I like being used
it means I have a purpose
Był dokładnie tym typem mężczyzny, za którym kobiety odwracały głowy, zanim jeszcze zdążyły pomyśleć, że to robią. Tym, do którego wzdychało się po cichu, ukradkiem, z nadzieją, że może akurat dziś spojrzy w ich stronę. Że obdarzy je uśmiechem, puści perskie oczko, zaczepi wzrokiem na sekundę dłużej albo muśnie dłonią tak przypadkiem, że przez resztę wieczoru będą mogły udawać, że to coś dla
niego znaczyło. Chciały, żeby w ich nudnym, licealnym albo uniwersyteckim życiu pojawił się nagle pragnąc ich najbardziej na swiecie. Był typem chłopaka, którego pragnęły wszystkie, a który, oczywiście, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu miał zwrócić uwagę akurat na
brzydkie kaczątko. Na kogoś nowego. Na odskocznię od całego świata, który zdążył mu się już znudzić. I właśnie tak czuła się teraz Thalia, opierając się plecami o półkę w ciasnej spiżarni. Próbowała udawać pewną siebie, choć w środku się stresowała. Wpatrywała się w te jego niebieskie tęczówki. W ten lekko uniesiony kącik ust. W sposób, w jaki stał blisko niej z założonymi rękami, patrząc na nią jakby właśnie kalkulował każdy następny ruch, każdy centymetr przestrzeni, który mógłby między nimi zniwelowac...
I jego głos... Oh, god... hold me...
Teraz słyszała go lepiej. Był niski, niemal władczy, z nutą tej dziwnej melodyjności, gdy odpowiadał pewny siebie. Dziwne to było, bo momentami czuła, jakby rozmawiała ze starym kumplem, ale przecież go nie znała. Szybko wyrzuciła z siebie tę myśl i wróciła do konwersacji z nim. A raczej do wybadania, co miał w zamiarze z nią z r o b i ć.
''Mhm''
Wow, co za rozmowniś. Czego więcej mogła spodziewać się po tajemniczym mężczyźnie z imprezy? Wydusiła z siebie ciche parsknięcie, jednak po chwili spoważniała, bo przecież nie chciała go wkurwić. Nie znała go na tyle, żeby być pewną, czy zaraz nie ugodzi w jego męskie ego do takiego stopnia, że zostawi ją samą w tej spiżarni, a potem pójdzie płakać w domu, że jakim prawem jakaś obca kobieta tak się przy nim zachowywała. No nie? Nie miała zielonego pojęcia! Pomimo tego, że lubiła ubierać wyzywające ciuchy, które uwydatniały jej atuty, to wewnątrz była bardzo anxious. Tylko że jej dzisiejszym planem zdecydowanie nie było zakończenie wieczoru leżeniem w łóżku i myśleniem -
mogłam być odważniejsza. Po prostu chciała zrobić wszystko. A jak zrobi zbyt dużo, to najwyżej pośmieje się z tego z Deanem albo Archiem, którzy z pewnością powiedzą jej, żeby skupiła się na swoich hentai’ach, a nie relacjach interpersonalnych.
Fair, fair.
Przejeżdżając palcami po jego ramieniu, wpatrywała się w niego spod rzęs i uśmiechnęła się na jego odpowiedź.
- Oh tak? Czemu mnie to nie dziwi? - rzuciła zadziornie.
- Lia - Wyrzuciła to szybko, bez zawahania. Też trzy litery. Zabawnie. Przypadek? Nie sądzę. Zerknęła w dół, widząc, jak splótł ich palce, a chwilę później przyciągnął ją do siebie, przez co zapach jego perfum uderzył w jej nozdrza ze zdwojoną siłą. Przymknęła oczy na moment, próbując się uspokoić i kontynuować tę grę. Udawać, że wcale, a wcale jej nie ruszał.
- Nie wiem, w swojej talii kart kolekcjonujesz też złamane serca? - spojrzała mu prosto w oczy, nie odrywając kontaktu ani na moment. Chciała go wyczuć. Zobaczyć, czy był tylko taki rozgadany, czy faktycznie równie odważny w działaniu. Na jego odpowiedź o ochronie, a potem na to, jak jego wzrok perfidnie zatrzymał się na jej dekolcie, starała się nie roześmiać.
- No tak, dżentelmen. Brakuje tu takich - powiedziała rozbawiona, udając aniołka, choć w jej głowie tliły się niemal szatańskie myśli. Zwłaszcza gdy poczuła opuszki jego palców sunące po jej nagiej skórze,
- Przeprowadziłam się tutaj z Ameryki kilka tygodni temu - odparła. Taka była prawda. A to, że tak naprawdę pochodziła z Oakville, potem wyjechała, a teraz znowu wylądowała w Kanadzie? No cóż. Detale. Nie wszystko trzeba było wykładać na stół od razu. Nie miała ochoty na zbędne poznawanie się. Przynajmniej nie teraz. Nie wtedy, gdy zjadał ją wzrokiem w taki sposób, jakby mógł ją tutaj schrupać. s k o s z t o w a ć. Nie wtedy, gdy dotykał ją tak wygłodniale, a jedyne, czego pragnęła w tamtym momencie, to dać się zatracić.
She wanted to challenge him.
And oh lord, did it fucking work.
Przesuwając dłonie ku jego szyi, powoli odnalazła drogę do jego chaotycznej fryzury, zatapiając palce w jego włosach. On zrobił dwa kroki naprzód, przyciskając ją do półki za nią, a Rosenhall wydobyła z siebie ciche, niskie jęknięcie, odchylając głowę ku górze, gdy zaczął składać pocałunki na jej szyi. Doprowadzał ją do szaleństwa. Zacisnęła palce w jego włosach jeszcze mocniej, czując, jak z każdym kolejnym ruchem stawał się śmielszy w tym, jak ją dotykał. Z delikatnie uchylonymi ustami spojrzała w jego morskie oczy, w rozszerzone źrenice, które zdradzały go równie mocno, jak jej własny przyspieszony oddech. Pragnęła go, nawet go nie znając. Czysta żądza buzowała w jej żyłach, a Thalia tylko powoli spojrzała na jego usta i te słodkie, malutkie pieprzyki wokół nich. Uśmiechnęła się.
- I’m all yours tonight - wydobyła z siebie cicho, z akcentem wyraźniejszym niż zwykle. Światło zgasło, ale to nie stanowiło żadnego problemu. Ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku, a Thalia tym razem sama postanowiła zrobić krok naprzód. Jeden. Drugi. Pogłębiała pocałunek za pocałunkiem, wsuwając dłonie pod materiał jego rozpiętej bluzy, by pomóc mu ją zsunąć. Chwilę później owa bluza upadła gdzieś na ziemię. Brzęk słoików rozbrzmiał w spiżarni, mieszając się z ich urywanymi oddechami i mokrymi dźwiękami pocałunków. Zsunęła dłoń niżej, zatrzymując palce na jego pasku. Odpięła go delikatnie, ale zanim zrobiła cokolwiek więcej, odsunęła na moment twarz od jego twarzy i wydusiła z siebie krótkie, zachrypnięte,
- Mogę?
you are a bad idea...
but a real good time
ace 🂡