiecie. Chyba nie myślisz, że naprawdę mi nie przeszkadza, że wszyscy chcą z nią tańczyć albo opowiadają jej te wszystkie komplementy? – Prychnął kpiąco i z nutką żalu, chociaż wcale nie próbował się nad sobą litować (bo wcale nie chodziło mu o to, że w towarzystwie Kimberly bywał postacią drugoplanową i że ona też zapracowała na jego pozycję). Wbrew pozorom – teraz rozmawiał z Love całkiem szczerze i bez ukrytej agendy. Bez współczucia czy przesadnej troski, ale z respektem. Po partnersku. Jakkolwiek by to słowo przeszkadzało.
Love Roderick