-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Takie przeświadczenie miało wiele osób, czego Olivia do końca nie wyznawała. Była uzależniona od tego co robiła nie tylko ze względów finansowych. Prawdą było, że gdyby tylko pogodziła się ze swoim ojcem nie musiałaby ani trochę martwić się o pieniądze. Upór oraz wyznawanie innych wartości sprawiły jednak, że kobieta harowała więcej godzin, niż ilość przyjęta za średnią.
Nie przeszkadzało jej to. Chciała być dobra w tym co robi, a ambicje pchały ją coraz dalej ku świetlanej przyszłości lekarskiej.
Dała się jednak namówić na kilka drinków z koleżanką niewidzianą od czasu studiów. Miały nadrobić czas, który każda z nich poświęciła własnej karierze, nie oglądając się na osoby wokół siebie; powymieniać plotkami na temat życia zawodowego, jak i prywatnego.
Już w tym momencie Calvert powinna założyć, że Amber się nie zmieniła i za nic miała słowność i punktualność.
Nieświadoma, że ten wieczór przyjdzie jej spędzić samej, wbiła się w sukienkę (żałowała, że tak rzadko mogła je nosić), zadowolona z efektu końcowego. Ciągła praca miała swój plus - człowiek nie miał czasu na jedzenie, a to skutkowało zachowaniem szczupłej sylwetki. Nie miała hopla na tym punkcie, ale każdy lubił dobrze wyglądać.
Wysłała szybkiego SMSa do swojej dzisiejszej towarzyszki, informując ją, że jest już w drodze i wsiadła do zamówionego Ubera. Po paru zdarzeniach z przeszłości wyciągnęła odpowiednie wnioski - nie miała najmniejszego zamiaru pchać się nigdzie na piechotę wiedząc, że będzie piła. Wystarczyło jej ekstremalnych doznań, chociaż coś w środku krzyczało, że przecież nie mogła się od nich uwolnić. Była magnesem, przyciągając do siebie dziwnych ludzi, niczym miód pszczoły.
Znalazłszy się w Poor Romeo - podobała jej się ta nazwa, była tak bardzo życiowa - jeszcze raz napisała do Amber, która nie raczyła odpisać na wcześniejsze wiadomości.
Doprawdy irytujące. Nie liczyła na punktualność co do minuty, ale mogłaby chociaż dać znać na jakim etapie wyjścia jest.
Po niespełna czterdziestu minutach Calvert wiedziała, że koleżanka się nie stawi. Zapewne znowu znalazł coś ciekawszego do roboty. Coś pod postacią osobnika z sześciopakiem i bogatym wyposażeniem… portfela.
Zła na siebie postanowiła mimo wszystko wyciągnąć coś z tego wieczora. Skoro już wyszła, wystroiła się to czemu nie zaznać życia?
Alex byłby z niej dumny.
Kiedy zaczepił ją miło wyglądający mężczyzna, nie oponowała. Nowe znajomości nie były niczym złym. Ludzie byli zwierzętami stadnymi nawet, jeśli tak się tego wypierali.
Niestety, była to zła decyzja - jej rozmówca zdawał się być zdesperowany i nachalny. Nie podobało jej się to w żadnym calu, a niestety nie była aż tak asertywna, żeby, niczym Paloma, powiedzieć mu, by zwyczajnie się odwalił.
Zażenowana próbowała zbyć go w inny sposób, który zdał się tyle co woda na palący się olej. Musiała coś wymyśli, bo inaczej utknie tu z nim, kompletnie zawalając wieczór.
W chwili, w której obok ich stolika przechodził dość przystojny i całkiem porządnie wyglądający samiec alfa, Liv niewiele myśląc wstała, łapiąc go pod ramię. Plan niczym ze słabej jakości filmu romantycznego, ale była zdesperowana.
-Kochanie, w końcu jesteś. Już myślałam, że o mnie zapomniałeś - uśmiechnęła się do nieznajomego.
Błagam, niech podejmie grę.
-Właśnie mówiłam Darrenowi, że na ciebie czekam - dodała, zerkając na Pana Natręta. To musiało na niego podziałać. Chyba nie był na tyle głupi, żeby przystawiać się do niej przy “jej chłopaku”.
Jude Iverson
-
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiteraźniejszy/przeszłypostaćautor
Nie wiedział nawet, czego obecnie szukał - gwar rozchodzący się po wnętrzu lokalu przypominał mgłę której gęste, rozwieszone opary zaczynały natrętnie obejmować jego skórę. Nie podobał mu się znów każdy, dostępny cal przedsięwzięcia - a jednak wciąż tutaj był. Pojawił się z własnej woli, rozrywka i zatracenie, smak alkoholu w ustach i ciepło musujące zbyt długo podrażnieniem na przełyku. Brzydził się czystym faktem że sobie na to pozwalał. Zrobiło mu się niedobrze. Brzydził się samym sobą bo stał się prostym instynktowym stworzeniem buszującym w obrębie własnych, doskonałe znajomych przyzwyczajeń. Bliskość stawała się towarem, który nauczył się wybierać jak z położonego tuż przed nim katalogu. Jego matka wierzyła, że mógłby osiąść w spokoju i założyć rodzinę, a on sam był świadomy, że to nie było takie łatwe - i co istotne nie wiązało się z tym by nikogo tak naprawdę podskórnie nie szanował. Nie był do tego zdolny, do obowiązku, do prostych, choć równocześnie żarliwych deklaracji. Nie umiał tak się poświęcić i nie zamierzał nikogo w ten sposób oszukiwać. Nie szukał osoby która miała z nim pozostawać całe życie. Szukał dla siebie rozluźnienia. Szukał kilku momentów.
Przyjemności.
To było przecież przyjemne - do czasu, gdy uświadamiał sobie, że nie tylko mieszkanie, w którym przebywał stawało się całkiem puste. Starczyło zamknięcie drzwi. Samotność uderzała go obuchem, być może nawet nie samotność, może bardziej wrażenie że był w tym zwyczajnie sam. Na jego ciele pozostał wciąż fantomowy, przyćmiony ślad pocałunków jak popiół którego nie zdążył jeszcze strzepnąć. Chciał krzyczeć, chciał wydrzeć sobie gardło, choć nie mógł inaczej żyć. Nie umiał w całkowicie odmienny sposób funkcjonować a musiał choć w tym aspekcie być szczery z samym sobą. Dlatego właśnie wyciągał zapisane w pamięci telefonu aplikacje. Dlatego chwytał spojrzenia które bez złudzeń zapragnęły go dosięgnąć. Dlatego tutaj wędrował, dlatego płynął po archipelagu stolików pomiędzy ludźmi, twarzami.
Cudzy głos, jak kotwica, otrząsnął go z zamyślenia, osadził w tym, co prawdziwe - co stało się rzeczywiste. Złapany za ramię wyprostował się, napięty, niespokojny jak zwierzę. Uniósł prędko swój wzrok, osaczając nim mężczyznę. Nie umiał dobrze udawać i bawić się w głupie gierki, w mówienie, jak bardzo tęsknił, jednak wiedział, że Olivia potrzebowała najwyraźniej w tej chwili jego obecności. Dlatego zrobił to, co potrafił najlepiej - być sobą, pozwalając wyjść całej chirurgicznej agresji z której zresztą słynęła spora część osób trudniących się w tym zawodzie. Rynsztok zmieszany w ustach i wybredna precyzja. Zaatakował szybciej zanim pozwolił by zaskoczyło go zdziwienie.
- Na co się gapisz? - warknął w stronę mężczyzny. Wypadł przy tym na tyle przekonująco, co w połączeniu z dosyć wysokim wzrostem oraz pozornie skłębioną w środku agresją sprawiło, że obsesyjny zalotnik natychmiast się wycofał. Nie czekał dłużej, miał zamiar gdzieś szybko zniknąć. Szukał ustronnego stolika, gdzie mogliby porozmawiać. - Ja pierdolę - rzucił jeszcze po drodze, ot tak, żeby sobie ulżyć. Olivię znał przede wszystkim z opowieści oraz organizowanych corocznie imprez pracowniczych, jako patolog przebywała gdzieś indziej, jak każdy śmiał się, w podziemiach i niemal każdy zapominał o jej istnieniu do czasu kiedy potrzebował na szybko wniosków badania histopatologicznego albo placówką wstrząsnął zgon o niejasnych okolicznościach i każdy z nerwowością oczekiwał rezultatów sekcji. Miała ten przywilej że często przychodziła po wszystkim, że była w stanie zobaczyć rzeczy, które były niejasne oraz niedopatrzenia, które zostały czasami popełnione.
- Czy powinienem bardziej zareagować? - zapytał po krótkiej chwili, gdy usiedli; stłumionym, dyskretnym głosem. Przechylił głowę, uważnie się w nią wpatrując, tak jakby starał się w tym momencie poddawać wszystko uważnej analizie. - Próbował ci dosypywać coś do drinka? Tylko szczerze - z jakiegoś powodu wierzył, że gdyby był to zwyczajny natręt, kobieta zdołałaby sama go szybko spławić, nie tworząc naprędce takich scen.
Olivia Calvert
-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Jej rozmówca nie potrafił przyjąć do wiadomości, iż nie była nim zainteresowana i jedyne, o czym aktualnie marzyła, to by sobie poszedł. Nie zależało jej na dogłębniejszym poznawaniu go, ot, poświęciła chwilę uwagi, bo zdawał się być początkowo interesującym partnerem do rozmowy. Po upływie odpowiedniej ilości czasu wrażenie to prysło niczym bańka mydlana, ukazując prawdziwą zawartość, która ja odpychała. Nie miała zamiaru stawać się ofiarą w jego dziwnej grze, a była pewna, że im dłużej trwała w tym toksycznym towarzystwie, tym większe było prawdopodobieństwo niemiłego zakończenia, którego nie życzyła żadnej kobiecie.
Przecząc poniekąd swojej własnej zasadzie wyboru towarzystwa, narzuciła swoje osobie, która miała stać się jej wybawieniem. Była przekonana, że poprzednik nie będzie chciał się z nikim bić o jej uwagę, a już tym bardziej, jeśli w grę wejdzie potencjalny narzeczony, czy partner. Na około było zbyt wiele osób, chociaż do tej pory zajmujących się własnymi sprawami i nie reagującymi, tak mogłoby się to zmienić w chwili rozpoczęcia bójki. Z jakiegoś powodu to zawsze działału na gości w lokalach.
Nie takiej reakcji spodziewała się ze strony mężczyzny, którego złapała pod ramię. Słowa przecięły powietrze niczym brzytwa, godząc w przeciwnika. Nie liczył się sposób, liczył się skutek, a ten był na rękę patolożce. Nachalny typ zrezygnował, uznając, że nie ma najmniejszych szans z kimś, kto z miejsca wykazywał wzmożony poziom agresji.
-Dziękuję - powiedziała, kiedy pierwsze emocje opadły, a ulga była jawnie słyszalna w jej głosie. I było po wszystkim. Kilka sekund wystarczyło, żeby wieczór przestał jawić się jako koszmarny.
Zerknęła na mężczyznę. Nie rozpoznała go w chwili, w której na niego padło, zbyt zaabsorbowana próbą wybrnięcia z sytuacji, w którą sama się wepchała. Teraz, mając więcej czasu i czując się znacznie bezpieczniej, rozpoznała w nim Jude. Nie byli przyjaciółmi, nie byli nawet dobrymi kolegami, ale znała go z widzenia, kiedy migał jej na korytarzu. Dwa różne światy, ona w podziemiach, on na samej górze.
-Przepraszam za to wszystko. Nie fatygowałabym cię, gdybym nie uznała tego za ostateczność - rzuciła. Przeczesała długie włosy dłonią, czując się co najmniej dziwnie. Upolować obcego to jedno, ale kogoś z kim się pracowało, to inna para kaloszy. Grunt, że mężczyzna nie wyglądał na plotkarza, który z radością opowiadałaby o wszystkim na szpitalnych korytarzach. Miała styczność z koloryzantami, dzielącymi się ubarwionymi opowieściami i takich starała się unikać, jak mogła. Problemy nie były jej potrzebne.
-Było dobrze. Okazałeś się nad wyraz przekonywujący - uśmiechnęła się z wdzięcznością, zajmując miejsce naprzeciwko niego. Było jej trochę wstyd, że pośrednio zmusiła go do zareagowania oraz pokazania swojej gorszej strony. A może normalnej? Nie umiała sprecyzować, niewiele o nim wiedziała. - Co? Hm. Nie, chyba nie, nie wiem - odpowiedziała, zaskoczona takim wnioskiem. Wiele czytało się o podobnych przypadkach. Nigdy nie brała pod uwagę, że mogłaby stać się jednym z nich. Może jednak powinna bardziej uważać.
-Mogę w zamian postawić ci drinka? Piwo? Coś bezalkoholowego? Obiecuję, że nie znajdzie się tam żadna podejrzana substancja. Ot, gest podziękowania - skomentowała, chcąc mu zrekompensować chwilę, którą jej poświęcał.
Jude Iverson
-
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiteraźniejszy/przeszłypostaćautor
Codzienność w jakiej funkcjonował nagradzała agresję, nagradzała działanie, nagradzała wszystkie te cechy które musiał ujarzmić i nadać im pełnię znaczeń. Zrobił więc przy Olivii to, co uznał za słuszne, sprawił że mężczyzna odpuścił, nie będąc już dłużej dla niej nachalnym towarzystwem. Nie mógł powiedzieć że jej najzwyczajniej współczuł, ale cieszył się, że zdołali wspólnie okiełznać to zdarzenie. Czuł prostą, choć szczerą ulgę.
- Jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej... - oznajmił później leniwie, bez złożonego dostrzegalnego w głosie przekonania. - Nie zrozum mnie teraz źle. Ja po prostu niczego za to nie oczekuję - skorygował sam siebie bo nie powinien brzmieć równie oschle. Nie chciał jednak wymuszać na niej swojej obecności ani poczucia że musiała coś zrobić, coś wypełnić aby móc spłacić dług. Nie było żadnego długu, nie szukał żadnej wdzięczności. Mógł się napić, mógł dalej porozmawiać, przyłapał się na myśleniu że chciał w tej chwili to zrobić, chciał z nią rozmawiać, chciał żeby go odciągnęła od wcześniejszych zamiarów szukania krótkich relacji i przeglądania z uporem telefonu z patrzeniem kto jest najbliżej, kto chciałby, kto jest gotowy.
- Olivia, dobrze pamiętam? - postanowił się upewnić. - Zakładam, że pewnie nie chcesz rozmawiać na temat pracy - rzucił. Wiedział że w ich przypadku było to bardzo trudne, bo naturalnie zawsze rozmowy chciały schodzić na tor czysto zawodowy - szpital był niczym księga przeróżnych opowieści, skeczy oraz tragedii, tonęli w jeziorze zdarzeń jakie nie były w stanie przenigdy ich opuścić.
- Może, gdybyś zaczęła mówić, typ poszedłby znacznie szybciej - podsumował w sprzeczności z rzuconym postanowieniem, odsłaniając przzy tym nieco zęby w prowokacji uśmiechu; nie mógł odpuścić sobie tego drobnego bycia uszczypliwym, przez jeden, przykrótki moment, obiecując sobie że przecież później się poprawi.
Olivia Calvert
-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Szczerze? To sprawi. Poczuję się dzięki temu lepiej, a ty nie odejdziesz z pustymi rękami. Zresztą kto odmawia darmowego alkoholu - stwierdziła, zerkając na niego. Nie oczekiwała, że będzie dla niej miły. Prawdę powiedziawszy nie oczekiwała niczego, podobnie jak on zapłaty od niej za wybawienie z sytuacji, w którą została wrzucona. Nie lubiła jednak mieć żadnych długów, spłacając nawet najdrobniejszą przysługę. Ludzie potrafili być roszczeniowi i to przeświadczenie, wpajane jej przez ojca od małego, ciągnęło się za nią przez kolejne lata, aż do teraz. Nie chciała odmawiać innym bezinteresowności, jednak pewne doświadczenia nauczyły ją, że w którymś momencie zostanie jej wypomniane, że nie uiściła zapłaty za poświęcenie, którego dokonano. Nie znała Jude, nie mogła być pewna, że faktycznie zrobił to wszystko dla zwykłej pomocy czy konieczności. Dodatkowo, co być może było bardziej egoistyczną pobudką, nie chciała pić sama, a potrzebowała tej drobnej ilości alkoholu, która pozwoli wymazać jej z pamięci obraz poprzedniego kompana. Myśl o domu nadal się kłębiła, ale odepchnęła ją na krótko, skupiając się na mężczyźnie.
-Miło mi. Nigdy nie mieliśmy specjalnie okazji porozmawiać. Nasze profesje, cóż, raczej się ze sobą nie krzyżują, bo nie często zdarza się, że przywożą mi kogoś od was - powiedziała. Zajmowała się głównie przypadkami kryminalnymi, pomagając miejscowej policji, niemniej w swojej karierze miała do czynienia z osobami zmarłymi w szpitalu, gdzie nadal trzeba było spisać odpowiedni raport i wypełnić dokumenty pozwalające uniknąć pozwania placówki. - Prawdę powiedziawszy, nie wiem. Nie wiem o czym chcę rozmawiać, ale z pewnością o czymś. Byle nie o pogodzie, ten temat nigdy za mną nie przemawiał. Wydaje mi się jeszcze gorszy, niż mówienie o pracy. O sekrety też cię nie zapytam, chociaż te mogłyby się okazać interesujące. Ludzie maskują wiele przed światem - lekko wzruszyła ramionami, czując się lepiej. Tak po prostu. Kiedy stres i spięcie zeszły na drugi plan, odzyskała siebie, a towarzystwo mężczyzny stało się jeszcze przyjemniejsze. Gdzieś zniknęło poczucie winy, że zmusiła go do siedzenia tutaj.
-Wszystko zależy od tego, czy jest fetyszystą lub psychopatą. Niektórych kręci śmierć, martwe ciała i mroczne opowieści ze świata prosektorium. Gdyby mój poprzedni rozmówca okazał się kimś taki, z całą pewnością pozbycie się go byłoby jeszcze trudniejsze. Kto wie, może czuć ode mnie martwicą i to go przyciągnęło - powiedziała, uśmiechając się do niego, niewzruszona drobnymi docinkami. Znała wiele dziwnych osób. Takich, które w śmierci dostrzegały fascynację oraz tajemnice czekające na odkrycie. Ile się mówiło o psychopatach tak zafascynowanych, że upajali się widokiem konających ofiar.
Jude Iverson
-
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiteraźniejszy/przeszłypostaćautor
Dość.
W momencie, kiedy Olivia mówi mu o sekretach, sam sprząta wszystko uśmiechem. Nosi w sobie świadomość, ciężką i szkodliwą jak ołów że kobieta nie chciałaby ich znać, że nie chciałby jej powiedzieć, choćby wciąż pozostała tak samo miła, serdeczna i skłonna do rozmowy. Nie umiał jeszcze określić jaka dokładnie była i chyba to w tym momencie najbardziej go zajmował. Jej i jego sprzeczności - wyglądała na zwykłą sympatyczną kobietę, wydawała się osobą która na widok twarzy wygładzonej stężeniem, żółtawej woskowej skóry oraz plam opadowych ucieknie z miejsca zdarzenia targana szarpnięciami nudności i wymiotów. Niecodzienność profesji kłóciła się z tym jak zwyczajnie, przyjemnie prezentowała się poza oczywistą scenerią prosektorium. W jego przypadku było nieco inaczej, w końcu duża część zabiegowców miała stos punktów wspólnych, cech które tylko wyostrzał blok operacyjny oraz pozostałe miejsca w jakich przychodziło im pracować. Zacisnął dłoń na szklance z zamówionym alkoholem. Kojące zimno rozplotło się po opuszkach.
- Nie sądzę - uciął niemal natychmiast. Po pierwsze i najważniejsze mężczyzna którego spotkał wywarł na nim wrażenie nieszkodliwego idioty. Wierzył, że gdyby chciała być nieco bardziej dotkliwa i asertywna mogłaby sama go odrzucić chociaż domyślał się, że wrażenie pozostało wrażeniem a dla niej niewłaściwa ocena sytuacji, wysłuchanie pozorów, mogły skutkować strachem, reakcjami ochrony czy nawet wątpliwościami o bezpiecznym powrocie do domu.
- Myślę, że było to coś innego. - ...Co zdołało go przyciągnąć? Czy chciał jej wytknąć że sam zaczynał w tej chwili to dostrzegać? Poczuł, wpierw nieświadomie, jak powstałe napięcie ściska mu korzeń gardła. Serce zabiło szybciej, gdy zderzył się z nią spojrzeniem. Co chciał jej przez to powiedzieć? Nie wiedział. Nic już nie wiedział. Na szczęście zachował spokój, zmrużył nieco powieki i powędrował wzrokiem po okolicznych rozstawionych stolikach, po całej ich konstelacji. Przysunął szklankę odrobinę bliżej siebie. Poruszając się, wydała z siebie wyschnięty i chropowaty szmer.
- Tak czy inaczej - powiedział głośniej, jakby chcąc ulżyć spuchniętemu milczeniu i własnej, momentalnie drażniącej go niezręczności - nie jesteśmy z tych, którzy mogą mówić swobodnie o sprawach zawodowych - żarty były żartami, jednak sam dobrze wiedział, że należało uważać przy kim mówiło się o pracy w szpitalu. Lekarz, pielęgniarka, policjant czy również strażak były profesjami budzącymi emocje, zawodami, o których tylko wspomnienie potrafiło całkowicie odwrócić bieg rozmowy.
Olivia Calvert