Dziewczyna miała tupet, większy niż niejeden mężczyzna, którego przyszło mu trenować. Jayce miał wręcz wrażenie, że ta cecha jej osobowości została przyrośnięta już na stałe do jej krtani, szkieletu i prawdopodobnie – co najważniejsze – także do serca, wpływając na jej zachowanie i sposób wypowiedzi. Aura bezpośredniości nie opuszczała jej bowiem na krok, jakby wpisana w rejestr jej urodzenia, miała ciągnąć za nią aż do śmierci i przyszłego spisania jej nekrologu, który z pewnością – przy jej stylu bycia – miał szansę brzmieć
ciekawie.
(gdyby tylko ludzie zamieszczali na nagrobkach prawdę)
Nie to, żeby życzył jej szybkiej śmierci. Paradoksalnie los zdawał się faworyzować właśnie takich ludzi. Tych, którzy w życiu kierowali się optymizmem i żyli w świecie ograniczonym wyłącznie przez zewnętrzne bodźce, co stanowiło idealne rozwiązanie na przynajmniej połowę znanych mu problemów. Większość z nich – zmartwień i hamulców, które trzymały ludzi przy ziemi – siedziała bowiem w samej głowie, a rzeczywistość pokazywała, że Ci, którzy mimo przeciwności losu pozostawali pełni wigoru, żyli nawet pełniej i dłużej, niż podrzędni maruderzy.
Zaraz jednak odrzucił te dygresyjne myśli, skutecznie sprowadzony do teraźniejszości obecnością August i zadanymi przez nią pytaniami.
–
„W naturze” płaci się najlepiej.
Nie pozwolił pruderyjności zapuścić korzeni w ich rozmowie. Głos wprawdzie nie zmienił tonu w stosunku do poprzednich jego słów, mimo tego towarzyszący wypowiedzi, nieco prowokujący uśmiech jasno wskazywał na to, że pozwolił sobie przy niej na małą dwuznaczność, kolejną dzisiaj, z którą wiedział, że August sobie poradzi.
Większość ludzi pod naporem napięcia, czy śmiałości, zatrzymywała się w rozmowie lub wycofywała się do swojej skorupy w obawie przed odrzuceniem, czy wyśmianiem. August jakimś cudem na tego rodzaju wybojach wręcz się rozpędzała, jakby pokonywała je jednym, sprawnym skokiem. Może bazowała przy tym na lekkomyślności, może na pewności siebie, a może zwyczajnie nie bała się być sobą. W ten czy inny sposób, oboje potrafili jednak rozmawiać bez zbędnego filtra.
–
Każdy musi mieć jakieś uzależnienie. Nie jest nowością to, że moim od lat są kobiety.
Rzucił lekko, niemal autoironicznie. Wiedział bowiem, że najczęściej mówiło się o nim, że jest bawidamkiem i pozwalał ludziom wierzyć w tę wersję siebie. W to, że na pierwszej prostej w kontaktach z kobietami szuka drogi do ich majtek, albo że po udanym flircie i uwodzeniu, opuszcza je bezpowrotnie. Prawda leżała jednak gdzieś pośrodku, ani z plotkami, ani z jego własną samooceną.
Nie uzależniały go kobiety.
Uzależniała go swoboda, jakiej towarzyszyły nowe znajomości.
To, w jaki sposób ludzie wyciągali z siebie energię, gdy jeszcze się wzajemnie sobą nie zmęczyli, i jak w momencie szczytowego zainteresowania sobą, karmili się zmysłowością i ochotą do dalszego poznawania się. Chyba to właśnie... pasja temu towarzysząca, odurzała go najbardziej. Zajmowała jego wiecznie domagającą się stymulacji głowę.
Może właśnie dlatego August tak skutecznie przyciągała jego uwagę. Bo choć mówiła dużo, śmiała się często i zdawała się nieustannie igrać z otoczeniem, miał wrażenie, że ten chaos mu pasuje. Angażował jego ciało i angażował myśli. Nawet wtedy, gdy część jej wypowiedzi pozostawała bez odpowiedzi (bo nie na wszystkie reagował), wciąż pozostawiała mu sporo przestrzeni na działanie. Jak w momencie, gdy wspięła się na palce, zaciskając między nimi pętlę bliskości.
Czuł jej oddech, falą ciepła opływający obojczyk. Drobną dłoń, jak linę zaciśniętą na ramieniu w sposób, który mógłby ich obu na krótką chwilę scalić... czuł też, że trudno mu będzie tę sytuację zignorować, gdy miękkość kobiecych ust osiadła drażniąco wręcz krótkim muśnięciem na jego policzku, a obecność dziewczyny po tym wszystkim
zniknęła.
Ruszył za nią od razu, zgodnie z jej oczekiwaniami, dla wyrównania psychicznych sił, jego krok pozostawał jednak stabilny, spokojny. Nie gonił jej, a jedynie podążał pewnie za nią, chwytając śmiało za jej dłoń, gdy tylko zbliżył się do niej odpowiednio blisko.
–
Muszę Cię rozczarować, August... – mruknął, pociągając ją bezpardonowo w pierwszą, wolną salę ćwiczeń, co przy jej drobnicy ciała było dziecinnie proste. Nie oponowała. Lub jeśli to robiła, nie zwrócił na to uwagi.
Drzwi zamknęły się za nimi z cichym trzaskiem, gdy ograniczył jej przestrzeń osobistą, przykładając dłoń płasko w pobliżu jej głowy tak, by unieruchomić ją między wejściem, a własnym ciałem. Nachylił się przy tym do niej, kończąc wcześniejszą kwestię:
–
...w jednym się mylisz – dodał pewnie. Korzystając z nachylenia nad nią, objął dłońmi jej pośladki, podrywając ją momentalnie i lekko do góry, by oprzeć ją o zamknięte skrzydło drzwi i udowodnić swoją rację: –
Pocałunki wchodzą w grę, pod warunkiem, że włączysz do nich moją małą pomoc.
Podobnie do niej, zawęził odległość między ich ustami, oddając parę dłuższych oddechów w przestrzeń między ich ciałami, gdy w chwilowej ciszy przyglądał się jej tęczówkom. Kąciki ust drgnęły przy tym w uśmiechu. Dopiero w ostatnim momencie zmienił tor wędrówki, składając na jej policzku odwzajemnione muśnięcie.
Odłożył ją miękko na podłogę zaraz później.
–
Poza tym pocałunki ze mną zawsze wychodzą – dorzucił, wsuwając dłonie do kieszeni spodenek. Arogancja odegrała tutaj pierwsze skrzypce, choć prawda również nie mogła być inna, skoro nigdy nikt na niego
pod tym względem nie narzekał.
august winters