ODPOWIEDZ
32 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Cała sytuacja zaczynała powoli ją przerastać. Wydawać by się mogło, że te niewinne zdarzenia, mało znaczące dla innych sytuacje, nie powinny mieć wpływu na jej dalsze życie, a już z pewnością nie powinny mącić jej w głowie. Było zgoła inaczej. Czuła się niekomfortowo za każdym razem, kiedy na wycieraczce dostrzegała czerwoną kopertę, a na chłodnym stole w prosektorium leżały niewielkie paczuszki skrywające drobne podarki. Urocze, ktoś by powiedział. Dla niej pod pewnymi względami przerażające.
Mało kiedy myliła ją intuicja. Miała ją na tyle dobrze rozwiniętą, by nie zignorować, kiedy niemal krzyczała, że to nie jest w porządku. To nie było subtelne okazywanie zainteresowania, to przypominało nękanie.
Zaczęło się niewinnie. Ot, pewnego dnia przed drzwiami mieszkania znalazła bukiet lili z podziękowaniami za pracę, która wykonywała. Uznała, że to być może prezent od jakiegoś członka rodziny, której pomogła wyjaśnić przyczyny śmierci bliskiego. Kiedy jednak sytuacja powtórzyła się po raz kolejny i jeszcze raz, przestała traktować to jako coś mile łechtającego jej ego.
Gdy do całości doszły drobne pudełka pozostawione na stołach operacyjnych, zapaliła się czerwona lampka i mnóstwo pytań. Czy był to ktoś ze szpitala? Jak inaczej by się tu dostał? Jej pacjenci byli z natury martwi, a członkowie rodzin nie zapuszczali się w rejony, w których grzebano we wnętrznościach ich bliskich.
Czy powoli nie zaczynała popadać w obsesję? Nie miała pewności, że ktoś nie robił jej mało smacznego żartu. Może poszło o zakład? Może ktoś ją pomylił?
Może, może, może. I żadnych konkretów.
Na domiar złego, jakby już nie miała lekko nadszarpniętej psychiki, pojawiły się liściki zostawiane na wycieraczce. Cytaty z jej ulubionych powieści nawiązujące do wykonywanej pracy i śmierci. To nie było normalne.
Długo zastanawiała się, czy powinna pójść na policję. Ale z jakimi dowodami? Nie miała nawet podejrzeń, kto mógłby za to odpowiadać. Wiedziała co się stanie, kiedy uda się na komisariat.
Nic.
Dlatego starała się to ignorować, jak mogła. Przez jakiś czas się udawało. Ale interakcja stała się nachalna. Nienamacalna, ale wyczuwalna.
Kilka dni temu odniosła wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Nie potrafiła jasno sprecyzować, czy to wina jej wyobraźni, czy faktycznie komuś nudziło się w chory sposób.
Dzisiaj było podobnie. Wracając z pracy późnym wieczorem, kiedy ulice niemal opustoszały, a ciemność spowiła znaczną część miasta, była pewna, że ktoś jest w pobliżu. Odczucie było znacznie silniejsze, niż ostatnio. Rozglądała się na około, idąc w stronę mieszkania. Nikogo jednak nie dostrzegła.
Przesadzasz, powtarzała sobie, usilnie wmawiając, że tak było.
Wszystko uległo zmianie, kiedy usłyszała za sobą kroki. Przypadek? Nie mieszkała w cichej ulicy, inni też mieli prawo na spacer. Odwróciła się. Nic. Nie było nikogo podejrzanego. Przyspieszyła, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Jeszcze tylko kawałek i bezpiecznie zamknie się w mieszkaniu.
Czując, że ogarnia ją panika, wysłała pospieszną wiadomość do przyjaciela. Liczyła, że znajdzie dla niej trochę czasu. Na tyle, by mogła poczuć się bezpiecznie.
Wbiegła po schodach, nie potrafiąc odpędzić się od tego okropnego uczucia, że była obserwowana. Trzęsącymi się dłońmi otworzyła mieszkanie, szybko w nim znikając.
Zaczynała tracić zmysły.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Eight.


Lorenzo miał ostatnio sporo spraw do ogarnięcia. Odnosił wrażenie, że zarówno w świecie politycznym jak i mafijnym coraz częściej dochodziło do konfliktów i skandali. Ludzie podkładali sobie kłody pod nogi i gdyby mogli, zapewne obrzuciliby się także gównem. Portale plotkarskie i społecznościowe, klasycznie buczały od plotek, których pokrycie z rzeczywistością wynosiło całe zero, a ludzie niczym stado bezmyślnych baranów, łykało każdy taki nius, rozdmuchując w komentarzach niepotrzebne dyskusje. Szerzenie farmazonów było dość popularnym zabiegiem wśród ludzi. Tak było kiedyś. Tak było i teraz. Różnica była taka, że w dobie AI i internetu, plotki siały się z prędkością światła. Przecież chat gpt był w stanie skleić wszystko, nawet stworzyć nieprawdziwą fotografię, choć nieraz zarzekał się, że tworzenie takich obrazów łamie politykę prywatności i jest niezgodne z regulaminem. No, ale ludzie jakoś potrafili to obejść i niezależnie od formułek czatu, dokładali swoją cegiełkę do wszechobecnego fałszerstwa. Jebać to — z tą myślą zamiatał pod dywan kolejne skandale, które wywoływały oburzenie wśród opinii publicznej. Co było ostatnie? Ach, chyba lekarz, którego posądzono i złamanie tajemnicy lekarskiej i kontakty seksualne z jedną z pacjentek. Zgłoszenie oczywiście wniósł zraniony mąż, starając się zrujnować życie człowiekowi, który odebrał mu żonę. To były naprawdę częste przypadki. Męczące, bo ludzie naprawdę nie mieli żadnych granic. Odsłaniając się i obnażając swoje emocje, popełniali błędy. A ludzie pokroju Lorenzo analizowali te błędy i wykorzystywali na korzyść klienta, który był w stanie zapłacić całkiem sporą sumę za to, żeby zostać oczyszczonym z zarzutów. Moralność Enzo nie była dla niego wskaźnikiem, była bardzo chwiejna, zależna od sytuacji. Nie interesowało go, czy człowiek siedzący naprzeciwko faktycznie był niewinny, czy miał na sumieniu znacznie więcej, niż wynikało z jego słów. Liczyły się fakty, które dało się podważyć, dowody, które można było zdyskredytować, i argumenty, które przekonałyby sąd lub opinię publiczną. Albo grzebanie w systemie, który potrafił być zawodny.
Sytuacja Liv była niepokojąca. Słyszał o dziwnej sytuacji w szpitalu, której ofiarą padli wszyscy lekarze. Nie wiedział, o co dokładnie tam chodziło, ale przez krótką chwilę patolożka również znalazła się na liście osób objętych wątpliwą opinią publiczną. Dużo bardziej niepokoiło go to, co działo się za zamkniętymi drzwiami sali, w której pracowała. Od pewnego czasu nie byli razem, przestali się spotykać, zgodnie dochodząc do wniosku, że związek po prostu nie był dla nich. Dużo lepiej dogadywali się na przyjacielskim gruncie. I tym zostali, przyjaciółmi. Dla Enzo nie był to problem. Odzyskał osobisty komfort, gdy dotarło do niego, że nie musieli niczego sobie deklarować. Lawrence nie był łatwą osobą do związków, preferował życie samotnego wilka. Miał zbyt dużo na głowie, by angażować się w związki, które, choć miały wiele zalet, jego zdaniem miały tak samo dużo wad. Wkurzała go nadmierna kontrola i zainteresowanie tym, co robi, gdzie się szlaja i dokąd wychodzi, gdy nie ma go w mieszkaniu, a telefon milczy zostawiając dzwoniącego bez odpowiedzi. Rozumiał troskę i obawę, ale musiał przyznać, że po pewnym czasie ta troska robiła się męcząca. Cenił sobie wolny czas, który mógł poświęcić dla siebie i rzadko odbierał wtedy telefony. Starał się wyłączyć z życia, o ile było to możliwe.
Siedział przy biurku, rozłożony na fotelu i palił papierosa z odchyloną głową. Zerkał w górę, wodząc wzrokiem za szarą chmurą dymu unoszącą się pod sufit, jakby była żywym organizmem, który w następnej chwili rozpływał się w powietrzu. Przez uchylone okno wpadał przytłumiony gwar miasta, który subtelnie ignorował. Myśli krążyły własnymi ścieżkami, powracając do spraw, które od kilku dni nie dawały mu spokoju. W końcu wypuścił z ust kolejną chmurę dymu i przymknął powieki na krótką chwilę, jakby liczył, że wraz z nią ulotni się choć część ciążących mu problemów. Wtedy dostał telefon. Unosząc ciemną brew, zerknął na ekran i leniwie odebrał, gdy na wyświetlaczu dostrzegł imię Olivia. Nim się obejrzał, zerwał się z fotela, przygaszając papierosa i założył skórzaną kurtkę, deklarując, że niebawem pojawi się w jej domu. Działał pod wpływem emocji. Nie lubił spraw ze stalkingiem, bo ludzie, którzy odważali się na ten krok, często byli na granicy chorej obsesji. Enzo nie miał pewności, czy ten człowiek nie będzie chciał dostać się do mieszkania Olivii. Dlatego zamierzał jak najszybciej do niej pojechać.
Zaparkował samochód w pobliżu budynku, lecz nie zostawił go na widoku. Nim pojawił się pod drzwiami Calvert, rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czy teren był czysty. Nie dostrzegł nikogo w pobliżu. Nasuwając kaptur bluzy na głowę, by przemknąć w razie czego niezauważenie obok prześladowcy, zapukał do drzwi jej mieszkania. Korytarz był pusty. Enzo musiał wyglądać podejrzanie na tle tego jasnego korytarza, ale liczył na to, że Olivia go pozna — chociażby po włosach i zaroście. Nie planował chować przed nią twarzy, więc wystarczyło zerknąć przed judasza, by stwierdzić, czy pod drzwiami stał ktoś znajomy.
— Olivia, co tu się odpierdala? — zapytał dosadnie, mierząc przerażoną twarz kobiety uważnym spojrzeniem, gdy już zdecydowała się na otworzenie drzwi i wpuszczenie go do środka.

Olivia Calvert
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie piszmy z chatem.
32 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie lubiła zrzucać na innych odpowiedzialności za własne problemy, czując się znacznie lepiej z ukrywaniem ich i szukaniem rozwiązania na własną rękę. Za młodu wpajano jej, że powinna być niezależna i nie polegać na innych, dzięki czemu miała zostać najlepszą specjalistką w tym, co robiła. Jej rodzice nie zakładali, że zignoruje ich życzenia i nie pójdzie w ślady ojca, wybierając inną dziedzinę medyczną. Tym bardziej nie miała zamiaru informować ich, że coś było nie tak. W głowie widziała triumf na twarzy ojca; słyszała głos, który oznajmiał z pewnością, że to wszystko wina martwych, z którymi się bratała, chłodnego prosektorium i ograniczonego kontaktu z żywymi. Ojciec zapewniałby ją, że pomieszało jej się w głowie przez pracę, którą wykonywała.
Może miałby rację? Może faktycznie tak długo przebywała w ciszy, że teraz kreowała własną rzeczywistość, polegając na wyobraźni, która często płatała jej figle w najmniej odpowiednim momencie. Olivia już teraz czuła się tak, jakby postradała zmysły, nie potrafiąc jasno sprecyzować, czy to wszystko nie było tylko obrazami i teoriami podsuwanymi przez jej głowę. Co, jeśli przesadzała? Co, jeśli po prostu ktoś postanowił dawać jej drobne prezenty, być może adorując? Takie rzeczy się zdarzały, jej niektóre koleżanki miały cichych, nieśmiałych adoratorów? Do tej pory traktowała te opowieści z przymrużeniem oka, w duchu uznając, że kobiety naoglądały się zbyt dużo romantycznych filmów, w których kochankowie tak zalecają się do swoich dam. Może powinna dopuścić do siebie myśl, że takie rzeczy w filmach nie brały się znikąd?
Mimo wszystko intuicja podpowiadała jej, że jej sprawa przedstawiała się zgoła inaczej. Już teraz nie czuła się bezpiecznie nawet we własnym mieszkaniu, pod które ktoś notorycznie przychodził, zostawiając koperty. To ją przerażało, a im dalej w to brnęła, tym było gorzej.
Złamała się, pisząc do Enzo. Ufała mu bardziej, niż większości osób. Wielu znajomych próbowało jej wmówić, że nie można było przyjaźnić się ze swoim byłym, jednak Calvert widziała to inaczej. Byli dorośli, obustronnie doszli do wniosku, że ich relacja nie jest tym, czego oczekiwaliby w kwestii romantyczności. Dogadywali się na takim poziomie by dojrzale się rozstać, zachowując dobry kontakt. Mogła na nim polegać i liczyła, że teraz przyjdzie jej z pomocą. Nie chciała być sama, zwłaszcza dzisiaj, kiedy była niemal pewna, że ktoś się czai, a jej jedyną ochroną były cztery ściany apartamentu.
Starała się uspokoić, nie zapalając jeszcze światła. Zupełnie, jakby to miało jej pomóc w odpędzeniu osoby, która ją obserwowała. Nasłuchiwała w ciemności, niemal gotowa wychwycić zbliżające się wolne kroki. Oddychała powoli, chociaż serce waliło jej niemiłosiernie. Odliczała minuty, w ciągu których Enzo miał się u niej pojawić. A co, jeśli natknie się na tego kogoś? Co, jeśli dojdzie do nieszczęścia?
Uspokój się.
Zatraciwszy się na moment przegapiła chwilę, w której pojawił się jej przyjaciel. Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, gwałtownie przerywając pełną napięcia ciszę, wydała z siebie cichy pisk. Naprawdę było z nią źle.
Niepewnie podeszła do drzwi, starając się opanować. Przecież miała sąsiadów, w razie potrzeby by jej pomogli, prawda?
Odetchnęła z ulgą tak nieopisaną, że niemal zwaliła ją z nóg. Zamiast nieznajomego, dostrzegł twarz Ezno, która była błogosławieństwem.
Wpuściła go do środka, wychylając się na korytarz, by zobaczyć, czy był pusty. Nikogo pozna nim tam nie znalazła. Zamknęła drzwi, przytulając się do niego. Czuła się bezpiecznie wiedząc, że ktoś z nią był.
-Dziękuję, że przyjechałeś. Nie wiem co mam robić. Chyba zaczynam wariować. Jak Boga kocham, zaczynam tracić zmysły - westchnęła, czując, że gdzieś w zakamarkach czai się paniczny chichot. - Widziałeś kogoś po drodze? - spytała, spoglądając na jego przystojną twarz. Nie wiedziała jakiej odpowiedzi chce uzyskać. Jeśli widział, miała przekichane. Jeśli nie, równie dobrze mogła nazwać się wariatką.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedzialność powinny brać osoby, których te problemy dotyczyły. Poleganie na drugiej osobie i obciążanie ją swoimi problemami, jeśli nie było się w bliskiej relacji, uważał za nieodpowiednie. Takie miał przekonanie. Wiedział, że każdy był inny i nie wszyscy byli na tyle rozsądni, co on, bo często spotykał na drodze ludzi, którzy bez zastanowienia brali udział w rozmowach z obcymi i próbowali im doradzać. Najczęściej zaczepiającymi byli starsi ludzie, którzy najwidoczniej potrzebowali kogoś do rozmowy, albo alkoholicy szukający towarzystwa. Nikt nie miał obowiązku rozmowy z takimi osobami, ale niektórzy nie potrafili odmówić, a później rozdrabniali się nad tymi historiami, przesadnie je analizując. Do niego rzadko kto zwracał się z prośbą o pomoc, czy rozmowę — nie sprawiał wrażenie zbyt przyjemnego, gdy wodził suchym, oceniającym spojrzeniem po twarzy rozmówcy. Osoby, które miały z nim do czynienia, już wiedziały, że do ciemnowłosego nie przychodziło się z nieodpłatną prośbą o pomoc, bo i tak by jej nie udzielił, dopóki nie dostrzegłby korzyści. Branie odpowiedzialności za innych nie było jego ulubioną formą rozrywki. Nie uważał się za najgorszego i przesadnie złego, ale w jego świecie wszystko miało swoją cenę, a on nie był świętym, ani mesjaszem, żeby brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś grzechy — chyba, że odpłatnie. Wtedy mógłby wziąć udział nawet w świętej inkwizycji.
Należało wziąć jednak pod uwagę fakt, że był jednak człowiekiem. Krążyło w nim ludzkie DNA i nie potrafił wyprzeć pewnych odruchów, potrzeb, czy emocji. Między innymi potrzeby bycia dla kogoś ważnym, bo choć rzadko dopuszczał do siebie innych, tak samotność nie wpisywała się w jego priorytety. Gdyby tak było, nie szukałby nikogo na chwilę. Wiedział, że nie nadawał się do poważnych związków, bo nie okazywał zbyt dużo zainteresowania — a kobiety lubiły być adorowane — i nie należał do najczulszych osób. Po prostu potrzebował towarzystwa. Związek z Olivią był… W porządku, choć to poczucie troski i utrata niezależności, psuły mu plany. Enzo przypominał raczej wolno żyjącego kota, którego można było przez chwilę dokarmiać. Przywiązywanie się do niego oznaczało rozczarowanie, bo szanse, że zostanie na dłużej, były minimalne. Zawsze wracał na ulicę, bo na tym śmietniku, żyło się prościej. Nie musiał obawiać się o życie swojej partnerki, nie musiał zerkać co chwilę w telefon, by sprawdzić, czy się odezwała, lub dzwoniła. Nie musiał być pod telefonem i mógł go wyciszyć, kiedy tylko naszła go na to ochota, bo wiedział, że nikt nie zadzwoni. Brał pod uwagę wyjątkowe osoby i wyjątkowe sytuacje, ale nie miał poczucia, że musi być pod telefonem. To naprawdę pomagało. O Livii mógł powiedzieć tyle, że była dla niego ważna. Zarówno jako przyjaciółka, jak i partnerka — dzieliły ich różnice w priorytetach, może światopogląd. Nie mógł zaoferować jej stabilności, ani poczucia bezpieczeństwa, a na stopie przyjacielskiej odnajdywali się na tyle dobrze, że po rozstaniu wrócili relacji sprzed związku. Była jego przyjaciółką. Oczywiście, że do niej przyjechał, gdy go o to poprosiła.
Widząc ją stojącą w drzwiach, przerażoną, nie wiedział, co powiedzieć. Oszacował jej wygląd; twarz miała pobladłą, a w rozszerzonych oczach zastygło wyraźne przerażenie. Widok Olivii w tym stanie zmusił go do rozejrzenia się po okolicy jeszcze chwilę przed tym, nim zapytała o to, czy kogoś widział. Teren był czysty. W pobliżu nie było ani jednej żywej duszy. Złapał głęboki wdech, gdy odetchnęła i przytulił ją do siebie, opierając podbródek o jej ramię. Zamknął ją w swoich ramionach, przesuwając prawą dłonią po jej plecach. Chciał dodać Olivii otuchy. Serce waliło mu niemiłosiernie szybko; on również był przerażony i nawet nie starał się tego ukrywać. Była z nim bezpieczna, tak przynajmniej myślał. Odgrodził ją od świata i stanął przed drzwiami, opierając się o nie plecami.
— Nikogo nie widziałem, jesteś bezpieczna. Ale jeśli chcesz, mogę wyjść i sprawdzić dokładniej — mówił spokojnie, przeczesując dłonią jej włosy.
Odsunęła się od niego na te kilka centymetrów, a on przyjrzał się jej uważnie, szukając oznak wcześniejszego niepokoju. Przyjechał to przede wszystkim dla niej i to dla niej mógł wyjść, by rozejrzeć się po korytarzu, albo nawet na zewnątrz, żeby upewnić się, czy faktycznie wszystko było w porządku. Niepokoiła go ta trudna sytuacja. Wprawiała go w dyskomfort i sprawiała, że mimowolnie czuł, jak włoski na rękach stają mu dęba. Znał różnych ludzi. Mniej i bardziej zaburzonych, a ci, którzy odważali się na prześladowanie, często przesuwali granice, próbując wedrzeć się siłą do życia ofiary.

Olivia Calvert
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie piszmy z chatem.
32 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Widok jego twarzy budził emocje, spotęgowane aktualnymi przeżyciami, które wywoływały w jej wnętrzu chaos. Tak znajome rysy twarzy; te same które gładziła jeszcze jakiś czas temu sprawiały, że zaczynała się gubić w tym, co aktualnie czuła. Był dla niej ważny, to miało nie zmienić się nigdy. Wszak był przyjacielem, na którego zawsze mogła liczyć, to właśnie do niego zwracając się w chwilach największego zwątpienia.
Jak dzisiaj, kiedy czuła, że sobie nie radzi. Potrzebowała egoistycznie jego obecności dającej poczucie bezpieczeństwa. Łączyła ich przeszłość, zamykając we wspólnym uścisku. To była dobra relacja, chociaż Olivia szybko przekonała się, że Enzo nie należał do osób, które dobrze czują się w związkach. Pragnął wolność, uciekając od przywiązania. Akceptowała to wychodząc z założenia, że nie można zmusić siłą drugiej osoby by pozostała. Jaki był sens, kiedy tylko jedna strona rozważała wspólną przyszłość? To byłoby zbyt bolesne, a ona wolała mieć w nim wsparcie, niż wroga, którym mógł się stać, gdyby trwali w emocjonalnym zawieszeniu dłużej, niszcząc się wzajemnie. Byli dorośli i podczas rozstania tę dorosłość pokazali, odbiegając trochę od par, które przy zerwaniu rzucały w siebie obelgami, grożąc sobie zniszczeniem.
Odetchnęła kilka razy, chcąc uspokoić oddech. Teraz już nic nie mogło się stać. Nie była sama, nikt inny nie mógł do niej przyjść. Tylko czy w ogóle był ktoś jeszcze? Teraz, kiedy powoli emocje opadały, miała wrażenie, że to wszystko siedzi w jej głowie.
Ale listy pozostały, kwiaty więdły w koszu, wyrzucone.
Bicie serca mężczyzny, chociaż dudniące jak oszalałe, działało na nią kojąco; niczym kołysanka śpiewana dziecku przed snem. To było poczucie bezpieczeństwa, o które ciało się modliło zaledwie kilka minut wcześniej. Sam przeżywał to wszystko, ale tu był. Namacalnie, fizycznie.
-Zwariuję przez to wszystko. Nie, proszę. Nie wychodź już nigdzie. jeśli tam jest… nie chcę, żeby coś ci się stało - powiedziała, unosząc twarz, by na niego spojrzeć. Był ważną osobą w jej życiu, a utrata po raz kolejny kogoś, kto na dobre odcisnął piętno na jej jestestwie, zwyczajnie by ją zabiła. Poza tym naprawdę nie chciała, by w tym momencie się od niej odsuwał. Musiała najpierw zapanować nad strachem i myślami, które toczyły prawdziwą gonitwę, siejąc spustoszenie. - Przepraszam, że cię niepokoję. Może to nic takiego, ale… naprawdę się wystraszyłam. To nie pierwszy raz… - zaczęła, wzdychając. Chciała wszystko mu opowiedzieć. Miała wrażenie, że jeśli ciągle będzie tłamsiła to w sobie, zwalając na przewrażliwienie, faktycznie wyląduje w szpitalu psychiatrycznym. Ufała mu. Zapracował na to podczas pierwszego spotkania, pomagając jej w mało komfortowej sprawie, tym samym wyciągając z poważnych kłopotów, w które mogła wpaść jako jedna z pracownic szpitala. Fałszywe oskarżenia, późniejsze przesłuchania. Nic przyjemnego. Już wtedy okazał troskę i chociaż należało to do jego obowiązków, zaimponowało jej. Urzekła ja ta chłodna dobroć, którą nie szastał na prawo i lewo, wybierając momenty. Umiał panować nad emocjami, chociaż teraz, kiedy lustrowała jego twarz, dostrzegała strach. Nie ten sam który widziała w lustrze każdego dnia, ale wystarczający, by poczuć ukłucie wyrzutów. Może nie powinna była go tu sprowadzać? Co jeśli właśnie naraziła i jego?
-Chodź, zrobię nam herbaty. Albo wiesz co, może coś mocniejszego. Jesteś samochodem, prawda? - powiedziała, przechodząc do dalszej części apartamentu. Obróciła się do niego, zatrzymując przy niewielkim barku. - Enzo… mógłbyś zostać na noc? - spytała. Utkwiła w jego oczach własne spojrzenie nakrapiane błagalnym błyskiem. Potrzebowała go, tak cholernie i boleśnie. Potrzebowała kogoś, kto utuli ją do snu sprawiając, że nie nawiedzą jej żadne koszmary. Wszak te na jawie były wystarczające.

Enzo Lawrence
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przed rozpoczęciem w związku z drugą osobą miało się szereg oczekiwań względem niej i relacji, która miała się rozpocząć. Związki, choć różne w intensywności i uczuciach, często rozpoczynały się tak samo. W naszym życiu pojawiała się osoba, od której oderwanie wzroku przychodziło z trudnością, bo oczarowani jej uśmiechem i urzeczeni osobowością, egoistycznie chcemy przebywać jak najbliżej niej. Życie staje się piękniejsze, świat jakby zaczyna zwalniać, ptaki ćwierkają głośniej niż zazwyczaj, serce nerwowo przyspiesza, rwąc do drugiej osoby. Symptomów zakochania się było wiele, od fizycznych po psychiczne, emocjonalne, ale szczerość uczuć definiowała miłość i odpowiedzialność za drugą osobę. Lorenzo widując się z Olivią, gdy byli przyjaciółmi, przyłapywał się często na tym, że jej bezpieczeństwo i dobro chciał stawiać ponad swoim. Martwił się, gdy była w pracy i nie odzywała się dłużej niż zazwyczaj — i miał do tego prawo. Dużo bardziej niepokojące wydawały mu się nieprzyzwoite myśli, które pojawiały się w jego głowie, ilekroć ją przytulał. Zaczął zwracać uwagę na rzeczy, które nieszczególnie powinny go obchodzić. Oceniał w myślach czy bardziej podobała mu się w spiętych włosach, czy rozpuszczonych.
Przesuwał spojrzeniem po jej ciele, dopuszczając do siebie myśl o tym, że jej sylwetka wyglądała naprawdę świetnie w spodniach, które widział na niej pierwszy raz. Drobnostki, zupełnie normalne u dorosłych mężczyzn, którzy pierwszą burzę hormonów mieli już za sobą i nie reagowali na atrakcyjną kobietę, jak na eksponat. Nie przechodził wewnątrz katuszy spowodowanych rozczarowaniem nad rzeczywistością, w której nie mógł jej dotknąć, bo nie chciał wprawiać jej w poczucie dyskomfortu. Wszystkie znaki wskazywały na to, że Olivia mu się podobała — powiedział jej o tym. Nie pamiętał, jakich dokładnie słów wtedy użył, na pewno był szczery. Spotykali się ze sobą, już jako para, ale Enzo szybko zrozumiał, że choćby jego uczucia względem niej były czyste, jak tafla wody, nie mógł całkowicie wyzbyć się tego zabrudzenia, jakim była potrzeba niezależności. Ograniczenia mu ciążyły, świadomość, że Liv mogła wpłynąć na niego słowami, także bywała męcząca. Był z nią szczęśliwy. Angażowała się w tę relację, podobnie jak Enzo, ale co z tego? Związek powinien przypominać dom wybudowany z dobrej jakości materiałów, zbierać szczęśliwe chwile i pozwalać, by te wnikały w jego ściany i karmiły go dobrą energią. Ich dom był taki przez kilka pierwszych miesięcy, później zaczęły pojawiać się na nim pierwsze pęknięcia.

Wrócili do przyjaźni.
Początki były trudne.
Przed podniesieniem się z łóżka towarzyszyła mu przygnębiająca myśl
że Olivii nie było obok.

Pościel była zimna, po jej stronie łóżka. Nieobecność Calvert była uciążliwa i wprawiała go w kiepski nastrój. Wbrew pozorom ich rozstanie zniósł ciężej, niż planował, ale nie żałował podjętej decyzji. Przyszłość z kimś, kto nie potrafił szczerze powiedzieć o swoich planach na przyszłość, bo nie był pewien czy dożyje do końca miesiąca, była definicją nieszczęścia. Zwłaszcza wtedy, gdy pragnęło się odrobiny stabilności.
Teraz, to co zostało między nimi, balansowało na granicy przyjaźni. Echo przeszłości rozbrzmiewało między ich ciałami, gdy przytulał do siebie Olivię, przeczesując palcami jej włosy, a ona wtulała się w jego tors, nasłuchując bicia serca. Nawet jeśli umysł próbował zapomnieć, ciało doskonale pamiętało bliskość drugiej osoby. Nie musiał przypominać sobie koloru jej ust, gdy całowali się ostatnim razem, bo jego usta zapamiętały smak tych jej. Gdyby teraz chciał się nad nią nachylić, żeby ją pocałować, momentalnie przypomniałby sobie sposób, w jaki lubiła to robić.
— Mam propozycję — wtrącił, trzymając ją za ramiona. Przesunął po nich spojrzeniem, następnie zatrzymując je na wysokości oczu kobiety. Rzeczowy, spokojny ton, mimo tego, że wewnątrz drżał z obawy, z reguły wzbudzał zaufanie i uspokajał. Podobnie jak proste komunikaty.
— Ty usiądziesz i powoli zaczniesz mi wszystko opowiadać, ja zrobię herbatę — albo poleję nam coś mocniejszego, jak okazało się chwilę później. Niezależnie od tego, co planowała wypić, mógł wszystko przygotować. Wychodził z założenia, że nawet jeśli sam się stresował, to szkło w jego dłoniach wydawało się znacznie bezpieczniejszą opcją, niż w tych jej. Olivia była bardziej roztrzęsiona. Wypuścił oczywiście jej ramiona spod uścisku palców. Nie chciał przetrzymywać jej w jednym miejscu, ani zmuszać do stania przed sobą.
Domyślał się, że nadchodząca noc mogła być ciężka.
— Tak, zostanę na noc — przyznał, wodząc za nią spojrzeniem. Zatrzymała się przy barku, zapytała, czy piją herbatę czy coś mocniejszego. Odpowiedź była prosta. W takim momencie to zawsze było coś mocniejszego.
Odsunąwszy się od drzwi wejściowych, wszedł w głąb apartamentu, zatrzymując się przy jednym z okien. Odsłonił lekko żaluzje, wyglądając czy nikogo nie ma na zewnątrz. Pusto. Tylko miejskie światła rozganiające mrok majaczyły na dworze, przypominając o późnej godzinie. Z tym samym opanowaniem, które towarzyszyło mu w sytuacjach kryzysowych, wrócił do Liv i przegrzebał barek, szukając czegoś na tyle mocnego, żeby wypalić towarzyszący kobiecie stres.
— Tylko jak mocnego? Wolisz kulturalnie czy mniej? Bo masz tu chyba jakieś whisky, prezentowe? — zapytał, wyciągając butelkę z czarną etykietką, na której był opis alkoholu. Opuszczając nieco głowę i obracając butelkę w dłoniach, przeczytał opis. — Dwudziestolatka. Nieźle.


W tej samej chwili zza drzwi dobiegł stłumiony odgłos kroków. Powolnych, wyraźnie słyszalnych mimo grubych ścian apartamentowca. Lorenzo automatycznie zamilkł, przesuwając spojrzenie w stronę przedpokoju. Kroki... ucichły. Jakby ktoś zatrzymał się dokładnie po drugiej stronie drzwi. W tym momencie zapadła nieprzyjemna, ciężka cisza. Enzo pozostał w stanie czujności, jakby czekał na pukanie w drzwi, lub dźwięk naciśnięcia klamki i próbę wtargnięcia do środka. Określenie, kim była osoba po drugiej stronie, nie było możliwe. Mógł to być sąsiad, mógł to być czyiś gość, ktoś, kto pomylił mieszkania… Albo ktoś, czyja obecność mogła nieść za sobą kłopoty. Cisza była niepokojąca. Kroki nie rozeszły się ponownie po korytarzu. A to oznaczało, że ktoś stał po drugiej stronie drzwi…

Prześladowca?


Stalker?


Omen?
Olivia Calvert
Kasia (dc: hicatie.exe )
Nie piszmy z chatem.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”