ODPOWIEDZ
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Did you stand there all alone?
Oh I cannot explain what's going down
I can see you standing next to me
In and out somewhere else right now


Miał spotkać się z August. Naprawdę miał taki zamiar - zdążył wziąć prysznic, przebrać się w czyste ciuchy i już pakował Laysy i Desperadosy do plecaka, kiedy telefon zawibrował mu w kieszeni. Wiadomość od nieznanego numeru była krótka. "Greektown, 21:00, podwójna stawka". To oznaczało tylko jedno - kolejną walkę na horyzoncie. Zacisnął szczęki i długo wpatrywał się w ekran, zanim podjął decyzję, ale... potrzebował tej kasy. Nie zastanawiał się dłużej i po prostu napisał wiadomość do Dust.
Ducky 🦆
Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło, wynagrodzę Ci to w przyszłym tygodniu 🦆
Buziak.
Wiadomość...
Wysłał tę wiadomość, zanim sumienie zdążyło go powstrzymać i od razu wrzucił komórkę do kieszeni. Nie chciał widzieć odpowiedzi, bo jeszcze zmieniłby zdanie. Przebrał się, wypakował prowiant z plecaka i zamiast piwka i chipsów, znalazł się tam sportowy strój, bandaże, ręcznik i bidon na wodę.

You sigh look away
I can see it clear as day
Close your eyes so afraid
Hide behind that baby face


Pół godziny później wysiadł z autobusu - Greektown o tej porze tętniło życiem, ulice pachniały pysznym jedzeniem, a on przeciskał się przez tłum, dopóki nie zszedł z głównej ulicy. Z łatwością odnalazł boczne, obskurne wejście do piwnicy starej piekarni. Gdy znalazł się w środku, uderzyła go fala gorąca - to, niestety, nie była klimatyzowana, przystosowana do walk bokserskich sala treningowa tylko podziemna dziura, gdzie było tłocznie, głośno i gęsto od dymu papierosowego. - Hallywood! Już myślałem, że się nie pojawisz - głos Caesara przebił się gwar. Hallywood. Nienawidził, gdy nazywali go w ten sposób. Alex podszedł bliżej. Caesar, włodarz tego bałaganu, stał przy stoliku tuż obok schodów i przeliczał gruby plik banknotów. Alex bez słowa podał mu dłoń i wymienili uścisk. - Ludzie stawiają na ciebie niezłą kasę. Niektórym się podoba ta twoja ładna buźka - dodał, ale Alex tylko skinął głową, ignorując zaczepkę. - Z kim będę walczyć? - spytał rzeczowo, rozglądając się po tłumie. Jak zwykle, roiło się tu od szemranych typów, ich panienek i pomagierów. Łączyło ich jedno. Kasa. - Wielki ruski, nazywają go Iwan. Ma łapę jak bochen chleba, ale rusza się jak lodowiec. Dasz radę, tylko nie daj się złapać - Caesar puścił mu perskie oczko i poklepał po plecach. - Idź się przygotować, wchodzicie jako trzeci - dodał, po czym wrócił do rozmowy z jakąś panienką.

Alex przekręcił oczami i przecisnął się przez spocony tłum do prowizorycznej szatni, która w rzeczywistości była jedynie zagraconym kantorkiem na tyłach piwnicy. Ściągnął bluzę i koszulkę, po czym zaczął owijać dłonie bandażami. Z korytarza dobiegały do niego stłumione odgłosy pierwszych walk - padanie na deski, okrzyki bólu i ryk tłumu, który zawsze domagał się więcej krwi. Przyszło mu do głowy, że nie miał co liczyć na żadne fanfary po skończonej walce, przecież nie był Rockym Balboa, tu mógł liczyć tylko na plik banknotów wciśnięty do ręki. O ile wygra. - Hall! Pięć minut! - wrzasnął ktoś z korytarza, bębniąc w drzwi. Alex wstał i rozciągnął kark aż chrupnęło. - Dobra, wy nienasycone sępy! Czas na danie główne! HAAALLLYYYWOOOOD! - ryczał Caesar na zewnątrz. No i Alex znów przekręcił oczami. Nie trawił gościa, serio. No ale miał hajs i go tutaj zaprosił, więc... musiał go tolerować. Wyszedł z kanciapy i wkroczył w blask żarówek, czując na sobie dziesiątki spojrzeń. Zabawa. Czas. Start.

Iwan już stał w ringu - faktycznie był, kurwa, wielki. Alex przeszedł pod linami, a jego wzrok spotkał się z oczami przeciwnika. Adrenalina już zaczynała krążyć w jego żyłach, gdy zaczął powoli rozgrzewać się w miejscu, przeskakując z nogi na nogę. Nagle rozległ się gong, piwnica eksplodowała rykiem, a Iwan ruszył na niego jak taran. Ochuj.jpg, o kurwa. Na szczęście, Alex był szybki. Nie daj się złapać, tak mu powiedział Caesar, no i zamierzał się tego trzymać. Nieraz już walczył z takimi, wystarczyło być po prostu cierpliwym.

You can drive all night
Looking for the answers in the pouring rain
You wanna find peace of mind
Looking for the answer


W połowie drugiej rundy Iwan w końcu go dopadł. Krótki, potężny prawy sierpowy wylądował na żebrach Alexa. Zatkało go na moment i serio, na chwilę zapomniał, jak się oddycha. Iwan bezlitośnie wykorzystał ten ułamek sekundy nieuwagi i wycelował lewym prostym prosto w łuk brwiowy Alexa... no i trafił, rozcinając skórę. Niedobrze. Hall poczuł tępy ból nad okiem, ale jeszcze nie wiedział, że typ rozorał mu brew aż do krwi. Musiał działać szybko - wiedział, że w tym stanie nie przetrwa trzeciej rundy, dlatego wykorzystał moment, w którym olbrzym zbyt pewnie zamachnął się do kolejnego ciosu, po czym zanurkował pod jego ramieniem i po prostu mu PRZYJEBAŁ, bo zwykłym ciosem nie można było tego nazwać, a chwilę potem poprawił serią krótkich uderzeń w szczękę i szyję olbrzyma. A ostatni cios posłał Rosjanina na deski.

Tłum oszalał, a Caesar od razu wskoczył do ringu, triumfalnie unosząc dłoń Alexa w górę. Wygrał. Kurwa. Cudem. Świetnie, po prostu kurwa świetnie. - Mamy zwycięzcę! Hallywood znowu to zrobił! - ryczał włodarz, ale Alex szybko wyrwał swoją rękę z jego uścisku, przeklął pod nosem i z trudem przeszedł pod linami, próbując ignorować ludzi, którzy chcieli klepać go po plecach.

Odprowadzany skandami dotarł do kantorka, przebrał się z powrotem i usiadł na krześle, żeby napić się wody. Ból był coraz silniejszy, no ale sam tego chciał, więc nie mógł narzekać. Po chwili do kantorka wpadł Caesar. - Dobra robota, dzieciaku, ale wyglądasz jak gówno - rzucił, wciskając mu do łapy banknoty. Alex bez słowa zgarnął kasę, szybko zebrał swoje rzeczy i wyszedł na ulicę - nocne powietrze owiało jego policzki, kiedy przystanął w bocznej uliczce. Przez chwilę żałował, że nie poszedł spotkać się z August, ale... teraz przynajmniej będzie mógł naprawić auto, nie? Apropos auta, przejrzał się w szybie zaparkowanego obok BMW. Rozcięty łuk brwiowy, spuchnięty policzek i zakrwawiona koszulka. - Kuuurwa - mruknął pod nosem, dotykając ręką obolałych żeber. Dawno nie wyglądał tak strasznie. Wyglądało na to, że jednak nie uda mu się spotkać z Dust w przyszłym tygodniu.

dust ✨
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

never thought I would feel like this
such a mess when i'm in your presence


Nie było chyba nic gorszego niż uczucie, kiedy najlepszy przyjaciel po raz kolejny odwołuje wspólne plany. Powoli właśnie to stawało się nową rzeczywistością relacji August i Alexa. Jasne, zawsze próbował rzucić wszystko i pojawić się przy niej w losowe popołudnie albo wieczorem - szczególnie wtedy, gdy poprosiła go, żeby wpadł do pubu poznać tego gościa, z którym się umówiła, tego niedźwiedziowatego aspirującego strażaka. Ale ilekroć robili plany tylko dla siebie... jakoś zawsze coś się zmieniało. Zawsze wypadało coś ważniejszego. Zawsze pojawiał się jakiś nagły zwrot akcji. Ale nie dzisiaj... August wyszykowała się, żeby spotkać się z nim o 20:30 pod stacją Danforth, bo mieli iść do jednego z tych game arcades i zrobić z siebie kompletnych idiotów, zaraz po zakupach przy jej mieszkaniu. Zawsze lubiła robić większe spożywcze zakupy, kiedy miał przyjść, bo był silny, okej? Mógł unieść dwa razy więcej niż ona, więc zwyczajnie było to wygodne. A ona odpłacała mu ciastem, lunchem na następny dzień i, oczywiście, swoim zajebistym towarzystwem. Win-win, prawda? Więc kiedy już się ogarnęła i weszła do supermarketu, poczuła wibrację telefonu w kieszeni. NOPE... Kurwa. Nie czytam tego. Taka była jej pierwsza myśl, bo gdzieś tam, głęboko w środku, i tak już wiedziała, że znowu odwołał. Gdy w końcu wyciągnęła telefon i otworzyła jego wiadomość, poczuła, jak mocniej zaciska palce na krawędziach obudowy. Przewróciła oczami, zostawiła mu jedynie reakcję ''👍'' zamiast odpisać, po prostu wyszła ze sklepu, wkurwiona do granic. Poszła się przejść. Wsadziła słuchawki do uszu i włóczyła się po okolicy, próbując wychodzić z siebie całą tę złość. Około 20:40 wracała przez swoje sąsiedztwo, przez Greektown, kiedy zobaczyła... Alexa? Mogłaby przysiąc, że właśnie wysiadł z autobusu. Wait a damn minute. To niemożliwe.

Uniósłszy brew, bez większego zastanowienia przyspieszyła kroku, żeby dotrzymać mu tempa, ale zostawała kawałek z tyłu, żeby przypadkiem jej nie zauważył. Przysięgam, jeśli odwołał mnie tylko po to, żeby spotkać się ze swoją ekipką i nawet nie miał jaj, żeby powiedzieć mi, że woli siedzieć z nimi, to go zabiję, a potem jeszcze będę go straszyć po śmierci. TAK, W ZAŚWIATACH. Tak sobie pomyślała. Ale im dłużej za nim szła, tym bardziej gwarną, żywą ulicę zastępowały jakieś podejrzane boczne uliczki. I wtedy zobaczyła, jak wchodzi do jakiegoś obskurnego miejsca. Piwnica? Stała z tyłu przez jakieś dziesięć minut, próbując zdecydować, czy wejście tam i zrobienie sceny to aby na pewno dobry pomysł. Ale August nie byłaby August, gdyby nie postanowiła jednak dać mu paru groszy własnej wkurwionej opinii. Więc w końcu weszła.
Od razu uderzył ją zapach potu, alkoholu, czegoś stęchłego i tych wszystkich zbyt głośnych, zbyt bliskich ludzi. Natknęła się na dwóch ochroniarzy zbudowanych jak dwa byki. - Zgubiłaś się, słoneczko? - zapytał jeden z nich. - ummm.. nie - wyrzuciła z siebie. - No to pięćdziesiąt dolców za wejście i drugie pięćdziesiąt za obstawienie, kto wygra jedną z dzisiejszych walk. - Oczy August rozszerzyły się gwałtownie. O ja pierdolę. Na szczęście miała przy sobie gotówkę. Wyciągnęła banknoty i podała mu je. - Nie wiem, na kogo postawić. Daj po prostu na swojego faworyta.
- Hallywood, it is! - parsknął śmiechem, po czym dodał, - Biedny chłopak zamieni się dziś w kałużę, jak tylko zderzy się z górą lodową. - Zaśmiał się, podał jej bilet i wskazał, gdzie ma iść... Przepychając się przez spocone ciała i obrzydliwie pijanych ludzi, którzy wrzeszczeli obsceniczności, August miała wrażenie, że wylądowała w jakimś chorym, nowoczesnym koloseum. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Patrzyła, jak ludzie walczą na ringu, a tłum drze się tak, jakby chciał jeszcze więcej krwi rozlanej na macie. Jakby samo obijanie sobie twarzy nie wystarczało i wszyscy czekali, aż w końcu ktoś naprawdę zrobi drugiemu krzywdę. Dlaczego on tu w ogóle był? Nie musiała długo czekać na odpowiedź.

''Dobra, wy nienasycone sępy! Czas na danie główne! HAAALLLYYYWOOOOD!''

Uniósła brew, a potem go zobaczyła. I wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na tym drugim facecie - ogromnym, masywnym gościu, który był dosłownie trzy razy większy od Ducky’ego. Kurwa mać. Wyglądał jak the Mountain z Gry o tron.
Po chwili ten charakterystyczny dźwięk wdarł się do jej uszu razem z wrzaskiem tłumu, przepychankami i naporem ludzi, więc automatycznie dała się porwać bliżej ringu. Nie było czasu myśleć. W pewnym momencie nawet poczuła, jak na ułamek sekundy się uśmiecha - dumna z niego, z tego, jak dobrze sobie radził. Był szybki. Zwinny. Naprawdę dawał sobie radę. A potem tamten wielki skurwysyn wyprowadził cios. k r e w. Przysięgłaby, że widziała krople krwi rozpryskujące się po ringu. Tłum kompletnie oszalał, wyjąc, przeklinając i drąc się tak głośno, że prawie pękły jej bębenki. A August poczuła, jak serce opada jej gdzieś do żołądka, a oczy natychmiast zachodzą łzami. Chciała krzyknąć jego imię. Chciała, żeby to się zatrzymało. Żeby ktoś to przerwał. Żeby on sam się zatrzymał. Ale wiedziała, że to nic nie da. Musiał...

w y g r a ć

Bo jeśli nie wygra, tamten facet go zabije...
Nigdy w życiu nie była tak przerażona. Nawet wtedy, gdy sama leżała w szpitalu. Na szczęście, do cholery, Alex się ogarnął. Odzyskał rytm, oddał ciosy, był szybszy od tamtego potwora i ostatecznie wygrał walkę. W chwili, gdy ten cały pseudosędzia uniósł jego rękę do góry, August zaczęła się powoli wycofywać... a potem praktycznie wybiegła z tego miejsca, nie wierząc w to, czego właśnie była świadkiem. Widziała, jak jej przyjaciel kłamał ją prosto w twarz. I nie tylko ją okłamywał. Ryzykował własnym życiem tuż pod jej pieprzonym nosem. A ona mieszkała ledwie dwadzieścia minut stąd. Dwadzieścia!!! Znalazła się na zewnątrz niemal odruchowo, pobiegła do sklepu na rogu i kupiła sobie paczkę papierosów, żeby jakoś się uspokoić. Nie była palaczką, ale musiała zebrać myśli do kupy. Trzęsącymi się dłońmi odpaliła jednego, usiadła na schodkach przy wejściu do alejki i zaciągnęła się głęboko, pozwalając, żeby dym wypełnił jej płuca. Pomyślała wtedy, że jeśli zobaczy go w ciągu najbliższych dziesięciu minut, to uzna to za znak od wszechświata, że ma mu wreszcie powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. No i proszę. Czy życie nie bywa czasem kurwa przezabawne? Był tam. Na szczęście poszedł w inną stronę, więc jej nie zauważył. Rzuciła papierosa na ziemię, przydeptała go i ruszyła za nim. Idąc kilka kroków za jego plecami, wahała się, czy bardziej chce go przytulić, czy na niego wrzasnąć. Ale potem się zatrzymał, spojrzał na swoje odbicie w szybie samochodu, a kiedy usłyszała, jak syczy pod nosem kurwa, cała złość i całe poczucie zdrady wróciły do niej ze zdwojoną siłą.

Tam, na ringu... to nie był Alex. To był ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto był w stanie dosłownie zabić. Lejąca się krew. Pot kapiący na matę. Krzyki pijanych ludzi i przekleństwa unoszące się w powietrzu, zmieszane z dymem papierosowym i czymś stęchłym. Jak mogła o tym nie wiedzieć? Jak on mógł ukrywać to przed nią? Wiedzieli o sobie wszystko, prawda? Tak przynajmniej myślała. Do tego momentu. - Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło. Wynagrodzę ci to w przyszłym tygodniu. Buziak. - wyrecytowała jego esemesa słowo w słowo, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jego ramieniu, żeby zmusić go do spojrzenia na nią. - Masz mnie za idiotkę? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy i zaciskając drugą dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie boleśnie wbijały jej się w skórę. - Iwan był ważniejszym powodem do spotkania, Hallywood? - Nie dała mu dojść do słowa. Nie mogła. Bo dobrze wiedziała, że jeśli tylko otworzy usta, jeśli spróbuje się tłumaczyć, coś w niej pęknie i nie zdąży wyrzucić z siebie tego całego gniewu, bólu i zawodu, które właśnie rozpychały jej klatkę piersiową od środka. Wpatrywała się w niego zaszklonymi oczami. I nawet nie chodziło tylko o to, co robił. Znała go tyle lat. Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej przez głowę, była wręcz rozpaczliwie prosta - może potrzebował pieniędzy? Może nie chciał pożyczać? Może nie chciał prosić? Ale z drugiej strony, stojąc teraz tak blisko niego, czuła się tak, jakby dzieliła ich przepaść. Przepaść niedomówień. Przepaść przemilczeń. Przepaść pośrodku przyjaźni, która wydawała jej się czymś niezniszczalnym, czymś, co przetrwa całe ich życie. Przyjaźni, która miała opierać się na prawdzie - nawet tej najgorszej. A on? On prowadził dosłownie inne życie.

hear the fallen and lonely cry out...
Pokręciła głową i zaśmiała się bezradnie sama do siebie, choć ten śmiech od razu załamał się w łknięciu. - Holy shit... - wyrzuciła z siebie, jakby właśnie wszystkie elementy wskoczyły jej na miejsce. - Nielegalne walki, te dziwne odwoływanie planów w ostatniej chwili… - przygryzła policzki od środka, byle tylko nie stracić gruntu pod nogami. Byle nie zobaczył, jak bardzo to nią wstrząsnęło. - Z czym jeszcze mnie okłamywałeś? Czego mi nie mówisz? - spojrzała na niego, a jej usta delikatnie zadrżały. - Chciałeś dać się zabić?! Chciałeś, żebym dowiedziała się o tym z cholernego nekrologu albo przez telefon, jeśli dalej trzymasz mnie jako swój emergency contact?! - Otworzyła dłonie i pchnęła go lekko w klatkę piersiową. - Cholerny samolub! - wyrzuciła z siebie, tłumiąc łzy zbierające się w oczach. To nie była walka. To nie był Alex, który trenował boks, sparował na ringu, ćwiczył na sali gimnastycznej. To znała. Tam była dyscyplina. Kontrola. Świadomość, że robi się to dla sportu.
A tutaj? Tutaj widziała żądzę krwi. Walkę o przetrwanie. Chęć zrobienia komuś potwornej krzywdy ze świadomością, że jeśli samemu nie zada się ostatecznego ciosu, istnieje ryzyko, że to ty go przyjmiesz. On tak po prostu był gotów zaryzykować tragedią. For what? Quick fucking bucks? Selfish. To jedno słowo dudniło jej w głowie raz za razem. - Masz zamiar z tym skończyć? - spojrzała na niego, przecierając wierzchem dłoni łzy spływające po policzku. Czuła się tak, jakby patrzyła na nieznajomego, a nie na osobę, z którą tak naprawdę podzieliła połowę swojego życia.
I chyba właśnie to bolało najbardziej. Nie sam ring, krew czy to obrzydliwe miejsce. Tylko to, że nagle przestała wiedzieć, kim on tak naprawdę był. A w tym wszystkim bała się jednego - że jeśli będzie chciał dalej w to brnąć, nie była pewna, czy zdoła to znieść i dalej być częścią jego życia. Nie dlatego, że go nie kochała. Bo kochała go chyba aż za bardzo. Na tyle mocno... że nie potrafiła wyobrazić sobie rzeczywistości, w której Alexa po prostu by przy niej nie było.

I hope i die first
cause i don’t wanna live without you


hallywood ˊᴖˋ
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I can't escape this hell
So many times i've tried
But i'm still caged inside
Somebody get me through this nightmare


Podstawowe pytanie brzmiało - dlaczego Alex tak bardzo starał się ukryć to wszystko przed wszystkimi bliskimi? Odpowiedź była prosta. Nie chciał, żeby patrzyli na niego jak na jakiegoś patusa, bo nie tylko jego matka była alkoholiczką i się zapiła, ale też wychował się w bidulu i nikt nigdy nie pokładał w nim wielkich nadziei co do przyszłości. Urodził się jako margines społeczny i nim miał pozostać - nie potrzebował ratunku, moralizowania ani potępienia, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robił i nie zamierzał przestawać. Zwłaszcza, że czasem nie chodziło już tylko i wyłącznie o pieniądze, a o potrzebę rozładowania wszystkich negatywnych emocji bez żadnych konsekwencji. No i może właśnie ten ostatni powód najbardziej sprawiał, że czuł obrzydzenie do samego siebie.

Dalej stał przy jakimś starym sedanie, gapiąc się w szybę jak cielę w malowane wrota. Naprawdę wyglądał fatalnie. Próbował wierzchem dłoni wytrzeć tę krew, która spływała mu z łuku brwiowego, ale tylko bardziej rozmazywał czerwoną ciecz po całej twarzy. Nie miał przy sobie nic - nawet głupiej chusteczki - czym mógłby to jakoś zatamować.

A wtedy usłyszał znajomy głos.

Słowo w słowo wyrecytowała jego esemesa. Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło. Wynagrodzę ci to w przyszłym tygodniu. Buziak. Po chwili dodała jednak coś od siebie. Masz mnie za idiotkę? Iwan był ważniejszym powodem do spotkania, Hallywood? Nie musiał się odwracać, aby widzieć wkurwiony wyraz twarzy August Winters. Jezu, był tak zamroczony, że nawet nie zauważył, kiedy stanęła tuż za nim. Dopiero gdy położyła dłoń na jego ramieniu, przeklął pod nosem, po czym odwrócił się na pięcie i stanął z nią twarzą w twarz. Zmierzył ją wzrokiem, posłał jej chłodne spojrzenie i zacisnął usta w wąską kreskę - no bo co niby miał jej odpowiedzieć na tę zaczepkę? Prawdę? O nie, to byłoby zbyt proste. Przynajmniej adrenalina powoli zaczynała do niego wracać, let’s go. - Nie powinno cię tu być, Winters - rzucił pod nosem i wbił dłonie w kieszenie. Gdyby pod jego stopami był jakiś zbłąkany kamyk, na pewno by go kopnął.

Holy shit… Nielegalne walki, te dziwne odwoływanie planów w ostatniej chwili… Nawet nie próbował się tłumaczyć, po prostu stał naprzeciwko niej z wysoko podniesioną głową i krwią spływającą po twarzy. Zapędziła go w kozi róg, oczywiście, że tak, a w jego głowie i tak ciągle krążyło tylko jedno pytanie, jak neon, pojawiało się i gasło, on, off, on, off. Jak? Śledziła go? Weszła do środka? Przeciskała się przez tłum, żeby go zobaczyć? Miał ochotę nią potrząsnąć i zapytać, czy zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo to było niebezpieczne, przecież w każdej chwili jakiś facet mógłby położyć na niej swoje łapska i wkurwiał się na samą myśl, że mogłoby się jej coś stać, z jego powodu na dodatek! No ale z drugiej strony… chciał zapaść się pod ziemię, że odkryła jego tajemnicę, że wszystkie puzzle wskoczyły jej na swoje miejsce, że każdą odmowę spotkania przypisze teraz do jego walk… Not cool. Przyglądał się jej w ciszy i wiedział, że coś pomiędzy nimi bezpowrotnie pękło. Po prostu wiedział. Z czym jeszcze mnie okłamywałeś? Czego mi nie mówisz? Nigdy jej nie okłamał, po prostu nie mówił jej całej prawdy, bo chciał chronić nie tylko ją, ale też siebie i swoje ego. Dlaczego nie mogła tego zrozumieć? - Z niczym - odparł i wzruszył ramionami, jakby rozmawiali o pogodzie, a nie o kłamstwach wspólnej relacji. Co innego mógł powiedzieć? No nic. Jego mechanizm obronny zatrzasnął się w momencie, w którym zacytowała jego wiadomość - pozostało mu trzymać się tego muru, który właśnie między nimi wyrastał. Nigdy nie prosił o łaskę i teraz też nie zamierzał. Minę miał zaciętą, gdy tak patrzył na nią z góry i pozwalał jej na te wszystkie gesty i słowa, jakby wiedział, że na nie wszystkie zasłużył.


I can't escape myself
So many times i've lied


Chciałeś dać się zabić?! Chciałeś, żebym dowiedziała się o tym z cholernego nekrologu albo przez telefon, jeśli dalej trzymasz mnie jako swój emergency contact?! Był zaskoczony swoją chłodną reakcją na wszystkie jej słowa. Nawet gdy pchnęła go w klatkę piersiową, nie drgnął, mimo że poczuł nieprzyjemne ukłucie w miejscu, w którym oberwał od tego wielkiego Rosjanina. W sumie - wolał, żeby go nienawidziła, niż żeby zaczęła nad nim płakać, przynajmniej dopóki w jej oczach naprawdę nie zaczęły zbierać się łzy. Wtedy… odwrócił wzrok, bo jakoś nie potrafił wziąć jej łez na klatę. Nie w tym momencie, kiedy chciał się od tej sytuacji emocjonalnie odciąć, bo tylko to potrafił robić. Mógł stać nieruchomo, gdy go wyzywała, mógł milczeć, gdy go szturchała ale… zbierające się w jej oczach były zbyt bolesne. Kurwa. - Nie dramatyzuj. Wiedziałem, co robię - powiedział w końcu, gdy tylko pozwoliła mu na wtrącenie się w jej monolog. - Szybko mnie skreśliłaś - dodał po chwili i przeniósł spojrzenie na drzwi od piwnicy, przez które musiała przejść, tak samo jak wcześniej on. Nie widział, jak otarła łzę z policzka, bo usilnie starał się na nią nie patrzeć. Nie chciał, aby zobaczyła wszystkie jego emocje kotłujące się pod skórą - wstyd, złość, troskę, gorycz, strach… Tak, najgorszy był strach, bo właśnie pojawiła się między nimi przepaść, której na razie żadne z nich nie potrafiło przeskoczyć. Kurwa, chciał ją złapać, potrząsnąć nią i błagać, żeby nie zmieniała o nim zdania, ale jedyne, co potrafił, to stać tam ze sztywnym karkiem i udawać, że miał to wszystko w dupie, super. Masz zamiar z tym skończyć? Nie zamierzał kłamać. Nigdy jej nie okłamał. - I co wtedy? - zapytał krótko. - Skończę z tym, i co dalej? Zaczniesz płacić moje rachunki, hm? - dokończył, zaciskając dłoń w pięść w kieszeni, więc miał nadzieję, że tego nie widziała. Jezu, naprawdę to powiedział? Było mu niedobrze od swoich własnych słów. Najwyraźniej jednak musiał ją tak potraktować, żeby miała siłę odwrócić się na pięcie i odejść. He can do that. Dla jej dobra. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył, bo… - Nie będę z tobą dyskutować, to moja sprawa, idę do domu - oznajmił nagle, po czym wyminął August - kurwa, nie wiedział, że zwykłe kroki będą tak wiele go kosztować - i zaczął zmierzać ku przystankowi autobusowemu po drugiej stronie ulicy, mimo że każda komórka ciała błagała go, aby tego nie robił i został, żeby choć odrobinę spróbował się wytłumaczyć, no ale nie.

No cóż, najwyraźniej Alexander Hall potrafił tylko rozpierdalać wszystko naokoło siebie, łącznie z sobą i swoim życiem.

Somebody help me through this nightmare
I can't control myself


ᴘʟᴀʏᴇʀ ᴛᴡᴏ
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

you’re my best friend
and we are dancing in this world alone


p r z y j a ź ń

Pojęcie, które August wydawało się najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Zjawisko, którym szczyciła się przed wszystkimi, bo jednak takiej przyjaźni, jaką miała z Alexem, życzyła każdej osobie, którą spotykała na swojej drodze. Był jej odbiciem i największym oparciem w tym jej szaleńczym życiu. Aż do teraz. Do tamtej chwili.

''Nie powinno cię tu być, Winters.''

Wbiła w niego swój zamroczony wzrok, bo przecież nie patrzyła właśnie na kogoś, kogo nazywała nie tylko swoim najlepszym przyjacielem, ale rodziną. Wbijała wzrok w człowieka, którego widziała tym razem pierwszy raz na oczy. Kogoś, kto w żadnym wypadku nie przypominał jej Alexa. Rozbity łuk brwiowy z zaschniętą krwią. Ledwie widoczne siniaki na twarzy, które z pewnością nabiorą koloru burgundu w ciągu kilku dni, jak nie kilku godzin. Ściskało ją od środka. Ze złości... smutku i zdrady. Nie mogła pojąć, jak mógł ukrywać TAK POWAŻNĄ część siebie przed nią. Przecież mieli iść za sobą na koniec świata i jeszcze dalej. On był Woodym do jej Buzza Astrala. Duo chaosu klimatycznego. Coś niewytłumaczalnego, a jednak takiego, co po prostu miało sens...
Przez moment miała ochotę wysunąć dłoń. Nie po to, by go uderzyć, ale po to, by przejechać opuszkami palców po tej poobijanej twarzy. By powiedzieć mu, że tu jest. Że nie musi niczego przed nią ukrywać. Ale sam fakt, że tak zareagował na to, jak ją zobaczył… że zachowywał się, jakby była jakimś cholernym inconvenience, bo w ogóle się tutaj zjawiła… Jakby zapomniał, że odwołał ich spotkanie, a potem bezczelnie pojawił się w JEJ OKOLICY. Tam, gdzie MIESZKAŁA. No bezczel. Szybko zacisnęła dłonie przy udach, trzymając je blisko siebie, żeby nie wyjawić, jak bardzo była na niego wściekła w tamtym momencie. Nie obchodziło jej, o czym myślał. Co sądził. Jedyne, co migało jej przed oczami, to ogromny napis...

k ł a m s t w o

Ha. Zabawne, jak niektórym przychodziło to łatwiej niż innym. Zabawne, jak niektórzy potrafili przykleić łatkę białego kłamstwa do zwykłego wymijania prawdy. Zabawne, jak łatwo było ukryć się za tym słowem, twierdząc, że robiło się coś dla czyjegoś dobra. Nie mogła tego pojąć. Nie rozumiała tego. Nie raz w szpitalu słyszała, jak rodzice jej znajomych mówili im, że wszystko będzie dobrze. Że pokonają to cholerstwo. Tylko po co? Żeby dać im złudną nadzieję do samego końca? Może po części to rozumiała. Fakt, że darzyło się kogoś ogromnym uczuciem i myślało tylko i wyłącznie o jego dobru. Ale to nie było coś, czego sama oczekiwała. Winters wydawało się, że zaznaczała to przy nim nie raz. Od wielu… wielu cholernych lat... Od pierwszego momentu karmienia kaczek przy jeziorze, przez wieczór, który spędzili przy ognisku, ogrzewając się w cieple płomieni, bo oboje za bardzo bali się spać w namiotach na campingu zorganizowanym przez ojca August, aż po ten cholerny pierwszy raz, który przeżyli razem, i moment, w którym oficjalnie wróciła, ogłaszając, że jest w remisji. Obiecali sobie szczerość. Konieczną szczerość.No ale chyba nie zrozumieli tego w taki sam sposób. A przynajmniej Hall nie zrozumiał. A gdy odparł ''z niczym'' na jej pytanie, poczuła, jak robi jej się niedobrze. Dosłownie miała wrażenie, że zakręciło jej się w głowie i że zaraz zwymiotuje. Tego było za dużo. Jej oczy krzyczały, że stoi przed swoim przyjacielem, ale mózg i serce w ogóle tego nie rejestrowały.

Jednak to nie było wszystko... Jego reakcja... To, jak stał. Stoicko. Bezdusznie. Jakby nie obchodziło go, że mogłaby odebrać telefon, który nawiedzałby ją do końca życia. Miał to kompletnie w dupie, a kiedy popchnęła go w klatkę piersiową, on po prostu… stał. Czuła, jak oczy zaczynają ją piec.Winters nie płakała. Nigdy nie płakała. A samo uczucie łez zbierających się w kącikach oczu było nie tylko niekomfortowe, ale też cholernie obce. Zacisnęła usta w wąską linię, szybko przecierając policzki i te cholerstwa spływające po nich, tylko po to, by dosłownie zamarznąć w miejscu na jego kolejne słowa. - Nie dramatyzuj? - wyrzuciła z siebie zszokowana, próbując przełknąć gulę goryczy, która zebrała jej się w gardle. - Jak śmiesz, Alexander? - Fuck. Już nie pamiętała, kiedy ostatni raz nazwała go pełnym imieniem. Na nic innego nie zasługiwał w tamtym momencie. - To ty skreśliłeś mnie w momencie, gdy zdecydowałeś się okłamywać mnie za każdym razem, kiedy odwoływałeś nasze spotkanie - rzuciła, zirytowana i pokrzywdzona. Wiedziała, że ratunek… tego… czymkolwiek to było albo cokolwiek znaczyło dla niego, wydawał się jedynym logicznym wyjściem. Musiał z tym skończyć. Albo chociaż musiał chcieć z tym skończyć. Niedługo. W najbliższej przyszłości. Chciała po prostu wiedzieć, że istnieje rzeczywistość, w której nie będzie tak chętnie wchodził na ring i ryzykował swoim życiem na wagę jednego ciosu, który mógłby skończyć się dla niego tragicznie. Miała cholerną nadzieję. But goddammit, she didn’t know how wrong she was. Słuchając go, uchyliła usta w szoku i parsknęła śmiechem. Tylko przez moment, zanim znowu spoważniała. - A nie jest to oczywiste? - spojrzała na niego. Ale zanim zdążyła dokończyć, on już postanowił, że będzie wracał do domu.

Żartował, prawda? To się nie działo naprawdę. Jedyne, co po chwili poczuła, to podmuch wiatru i zapach jego perfum zmieszany z potem oraz walką wyniesioną z tamtego miejsca. - Don’t go! You know that I’ve got your back, Alex… - krzyknęła za nim, a chwilę później dodała jeszcze, - Proszę. - To jedno słowo delikatnie załamało się na pograniczu szlochu i krzyku. Strużki łez popłynęły po jej policzkach, a ona bezwiednie wysunęła dłoń, jakby mogła go dosłownie złapać. Jakby mogła sprawić, żeby nie odchodził. Głośny szloch wydobył się z jej gardła. Coś niezrozumiałego, na granicy błagania, żeby jednak został. Widząc jednak, że się nie zatrzymywał, poczuła, jak rozpacz, żal i gniew zaczynają tlić się w niej coraz mocniej. Jak mógł zostawić piętnaście lat przyjaźni za sobą w ciemnej alejce?
Zagryzła policzki od środka, ścisnęła pięści tak mocno, że czuła, jak paznokcie wbijają się w skórę dłoni, i zrobiła jedyną rzecz, co do której miała nadzieję, że zadziała. Chociaż nie była pewna. Już niczego nie była pewna. Zaczęła powoli biec za nim, krzycząc jego imię, prosząc, żeby poczekał. A po chwili… po prostu upadła na ziemię, uderzając biodrem o nierówny chodnik. - OUCH… pomocy! - krzyknęła głośno. Leżała tam, zerkając, czy jednak się zatrzyma, czy będzie szedł dalej. Swoją drogą, ten upadek zajebiście kurewsko bolał. Ale jeżeli to miało znaczyć, że jeszcze przez chwilę będzie mogła z nim porozmawiać, spojrzeć na niego… nawet jeśli faktycznie miało to oznaczać ostateczne pożegnanie… to przynajmniej ostatnie wspomnienie będzie miała takie, że jej były przyjaciel chciał jej pomóc po upadku. A nie takie, że zostawił ją na pastwę losu. Samą. W zaciemnionej... alejce. i know we are not everlasting
we’re a train wreck
waiting to happen
𝐬𝐭𝐫𝐚𝐧𝐠𝐞𝐫
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

m u r


Potrafił zbudować go wokół siebie w ułamku sekundy, żeby nikt - nawet jego najlepsza przyjaciółka - nie zobaczył, jak bardzo w środku wszystko zaczynało mu się pierdolić. Odcinał się emocjonalnie, bo to była jego jedyna linia obrony. Wstyd i poczucie winy paliły go od środka, więc zaciskał zęby i układał te cholerne cegły jedna po drugiej, licząc na to, że… kurwa. Przecież on nie wiedział, na co liczył. Może na jakiś pieprzony cud?

Bycie gnojem było po prostu prostsze. Łatwiej było założyć maskę bezczelnego skurwiela niż przyznać się do... kłamstwa? Porażki? Zranienia przyjaciółki? Okej, ale jedno musiał przyznać - nie wszedł na ten ring dla zabawy, to nie był też żaden kaprys. No, może trochę był. Na ringu nie obowiązywały żadne zasady, a on mógł nie tylko zarobić dobrą kasę, ale też wyładować wszystkie swoje frustracje bez żadnych konsekwencji. Ukrywał to, bo wiedział, że August zaczęłaby panikować, wariować i próbować go ratować, a tego po prostu nie chciał. Poza tym... przecież Winters miała dość swoich problemów. Choroba, otwarcie kawiarni, teraz jeszcze ten cały Theo, który był zupełnym przeciwieństwem Alexa. Hall nie chciał zostać ani ratownikiem, ani strażakiem, ba, nawet nie potrafił gotować... No i jak widać na wyżej załączonym obrazku, Alexowi daleko było do jednego z tych good guys. Może był po prostu słabym materiałem na przyjaciela dla August Winters?

Jak śmiesz, Alexander? Uch. Alexander. Kiedy ostatnio nazwała go w ten sposób? Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, które mówiło jedynie tyle, że po prostu, śmiał. Złość, irytacja i wstyd mieszały mu się pod skórą, bo naprawdę nie wiedział, co mógłby jej w tej chwili powiedzieć - no i dlatego milczał, nie chciał dolewać jej paliwa ani dostarczać kolejnych pretekstów do krzyków. Bał się, że gdyby tylko otworzył usta, to zamiast kolejnego chłodnego kłamstwa, wyrzuciłby z siebie cały żal, strach i bezsilność, które towarzyszyły mu od... zawsze. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji milczenie było bezpieczne.

To ty skreśliłeś mnie w momencie, gdy zdecydowałeś się okłamywać mnie za każdym razem, kiedy odwoływałeś nasze spotkanie. Znowu trafiła w sedno, ale wyglądało na to, że Alex dalej wolał okłamywać samego siebie, że nie mówiąc jej całej prawdy, był z nią szczery. Wmawiał sobie ten chory nonsens, że przecież jej nie zdradził, nie zastąpił nikim innym i nie przestał jej kochać jako przyjaciółki. Po prostu wycinał z ich wspólnej rzeczywistości ten jeden, brudny fragment. Uważał, że to chronienie jej, a nie kłamstwo. Był debilem, prawda? Był debilem.

A nie jest to oczywiste? Na te słowa z kolei musiał przekręcić oczami. Nie, nie było to oczywiste. Nie, nie chciał żadnych pożyczek, jałmużny, niczego takiego, chciał w końcu zacząć radzić sobie samemu. Dlaczego nie potrafiła tego zrozumieć? Że rzygać mu się chciało na samą myśl, iż znowu miałby wyciągnąć rękę po pomoc? Chciał być dla niej OPARCIEM, a nie wiecznym ciężarem, który nie tylko trzeba ciągle wyciągać z tarapatów, ale też sponsorować, kurwa. Szczerze? Jej troska w tym momencie tylko bardziej go wkurwiła.

Odwrócił się i wyminął ją bez słowa ze spuszczoną głową, bo nie chciał spojrzeć jej prosto w twarz po tym, jak zignorował każde jej słowo, które do niego wypowiedziała. Boże, całe ciało mu krzyczało, żeby się zatrzymał, obrócił i prosił o wybaczenie, żeby spróbowali razem naprawić to, co właśnie powolutku niszczył, ale nie, bo gdyby to zrobił, nie nazywałby się Alexander Hall. Czuł się jak absolutny śmieć, że zostawiał ją samą, ale nie mógł inaczej.

Don’t go! You know that I’ve got your back, Alex… Nawet się nie odwrócił, po prostu szedł dalej. Wiedział, że jeśli zostanie chociaż chwilę dłużej, to... mur pęknie, a on wybuchnie, a nie chciał jej skrzywdzić za żadne skarby świata. Nie miał też zamiaru się tłumaczyć, August sama sobie wszystko pięknie dopowiedziała.

Proszę. Zwolnił kroku, ale nie przestał iść w kierunku przystanku autobusowego nieopodal. Słyszał rozpacz w jej głosie, chwilę później usłyszał również jej szloch... Chryste, ten dźwięk rozrywał go na pół. August płakała i to on był powodem, przez który płakała. Poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej, ale szedł dalej. W końcu podjął jakąś decyzję i nie zamierzał się z niej teraz wycofać...

A jednocześnie... gdzieś pod skórą wiedział, że to jeszcze nie koniec rozmowy. Wiedział, że August nie odpuści i prędzej czy później za nim pobiegnie - w końcu znał ją nie od dziś - ale nie spodziewał się, że zostanie zaatakowana przez chodnik. OUCH... POMOCY! Zamarł wpół kroku, gdy tylko usłyszał jej krzyk, po czym szybko się odwrócił. Odsunął od siebie myśl, że to mogłaby być tylko głupia zagrywka, aby zatrzymać go tutaj za wszelką cenę, mimo że ich obojga już dawno nie powinno tutaj być. To była August Winters. Jego przyjaciółka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby zostawił ją w takim momencie. - Kurwa - skomentował jedynie pod nosem, gdy zobaczył Dust leżącą na chodniku i trzymającą się za biodro. Not good. Dopadł do niej w trzech długich krokach i uklęknął obok niej na jedno kolano, a jego dłonie zawisły nad jej ramionami, zanim ostrożnie oparły się na jej plecach. Zdziwiły go jego opory, tak swoją drogą - przecież byli przyjaciółmi, skoczyliby za sobą w ogień, a teraz... jedna kłótnia miała wymazać wszystko to, co razem przeżyli? Jezu. - Gdzie cię boli? Dasz radę wstać? - spytał rzeczowo, momentalnie przechodząc w tryb dowodzenia, zupełnie jakby był kapitanem tonącego okrętu albo something like that. Zerknął na jej potargane włosy i twarz, na której wciąż lśniły ślady po łzach, ale cholera, nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Nie chciał zobaczyć w nich... rozczarowania i poczucia zdrady, które teraz na pewno jej towarzyszyły. Poza tym dopóki ich spojrzenia nie krzyżowały się ze sobą, mógł udawać, że po prostu ratował przyjaciółkę. Zupełnie jakby nie wbił jej noża prosto w plecy, zaledwie kilka minut wcześniej. No i gdy tak błądził wzrokiem po jej biodrze, twarzy i włosach, byle tylko nie napotkać jej wzroku, to nagle przeniósł spojrzenie na swoje dłonie, które miały na sobie ślady krwi. Momentalnie zabrał dłonie z jej pleców, ale było już za późno, bo już zdążył ubrudzić jej ubranie.

Nawet nie wiedział, jak to skomentować, lol.

At every occasion, I'll be ready for the funeral
Every occasion, once more, it's called the funeral


are you still my friend?
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

a lifetime lost in a day
when you dug up all the dirt...

h i p o k r y z j a

Czy można było nazwać to już hipokryzją? Oczekiwała prawdy, szczerości ze strony przyjaciela, a sama ukrywała przecież, jeszcze nie tak dawno temu, mały szkopuł, że przez kilka lat ich młodzieńczego życia kochała się w nim, for fuck’s sake! Oczekiwała od niego prawdomówności, kiedy sama omijała niby nic niewarty fakt szerokim łukiem. I to nie był pierwszy raz, kiedy go ''oszukiwała''. Przecież nie powiedziała mu całej prawdy o tym, jak źle było wtedy, gdy prosiła go o ich wspólny pierwszy raz. Niby mówiła dookoła, w delikatny sposób, że miał tam wyklejać ich album przyjaźni i te pe, i te de, no ale nie powiedziała mu wprost, że może nie wrócić… a to było mijanie się z tą złotą prawdą, której tak bardzo oczekiwała od niego, no nie? Nie mówiła mu też o powracającym bólu biodra albo nogi, który od czasu do czasu dawał o sobie znać… no ale to pewnie przez zmianę pogody albo przesilenie, co nie? To nie było nic ważnego. Poza tym nie chciała go martwić i nie chciała martwić samej siebie!

A teraz płakała, krzyczała na niego, bo może on też nie chciał martwić jej? Pieprzona hipokrytka. Jednak duma w tamtym momencie przeważała nad rozsądkiem. W końcu Alex nie był nią… on nie kłamał. Nie wymijał prawdy tylko po to, żeby się nie przejmowała. A może tak naprawdę go nie znała? Już sama nie wiedziała dokładnie, o co jej chodziło. Po części był to fakt, że ją okłamał, ale gdy tak dłużej się nad tym zastanawiała i zaglądała w głąb swojego serca, to już naprawdę nie chodziło o to, że nie byli oboje ze sobą do końca szczerzy. Tu bardziej chodziło o to, że Alex poczuł potrzebę dorabiania na czarno… ryzykując własne życie, i nie pomyślał nawet przez moment, co stałoby się z August, gdyby dowiedziała się, że już go tutaj nie ma. Straciłaby cząstkę siebie…
Ducky był jej w s z y s t k i m.
Ramieniem do wypłakania się, plecami, na które mogła wskoczyć, gdy stwierdzali, że muszą zacząć uciekać, a jej nogi były za krótkie. Był uszami, które wysłuchiwały szalonych pomysłów. Ustami, które śmiały się z każdego przygłupiego żartu albo riposty, którą go obdarowywała. Oczami, które widziały ją na dosłownie każdym etapie życia podczas ich piętnastoletniej przyjaźni. Był nierozerwalną częścią jej istnienia i nie wyobrażała sobie dnia albo nocy bez świadomości, że mogłaby do niego zadzwonić w każdej chwili. Na samą myśl czuła złość i rozpacz. Jak mógł być takim aroganckim palantem?! Zasługiwał w tamtym momencie na większe manto, ale takie, które nie pozostawiłoby żadnych odcisków ani ran na twarzy czy żebrach, a raczej takie, które zostawiłoby ślady na jego sumieniu i sercu. Tego chciała. Odegrać się. Odgryźć za to, że tak łatwo przychodziło mu poświęcenie wszystkiego dla pieniędzy. Przecież mogła mu je pożyczyć… dać nawet, cokolwiek, byleby tylko nie czuł potrzeby podkładania się dla rozrywki shady gości.

Widząc jednak jego reakcję w postaci przewrócenia oczami, zacisnęła tylko pięść, jeszcze mocniej wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. Dobra, czyli to odpadało. Cholerna męska duma. Czuła dosłownie, jakby miała się tam zaraz zapowietrzyć, udusić własną złością albo wybuchnąć mu prosto w twarz, bo naprawdę? Naprawdę teraz będzie udawał, że to wszystko było takie proste? Że ona przesadzała? Że jego idiotyczna potrzeba radzenia sobie ze wszystkim samemu była jakimś szlachetnym aktem, a nie najgłupszą rzeczą, jaką mógł zrobić?

Stała tam jak wryta, gdy ją wyminął… nie wierzyła, że naprawdę był gotów ją tak tam zostawić. Wydusiła z siebie tylko coś na pograniczu krzyku i łkania, czując, jak łzy napływają jej do oczu. Nawet na jej błagalną prośbę, żeby nie odchodził… nie zatrzymał się. Nie obejrzał. Po prostu szedł dalej, jakby zostawienie jej tam, z sercem na dłoni i rozpaczą rozlewającą się po całym ciele, było czymś najłatwiejszym na świecie.

Czuła r o z d a r c i e.

Jakby jej serce powoli rozrywało się na drobne, żałosne kawałeczki, których już nigdy nie będzie w stanie posklejać. Ból, który odczuwała w tamtym momencie, był nie do opisania. Gorszy niż dziesiątki operacji, przez które przechodziła. Gorszy niż każdy powrót do szpitala, każda igła, każda blizna, każdy moment, w którym musiała zaciskać zęby i udawać, że da radę. Bo tego nie dało się po prostu przetrwać. Nie wytrzymała. Wybuchnęła niekontrolowanym szlochem, przyglądając się temu, jak coraz bardziej się oddalał. Nie poznawała go. Nie tego Alexa. Nie swojego Ducky’ego. Nie chłopaka, który miał być jej bezpiecznym miejscem, jej pewnikiem, jej człowiekiem od zawsze i na zawsze.

Jak mógł?

W tamtym momencie miała wrażenie, że te wszystkie lata ich przyjaźni zostały przez niego wyrzucone i zgniecione jak jakaś nic niewarta kartka papieru. Nie obchodziła go… z pewnością nie, skoro każdy krok, który stawiał, wydawał się jedną z najłatwiejszych decyzji w jego życiu, co nie? Musiała się przekonać, czy naprawdę tak łatwo przyjdzie mu ją zostawić. Więc wykonała swój plan, wydobywając z siebie stęknięcie bólu i upadając na ziemię z nadzieją, że przybiegnie jej z pomocą. Zamknęła oczy, marszcząc brwi w 'bólu'. Swoją drogą, troszkę bolało, ale nie na tyle, by uzasadniać ten cały teatrzyk. Otworzyła jedno oko, słysząc przekleństwo wydobywające się z jego ust i widząc, że się do niej zbliżał, zanim znowu zamknęła oczy, wydobywając z siebie kolejne jęknięcie. Gdy w końcu znalazł się przy niej, spojrzała na niego ze smutkiem w oczach, zarzuciła jedno ramię na jego szyję i podniosła się ku górze, gdy objął ją wokół pleców, pomagając jej wstać. - Biodro - mruknęła cicho, starając się z powrotem ustać na nogach. Stanęła przed nim, zerkając na niego, gdy przyglądał się swoim dłoniom… które były całe we krwi. ZNOWU CZUŁA TĘ ROSNĄCĄ W SOBIE ZŁOŚĆ... I NIE WYTRZYMAŁA...Zamachnęła się dłonią i pacnęła go przez ramię. - Idiota! - wyrzuciła z siebie. - Muszę udawać, że coś mi się dzieje, żebyś mnie nie zostawił?!- Zmarszczyła nos, zamachując się drugą dłonią i pacając go w drugie ramię - Piętnaście lat, Ducky! Piętnaście, a ty jesteś gotowy mnie tak rzucić w kąt?! - Prychnęła pod nosem, stawając na palcach, wysuwając dłonie i chwytając go za policzki, tak by w końcu spojrzał prosto na nią. - I spójrz na mnie! Tam na ringu byłeś odważniejszy, wpatrując się w przeciwnika, a na mnie nie potrafisz?! - Bo może najgorszym przeciwnikiem był ten, który wiedział dokładnie, jak ugodzić kogoś prosto w... serce. just look at me for fucks sake!
27 y/o
PSUJ TROFEOWY
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I never meant to be so cold to you

S i e l a n k a


Alex w wyobrażeniach August był czysty jak łza. Nie kłamał, dzień dobry sąsiadom mówił, zakupy przyniósł, był fantastycznym psim ojcem i zawsze oferował ramię do wypłakania. Jednak Winters zapominała o jednym szczególe, że to wszystko było jej zasługą. Przy niej zachowywanie się jak pieprzony ideał było dziecinnie proste - zarażała go swoim optymizmem, opowiadała żarty i ciągnęła go w górę, zamiast w dół. A gdy wyjechała... sięgnął dna. Spał na ulicy, chwytał się każdej roboty, jadł resztki z restauracji. No i właśnie wtedy, przyciśnięty do muru przez pieprzoną biedę i brak perspektyw, po raz pierwszy zaczął sięgać po nielegalne źródła zarobku. Najpierw wyścigi, potem walki... Gdyby znalazł drogę, pewnie wszedłby w coś jeszcze, ale że nie znalazł - stanęło tylko na tym. Na początku było koszmarnie. Każdy zarobiony w ten sposób dolar ciążył mu w kieszeni, ale człowiek to podłe stworzenie i potrafił przyzwyczaić się do wszystkiego, nawet do własnego upodlenia. Krew na pięściach przestała go brzydzić, a brudna gotówka od podejrzanych typów przestała śmierdzieć. Przyzwyczaił się. Tak po prostu.

A potem August wróciła do Toronto i - paradoksalnie - w ich wspólnej rzeczywistości nic się nie zmieniło. Alex znów mógł być jej Duckym, czyli uśmiechniętym, pomocnym i gotowym skoczyć za nią w ogień chłopakiem. Po prostu od tamtej pory dźwigał sekret, który miał nie ujrzeć światła dziennego, a dzięki któremu mógł postawić August pierwszą pizzę w życiu, za którą zapłacił swoimi pieniędzmi. No i nie zapominajmy, że w tym wszystkim chodziło również o jego chorą, męską dumę - dzięki tym pieniądzom mógł przestać polegać na Wintersach, nie musiał jeść u nich kolacji co drugi dzień i mógł odmówić, gdy pani Winters kolejny raz chciała przekazać mu stare ubrania po bracie Dust.

A teraz...

Klęczał teraz nad nią i nawet nie drgnęła mu powieka, gdy Dust oparła się na nim i zarzuciła mu ramię na szyję. Właśnie dlatego tutaj został - chciał jej pomóc, no i... naprawdę nie chciał, żeby stała się jej krzywda, dlatego wielkie było jego zdziwienie, gdy Winters stwierdziła, że niby boli ją biodro, po czym puściła go i stanęła na ziemi o własnych siłach. - Czyli dasz radę wstać, okej - odpowiedział sobie z ironią w głosie, gdy chwilę później oberwał w ramię. Nie poruszył się. Zasłużył. Stał przed nią jak posąg, gdy zaczęła wylewać swoje żale, kurwa. Idiota! Muszę udawać, że coś mi się dzieje, żebyś mnie nie zostawił?! Drugi cios w ramię. Alex nawet nie drgnął. A więc to był teatrzyk? Pierdolona zagrywka, żeby go zatrzymać? Wcisnął dłonie w kieszenie i zacisnął je tam w pięść. Poczuł uderzenie dziwnej ulgi, że fizycznie wcale nie ucierpiała, ale zaraz potem zalała go fala wstydu. Doprowadził ją do stanu, w którym musiała rzucać się na beton, żeby jej nie porzucił? Jezu, co on robił z tą przyjaźnią? Zacisnął szczękę tak mocno, że aż zabolały go zęby, bo pojawiła się również złość, że oszukała go w tak tandetny sposób. Wiedziała, że nie zostawiłby jej w potrzebie. Kurwa. Piętnaście lat, Ducky! Piętnaście, a ty jesteś gotowy mnie tak rzucić w kąt?! Tak. Piętnaście lat. Piętnaście lat bycia kimś więcej niż rodzeństwem. Piętnaście lat dzielenia każdego pieprzonego uśmiechu, strachu, sekretu. Dzielenie się jebaną pizzą, burgerem, łzami, żartami i piosenkami na Spotify, które dalej wysyłali sobie od czasu do czasu. A teraz stał tu przed nią i zachowywał się jak śmieć. Chciał wrzasnąć, że jej nie porzucał, że nigdy by tego nie zrobił, ale gardło miał zaciśnięte tak mocno, jakby ktoś zaciskał pętlę na jego szyi coraz mocniej i mocniej. Milczał, a pod jego skórą, tuż obok poczucia winy, zaczęła powoli kiełkować niebezpieczna, toksyczna złość. Złość na to, że był tak cholernie bezsilny i nie potrafił być dla niej kimś lepszym.

I wtedy Dust przekroczyła granicę, której przekraczać nie powinna. I spójrz na mnie! Tam na ringu byłeś odważniejszy, wpatrując się w przeciwnika, a na mnie nie potrafisz?! Gdy złapała go za policzki i zmusiła, żeby w końcu na nią spojrzał, tego było już za dużo. Gwałtownym, niemal agresywnym ruchem złapał ją za nadgarstki i oderwał jej dłonie od swojej twarzy, ale nie puścił ich. Trzymał ją mocno, a w jego oczach mogła dostrzec tylko i wyłącznie... złość. Wkurwienie. Furię. Tak naprawdę wszystkie emocje, które dusił w sobie od tygodni - frustracja, upokorzenie, duma i czysta wściekłość na to, że czuł się jak wieczny życiowy nieudacznik - pojawiły się na jego twarzy w ułamku sekundy. Tama pękła. - Bo tam wszystko jest kurwa prostsze, August! - wrzasnął, przerywając milczenie. Nie dał rady dłużej znosić jej pierdolenia - właśnie dlatego chciał odejść i dać sobie czas na przetrawienie jej słów, ale ona postanowiła urządzić sobie teatrzyk i go sprowokować. - Na ringu ktoś chce mi spuścić wpierdol, a ja jemu, ot, cała filozofia, tam nie ma żadnych uczuć, jebanych piętnastu lat przyjaźni, zawodu ani zdrady - kontynuował i przyciągnął ją do siebie jednym ruchem. Jedną ręką dalej trzymał jej nadgarstki, a drugą przeniósł na jej ramię. Spojrzał jej prosto w oczy - w końcu widział jej lśniącą od łez twarz w całej okazałości, ale przecież to nie tylko o łzy chodziło. Widział w jej oczach zawód, zranienie... JEZU! Właśnie dlatego chciał stąd odejść, kurwa! - I przestań mi pierdolić o rzucaniu w kąt! - warknął, a jego palce zacisnęły się na jej ramieniu odrobinę mocniej, mimo że podświadomie pilnował, żeby nie zrobić jej krzywdy. - Gdybym miał cię gdzieś, to stałbym teraz na przystanku, a nie w ciemnej uliczce, bo jakaś wariatka udaje, że się połamała - kontynuował, już nie krzycząc.

Wypuścił gwałtownie powietrze z płuc, ale nie odwrócił wzroku. Czekał, aż zobaczy na jej twarzy szok, ból, złość, cokolwiek, byle tylko rozczarowanie opuściło jej oczy. Czuł się okropnie, mówiąc jej te wszystkie słowa, ale nie potrafił dłużej trzymać nerwów na wodzy. - Myślisz, że ja to robię dla zabawy?! Że lubię, jak obcy ludzie obstawiają pieniądze na to, czy po kolejnym ciosie wstanę z jebanego ringu, czy wyniosą mnie stamtąd na noszach? - rzucił chwilę później, luzując uścisk. - Chciałem być dla ciebie oparciem, a nie wieczną, bezużyteczną przybłędą, którą ty i twoja rodzina musicie wiecznie sponsorować i ratować z kłopotów! - mówił dalej. Skoro już zaczął, chciał powiedzieć wszystko. - I tak, okłamałem cię. Okłamywałem cię za każdym jebanym razem, bo wolałem, żebyś miała w głowie ten swój wyidealizowany obrazek mojej osoby, niż żebyś dowiedziała się prawdy i urządziła mi cyrk, tak jak teraz. Urządziłaś ten pieprzony teatrzyk, żeby udowodnić mi, jakim jestem skurwielem? Gratulacje, wygrałaś. Teraz puść mnie i pozwól mi odejść, zanim... chuj, nie wiem co, nie wiem już, co ci powiedzieć - warknął. Powiedział jej, żeby go puściła i pozwoliła mu odejść? Przecież to on ją trzymał... w dalszym ciągu. I nie puszczał, bo nie potrafił. Patrzył jej prosto w oczy i nie wiedział, co teraz.

Napięcie między nimi można było teraz kroić nożem - Alex oddychał ciężko i nie odrywał wzroku od August, czekając na jej jakąkolwiek reakcję. Jednak się nie doczekał, bo ciszę przecięło otwarcie ciężkich, metalowych drzwi, przez które oboje tego wieczoru przeszli. W drzwiach stanął jeden z tych osiłków, który wcześniej stał na bramce, i w ręku trzymał niedopalonego peta. Zmierzył Alexa i zapłakaną August jednym, skrajnie poirytowanym spojrzeniem, po czym wypuścił dym nosem. - Czy możecie, za przeproszeniem, wypierdalać? Co ty odpierdalasz, Hall? - zawołał osiłek. Alex niechętnie odwrócił wzrok od August, ale nie puścił jej. - Zaraz stąd znikamy, więc zamknij pysk i wracaj do środka - warknął. Bramkarz zlustrował go jeszcze raz wzrokiem, po czym splunął pod nogi, rzucił peta na beton i schował się z powrotem we wnętrzu budynku. Zostali sami. Znowu. Alex zmierzył August lodowatym wzrokiem, po czym puścił jej ramię i nadgarstki, ale zamiast tego chwycił ją za dłoń i bez słowa pociągnął ją w stronę przystanku autobusowego. Dość już zostało powiedziane.

ʜᴀᴘᴘʏ ɴᴏᴡ?
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Cause if she cries,
I know it has to mean something


To nie chodziło o to, że nie potrafiła być poważna. Że nie umiała traktować każdej poważniejszej chwili z marmurowym, niemal grobowym wyrazem twarzy, bo tak wypadało. Po prostu ciężkie, smutne chwile wprowadzały ją w stan dyskomfortu. Ciężar goryczy, szlochów, zapachu dezynfektantów i poczucia bezsilności panował nad jej życiem przez wiele lat. Życiem, którego Alex nie był częścią, bo nie była w stanie go do niego wpuścić. Nie potrafiła. Był sam, odkąd go poznała. Chłopak, który stracił jakąkolwiek nadzieję na coś wielkiego. Chłopak, który myślał, że nie jest nic warty, podczas gdy ona naprawdę widziała w nim kogoś, kto osiągnie wszystko, czego tylko zapragnie, jeżeli będzie na to ciężko pracował. Wiedziała, że w szkolnych czasach była mu najbliższą osobą, więc jak mogła doprowadzić do tego, żeby poczuł, jak grunt ugina mu się pod nogami? Momentami żałowała, że nie była z nim w pełni szczera. Zwłaszcza wtedy, kiedy naprawdę nie wiedziała, czy przez to przejdzie. Czy zdoła pokonać to, co tak powoli wyniszczało ją od środka. Czy była to jakaś chora odwaga, dobry uczynek wykonany w jego kierunku, czy może arogancja i samolubstwo, bo po prostu nie chciała, żeby doświadczył jej w ten sposób?
Już sama nie była tego pewna.
N i c z e g o nie była pewna, a teraz, stojąc tak obok niego, gdy pomagał jej wstać, a ona znowu musiała wymyślić coś, by zamienić poważną sytuację w niemal kpinę, zaczęła się zastanawiać. Czy wszystko to, co robiła z tą swoją lekkomyślnością, miało jakikolwiek sens? Nie potrafiła być z nim szczera, a tej szczerości od niego oczekiwała. Nie potrafiła powiedzieć mu, że go kochała, bo przecież takie przyjaźnie nigdy nie przetrwają, prawda? Uczucie, które zrodziło się za czasów beztroski, wciąż tliło się delikatnie, jednak już nie tak rozżarzonym ogniem jak kiedyś. Było niemal uśpione. W hibernacji. Wiedziała, że miał swoje życie, dziewczynę, na której naprawdę mu zależało, a takim rodzajem uczucia nigdy do niej samej nie pałał. Była szczęśliwa, że wszystko powoli mu się układało. Naprawdę. A ta iskierka w jej sercu? Mogła z tym żyć do samego końca. Z tą iskierką w sercu, której nigdy do końca nie potrafiła zgasić, dopóki on wciąż był częścią jej życia. Tylko że teraz, w tamtym momencie, nie była już pewna niczego. A już na pewno nie tego, czy Alex po tym wszystkim jeszcze zechce w tym życiu zostać.. Zwłaszcza po tym, czym w niego rzuciła. Wyrzutami, rozczarowaniem, robieniem z siebie ofiary losu przez kłamstwo, które odkryła, podczas gdy sama chowała w głębi serca sekrety, którymi nigdy się z nim nie podzieliła.

Była wściekła. Na niego, na tych idiotów, którzy wkręcili go w świat, w którym tak łatwo stawiał własną egzystencję na szali, ale tak naprawdę chyba najbardziej była wściekła na siebie. A żeby zakryć to upokorzenie samą sobą, przykryła je najlepiej, jak umiała. Dźwiękami uderzeń, które mu serwowała w tamtym momencie, wyrzucając z siebie całą żałość i to, że tak łatwo się od niej odwrócił. Że wyrzucił kilkanaście lat ich przyjaźni za burtę, tylko po to, by powoli zaczęła tonąć, walcząc o jakiekolwiek powietrze, zanim całkowicie, powoli, opadnie na dno. Trzymała go kurczowo za policzki, starając się, żeby w końcu na nią spojrzał. Wiedziała, że nie będzie potrafił kłamać jej prosto w oczy, co było zabawne, bo ona również nie potrafiła. Oczy były odbiciem duszy. Jego miały kolor niebieskozielony, przebijający się w specyficzny sposób w zależności od światła albo pomieszczenia, w którym się znajdowali. Tylko że teraz szybko straciły ten charakterystyczny odcień, w który tak uwielbiała się wpatrywać.

Pociemniały.
Do tego stopnia, że na jej twarzy pojawiło się coś na kształt zdziwienia. A potem wrzasnął. Głośno, sprawiając, że aż się wzdrygnęła. Poczuła pieczenie na nadgarstkach, a powiew wiatru przesunął się po jej palcach, które jeszcze chwilę wcześniej znajdowały się na jego twarzy, a teraz tkwiły w powietrzu w niekomfortowym, zawieszonym geście. Nie przywykła do tego. W sensie, nie raz była świadkiem, jak bił się z innymi ludźmi w ramach jej honoru albo w obronie kogoś, komu działa się krzywda, ale nigdy ten krzyk, ta frustracja, nie były skierowane właśnie w nią. Przymknęła oczy po kolejnej fali krzyków i słów wymierzonych prosto w nią, gdy przyciągnął ją do siebie. Uniosła twarz niemal natychmiast, wpatrując się w niego, gdy zacisnął dłoń na jej ramieniu, a drugą na jej nadgarstkach. Przygryzła dolną wargę od środka, starając się uspokoić.

''Gdybym miał cię gdzieś, to stałbym teraz na przystanku, a nie w ciemnej uliczce, bo jakaś wariatka udaje, że się połamała.''

Tylko że miał ją gdzieś. Szedł tam. A gdyby nie zachowała się jak ta wariatka, to by się nie cofnął. Taka była prawda. Czuła, jak rozsadza ją od środka złość i smutek, ale słuchała. Chciała wiedzieć, co z siebie wyrzuci. Chciała dowiedzieć się, co o niej myślał. Poczuła, jak żołądek jej się zaciska, jakby cała krew odpływała jej z twarzy, gdy wspomniał o noszach. Tego właśnie się obawiała. Że mógłby stracić życie przez to, co robił, ale najwidoczniej to nie było wystarczającym powodem, żeby przestał. A gdy wspomniał o byciu przybłędą, otworzyła usta, chcąc wydusić z siebie cokolwiek. Krzyknąć, że nigdy go za przybłędę nie uważała. Nigdy. Ale on kontynuował. A każde słowo sprawiało, że czuła się coraz słabiej, bo to, co powiedział, było niemal prawdą. Urządzała pierdolony t e a t r z y k Bo gdzieś w głębi serca miała nadzieję, że ta sytuacja, tak jak miliony wcześniejszych, zamieni się w noc przepełnioną żartami i śmiechem, a nie bólem, rozczarowaniem i niedopowiedzeniami.

w y g r a ł a?

Jeżeli swoim zachowaniem wygrała utratę przyjaciela, to kurwa, naprawdę jej się udało. Wpatrywała się w niego, wiedząc, że nawet gdyby ją puścił, nie odeszłaby. Nie mogłaby. Nie potrafiłaby. Darzyła go wieloma uczuciami, ale nienawiść nigdy nie zagościła w jej sercu. Nawet nie teraz. Nawet nie w tym momencie, gdy w końcu zobaczyła, jak cierpiał, a pomimo tego wciąż stawiał jej dobro wyżej, obawiając się, że może zmieni temat, gdy dowie się wszystkiego. Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał ją z zapatrzenia w twarz Alexa. Jeden z ochroniarzy pojawił się w progu i krzyknął w ich stronę, a kolejne słowa Alexa znowu doprowadziły do delikatnego wzdrygnięcia. Na szczęście bramkarz zniknął chwilę później, a uścisk na jej nadgarstkach się poluzował. Dłonie, wcześniej uniesione ku górze, opadły w dół. Zerknęła na nie, widząc czerwone ślady i czując pieczenie, by po chwili znowu poczuć na jednej z dłoni delikatny ciężar. Tym razem jego dłoni, która chwyciła ją kurczowo, gdy ruszyli w kierunku przystanku autobusowego. Winters szła pół kroku za nim, nie wiedząc, co mogła teraz zrobić albo powiedzieć, żeby uratować tę sytuację. Miała zaledwie kilka minut przed następnym autobusem. Pociągnęła tylko nosem, gdy podeszli do przystanku i stanęli pod wiatą.


Cisza między nimi była niemal zabójcza. Nie wiedziała, co ma robić. Zerknęła tylko na ich złączone dłonie, których teraz oboje kurczowo się trzymali, jakby żadne z nich nie chciało puścić. Następnie zerknęła na jego twarz, by szybko odwrócić wzrok i westchnąć pod nosem. Powoli zaczęła wyrzucać z siebie wszystko, co od dawna się w niej tliło. - Nigdy nie traktowaliśmy cię jak przybłędę, Alex - zaczęła powoli, starając się mówić wystarczająco głośno, mimo że słowa uciekały jej pod nosem i miała opuszczoną twarz. - Stałeś się częścią mojej rodziny w momencie, gdy przyprowadziłam cię do domu, po tym jak uciekaliśmy przed bandą licealistów, bo stwierdziliśmy, że zabawnie będzie ukraść im gacie, gdy się kąpali. - Uśmiechnęła się pod nosem na tamto wspomnienie, kontynuując, - Rodzice chcieli cię adoptować, wiesz? - zerknęła na niego przeszklonymi oczami. - Szukali nawet domu z pokojem dla ciebie, ale ja… - Nie wiedziała, czy będzie w stanie to z siebie wyrzucić. W końcu stanęła naprzeciwko niego, ściskając jego dłoń. - Ja się na to nie zgodziłam. Nie chciałam się tobą dzielić… z nikim. - Czuła, jak łzy zbierają się jej w oczach. Fuck.
August nie płakała.
Aż do dzisiaj. - Nie chciałam, żebyś był moim bratem… bo jak mogłam kochać się w kimś, kto mieszkałby ze mną pod jednym dachem jako rodzeństwo? - spojrzała mu prosto w oczy. - Chciałam, żebyś był blisko. Żebyś był częścią naszej rodziny… bo miałam też skrytą nadzieję, że może ty też kiedyś mnie pokochasz. - Wysunęła dłoń za jego szyję i przyciągnęła go do siebie, stając na palcach, by zburzyć odległość dzielącą ich usta i złożyć na nich jeden czuły, pożegnalny pocałunek. Przymknęła oczy, czując ciepło rozchodzące się po całym ciele, by po chwili odsunąć się od niego. - I nie martw się, nie oczekuję niczego od ciebie, Hall. Już nauczyłam się z tym funkcjonować. - Miał kogoś. Był szczęśliwy, a ona po prostu chciała pożegnać się z nim w sposób, który będzie mniej drastyczny od tego sprzed… no, tamtej chwili. - Przepraszam za bycie wariatką i robienie tego teatrzyku. Po prostu nie umiem inaczej, wiesz? - Ich twarze nagle rozjaśniły światła nadjeżdżającego autobusu. Spojrzała na ich dłonie, wysuwając swoją z jego uścisku. Przysunęła dwa palce, wskazujący i środkowy, do swoich ust, musnęła je, a potem przyłożyła do jego warg. - Ducky, dla mnie zawsze byłeś wystarczający. - Dodała to cicho, zanim się odwróciła i weszła do autobusu. Przyłożyła telefon do terminala, by opłacić przejazd. Nawet się nie obejrzała, żeby sprawdzić, czy za nią podążył. Nie była w stanie. Pomimo stoickości, jaką mu w tamtym momencie okazywała, w środku każdy jej kawałeczek się rozsypywał. A ona nie była pewna, czy będzie w stanie się pozbierać, jeśli ich przyjaźń naprawdę właśnie dobiegła końca.

i guess that's it?
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”