never thought I would feel like this
such a mess when i'm in your presence
Nie było chyba nic gorszego niż uczucie, kiedy najlepszy przyjaciel po raz kolejny odwołuje wspólne plany. Powoli właśnie to stawało się nową rzeczywistością relacji August i Alexa. Jasne, zawsze próbował rzucić wszystko i pojawić się przy niej w losowe popołudnie albo wieczorem - szczególnie wtedy, gdy poprosiła go, żeby wpadł do pubu poznać tego gościa, z którym się umówiła, tego niedźwiedziowatego aspirującego strażaka. Ale ilekroć robili plany tylko dla siebie... jakoś zawsze coś się zmieniało. Zawsze wypadało coś ważniejszego. Zawsze pojawiał się jakiś nagły zwrot akcji. Ale nie dzisiaj... August wyszykowała się, żeby spotkać się z nim o 20:30 pod stacją Danforth, bo mieli iść do jednego z tych game arcades i zrobić z siebie kompletnych idiotów, zaraz po zakupach przy jej mieszkaniu. Zawsze lubiła robić większe spożywcze zakupy, kiedy miał przyjść, bo był silny, okej? Mógł unieść dwa razy więcej niż ona, więc zwyczajnie było to wygodne. A ona odpłacała mu ciastem, lunchem na następny dzień i, oczywiście, swoim zajebistym towarzystwem.
Win-win, prawda? Więc kiedy już się ogarnęła i weszła do supermarketu, poczuła wibrację telefonu w kieszeni.
NOPE... Kurwa. Nie czytam tego. Taka była jej pierwsza myśl, bo gdzieś tam, głęboko w środku, i tak już wiedziała, że znowu odwołał. Gdy w końcu wyciągnęła telefon i otworzyła jego wiadomość, poczuła, jak mocniej zaciska palce na krawędziach obudowy. Przewróciła oczami, zostawiła mu jedynie reakcję ''

'' zamiast odpisać, po prostu wyszła ze sklepu, wkurwiona do granic. Poszła się przejść. Wsadziła słuchawki do uszu i włóczyła się po okolicy, próbując wychodzić z siebie całą tę złość. Około 20:40 wracała przez swoje sąsiedztwo, przez Greektown, kiedy zobaczyła...
Alexa? Mogłaby przysiąc, że właśnie wysiadł z autobusu. Wait a damn minute.
To niemożliwe.
Uniósłszy brew, bez większego zastanowienia przyspieszyła kroku, żeby dotrzymać mu tempa, ale zostawała kawałek z tyłu, żeby przypadkiem jej nie zauważył.
Przysięgam, jeśli odwołał mnie tylko po to, żeby spotkać się ze swoją ekipką i nawet nie miał jaj, żeby powiedzieć mi, że woli siedzieć z nimi, to go zabiję, a potem jeszcze będę go straszyć po śmierci. TAK, W ZAŚWIATACH. Tak sobie pomyślała. Ale im dłużej za nim szła, tym bardziej gwarną, żywą ulicę zastępowały jakieś podejrzane boczne uliczki. I wtedy zobaczyła, jak wchodzi do jakiegoś obskurnego miejsca. Piwnica? Stała z tyłu przez jakieś dziesięć minut, próbując zdecydować, czy wejście tam i zrobienie sceny to aby na pewno dobry pomysł. Ale August nie byłaby August, gdyby nie postanowiła jednak dać mu paru groszy własnej wkurwionej opinii. Więc w końcu weszła.
Od razu uderzył ją zapach potu, alkoholu, czegoś stęchłego i tych wszystkich zbyt głośnych, zbyt bliskich ludzi. Natknęła się na dwóch ochroniarzy zbudowanych jak dwa byki. - Zgubiłaś się, słoneczko? - zapytał jeden z nich.
- ummm.. nie - wyrzuciła z siebie. - No to pięćdziesiąt dolców za wejście i drugie pięćdziesiąt za obstawienie, kto wygra jedną z dzisiejszych walk. - Oczy August rozszerzyły się gwałtownie.
O ja pierdolę. Na szczęście miała przy sobie gotówkę. Wyciągnęła banknoty i podała mu je.
- Nie wiem, na kogo postawić. Daj po prostu na swojego faworyta.
- Hallywood, it is! - parsknął śmiechem, po czym dodał, - Biedny chłopak zamieni się dziś w kałużę, jak tylko zderzy się z górą lodową. - Zaśmiał się, podał jej bilet i wskazał, gdzie ma iść... Przepychając się przez spocone ciała i obrzydliwie pijanych ludzi, którzy wrzeszczeli obsceniczności, August miała wrażenie, że wylądowała w jakimś chorym, nowoczesnym koloseum. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Patrzyła, jak ludzie walczą na ringu, a tłum drze się tak, jakby chciał jeszcze więcej krwi rozlanej na macie. Jakby samo obijanie sobie twarzy nie wystarczało i wszyscy czekali, aż w końcu ktoś naprawdę zrobi drugiemu krzywdę.
Dlaczego on tu w ogóle był? Nie musiała długo czekać na odpowiedź.
''Dobra, wy nienasycone sępy! Czas na danie główne! HAAALLLYYYWOOOOD!''
Uniósła brew, a potem go zobaczyła. I wtedy jej spojrzenie zatrzymało się na tym drugim facecie - ogromnym, masywnym gościu, który był dosłownie trzy razy większy od Ducky’ego. Kurwa mać. Wyglądał jak the Mountain z Gry o tron.
Po chwili ten charakterystyczny dźwięk wdarł się do jej uszu razem z wrzaskiem tłumu, przepychankami i naporem ludzi, więc automatycznie dała się porwać bliżej ringu. Nie było czasu myśleć. W pewnym momencie nawet poczuła, jak na ułamek sekundy się uśmiecha - dumna z niego, z tego, jak dobrze sobie radził. Był szybki. Zwinny. Naprawdę dawał sobie radę. A potem tamten wielki skurwysyn wyprowadził cios.
k r e w. Przysięgłaby, że widziała krople krwi rozpryskujące się po ringu. Tłum kompletnie oszalał, wyjąc, przeklinając i drąc się tak głośno, że prawie pękły jej bębenki. A August poczuła, jak serce opada jej gdzieś do żołądka, a oczy natychmiast zachodzą łzami. Chciała krzyknąć jego imię. Chciała, żeby to się zatrzymało. Żeby ktoś to przerwał. Żeby on sam się zatrzymał. Ale wiedziała, że to nic nie da. Musiał...
w y g r a ć
Bo jeśli nie wygra, tamten facet go zabije...
Nigdy w życiu nie była tak przerażona. Nawet wtedy, gdy sama leżała w szpitalu. Na szczęście, do cholery, Alex się ogarnął. Odzyskał rytm, oddał ciosy, był szybszy od tamtego potwora i ostatecznie wygrał walkę. W chwili, gdy ten cały pseudosędzia uniósł jego rękę do góry, August zaczęła się powoli wycofywać... a potem praktycznie wybiegła z tego miejsca, nie wierząc w to, czego właśnie była świadkiem. Widziała, jak jej przyjaciel kłamał ją prosto w twarz. I nie tylko ją okłamywał. Ryzykował własnym życiem tuż pod jej pieprzonym nosem. A ona mieszkała ledwie dwadzieścia minut stąd. Dwadzieścia!!! Znalazła się na zewnątrz niemal odruchowo, pobiegła do sklepu na rogu i kupiła sobie paczkę papierosów, żeby jakoś się uspokoić. Nie była palaczką, ale musiała zebrać myśli do kupy. Trzęsącymi się dłońmi odpaliła jednego, usiadła na schodkach przy wejściu do alejki i zaciągnęła się głęboko, pozwalając, żeby dym wypełnił jej płuca. Pomyślała wtedy, że jeśli zobaczy go w ciągu najbliższych dziesięciu minut, to uzna to za znak od wszechświata, że ma mu wreszcie powiedzieć, co o tym wszystkim myśli.
No i proszę. Czy życie nie bywa czasem kurwa przezabawne? Był tam. Na szczęście poszedł w inną stronę, więc jej nie zauważył. Rzuciła papierosa na ziemię, przydeptała go i ruszyła za nim. Idąc kilka kroków za jego plecami, wahała się, czy bardziej chce go przytulić, czy na niego wrzasnąć. Ale potem się zatrzymał, spojrzał na swoje odbicie w szybie samochodu, a kiedy usłyszała, jak syczy pod nosem
kurwa, cała złość i całe poczucie zdrady wróciły do niej ze zdwojoną siłą.
Tam, na ringu... to nie był Alex. To był ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto był w stanie dosłownie zabić. Lejąca się krew. Pot kapiący na matę. Krzyki pijanych ludzi i przekleństwa unoszące się w powietrzu, zmieszane z dymem papierosowym i czymś stęchłym. Jak mogła o tym nie wiedzieć? Jak on mógł ukrywać to przed nią? Wiedzieli o sobie wszystko, prawda? Tak przynajmniej myślała. Do tego momentu.
- Sorki, jednak nie dam rady dzisiaj, coś mi wypadło. Wynagrodzę ci to w przyszłym tygodniu. Buziak. - wyrecytowała jego esemesa słowo w słowo, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jego ramieniu, żeby zmusić go do spojrzenia na nią.
- Masz mnie za idiotkę? - zapytała, patrząc mu prosto w oczy i zaciskając drugą dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie boleśnie wbijały jej się w skórę.
- Iwan był ważniejszym powodem do spotkania, Hallywood? - Nie dała mu dojść do słowa. Nie mogła. Bo dobrze wiedziała, że jeśli tylko otworzy usta, jeśli spróbuje się tłumaczyć, coś w niej pęknie i nie zdąży wyrzucić z siebie tego całego gniewu, bólu i zawodu, które właśnie rozpychały jej klatkę piersiową od środka. Wpatrywała się w niego zaszklonymi oczami. I nawet nie chodziło tylko o to, co robił. Znała go tyle lat. Pierwsza myśl, jaka przemknęła jej przez głowę, była wręcz rozpaczliwie prosta -
może potrzebował pieniędzy? Może nie chciał pożyczać? Może nie chciał prosić? Ale z drugiej strony, stojąc teraz tak blisko niego, czuła się tak, jakby dzieliła ich przepaść. Przepaść niedomówień. Przepaść przemilczeń. Przepaść pośrodku przyjaźni, która wydawała jej się czymś niezniszczalnym, czymś, co przetrwa całe ich życie. Przyjaźni, która miała opierać się na prawdzie - nawet tej najgorszej. A on? On prowadził dosłownie inne życie.
hear the fallen and lonely cry out...
Pokręciła głową i zaśmiała się bezradnie sama do siebie, choć ten śmiech od razu załamał się w łknięciu.
- Holy shit... - wyrzuciła z siebie, jakby właśnie wszystkie elementy wskoczyły jej na miejsce.
- Nielegalne walki, te dziwne odwoływanie planów w ostatniej chwili… - przygryzła policzki od środka, byle tylko nie stracić gruntu pod nogami. Byle nie zobaczył, jak bardzo to nią wstrząsnęło.
- Z czym jeszcze mnie okłamywałeś? Czego mi nie mówisz? - spojrzała na niego, a jej usta delikatnie zadrżały.
- Chciałeś dać się zabić?! Chciałeś, żebym dowiedziała się o tym z cholernego nekrologu albo przez telefon, jeśli dalej trzymasz mnie jako swój emergency contact?! - Otworzyła dłonie i pchnęła go lekko w klatkę piersiową.
- Cholerny samolub! - wyrzuciła z siebie, tłumiąc łzy zbierające się w oczach. To nie była walka. To nie był Alex, który trenował boks, sparował na ringu, ćwiczył na sali gimnastycznej. To znała. Tam była dyscyplina. Kontrola. Świadomość, że robi się to dla sportu.
A tutaj? Tutaj widziała żądzę krwi. Walkę o przetrwanie. Chęć zrobienia komuś potwornej krzywdy ze świadomością, że jeśli samemu nie zada się ostatecznego ciosu, istnieje ryzyko, że to ty go przyjmiesz. On tak po prostu był gotów zaryzykować tragedią. For what?
Quick fucking bucks? Selfish. To jedno słowo dudniło jej w głowie raz za razem.
- Masz zamiar z tym skończyć? - spojrzała na niego, przecierając wierzchem dłoni łzy spływające po policzku. Czuła się tak, jakby patrzyła na nieznajomego, a nie na osobę, z którą tak naprawdę podzieliła połowę swojego życia.
I chyba właśnie to bolało najbardziej. Nie sam ring, krew czy to obrzydliwe miejsce. Tylko to, że nagle przestała wiedzieć, kim on tak naprawdę był. A w tym wszystkim bała się jednego - że jeśli będzie chciał dalej w to brnąć, nie była pewna, czy zdoła to znieść i dalej być częścią jego życia. Nie dlatego, że go nie kochała. Bo kochała go chyba aż za bardzo. Na tyle mocno... że nie potrafiła wyobrazić sobie rzeczywistości, w której Alexa po prostu by przy niej nie było.
I hope i die first
cause i don’t wanna live without you
hallywood ˊᴖˋ